:::: Nemo ::::

Nadzieja



12 godzin po rozpoczęciu bitwy o Kaer Morhen i w dwie minuty po jej zakończeniu, zaczęła się kolejna historia.

* * *

Atemus, zebrawszy armię, rozpoczęła przemowę:
- Żołnierze! Muszę teraz rozpocząć poszukiwania ocalałych wiedźminów! Chciałabym wziąć ze sobą kilkoro z was, aby w grupie prowadzić poszukiwania!
Odpowiedział jej okrzyk: Ja chcę iść! - wywrzeszczany jednocześnie przez niemal pół oddziału.
- Niestety, chcę wziąć nie więcej niż pięcioro z was! Na razie wróćmy do Novigradu. Tam rozstrzygnę, kogo wezmę ze sobą.

* * *

Następnego dnia w Novigradzie okazało się, że skoro profity nie będą wielkie, a ryzyko jest spore, to wcale nie ma zbyt wielu chętnych na podróż. Ale Atemus wybrała piątkę z nich.
Pierwszym był Hodgar Ekir Nlooki Iyoe aep Oxaliton, wysoki, chudy, lecz umięśniony wojak, o krótko ściętych, czarnych włosach, który doskonale posługiwał się mieczem. Wtedy, kiedy akurat nie pił, a zdarzało mu się to często.
Drugim był Kotov z Vyzimy, średniego wzrostu wojownik o krótko ściętych blond włosach, walczący toporem o dwie stopy od niego dłuższym. Nigdy nie nosił zbroi ze względu na swoją tuszę - po prostu nie mógł jej założyć. Ale nadrabiał ten brak swoją zwinnością w unikaniu ciosów.
Trzecia była Vanessa, która nigdy nie przyznała się z jakiego miasta pochodzi, jedna z najlepszych złodziejek, którą nosiła ziemia. Mimo wysokiego wzrostu, poruszała się bezszelestnie - być może dzięki temu, iż przy wzroście pięciu stóp i dziesięciu cali ważyła ledwie sto funtów. Doskonale posługiwała się nie tylko sztyletem, ale też kuszą.
Czwartą członkinią hanzy była Miafan, zwana brokilońską panną ze względu na zamiłowanie do zielonych spodni i spódnic, średniego wzrostu druidka, która z tłumu wyróżniała się pięknym wyglądem, dużym biustem i zawsze noszoną przy boku kolczastą maczugą. Miała sięgające ramion ciemnoblond włosy, na końcach wywinięte na zewnątrz.
Ostatnim - nie licząc Atemus - członkiem hanzy był Cosarin - czarodziej wyglądający i zachowujący się jak niemal dokładna kopia Cragmortona - najlepszego wiedźmina, jaki żył pod tym słońcem. Atemus, gdy tylko zobaczyła jak wygląda, od razu wzięła go ze sobą, mimo iż nie planowała w ogóle drugiego czarodzieja w zespole.

* * *

W tym samym czasie, w budynku Kapituły Magów:
- Nie możemy pozwolić, aby poszukiwania Atemus doszły do skutku! - wrzasnął Fogadub. Był wysoki, mierzył sobie pięć stóp i osiem cali i miał krótko ścięte, czarne włosy.
- Przecież wiedźmini i tak dowiedzą się o zniszczeniu Kaer Morhen. Wielu prawdopodobnie już o tym wie! - odpowiedział bardzo wysoki arcymag w zielonej szacie.
- Nie chodzi o to, czy się dowiedzą, ale o to, żeby żaden renegat już nigdy im nie pomógł!
- Skoro tak, to nie możemy zabić jej własnoręcznie - to tylko przysporzyłoby im zwolenników.
- Też tak sądzę, więc chciałem zaciągnąć waszej rady w kwestii zabicia jej i jej ewentualnej drużyny.
- Moim zdaniem, wystarczy wynająć płatnego zabójcę - stwierdził Movesac, wysoki arcymag, jak zawsze ubrany w czerwoną szatę.
- No tak, ty zawsze byłeś tchórzem - powiedziała Pasov - Ja wolałabym wyzwać ją na pojedynek.
- To zbyt niebezpieczne. Jeśli nie powiesz, że robisz to by odstraszyć innych, to pojedynek nie odniesie przewidywanych skutków. jeśli powiesz, to zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał pomścić ją, lub mimo wszystko wesprzeć wiedźminów. A przecież nie będziemy każdego renegata wyzywać na pojedynek - odparł Movesac.
- Dlaczego? Dlatego, że to zbyt niebezpieczne? Bo któryś może okazać się lepszy? - spytała znów Pasov. Była średniego wzrostu, miała bardzo jasne blond włosy do ramion i miły głos.
- Nie marudź! - stwierdził Fogadub. - Rzeczywiście, najlepiej będzie wynająć mordercę, a potem stwierdzić, że to na pewno robota wrogów wiedźminów. Dziś pójdę i to zrobię. A ty Pasov, jeżeli chcesz, to wyzywaj ją na pojedynek. Ale nie rób tego w naszym imieniu.
Pasov parsknęła niczym kotka.

* * *

Nieco później w rynku, hanza Atemus toczyła rozmowę na temat planu poszukiwań.
- Myślę, że trzeba najpierw udać się na południe od Jarugi. Tam pójdziemy do Cintry. Ona zawsze była ulubionym miastem wiedźminów. Później rozstrzygniemy co dalej.
Plan został jednogłośnie zaakceptowany. Potem udano się na zakupy.
- Przede wszystkim musimy kupić kuszę i bełty dla mnie. W końcu musimy jakoś polować - stwierdziła Vanessa. Co ciekawe, Miafan nie zgłaszała obiekcji.
- Zgoda - powiedział Atemus. - Ale kuszę i bełty wybierz sama. My się na tym nie znamy. Czy umiecie posługiwać się łukami?
- Ja umiem - powiedział Hodgar Ekir Nlooki Iyoe aep Oxaliton, na którego i tak wszyscy mówili po prostu Hodgar.
- Ja też - zaskoczyła wszystkich Miafan.
- Więc kupcie łuki i strzały. My tymczasem kupimy prowiant - powiedziała Atemus.
- Zgoda! - odpowiedziała cała piątka chórem.

