:::: Helmut Sekatorr ::::

Zemsta



Był piękny, słoneczny ranek. Szybko zjadłem śniadanie, pocałowałem żonę i wyszedłem z domu. Wskoczyłem do samochodu i już po piętnastu minutach byłem w pracy. Rzecz godna odnotowania, biorąc pod uwagę ruch uliczny w takie dni, jak ten wtorek.
- Cześć, Wrzaskun! Programista, który się nie spóźnia? - nasza sekretarka, jak zwykle pilnująca naszych godzin przyjścia.
- Wrzaskun postanowił dzisiaj zacząć wrzeszczeć wcześniej i wyjść o tej samej porze, co tak zwani ludzie! - odpowiedziałem ze śmiechem. - Jak zwykle ustawiłaś ekspres na najmocniejszą możliwą kawę?
- A ktokolwiek na tej planecie pija inną?
- Lepiej się czegoś przytrzymaj... mnóstwo ludzi! Nawet moja żona!
- ...Co ty wygadujesz? Chcesz, bym dostała zawału? - i oboje wybuchliśmy śmiechem. Słaba kawa, myślałby kto!... Jak zwykle nie umiem zachować powagi. Szczerze mówiąc, to nawet mi na tym nie zależy. Od tego zresztą przylgnęło do mnie przezwisko "Wrzaskun". Po prostu pewnego razu darłem się na całe gardło za każdym razem, gdy beta naszego poprzedniego projektu się wieszała... czyli ze cztery razy na godzinę. Żebyście słyszeli jaką miałem potem chrypę!
Przeszedłem do części właściwej, czyli do dużego pomieszczenia, gdzie wszyscy obijamy się... eee, to znaczy, pracujemy w pocie czoła. Doktorek (miłośnik kreskówek) jak zwykle rano pracował w pocie czoła nad pasjansem słuchając płyty z podręcznika do języka rosyjskiego dla klasy pierwszej liceum... cholera, chyba odwołam konkurs na najbardziej denerwującą rzecz do słuchania. A tyle się przy nim "napracowałem"...
- Co jest, Doktorku?
- Skończyłem pisać pasjansa z cheatami: naciskasz tyldę, wpisujesz "iamsooolame" i możesz wybierać karty.
- Podrzuć mi to mailem.
- I zajmuje pół giga. Dodałem jedną grafikę na tło. DUŻĄ grafikę.
- To może lepiej mi to nagraj na płytę.
- Mowy nie ma, dostaniesz to mailem do domu... o ile jeszcze nie zdążyłeś założyć sobie stałego łącza.
Tak, kolejny poranek w pracy. Za chwilę pewnie przyjdą, jak zawsze razem, Elvis i Poniedziałek.
- Elvis has entered the building!
- Nienawidzę poniedziałków!
- Dzisiaj wtorek.
- Tych też nienawidzę! Włażą ci takie małe, czarne wtorki po nodze i gryzą cię w cztery litery!
- Jakie wtorki, głąbie? Przecież to robią czwartki!
Tak, typowe odgłosy poranka w naszej małej firmie. Ciekawe, jak by to było, gdyby nasz projekt okazał się rewolucyjny, przyniósł olbrzymie zyski i zamienił nas w wielką firmę... czy nadal mielibyśmy czas na wygłupy? Czy zachowałaby się ta atmosfera zabawy?
Ale mniejsza z tym. Za chwilę przyjdzie Pułkownik ze swym zwyczajowym "Uwielbiam zapach napalmu o poranku"...
- Uwielbiam zapach napalmu o poranku!
...i bierzemy się do pracy.
- Są wszyscy? - zawołałem.
- Mnie nie ma!
- Ty się nie liczysz, ty jesteś wyrzutek społeczeństwa.
- Tak, oczywiście! Na margines mnie, co? Veni, vidi, marginelli!
- No dobra, czy są wszyscy i margines?
- Tak!
- No to zaczynamy przerwę na obiad.

Koło pierwszej była prawdziwa przerwa na obiad (czy może raczej drugie śniadanie). Praca toczyła się dzisiaj gładko - o dziwo nic jeszcze się nie zawiesiło, Doktorek zamienił płytę z ruskiego na "Aenima" Tool ("Some say the end is near... Some say we`ll see armageddon soon... certainly hope we will..." uwielbiam ten kawałek!) i, co najważniejsze, kawa ani razu mi nie wystygła... Zupełny spokój.

Wpół do szóstej wróciłem do domu. Zatrzymałem samochód na podjeździe, wysiadłem i ruszyłem w stronę drzwi. Drzwi... były otwarte! Co jest grane?
- Anna! To ja!
Cisza.
- Anna! Jesteś tam?
Jasna cholera!
- Anna!!!
Zacząłem biegać po mieszkaniu, zaglądać w każdy kąt. Przedpokój, kuchnia, jadalnia, łazienka, sypialnia...
- Anna... Nie, o Boże, nie!!!
Telefon, gdzie telefon!? Leży na podłodze... pogotowie...

