Zmienię się... dziś... jutro... nigdy...
Przede mną odrapane drzwi. To te. Wiedziałem co za nimi zobaczę. Mocniej ścisnąłem broń w ręku. Nie ma nad czym się zastanawiać. Wchodzę cicho. Moje nozdrza uderza odór potu i czegoś tam jeszcze.. ale ten pot.. Nienawidzę tego zapachu. Podobnie jak agent Smith w Matriksie. Nawet podobni jesteśmy do siebie. Mamy wspólny cel. Chcemy się wyrwać tej "nicości". Poczuć wolni. Z tym, że misję mamy nieco inną. Ale tylko nieco. Mamy zabić. On Neo. JA ich. Sunę cicho w ciemnościach, potykając się co chwila o jakieś ludzkie ciało. Dookoła słychać ciche pojękiwanie i płacz. Płaczą nie tylko kobiety... Tych tu nie ma wcale...Nikt nie będzie próbować mnie zatrzymać, bo nikt nie ma na to sił. Zaraz ulżę ich cierpieniom. Dochodzę do końca sali. Kładę tylko jedną małą, czarną, paczuszkę. W paczuszce nie ma bomby. Jest tylko jedna strzykawka z jedną igłą. I jedna niewielka ampułka. Ampułka z antidotum. "Rozrzuć wokoło noże" - słyszę w słuchawce umiejscowionej w moim lewym uchu. Nie odpowiadam. No bo i po co. I tak widzą w kamerze co robię. Rzucam wokoło siebie narzędzia przyszłej zbrodni. "Wychodź... Zapalamy światło" Wykonuję polecenie, zatrzaskując za sobą z wielkim hukiem drzwi. Z szpary między podłożem a nimi powoli zaczyna się sączyć światło. Coraz mocniej, coraz bardziej intensywnie... Zaraz się zacznie. Ci, którzy będą w stanie wyrwać się ze sztucznego letargu, wiedzą co mają robić. Nie mają wyjścia. Jest tylko jedna ampułka. Ich jest około 50. Muszą walczyć. Przeżyje tylko najsilniejszy. Ten, któremu udało się przeżyć męczarnie, ten który zabijał najefektywniej i co najważniejsze - chciał zabijać. On jeszcze nie wie, że lepiej jest dziś umrzeć, niż żyć dalej. Ale się dowie. Reszta to tak naprawdę zwycięzcy, pod warunkiem, że zginą teraz w walce, a nie później w straszliwych męczarniach choroby wstrzykniętej do układu krwionośnego. Ktoś się pyta, czy nie popatrzę kto zostanie naszym nowym pracownikiem. - Nie - odpowiadam. - Nie mam po co. Lepiej, żebym go nigdy nie zobaczył.
- Zobaczysz go, zobaczysz...
Przepustka. Kod. Strażnik. Znowu kod i znowu przede mną ludzie w zielonych uniformach. To co otacza mnie wokół jest w "zimnym" stalowym kolorze. Ściany, drzwi, podłoga. Wszystko pokryte jakąś specjalną substancją posiadającą pewne jakieś nieziemskie właściwości. Wnerwia mnie ten kolor. Wychodzę z tego sztucznego miejsca. Z wielkiego laboratorium ukrytego w wielkim lesie, kilkanaście metrów pod ziemią. Zawsze, gdy to robię, mam uczucie, że jestem bohaterem "Residenta". Pracuję dla wielkiego koncernu "Umbrella" i podobnie jak w filmie, w końcu zdarzy się coś złego. Tyle tylko, że to nie film. To nie jakaś wielka firma nastawiona na zysk i w chwili kryzysu, niespodziewanych wypadków, na pomoc nikt nie przyjdzie. Nie będzie ekipy ratunkowej. Wsiadam do mojego Jeepa, mijam tabliczkę z napisem "Teren wojskowy", po czym wyjeżdżam na lokalną drogę. Spieszę się. Jutro wcześnie do szkoły. Matura w tym roku. Trzeba się przyłożyć do nauki.