* * *

Fogadub nie czuł się zbyt pewnie w obecności mordercy. Mrok i cień spowijały go, kryjąc rysy twarzy, włosy i sylwetkę. Nie mogły jednak zamaskować bardzo wysokiego wzrostu - morderca miał około sześciu i pół stopy.
- A więc mam zabić arcymaginię? - upewnił się zabójca. Jego głos był całkowicie wyprany z emocji.
- Tak - Fogadub był o wiele mniej opanowany. W jego głosie wyczuwało się strach. - Dostaniesz za to tysiąc koron, plus dwieście za każdą osobę, która będzie z nią szła.
- Trzysta koron z góry. I jeśli umrze zleceniodawca, nie wykonuję zadania. Nawet jeśli zapłacono mi z góry. Połóż pieniądze na stoliku.
- Nie będziesz ich przeliczał? - spytał Fogadub.
- Wierzę ci na słowo. A ty wiesz, że lepiej jest mnie nie oszukiwać - w jego głosie nie zabrzmiała nawet najlżejsza nuta groźby. Ale Fogaduba i tak przeszedł dreszcz.

* * *

Po noclegu w jakimś podłym zajeździe, hanza wyruszyła w drogę na południe.
- Skąd pochodzisz, Hodgar? - spytała Atemus.
- Urodziłem się w wiosce niedaleko Mahakamu - odpowiedział. - A ty?
- Ja jestem z Novigradu. Dlatego wstąpiłam do tajnej loży - odparła Atemus. - Ty, Kotov, jak nam wiadomo, jesteś z Wyzimy. A ty, Vanessa?
- Tego wam nie powiem. Nie chcę się do tego przyznawać - powiedziała Vanessa takim głosem, że nikt jej nie nagabywał.
- A ty, skąd jesteś? - z ust Kotova padło pytanie do Cosarina.
- Nie mam pojęcia - odparł ze zniewalającą szczerością Cosarin. - Moi rodzice poczęli mnie w pokrzywach i nawet ich nie znam. Czarodzieje przygarnęli mnie, gdy jako dwunastolatek psychokinezą prawie zabiłem rabusia, który postanowił napaść mnie i moją przybraną matkę. Ale profesja czarodzieja wymaga prestiżu, więc zawsze przedstawiam się jako Cosarin z Corvo.
- A ja - powiedział uprzedzając pytanie Miafan - jestem córką druidki z Kamiennego Kręgu, zgwałconej przez rabusiów.
- A co to byli za rabusie, że nawet druidka sobie z nimi nie poradziła? - spytał Hodgar, pociągając tęgo z butelki z gorzałą.
- Nie wiem. Nigdy nie powiedzieli nic prócz tego, że przed gwałtem rabusiów był tuzin, gwałciło ledwie trzech, a po gwałcie tylko jeden uszedł z życiem, ale stracił wzrok i obie ręce - powiedziała Miafan wesołym tonem.
Wszyscy parsknęli śmiechem.

* * *

Wysoka, ubrana w czarny płaszcz postać przedzierała się przez zarośla. Twarz mordercy - jak zwykle - skrywał mrok. Mimo, iż szedł piechotą przez las, bez trudu równał z konną hanzą Atemus. Usłyszał nie tłumiony śmiech tego chudzielca.
- Pewnie znowu pił - mruknął do siebie. - Jego zostawię sobie na później.

* * *

Rabusiów było ośmiu. Myśleli, że Kotov to jakiś znaczny pan, jadący w asyście pijanego rycerza, dwóch pięknych dam do towarzystwa i niziutkiego czarodzieja. Vanessy, leżącej na wozie i śpiącej, w pierwszej chwili nawet nie ujrzeli.
A potem nie mieli już czasu patrzeć.
Wyskoczyli z obu stron drogi, z zamiarem zarżnięcia czarodzieja i unieszkodliwienia pijanego rycerza, aby obrabować Kotova.
Zanim doskoczyli do Cosarina, swym wrzaskiem obudzili Vanessę. Pierwszy padł przeszyty bełtem na wylot. Czaszkę drugiego rozłupała Miafan. Hodgar, mimo że wytrąbił całą butelkę gorzały, z niesamowitą w pełnej zbroi zręcznością zeskoczył z konia i zaszlachtował kolejnego rabusia. Kotov nawet nie zeskoczył z konia, a jedynie ciosem zadanym z kozła rozciął herszta bandytów od głowy aż po obojczyk strasznym ciosem swego topora. Cosarian wymruczał pod nosem zaklęcie i z jego rąk trysnęła struga ognia, paląc dwóch bandziorów do kości, a Atemus w kolejnego wpakowała płonącą błyskawicę.
Ostatni z bandytów rzucił się w krzaki, ale Miafan jednym płynnym ruchem zdjęła z pleców łuk, nałożyła strzałę na cięciwę i wypuściła prosto w kark rabusia, mimo iż ten kulił się już w krzakach.
- Masz doskonały wzrok - stwierdził Hodgar zachrypniętym z przepicia głosem.
- To spadek po dziadku. Był elfem - wytłumaczyła Miafan zalotnym głosem.

* * *

Całkiem nieźle, pomyślał zabójca. Ale z taką ósemką poradziłbym sobie sam.
Cała jego postać wciąż kryła się w mroku.