Nic nie mogli zrobić. Nie żyła od kilku godzin. Została uduszona. Policjanci oczywiście chcieli wszystko wiedzieć, jakbym wtedy był w domu... przeszukali dom i stwierdzili, że w całym domu nie ma ani grosza w gotówce... zwyczajny, cholera, rabunek...

Gdyby poszła wtedy na spacer, albo na zakupy!...

A potem był pogrzeb. Nie miałem garnituru, więc kupiłem. Słyszałem kiedyś taką regułę dotyczącą ubioru programistów, że programista zakłada garnitur tylko wtedy, gdy musi. A gdy musi, to zakłada taki garnitur, który wygląda jak kupiony w sklepie z odzieżą żałobną. Mój wyglądał jak kupiony w sklepie z odzieżą żałobną. Bo taki był. Cha, cha, cha, beczka śmiechu.

Niedługo po pogrzebie przyszła do mnie sąsiadka. Trochę stara, trochę zwariowana, od dawna wiedziałem, że lubi podglądać sąsiadów. Ale nie spodziewałem się usłyszeć tego, co powiedziała... Najpierw lamentowała jaka to tragedia, że dlaczego Anna... a potem powiedziała:
- Tamten facet od razu wydał mi się podejrzany, kręcił się przed waszym domem, ale zadzwoniła pani Jadzia, i gdy skończyłam z nią rozmawiać, jakieś pół godziny później, to akurat odjeżdżał...
- Jaki facet?
Bała się rozmawiać z policją, nie ufała im, więc powiedziała to mi. Dowiedziałem się jak gość wyglądał i jaki miał samochód, jaki numer rejestracji... Mogłem to zgłosić na policję. Ale nie zrobiłem tego.
Miałem broń. I wiedziałem, jak się nią posługiwać.
Chciałem sam go zabić.

Tylko jak miałem go znaleźć? Nijak. Życie to nie pieprzony film, gdzie połowa populacji zna jakiegoś hakera mogącego wyciągnąć z sieci każde dane na podstawie numeru rejestracji samochodu, a druga połowa to ci hakerzy. Nosiłem broń przy sobie. Czasem do domu jechałem dłuższą drogą, przez slumsy, sam chyba nie wierząc, że mógłbym napotkać JEGO...
I jaką miałem pewność, że to był akurat ON?
Byłem tego całkowicie pewien. Chciałem być całkowicie pewien. Chciałem wierzyć, że mam winnego.
Że mogę go mieć.
Gdy go spotkam.
Jeżeli go spotkam.
Że też ja wierzę w takie brednie!...

Jakoś żyłem dalej. W pracy żarty wyraźnie przycichły. I nadal jeździłem do domu przez slumsy. Cały czas z bronią za pasem.

Minęły dwa tygodnie. Stoję właśnie na światłach. Gość przede mną "grzeje gary"... o cholera... to ON! Ten numer, ten samochód, który podała mi sąsiadka! Na pewno, tak mi się wryły w pamięć...
Jadę za nim!
No dalej, dupku, pokaż mi, dokąd jedziesz, jeżeli będzie to jakieś ustronne miejsce, to wiedz, że właśnie spędzasz ostatnie chwile życia!
Boże, ależ mnie kusi, by go wyprzedzić i strzelić przez okno, tak jak się mszczą w filmach!
Ale nie, chcę go dorwać, chcę zobaczyć w jego oczach strach, ból...

Jest! Dojechał! Jakiś opuszczony budynek... świetnie!

Wysiadam z samochodu, ostrożnie przymykam drzwi, cichutko podbiegam do wyłamanych drzwi...
- Ile dzisiaj?
- Sporo, zarąbałem dziesięć patoli i nawet nie musiałem nikogo udupić!
To na pewno on! Nie jest sam, ale nie wie, że ja tu jestem! Zemsta... będzie moja! Wpadłem przez drzwi z pistoletem w ręku, gotowy do strzału...
- Co to za...
- Kurwa, on ma broń!
Ich jest... ośmiu! Jasna cholera!
- Rzuć to cholerstwo! Rzuć to, kurwa!
- Udup go!

Strzał! Ale to... nie ja...


- Chyba jeszcze żyje.
- Jak jeszcze żyje, to bierzesz cholerną spluwę...
Głosy.
- ...ładujesz...
Metaliczny szczęk.
- ...przystawiasz dupkowi do łba...
Dotyk chłodnej stali.
- I wtedy --


Ciemność.


Helmut Sekatorr

maulstard@tenbit.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||