Budzik wskazywał dokładnie 7.00. Musiałem wstać. Pospieszyć się, aby zdążyć na autobus. Nie mogłem. Z otwartymi oczami leżałem z pół godziny. Gapiłem się na mapę świata wiszącą na jednej ze ścian mojego pokoju. Widziałem, na niej Nigerię, Czad, Mongolię, Rosję. Z tych państw moi przełożeni sprowadzają ludzi do laboratorium. Nikt tam nie zaprząta sobie głowy, że ich nie ma. Że znikneli. Oni podobno mają coś we krwi. Taka skłonność. Dziki instynkt. Dzielą ich po równo. Po kolorze skóry. Potem rozsyłają do różnych zakątków świata, aby ich "sprawdzić"... Tych, którzy przeżyją, wprowadzam do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Jestem młody. Kreatywny. Nie budzę podejrzeń. Uczę ich języka, kultury, tego, co mają robić w przyszłości. I pilnuję. Oni muszą być pod naszą kontrolą... Taka jest rola moja i mojego trzyosobowego zespołu. Mam dwóch współpracowników. Jeden mieszka w Krakowie. Jest studentem o trzy lata starszym ode mnie, wyhodowanym w tym samym miejscu co ja. W wielkim laboratorium, ukrytym pod polską ziemią. Drugi to trzydziestolatek pracujący w dużej firmie w Warszawie. Nawet wiek nie jest tu przypadkowy. Moim obowiązkiem jest codzienne sprawdzanie poczty, więc chcąc nie chcąc, musiałem w końcu się podnieść. Otworzyłem skrzynkę. Miałem wiadomość, a przy niej nocną godzinę. Jeszcze przed chwilą miałem nadzieję, że dziś nic tu nie znajdę. Ale nadzieja ta matka głupich. Otwarłem list. Tylko krótka wiadomość: "Jest".
Podjeżdża tramwaj. Tylko jedno miejsce siedzące, które na domiar złego zajmuje jakiś młody chłopak. Trudno, postoję. Wsiadają ludzie, a wśród nich jakaś staruszka. Staje koło chłopaka, który przed chwilą zajął ostanie wolne miejsce. "Ale ci młodzi, teraz nie wychowani. Starsi stoją, a młodzi siedzą!" Tłum się obruszył. Chłopak się zmieszał. "Proszę, niech pani siada." "Teraz?! A wcześniej mnie nie widziałeś?!" Pasażerowie szybko podchwytują temat. Ze wszystkich stron słychać głosy niezadowolenia. Postać nie wie co robić. Odchodzi na koniec wagonu, a mimo to ludzie wciąż głośno narzekają. Ależ ich obruszył ten incydent. Czują się silni w grupie. Mogą ponarzekać, wyładować złość na przypadkowym człowieku. Tramwaj znowu przystaje. Wsiadają nowi pasażerowie. Dwóch wcale nie wsiadło aby się tylko przejechać. Podchodzą do chłopaka, opartego na końcu wagonika. "Dawaj kurwa kasę, cwelu". Młodzieniec znowu w szoku. "Co, głuchy kurwa jesteś?!" W tym samym momencie napastnik uderza po raz pierwszy. "Nie mam, naprawdę. Nie wziąłem z dom..." - nie zdążył dokończyć. Posypał się grad uderzeń. Ofiara upadła na ziemię. Strużka krwi pojawiła się tuż koło głowy. Jeszcze tylko kilka kopniaków. Ma zegarek - może być. Plecak też się przyda. Książki wysypują się wokoło. Teraz mogą wysiąść. Otwierają się drzwi, a przez nie wpada wiatr gwałtownie podrywając porozrzucany papier. Nikt nie zareagował. Nikt nie patrzył w tamtą stronę, gdzie działa się ta dantejska scena. Tylu pasażerów, przed chwilą mających odwagę krytykować chłopaka, a nie mających już jej, gdy wsiadło tamtych dwóch. Ja też nie wystąpiłem z tłumu, aby mu pomóc. Nie wystąpiłem, nie dlatego, że się bałem, ale dlatego, aby nie zwracać na siebie uwagi. Takie mam