* * *

Cała szóstka udała się do karczmy.
- Nie było u ciebie, gospodarzu, ostatnimi czasy żadnego wiedźmina? - spytała Atemus po złożeniu zamówienia. - Nie, łaskawa pani. Ostatni był tu trzy miesiące temu. A szkoda, bo dobrze płacą - odparł swym przesyconym cebulą głosem karczmarz.
Kotov już zamierzał się do podszczypywania służebnej dziewoi, ale gdy ją zobaczył, natychmiast przeszła mu na to ochota. Nie dlatego, że dziewka była szpetna, ale dlatego, że miała prawie siedem stóp wzrostu.
- Jako żywo, najwyższa kobieta, jaką w życiu widziałem - szepnął do Cosariana.
- Ja, mimo iż widziałem wiele, to tak wysokiej kobiety jeszcze nigdy, a i mężczyzn tak wysokich widziałem niewielu.
Cała kolacja była wyśmienita.
- Mieliśmy szczęście, że akurat pod wieczór trafiliśmy na gospodę - powiedziała Atemus. - Ale teraz idźcie spać, ruszamy jutro o świcie.

* * *

Kuchennymi drzwiami wślizgnęła się pojedyncza, wysoka postać. Półmrok panujący w kuchni uniemożliwiał rozpoznanie rysów twarzy. Mrok zdawał się też bić z twarzy samego nieznajomego. Ale karczmarz nie zauważył nawet tego. Bezszelestnie poruszająca się postać ogłuszyła go jednym ciosem krótkiej pałki. Morderca zawinął się po kuchni, po czym wyślizgnął się równie bezszelestnie, jak wszedł.

* * *

- Jajecznicy nam podaj, gospodarzu!!! - gromko krzyknął Cosarian.
- I piwa!!! - dodał Hodgar.
- Nie zapomnij o kiełbasie! - dorzucił swoje trzy grosze Kotov.
- I o wodzie dla kobiet! - dodała swym cienkim głosem Vanessa.
- Lecę, mości państwo! - odkrzyknął im karczmarz, cierpiący na niewytłumaczalny ból głowy.
Po zapłaceniu rachunku, wszyscy ruszyli w dalszą drogę.
Kilka chwil później, do gospody zawitał wysoki mężczyzna, który siadając w rogu zażądał jajecznicy.
Karczmarz nie mógł zobaczyć rysów jego twarzy ze względu na panujący w rogu alkierza cień.

* * *

Trzy godziny drogi od karczmy, Kotova zaczął boleć brzuch. Zatrzymali się, a Kotov poszedł w krzaki, aby zwymiotować.
Po dłuższej chwili Vanessa zdziwiła się, dlaczego Kotov tak długo nie wraca. Leżał w krzakach martwy. Byli zaledwie kilka godzin drogi od Rinde, więc skręcili w tym kierunku, aby jakiś lekarz mógł sprawdzić, co stało się Kotovowi.

* * *

- Nieźle mi poszło - wymruczał sam do siebie morderca. - Szkoda tylko, że nikt więcej nie chciał kiełbasy. I że do jajek nie da się dołożyć trucizny.

* * *

Już w Rinde lekarz stwierdził, że Kotov umarł otruty. Niestety, przed śmiercią zwymiotował, więc nie wiadomo w czym była trucizna.
- Ale przecież jedliśmy to co on - powiedziała Miafan.
- Ja też tego nie kminię - dodał Hodgar - jadł tak samo jak my jajecznicę i kiełbasę, popijał tym samym piwem, a...
- Czekajcie, już wiem! - krzyknęła Vanessa - Przecież tylko on jadł na śniadanie kiełbasę!
- Możliwe, że umarł na skutek zatrucia jadłem kiełbasianym, który powstaje w zepsutym mięsie - stwierdził lekarz. - Ale myślę, że to raczej była trucizna. Trzeba tę sprawę zbadać.
- Zobaczymy, co da się zrobić, ale nie mamy zbyt wiele czasu. Czy mógłby pan - na nasz koszt, oczywiście - zorganizować pogrzeb? - spytała Atemus.
- Oczywiście, ale czy można wiedzieć, jakich bogów wyznawał?
- O ile mi wiadomo, żadnych. Ale proszę pochować go tam, gdzie będzie najtaniej. On miał bardzo praktyczne podejście do spraw wiary.
- Zbadam jego krew i w ten sposób sprawdzę, czy to była trucizna - stwierdził lekarz.
- Oczywiście. My tymczasem rozejrzymy się po miasteczku.
Po dwóch kwadransach wrócili do lekarza.
- Niewątpliwie zmarł otruty. Wygląda mi to na jakąś truciznę z Zerrikanii. Oni tam robią doskonałe trucizny, ale ja niezbyt się na tym znam. Jestem jednak pewien, że była to trucizna.
Po godzinie, do pomieszczenia w którym przebywał morderca zwany Jaszczurką i jego dwaj wspólnicy - Wąż i Żmija, weszła Atemus.
- Prawdopodobnie podąża za nami jakiś morderca, który usiłował nas otruć. Chcę, żebyś go znalazł i zlikwidował, oraz, żebyś dotarł do jego zleceniodawcy i jego również zlikwidował. W dowolnej kolejności. Potem powiesz, ile żądasz za usługę.
- Zgoda - odparł syczącym głosem Jaszczurka. - Kiedy wyjedziecie z miasssta, będziemy czekali przy bramie. Na pewno go rozpoznamy.
Kiedy Atemus wyszła, wspólnicy zaczęli się namawiać.
- Ty, Żmija, masz pójść za nim razem z Wężem. Ja udam się do naszego znajomego, znajdę i zabiję zleceniodawcę - powiedział Jaszczurka.
Obaj jego towarzysze zgodzili się na to bez szemrania.

* * *

Hanza - teraz już pięcioosobowa - wyjechała z miasta. Chwilę później z miasta wyszła pieszo wysoka postać w długim czarnym płaszczu, którą zdawał się spowijać mrok wypływający z niej samej.
- Ja pojadę za nim, ty zaczekaj jeszcze pięć minut. Jeśli nikt nie wyjedzie z miasta, dołącz do mnie. Jeżeli wyjedzie ktoś, kto wygląda na mordercę, śledź go i w razie czego zabij - powiedział Wąż.
Po dziesięciu minutach do Węża dołączył Żmija.
- Nikt za nimi nie wyjeżdżał - powiedział Żmija. Był średniego wzrostu, szczupły, o blond włosach stawianych na jakąś dziwną elfią miksturę, w Starszej Mowie zwaną Geel.
- Dobra. Teraz musimy śledzić tego wysokiego. Jeśli będzie chciał zabić kogoś z hanzy, ściągniemy go - odparł Wąż. Był on niski, szeroki w barach, o brązowych, krótkich włosach.

* * *

- Mam dla ciebie zlecenie. Ktoś chce zlikwidować Atemusss, arcymaginię z Novigradu. Chcę, żebyś sssprawdził i powiedział mi, kto może być zleceniodawcą. Koszszty nie grają roli, bo płaci klientka. Ile czasssu ci to zajmie? - spytał Jaszczurka swym syczącym głosem.
- Wróć wieczorem, wszystko będzie sprawdzone. Sto pięćdziesiąt koron, płatne z góry - powiedział gnom o złośliwym wyrazie twarzy, siedzący w fotelu.
Jaszczurka rzucił sakiewkę na blat.
- Przewidziałem, że właśśnie tyle będzieszsz chciał - rzekł. - Wrócę wieczorem.

* * *

Wysoki, kryjący się w cieniu mężczyzna obnażył miecz. Był on długi, mierzył pięć i pół stopy, ale lekki, bo wykonany ze stopu stali, wolframu i dwimerytu. Potrafił sparować każde rzucone wprost zaklęcie. Morderca wiedział, że ta akurat własność nie będzie mu teraz przydatna.
- Gdzie on jest? - spytał szeptem Wąż.
- Nie wiem - odparł równie cicho Żmija. - Sprawdź te krzaki po lewej, ja pójdę na drugą stronę.
Nagle z krzaków wyskoczył - niemal bezszelestnie - morderca. Zanim Wąż zdołał złożyć się do bloku, leżał na ziemi z przeciętą skronią. Żmija padł zaraz po nim, cięty w szyję samym końcem miecza.
Morderca wytarł miecz w lnianą szmatę i schował go do pochwy, po czym zaczął biec w kierunku marszu hanzy. Mimo, iż na ziemi leżało sporo suchych gałęzi, żadna nie trzasnęła mu pod stopami.

* * *

- Zleceniodawcą jest Fogadub, przewodniczący tajnej rady arcymagów, obradującej w Novigradzie. Ostatnio rada ta podjęła decyzję o zniszczeni Kaer Morhen, w czym Atemus usiłowała im przeszkodzić, a potem rozbiła resztki oblężniczej armii. W tajnych księgach rachunkowych tej loży jest wpis o wydaniu trzystu novigradzkich koron na zaliczkę dla mordercy Atemus.
Rozmowa zeszła na temat, jak dobrać się do Fogaduba.

* * *

Hanza, myśląc, że jest od tyłu chroniona, zaczęła przekraczać Jarugę. Prom, którym płynęli, kursował w każdą stroną tylko raz dziennie, bo płynął ponad trzy godziny. Morderca nie ryzykował wsiadania na ten sam prom, więc musiał czekać do rana. Następnego dnia kupił konia za dziesięć koron, po czym dognał hanzę, będącą w drodze do Cintry.
Tuż przed karczmą sprzedał konia za osiem koron i zaczął baczyć na konie hanzy: siwka Atemus, karego konia, na którym wcześniej jeździł Hodgar, a teraz Vanessa, bo Hodgar zastąpił Kotova na koźle wozu, dwa bułane koniki kupione w Novigradzie dla Cosarina i Miafan oraz dwa cise wałachy zaprzężone do wozu.
Hanza zjadła na kolację tylko to, co było już gotowe, a potem poszła spać. Nad ranem wyjechali bez śniadania, ot tak, na wszelki wypadek. Atemus i Cosarin rzucili wszelkie czary ochronne, jakie znali, po czym zaczęli ze sobą szczebiotać. Hodgar zalecał się do Miafan i popijał piwo i tylko Vanessa siedział smutna i rozpamiętywała Kotova. Morderca zaś zjadł śniadanie i ruszył za nimi.

* * *

W tym samym czasie, gdzieś w Novigradzie, długi sztylet dzierżony przez wysokiego jegomościa o syczącym głosie utonął w plecach Fogaduba, śpieszącego na kolejne zebranie.
Niestety, tak jak wcześniej zostało to ustalone, przez telepatyczny kryształ Movesac potwierdził przejęcie zlecenia morderstwa Atemus i stukoronowej dopłaty do wynagrodzenia.
Ale o tym nie wiedział nikt.
Jaszczurka podjął decyzję. On też lubił wiedźminów. Pędził rysią w kierunku Cintry, gdzie miał spotkać się z hanzą. Miał nadzieję, że pozwolą mu przyłączyć się do siebie. On naprawdę lubił wiedźminów.