zadanie. Mam się nie wyróżniać z tłumu. Mam być jednym z nich. Mój przystanek. Mijam szybko stare kamienice. Na jedną z nich zawsze zwracam szczególną uwagę. Widnieje na niej ponadczasowy napis: "Wolność, albo jest pełna, albo, nie jej wcale". Mijam ten brzydki odrapany budynek codziennie, i to jedno zdanie zawsze wywołuje u mnie te same emocje... Wolność... Czysta abstrakcja. Krok za krokiem, do miejsca gdzie ma czekać mój nowy podopieczny. Wokoło stare drzewa. Kasztany, które rosną w tym miejscu kilkadziesiąt lat. To teren mojej szkoły. Na dzień dobry wita mnie obrysowany białą kredą trup. "Niedoszły uczeń." Tak go nazywamy. Trochę już wyblakł od deszczu, ale nadal budzi śmiech przechodniów. Wiekowy budynek. Nie wejdę do środka. Skrócę sobie tylko drogę przechodząc koło niego. Kolorowe liście tańczą w powietrzu. Jesień. Ta słynna... Złota... Polska... Lubię moją szkołę. To moja pierwsza. Wcześniej uczyłem się w specjalnych ośrodkach. Tam dowiedziałem się wszystkiego co mam robić i wszystkiego mnie nauczono. Tu chodzę, bo lubię to miejsce. Twarde zasady. Nie ma zmiłuj się. Jeszcze jedna ulica. Park. To tu. Spotkania odbywają się za obserwatorium. Mój przyszły "uczeń" zostaje tam przywieziony i nie ma prawa z stamtąd uciec. Zresztą nie może. W każdej chwili może zostać zlikwidowany. W jego żyłach dalej płynie trucizna wstrzyknięta w czasie testów. Antidotum przyjmowane co 12 godzin zapewnia ochronę. Chcąc przeżyć, musi współpracować. Jak nie, ja mam dokończyć likwidację... To również moje zadanie. Widzę go z daleka. Druga ławka, latem ukryta za bujnymi liśćmi, dziś doskonale widoczna. Siedzi na niej młody chłopak sporej postury. Granatowa kurtka, szare spodnie - standardowe, umowne ubranie. Czarne włosy. On też mnie zauważa, ale pewnie nie wie czy to "ten". Podchodzę, ale to nie ja pierwszy się odezwałem. To on, ku mojemu zdziwieniu uprzedził mnie.
- Myślałem, że dostanę za opiekuna kogoś starszego. Wielkiego chama, który przy pierwszym podejrzanym zachowaniu bez wahania strzeli mi w łeb. A tu jakiś mały chłopczyk... Nie upilnujesz mnie... jeszcze będziecie żałować tego, co mi zrobiliście... Zemszczę się na was wszystkich...
Przez chwilę byłem zaskoczony. Miał być Rosjaninem, a przed sobą miałem chyba Polaka.
- Nie bój się. Nie masz takiego szczęścia jak Ci się wydaje. Ja ci nie strzelę w środek czaszki. Uduszę tak, że nawet nie zauważysz i nic nie poczujesz. I to ostatnie to zarazem koniec dobrych wieści dla Ciebie na dziś. Pod szkołą czeka zostawiony samochód. Zaczniemy od teorii. Tylko nie baw się w męczennika. Nie rób głupstw. Pomyśl, że jak miałeś rodzinę, to tak jakbyś już nie miał. Jedna głupia rzecz i stanie się to rzeczywistością. Mamy tylko miesiąc czasu na przygotowania. Sama teoria. Poznasz miasto. Nie licz, że będziesz miał broń. Nie licz na to, że nauczymy Cię jakichś zachodnich sztuk walki. Tego nie da się zrobić w miesiąc. To tego potrzebne są całe lata treningów. Same jasne zasady. Moi ludzie nie opuszczą Cię na krok. Ile masz lat? - odpowiedziała mi cisza. Musiałem zareagować. Jeden szybki ruch ręki i jedna czerwona kreska na policzku chłopaka - widzisz ten nożyk?! On chętnie pozna twoje ciało. Ile masz lat!