* * *

- Zapomnieli o rzuceniu Tarczy - mruknął do siebie morderca. - Tym lepiej dla mojego noża. Nóż był piękny, krasnoludzki i niebywale wręcz ostry.
Celował bardzo uważnie.
Końcówka wspaniałego, krasnoludzkiego noża zawisła w powietrzu.
A potem zaczęła lecieć.
Nóż przecinał powietrze z niebywałą szybkością.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, nóż utkwił w karku.
Hodgar Ekir Nlooki Iyoe aep Oxaliton spadł z kozła z pięknym, krasnoludzkim nożem tkwiącym w karku. Atemus natychmiast zaczęła rzucać czary w krzaki, licząc na to, że któryś dosięgnie mordercę. Cosarin zaczął stosować swoją specjalność - twardą psychokinezę - aby wycinać krzaki siłą umysłu niczym straszliwie ostrą kosą.
Morderca biegł. Był niewiarygodnie szybki, doganiał nawet konia w galopie. Ale koń nie był w stanie galopować przez gęste zarośla, a morderca tak.

* * *

Osiem godzin później, w Cintrze spotkała się czteroosobowa teraz hanza i Jaszczurka.
- Chciałem sssię do wasss przyłączyć - rzekł Jaszczurka. - Dwa dni temu zlikwidowałem zleceniodawcę mordu - Fogduba z Venerbergu. Był on...
- Wiem kim był Fogadub! - ostrym krzykiem przerwała mu Atemus. - Przepraszam - dodała niemal natychmiast - ale... ale osiem godzin temu zginął Hodgar, trafiony nożem do rzucania przez tego... - dorzuciła na koniec ordynarne, krasnoludzkie przekleństwo.
- Pokażcie mi ten nóż. Mam bardzo niemiłe podejrzenia co do tego, co ssspotkało Węża i Żmiję. Oni mieli zabić tego mordercę.
Po chwili Jaszczurka trzymał w ręku nóż.
- Tego się obawiałem. To ten morderca bez twarzy. Nikt nie wie, jak się nazywa, ale wszszyssscy wiedzą, że zabije każdego. Jeśśśli sssię mu zapłaci, a żąda niemało. Za zlikwidowanie ciebie - powiedział do Atemus - wziął trzysssta koron sssamej zaliczki. Z tego co wiem o jego ssstawkach, znaczy to, że po wykonaniu zadania dostanie jeszszcze co najmniej sssiedemssset. A ssskoro likwiduje najpierw innych, to znaczy, że za nich też cośśś wziął.
- To znaczy, że Wąż i Żmija nie żyją? - spytała Atemus.
- On likwiduje każdego, kto mu przeszszkadza. A oni mieli mu jak najbardziej przeszszkadzać. Ale co, mogę podróżować z wami? Wiem o nim co nieco, mogę okazać sssię pomocny.
- Ale dlaczego chcesz z nami iść? - pytanie padło z ust Miafan, dotąd milczącej po niedawnej śmierci Hodgara.
- Miałem wśśśród wiedźminów paru przyjaciół. I mam nadzieję, że ich znajdę. Albo pomszszszczę.
- Zgoda - powiedziała Atemus. - Ale co wy o tym myślicie? - spytała reszty hanzy.
- Zgoda - powiedział Cosarian.
- Zgoda - padło z ust Vanessy.
- Zgoda - powiedział smutnym głosem Miafan.

* * *

Tym razem nie zapomną o Tarczy, myślał morderca. Trzeba będzie następną osobę zlikwidować inaczej. Znów przyda mi się mój Mohavad. Wyjął miecz z pochwy i obejrzał go.
- Tym razem może być trudniej, ale za to o ile więcej satysfakcji - szepnął sam do siebie.

* * *

Po bardzo dokładnym przeszukaniu całej Cintry rozglądając się za wiedźminami, hanza uznała, że ruszy na północ, do Koviru. Były to wciąż dzikie, niezbadane kraje. Zawsze było tam całe mnóstwo wiedźminów.
Późnym wieczorem hanza zatrzymała się na moment. Morderca, dotąd idący jej tropem tuż z boku, w krzakach, zatrzymał się również.
Usłyszał swym niebywale wyczulonym słuchem, że ktoś idzie w krzaki.
Tylko na to czekał.
Wyjął miecz z pochwy bez najmniejszego zgrzytu.
Usłyszał, że osoba w krzakach zatrzymała się.
Skoczył.
Ciął w locie. Gdyby w krzaki poszedł mężczyzna, leżałby już bez głowy. Ale w krzaki nie poszedł mężczyzna.
Dziewczyna poderwała się, ale nie zdążyła zrobić niczego więcej.
Bo morderca poprawił cios.
Głowa potoczyła się daleko.
Aż na drogę.
Atemus wrzasnęła przeraźliwie.
I wrzeszczała dalej.
Patrząc w wytrzeszczone oczy Vanessy.
Cosarian natychmiast zaczął przeszywać krzaki twardą psychokinezą niczym włóczniami. Miafan i Jaszczurka szyli z łuków. Atemus uspokoiła się błyskawicznie i potężną strugą ognia zaczęła wypalać krzaki.
Morderca biegł na ugiętych nogach, trzymając klingę magicznego miecza w poprzek pleców. Strzały nie miały szans przebić się przez gęste zarośla, ogień był zbyt wolny, a twarda psychokineza odbijała się od magicznej klingi. Morderca biegł, a po chwili skręcił w kierunku Wyzimy. Przewidział trasę ruchu bezbłędnie. Hanza też pojechała w tamtą stronę.