- 23.
- Dobra. Jutro przyjeżdża mój współpracownik. Jest studentem. Załatwimy Ci miejsce na politechnice. Będziesz się uczył razem z nim. Po wykładach będziesz należał do mnie, a w nocy kontrolę nad Tobą będzie sprawował ktoś inny. Idziemy. Mamy tylko miesiąc. Potem poznasz swoją misję.
- Ja ją już znam.
- Myślisz, że będziesz zabijał? Błąd. To już robiłeś, chcąc przeżyć. Dla Ciebie jest przygotowane coś zupełnie innego. Zobaczysz i zapłaczesz...
Szedł przy mnie. Nie odzywał się. Ja również pogrążony byłem w ciszy. Od jutra będzie musiał rozmawiać. Ale to jutro. Dziś jedziemy na kwaterę. Tam będzie mógł się przespać. Ostatni raz ile będzie chciał.
W nocy dostałem maila z danymi mojego nowego podopiecznego. Pochodził z rodziny o polskich korzeniach. W czasie wojny jego przodkowie przymusowo jadą do Rosji. Na Sybir. Udaje się im przeżyć. Mój podopieczny mieszkał tylko razem ze swoją matką, na kompletnym pustkowiu. Ma 23 lata. Dla władz praktycznie nie istnieje. Na imię ma Włodzimierz. Nadano mu pseudonim . Lis po prostu. Dostaję też instrukcje i polecenia dla siebie. Dowiaduję się, że misja zostaje zmieniona i utajniona. Nawet dla mnie... Mogę się tylko zdziwić. Nic więcej. Nie mogę zadawać zbędnych pytań. Moje zadanie to dostosowanie się poleceń przełożonych.
Wschodzi słońce. Podopieczny jeszcze śpi. Ja za to tej nocy nie zmrużyłem oka. Muszę nad nim sprawować kontrolę. Taki mam rozkaz. Wstrzykuję mu dawkę antidotum w szyję. Na jego twarzy pojawia się grymas bólu, ale się nie budzi. Musiał długo nie spać. Siadam na krześle naprzeciwko łóżka. Czekam. Minęła 8.00. Potem 9.00. W końcu krótko po 10. się obudził.
- Fajnie, że już wstałeś. Łazienka jest na dole. Masz 20 minut. Śniadanie zjemy na mieście. Tempo... Witamy w naszej drużynie. Mamy nadzieję, że nie sprawisz nam kłopotów. Na stole leży twój identyfikator. Z nim nie musisz się obawiać policji, armii, nikogo. Wejdziesz do każdej instytucji, w każdym "zaprzyjaźnionym" państwie, naszej organizacji. Jakie to państwa, dowiesz się już dziś. I możesz, a nawet musisz zacząć już mówić. Nic nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko ironicznie.