* * *

Milczeli, siedząc w karczmie "Pod Spróchniałą Deską". Nazwa była adekwatna do wystroju - wewnątrz wszystko było stare i zaczynało próchnieć. Ale nikt się tym nie przejmował. Pierwszy przełamał zmowę milczenia Jaszczurka.
- Wssstyd wssstydem, ale od teraz trzeba będzie zacząć załatwiać sssię pod czujnym okiem reszszty - powiedział nieobecnym głosem.
Nikt nie odpowiedział. Przeszukali całą Wyzimę, ale nie było w niej żadnego wiedźmina. Nie było w tym w sumie nic dziwnego. Zawsze najciężej było znaleźć ich w miastach. Lecz aby ruszyć dalej, musieli czekać do rana. W nocy morderca mógłby iść w otwartym polu metr za nimi, a oni nawet by go nie zauważyli.
- Jak tak dalej pójdzie, to zamiast zginąć jak mój brat, w walce, to padnę z poderżniętym przez mordercę gardłem - stwierdził ponuro Cosarin.
- Miałeś brata? - spytała nieco ożywiona Atemus.
- Bliźniaka. Kiedy matka nas urodziła, chciała się nas pozbyć. Ale nie chciała nas zabijać czy zostawać na ulicy. Mnie oddała czarodziejom na termin, a mojego brata - Cragmortona - zawiozła do Kaer Morhen. Potem dowiedziałem się, że przeszedł Zmianę i Próbę Traw jako jeden z najwytrzymalszych. I ledwie tydzień temu widziałem na własne oczy, jak ginie. Osobiście zabiłem trzech żołnierzy z armii, która zdobyła Kaer Morhen. Ale to za mało za mojego brata. O wiele za mało.
Atemus nie była w stanie nic powiedzieć. Wzięła Cosarina do hanzy tylko i wyłącznie dlatego, że przypominał jej Cragmortona, w którym zakochała się, gdy tylko go zobaczyła, wciśniętego we wnękę w drzwiach i walczącego z nacierającą armią. I mimo że nie chciała się do tego przyznać, to ten powód był jedynym. A teraz okazało się, że to jego brat bliźniak.
- To był ten niski wiedźmin, który wcisnął się we wnękę w drzwiach? - w nagle zapadłej w pustej karczmie ciszy, głos Miafan był jedynym dźwiękiem.
- Tak - odpowiedzieli jednocześnie Atemus i Cosarin.

* * *

- Pokażę wam, na kogo macie napaść. Po wykonanej robocie dostaniecie pięćdziesiąt koron za każdego zabitego wroga. I dorzucę wam po pięć koron za każdego z was, który zginie - głos mordercy był całkiem wyprany z emocji.
- Zgoda - powiedział przewodzący grupce dwudziestu rabusiów postawny maruder. - Ale my zabieramy wszystko, co znajdzie się przy nich.
- Oczywiście - głos mordercy nawet nie drgnął. Ale rabusiów i tak przeszedł dreszcz.

* * *

Hanza jechała dookoła Brokilonu. Atemus siedziała na swoim siwku, pompując w rubin moc ognia. Cosarin, siedząc na karym koniu odziedziczonym po Hodgarze, pompował duży diament psychokinetycznym młotem. Miafan, siedząc na bułanym koniku trzymała w dłoniach łuk. Jaszczurka jechał na wozie, z kuszą leżącą na kolanach i włócznią opartą o kozioł.
Jechali gościńcem wzdłuż Brokilonu. Po obydwu stronach były gęste zarośla, więc hanza jechała w najwyższym skupieniu.
Nagle, wśród wrzasku i hałasów, z krzaków wyskoczyły dwie grupy rabusiów - jedna z lewej strony, a druga z prawej. Najszybciej zareagowali Jaszczurka i Miafan. Bełt trafił przywódcę bandytów prosto między oczy, a strzała Miafan ścięła niskiego bandziora, który atakował Atemus. Następne słowo należało jednak do czarodziejów. Cosarin zwalił z nóg dwóch bandziorów, nawet nie drgnąwszy. Żaden już nie wstał. Atemus zaś wypuściła chmarę czegoś, co wyglądało jak świetliki, a działało jak butelki z olejem skalnym.
I w tej chwili, z zarośli wystrzelił jak sprężyna długi, czarny kształt. Cosarin zareagował z przewspaniałym refleksem, wypuszczając w kierunku mordercy psychokinetyczny młot, który skruszyłby nawet mur zamkowy.
Morderca obrócił się w locie.
I zastawił paradą.
Młot uderzył o wiotkie ostrze.
I ze słyszalnym jękiem rozpadł się na milion niewidzialnych odłamków.
A morderca, wciąż leciał.
I już wyprowadzał cios.
Nim ktokolwiek inny zdążył zareagować, cios został zadany.
Końcówka miecza rozcięła rdzeń przedłużony.
Zanim ciało spadło na ziemię, morderca wylądował w krzakach po przeciwnej stronie drogi.
A chwilę potem o ziemię uderzyły kolejne zwłoki.
Tym razem członka hanzy.
Na ziemi leżał martwy Jaszczurka.
A hanza nie mogła zareagować. Miafan wciąż roztrzaskiwała czaszki swoją straszliwą maczugą, Atemus masakrowała kolejnych rabusiów wydobytym z wozu długim mieczem, a Cosarin walił na wszystkie strony psychokinetycznym berdyszem.
Po kilku chwilach, na ziemi leżało dwadzieścia jeden ciał.

* * *

Już w Novigradzie, wszyscy siedzieli w kolejnym zajeździe i myśleli, jak zapobiec kolejnym śmierciom w hanzie.
- Przede wszystkim, musimy wybierać uczęszczane trakty. Jeśli się da, to trzeba będzie unikać zarośli jak ognia - powiedziała Miafan. W jej głosie smutek został zastąpiony przez zimną furię.
- I jeździć razem na wozie. Stojąc na wozie, możemy zbić się w ciasną kupę najeżoną bronią, z której nie będzie mógł wyłuskiwać nas po kolei, ale musiałby atakować frontalnie, a to skrytobójca, a nie wojownik - dodał do koncepcji Cosarin.
- No i musimy w miarę możliwości zorganizować jakieś eliksiry poprawiające refleks - dodała Atemus.
Następnego dnia cała hanza udała się na zakupy. Pozbyli się zbędnych koni i poczynili zapasy na najbliższe parę dni. Kiedy szli do wozowni w zajeździe, drogę zastąpiła im jakaś niewysoka czarodziejka w krótkich blond włosach. Była ubrana w długą, granatową spódnicę i ciemnoniebieską gładką bluzkę.
- Nareszcie cię odnalazłam, Atemus z Novigradu. Koło się zatacza. Obydwie się tu urodziłyśmy i przynajmniej jedna z nas tu umrze. Wyzywam cię na pojedynek!
- Czy mogłaby dowiedzieć się przynajmniej twego miana? - spytała zmęczonym głosem Atemus.
- Przepraszam. Jestem Pasov z Novigradu. Ja znam ciebie, więc odruchowo uznałam, że ty znasz mnie - odpowiedziała Pasov przepraszającym tonem.
- Czy mogłybyśmy walczyć za miastem? I tak właśnie chcieliśmy wyjechać.
- Oczywiście. Pójdę z wami za mury.
Po kwadransie Pasov stała naprzeciw Atemus w kole o średnicy dwudziestu pięciu sążni. Obydwie gotowały się do ataku. Pojedynek miał przebieg wręcz zwyczajowy: z dłoni obydwu pięknych czarodziejek naraz strzeliły strugi magicznej mocy, zderzając się w centrum koła. Atemus korzystała - jak zawsze - z mocy ognia, a Pasov ze swojej ulubionej mocy powietrza.
Po kilku minutach, zauważając, że przegrywa, Atemus postanowiła zmienić taktykę. W pewnym momencie odskoczyła, a potężny magiczny strumień energii rozbił się o magiczną kopułę pojedynkową. Zanim Pasov doszła do siebie, w jej kierunku pomknęła ognista lanca. Ale Pasov zatrzymała ją tuż przed swoim nosem, tak blisko, że czuła jej ciepło mimo mas powietrza uderzających w lancę. Odskoczyła, jednocześnie zwalniając blokadę i wypuszczając całe mnóstwo niewielkich iskier. Kilka trafiło Atemus, zwalając ją z nóg, jednak zdołała się poderwać, zanim kolejna dawka energii magicznej rozerwała ziemię pod jej stopami. Ułamek sekundy później, w kierunku Pasov mknął niewielki, ognisty pocisk.
Tym razem Pasov nie zdążyła postawić blokady. Ognisty pocisk rozprysnął się na jej piersiach, zabijając ją na miejscu. Kopułę pojedynkową wypełnił smród palonego mięsa. I w tym momencie kopuła została zlikwidowana.

* * *

Po sześciu godzinach drogi, napotkali na ogłoszenie: "Wiedźmin pilnie potrzebny", ale kiedy zgłosili się do zleceniodawcy, okazało się, że zlecenie zostało już wykonane i wiedźmin pojechał na północ. Byli już tylko dwa dni drogi od Koviru. Wszyscy bali się, że to właśnie oni są następni na liście mordercy. Ale wiedzieli, że tym razem nie może mu się udać. Nie mogą stracić nadziei.

* * *

Do zabicia kolejnej osoby z hanzy, morderca potrzebował dobrego konia. Kupił potężnego, karego ogiera za trzydzieści koron.
- Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziesz, koniku - powiedział szeptem. I tym razem jego głos nie niósł żadnego śladu emocji.

* * *

Resztki hanzy wiedziały już z opisu Jaszczurki jak wygląda morderca, a poza tym widzieli go, kiedy zabijał Jaszczurkę, lecąc nad drogą.
I to był jeden z najważniejszych elementów jego planu.
Zaledwie trzy godziny drogi od Koviru, przed hanzą, na drodze ukazał się wysoki jeździec, na wielkim karym koniu. Jego twarz spowita była mrokiem, który zdawał się bić z niego samego. Hanza od razu poznała, kogo ma przed sobą. A morderca w tej samej chwili rzucił się do ucieczki.
Wóz nie miał szans go dogonić.
A tylko jeden koń był wierzchowcem.
Tylko jeden człowiek z hanzy mógł pognać za uchodzący mordercą.
Po kwadransie szalonego pościgu, morderca począł wstrzymywać konia.
Miał doskonały słuch.
Już po chwili usłyszał tętent końskich kopyt w odpowiedniej odległości.
Na ślepo, w tył zadał cios.
Gdyby trafił, zabiłby trafionego na miejscu.
I trafił.
Na blok.
Ale po ziemi i tak potoczyła się odcięta głowa.
Bo miecz natrafił na drzewce maczugi.
Obok głowy Miafan, po ziemi toczyła się odcięta strasznym ciosem głowica maczugi. Miecz mordercy ciągnął za sobą wachlarzyk kropelek krwi. Po chwili, morderca zostawił ciało na drodze i ocierając miecz lnianą szmatą ruszył do Koviru. Znów się nie pomylił, oceniając kierunek dalszego marszu hanzy.
Po kolejnym kwadransie, wóz wiozący Cosarina i Atemus napotkał na ciało Miafan.