Na cztery tygodnie, czy tego chciał, czy nie, staliśmy się nierozłącznym duetem. Poznał moich współpracowników. Z jednym chodził na studia. Ciężko mu tam było. Tylko dzięki niepisanym umowom z wykładowcami nikt o nic go nie pytał, nie musiał robić notatek. Nauczony do życia w ekstremalnych warunkach, pracy ponad ludzkie siły, nie mógł odnaleźć miejsca wśród młodych, rozkrzyczanych ludzi. Ba! Pisać, czytać, mówić po polsku nauczyła go matka. Zresztą, mimo że mieszkał w Rosji, po rosyjsku słabo mówił i nie miał tego charakterystycznego akcentu. Kiedyś jeszcze mieszkała z nimi babcia, ale umarła i to dawno. Ojca nigdy nie miał. W wiosce której żył, byli sami Polacy. Byli, bo niemal wszyscy pomarli ze starości. Domy popadły w ruinę. On, choćby chciał, nie miał gdzie uciec. Został. Nie skończył żadnej szkoły... ale tutaj szybko musiał się przystosować do otaczającego go świata. Stąd ten pomysł o politechnice. Chodziło tylko o obcowanie z ludźmi. To wszystko i więcej wiem od niego samego... Zaczęliśmy dużo gadać ze sobą. Myślę, że przestał mnie uważać za wroga. Spełniam swoje zadanie. Udowadniam mu, że nasza organizacja nie jest zła. Tak naprawdę to walczymy ze złem. Nie wiem, czy w to uwierzy. Bo on w nic nie wierzy. Tak przynajmniej mówi. Ale ja za dobrze znam ludzi, aby tak po prostu zaakceptować taką odpowiedź. Wystarczy, że zacytuje refren znanej piosenki: "Trudno jest nie wierzyć w nic". Jest to w sumie niemożliwe. Nawet dla niego. Przez ostatni tydzień miesięcznego szkolenia, praktycznie ja samodzielnie sprawowałem nad nim kontrolę. Dawałem mu bardzo dużo swobody. Stwarzałem iluzje szansy na ucieczkę. Nie skorzystał z niej. Wydaje mi się, że zdawał sobie sprawę że jest to tak naprawdę niemożliwe. I najważniejsze. Gadaliśmy. Ale nie jak na początku, o tym jakie miał dzieciństwo, gdzie mieszkał, ale o życiu. To były szczere rozmowy. Nie chodziło o sprawy związane z zadaniem. O tym zapomnieliśmy. Mówił co myśli. Zadawał mi pytania, dlaczego on musiał być wybrany. Dlaczego zmarnowano mu życie. Odpowiadałem mu wtedy cóż to on miał za życie. Nędza, głód, choroba... Na co czekał? Zadawałem mu to retoryczne pytanie trzy razy. Tyle razy bowiem pytał się "dlaczego?" Znał odpowiedź. Czekał praktycznie tylko na śmierć. W lepsze jutro też nie wierzył, bo przecież nie wierzył w nic. Udowadniałem mu, że dzięki temu, że go z stamtąd zabraliśmy , ma szansę zmienić nie tylko swoje losy, ale losy osób trzecich, w niewiele lepszej sytuacji niż on sam. Ale on nie. Trzy razy odpowiadał mi, że woli być wolny niż być tutaj. Ale nie mówił prawdy. Bo w końcu... Mógł pozwolić się zabić... Mógł mnie sprowokować... nie zawahałbym się... ale on czekał... może zmienił zdanie... "Jutro możemy być szczęśliwi..." Jutro możemy tacy być?...
To był mój pierwszy podopieczny, który zaakceptował w gruncie rzeczy sytuację, w której się znalazł. Przed nim miałem kilku innych, ale oni się buntowali, nie mogli pojąć tego wszystkiego. Całej tej sprawy. nie wiedzieli, o co mają walczyć, jakim cudem się znaleźli w takiej sytuacji. On to zrozumiał. Takie sprawiał wrażenie. Tamci w końcu poddali się naszej woli, ale tylko dzięki nowoczesnym metodom manipulacji. W przypadku tego człowieka nie było to konieczne. O matkę się nawet nie zapytał... Miał pytania, żale, ale o nich zapominał. Jak dla mnie za szybko. Cóż z tego, że mówił co myślał, skoro w ostatni dzień naszej znajomości wiedziałem już , że jest gotowy do podporządkowania się woli przełożonych, a to było dla mnie najgorsze. Nie chciałem, aby z tego człowieka zrobiono kogoś takiego jak ja... Za dużo jest nas na świecie... Ludzi bez marzeń... całkowicie podporządkowanych jakimś ideom... Ostatni dzień spędziliśmy w naszym mieście. O 24. miał na nas czekać samochód. Umowne miejsce, to miejsce przed starą kamienicą... Tą samą, którą codziennie mijam w drodze do szkoły i która tak zapadła mi w pamięci. Sam wybrałem punkt spotkania... Zresztą nieprzypadkowo... Niech spojrzy na ten napis... Niech się nad nim zastanowi... Każdego dnia gdzieś wyjeżdżaliśmy. Dziś chodziliśmy po najgorszych ulicach tego miasta. Nie musieliśmy jechać gdzieś indziej, bowiem strach czający się w każdej ciemnej bramie jest taki sam... Niczym nie różni się od tego w Warszawie, Katowicach, czy Berlinie... Wygląda tak samo i przeszywa ciało zawsze w ten sposób... Słabe światło, co jakiś czas przejedzie jakiś samochód. I oświetlony mur, z napisem który tak dobrze znam. Wskazałem na niego i zapytałem się co o nim sądzi. Podjechał samochód... To ten... Zaraz do niego wsiądzie... "Co sądzisz" - powtórzyłem pytanie. Cisza. Pewnie nie odpowie.
- Nic. Bo to puste słowa.
Poczułem przeokropny ból, na prawym ramieniu. Po ułamku sekundy w lewej nodze. Nie mogłem złapać oddechu. Patrzyłem na mojego podopiecznego, który beznamiętnym wzrokiem patrzył, jak upadam na ziemię. Znałem to uczucie. Ból, który powstaje, gdy twój szkielet ludzki przeszywa niewielki kawałek metalu... Odwróciłem głowę. Zobaczyłem człowieka, który stał przy otwartych drzwiach samochodu. Trzymał w dłoniach niewielką rzecz. Ruszył w moim kierunku. Krew zaczęła płynąć sporym strumykiem. Uniosłem zakrwawioną dłoń, w kierunku człowieka, z którym spędziłem ostatni miesiąc. Nie pomógł... Podszedł ten, który strzelał. Rozpoznałem go. Mój przełożony.
- Poznałeś Świetny jest. Zastąpi Cię na twoim stanowisku, bo niestety, ale jak się dowiedzieliśmy, za dużo myślisz. Coś nam się wydaje, że w każdym momencie mogliśmy stracić nad Tobą kontrolę. Musimy być zapobiegawczy. Mogę tylko powiedzieć., że do tej pory nieźle nam się współpracowało, ale jak widzisz, musimy to skończyć. Dla dobra wszystkich. Sprawę twojego odejścia z naszej organizacji załatwi twój podopieczny. To była jego misja. Ta utajniona. Miał po prostu zobaczyć jak reagujesz na pewne sytuacje i zwroty. Wszystko szło świetnie... ale co Ci do głowy przyszło z tym napisem? "Wolność, albo jest pełna albo nie ma jej wcale". To bardzo nas zmartwiło i naprawdę szkoda, ze tak to się musi skończyć... Jedziemy. "Ciało zatopić w Warcie". Poszedł. Już praktycznie nic nie widziałem, ale wiedziałem kto kryje się za sylwetką, która stała nade mną. On też się sprzedał... I skończy tak jak ja... za rok, może dwa... oni nie będą sprowadzać ludzi z dalekich państw... będą zabierać ich prosto z ulicy... nikt nie zareaguje... właściwie to dobrze się stało... uwolni mnie od tego wszystkiego... ja nie miałem nigdy odwagi sprzeciwić się... wolałem stan, w którym trwałem... sam o tym nie wie, ale wyświadcza mi przysługę... to on za mnie wybrał mi wolność... Jeszcze jeden ból... koniec...
cop.b.p.
wszystko, co jest prawdziwe, jest fikcyjne...
Pierwiastek
pierwiastekx@op.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||