* * *

Po dowiedzeniu się w Kovirze, iż dwa dni drogi dalej, w Poviss, znajduje się przynajmniej dwudziestu wiedźminów, Atemus i Cosarin udali się tam bez noclegu.
- To było najbardziej bezczelne morderstwo, jakie w życiu widziałem - stwierdził z wściekłością w głosie Cosarin. - Niewątpliwie - głos Atemus był jakby nieobecny. - Jak myślisz, ci wiedźmini, którzy są w Poviss, już wiedzą o Kaer Morhen?
- Mam nadzieję, inaczej mogą nam nie uwierzyć.
- Oby tylko przyjęli naszą pomoc.
- Na pewno będą potrzebować czarodziejów. W końcu stracili wszystkich swoich renegatów.
- No tak. Ale to, co zrobił Miafan, było straszne - zmieniła temat Atemus. - On musi być albo straszliwie silny, albo mieć niewiarygodnie ostry miecz.
- Albo i jedno, i drugie.
- To chyba najbardziej prawdopodobne - stwierdziła po chwili Atemus. - Nie widziałam jeszcze nikogo, kto byłby w stanie przeciąć drzewce broni wykonanej przez druidów. Nawet najlepszymi, krasnoludzkimi sihilami.
- To prawda. Ale już się ściemnia, zatrzymajmy się tutaj na noc. Wokół nie ma żadnych zarośli, morderca nie będzie miał jak do nas podejść. Ale i tak musimy na zmianę pilnować ognia.
Około pierwszej w nocy Atemus poszła spać, zostawiając Cosarina samego przy ognisku. Miał dobry wzrok, więc zobaczyłby wysokiego przecież mordercę z daleka. Atemus długo nie mogła zasnąć. Kiedy zaczęła wreszcie przysypiać, nagle mrok nocy rozdarł straszny wrzask. Wrzeszczał Cosarin, tego Atemus była pewna.
Natychmiast zerwała się z wozu, biorąc w jedną rękę miecz, a w drugą diament, napompowany wcześniej przez nich mocą straszliwej eksplozji.
Morderca, trzymając długi nóż w ręku, właśnie odwracał się w jej stronę, sięgając po swój zabójczy miecz.
Nie zdążył go wyjąć.
Atemus uwolniła moc zawartą w diamencie.
Eksplozja zdolna zabić dziesiątki ludzi, rozerwała powietrze tuż przed twarzą mordercy.
Poleciał on przewspaniałym łukiem no pięć sążni w górę i dwadzieścia w dal. Atemus nawet nie podeszła do ciała. Załadowała martwego Cosarina na wóz. Miał poderżnięte przez mordercę gardło. Atemus zaprzęgła konie i ruszyła w kierunku Poviss.
- To byłoby na tyle, jeśli chodzi o mordercę bez twarzy - mruknęła sama do siebie, tylko po to, żeby się nie rozpłakać.
I tak jej nie wyszło.
Wieczorem następnego dnia spotkała się z wiedźminami w Poviss. Po załatwieniu Cosarinowi pogrzebu, wyruszyła wraz z wiedźminami w góry, do Kaer Morhen. Niestety, żaden nie był tym, który otrzymał telepatyczny impuls. Jednak Atemus przed swoim wyjazdem z Kaer Morhen zbadała zaporę postawioną przez arcymagów z Novigradu. Wiedziała, że powstrzyma ona impulsy na co najmniej sto lat. Ale miała nadzieję wraz z wiedźminami odnaleźć miejsce ukrycia mikstur i zwojów niezbędnych do przeprowadzania Zmian.
Nigdy nie miała powrócić na miejsce, gdzie został morderca.
A szkoda.
Bo może by go dobiła.

* * *

Po dwóch dniach morderca odzyskał przytomność. Wyjął spod koszuli medalion i przyjrzał się mu. - Po raz pierwszy ratujesz mi życie. Szkoda, że twoja moc wystarcza tylko na raz - nawet gdyby chciał, nie umiałby zawrzeć w swoim głosie odrobiny emocji.
W ciągu tygodnia wrócił do swej kryjówki, po czym wezwał do niej Movesaca.
- Dlaczego jej nie zabiłeś!!! - wrzeszczał Movesac, niemal tocząc pianę z ust.
- Bo dowiedziałem się kim jest i dlaczego chcecie ją zabić - głos mordercy znów był całkowicie bezbarwny. - Tu na stoliku leży dwieście koron. To zaliczka, minus sto koron za zmianę zleceniodawcy. Jesteście mi winni jeszcze tysiąc dwieście, za szóstkę jej towarzyszy.
- Mam dla ciebie wiadomość. Zbyt dużo o nas wiesz, by pozostać przy życiu.
Błyskawicznym ruchem uaktywnił kryształ, w którym zawarte było zaklęcie zdolne zwalić z nóg dwóch ludzi. Ale morderca trzymał w dłoni swój miecz. Zniweczył rzucone zaklęcie, po czym jednym ciosem w skroń zabił Movesaca. Do domku wpadli jego dwaj ochroniarze, ale nie zdążyli nawet unieść broni.
Morderca zaznaczył kolejną szczerbę na niewielkim stoliku.
- To już jedenasty taki zleceniodawca - powiedział do siebie. - Ale cóż, czas wycofać się z interesu. Mam już dość kasy - wciąż mówił do siebie, jednocześnie pakując wszystko co było w kryjówce do niewielkiego worka. Po czym zniknął z kart historii równie nagle i niespodziewanie, jak się na nich pojawił kilka lat wcześniej.
I nikt więcej nie słyszał o mordercy bez twarzy, który był w stanie zabić każdego człowieka. Za odpowiednią opłatą.

* * *

Atemus zatrzymała się w Kaer Morhen wraz z wiedźminami i zabrała się do poszukiwań.
I wielu ludzi słyszało o wiedźminach z kocimi oczami, którzy byli w stanie zabić każdego potwora. Za odpowiednią opłatą.


Nemo

hoyo@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||