:::: Matina ::::

Wiem, kogo kochasz...



Wiem, kogo kochasz... wiem, kogo kochasz...
Zawsze ten sam sen, ten sam szept budzący mnie nad ranem. Nie mam pojęcia, skąd się bierze.
Wiem, kogo kochasz...
Szarawe pomieszczenie, zamazane, niewyraźne jak wszystko we śnie, ma jakieś okna i sprzęty, ale nie wiem, czy to biuro czy czyjś pokój, na pewno nie mój, nie jest to też miejsce, w którym pracuję ani żadne z tych, które odwiedzam. Nie ma w nim nikogo, ale mogą w nim być wszyscy, bo atmosfera jest ciepła, zagęszczona, prawdopodobnie przeniesiona z rzeczywistego zapachu śpiącego człowieka; mnie.
Wiem, kogo kochasz...
Nie mogę powiedzieć, czy to kobieta, czy mężczyzna, młody czy stary, zachrypnięty czy czysty, wysoki czy niski głos. Nic nie wiem na ten temat. Mogę tylko słyszeć.
Wiem, kogo kochasz...
Ten sen pojawia się od tak dawna, że nawet nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy się zaczął; pamiętam pierwsze przebudzenie po nim, niezwykłe zdziwienie, telefon od znajomej i jej interpretacja: a więc kogo? Może z kimś się spotykasz?
Nie, z nikim.
Wiem, kogo kochasz...
We śnie chyba nic się nie dzieje, tak mi się przynajmniej wydaje; może coś w nim się porusza, w zgęstniałym powietrzu, ciepłym i pachnącym konkretną osobą: kim? Pamiętam, że przez parę miesięcy mnie i moich znajomych interesowało ustalenie tożsamości tej osoby i to, czy jest tą, która mówi czy tą, o której...
Wiem, kogo kochasz...
Nie doszliśmy do żadnego wniosku, wkrótce przestało nas to interesować, jak zwykle zresztą; przeszliśmy do obdyskutowywania innych, bardziej palących kwestii. W kłębach dymu, z herbatą lub piwem w ręce, objadając doszczętnie aktualnego gospodarza z zapasów, rozmawialiśmy o polityce, obgadywaliśmy przyjaciół obecnych i nieobecnych, komentowaliśmy ich zwyczaje i preferencje; o moim śnie, którym żywiliśmy się przez tyle czasu, zapomnieli.
Ja nie.
Wiem, kogo kochasz... wiem, kogo kochasz...
Nie śni mi się co noc, ale zawsze o tej samej porze, nad ranem, około dziewiątej, jeśli mogę tyle spać a jeśli nie, to jakieś piętnaście minut przed planowanym przebudzeniem. W jakiś sposób wie, o której chcę wstać i dostosowuje się do tego tak, by obudzić mnie z uczuciem paniki w sercu, niepokojem w duszy i ogólnym wrażeniem nie wyspania się. Nie jest to zbyt przyjemne, ani tym bardziej zdrowe.
Wiem, kogo kochasz...
Nikt z ludzi, których znam nie zaproponował mi pójścia do psychiatry, bo za bardzo sami interesowali się wyjaśnieniem problemu, żeby powierzać to komuś innemu. Potem, kiedy im się znudziło, przyszło mi to do głowy, ale nigdy na płaszczyźnie praktycznej; było to po prostu zastanawianie się, jak by się do tego zabrał, jakie pytania by mi zadał, jak daleko w mą przeszłość mógłby sięgnąć, do jakich wniosków dojść, a w rzadkich chwilach cynizmu, ile by za to wszystko wziął; te same pytania mogę przecież sobie zadać osobiście, bez osób trzecich, nie rozumiejących mnie i nie angażujących się emocjonalnie. Co z tego, że dojdzie do wniosku, że ojciec był w moim życiu nieobecny, że w podstawówce nieodmiennie moi przyjaciele stawali się obiektami mojej miłości, że uzależniam się od innych, chociaż teraz już nie, w sposób, który można nazwać miłością, ale dla mnie jest to uzależnienie i, w razie niedostępności obiektu, fizyczny głód? Co z tego? Czy to ma coś wspólnego z moim snem, z szeptem rozlegającym się tuż przy moim uchu, jednakowo nasilonym, ale powtarzającym się tak długo, aż nie się nie obudzę, z ciałem przylepionym do piżamy, mokrym od potu, jakby po walce z demonami? Co? Co?
Wiem, kogo kochasz... wiem, kogo kochasz...
Dzisiaj z tym skończę, mówię sobie czasami, kupuję tabletki na sen, skutkują, ale źle się po nich czuję, chodzę nieprzytomnie cały dzień a współpracownicy i znajomi pytają mi się, co biorę? Odpowiadam wtedy, a oni reagują: ach tak, znowu ten sen... wiesz, może pójdziesz do lekarza... najwyższy czas...
Wiem, kogo kochasz... wiem, kogo kochasz...
Chodzę do księgarni i przeglądam poradniki, senniki, czytam Freuda, Junga, popularnonaukowe opracowania na temat marzeń sennych, ale nic z nich nie wynika, niczego się nie mogę nauczyć. Wszystkie mówią mi: skontaktuj się z lekarzem. Skontaktuj się z lekarzem.
Wiem, kogo kochasz...
Ten sen nie przeszkadza mi w życiu codziennym, chociaż czasami o nim myślę, podobno przybieram wtedy określony wyraz twarzy, widać po mnie, co robię i, tak mówią, ma się ochotę trzymać się ode mnie z daleka. Ale normalnie nic, budzę się, idę pod prysznic zmyć nocny pot i on znika, razem z wodą, w odpływie mojego mózgu, by pojawić się dopiero następnej nocy nad ranem. Przez cały dzień nic mi nie jest, zachowuję się normalnie, chociaż żyję z nim od tak dawna, że nawet gdyby moje zachowanie odbiegało od tego sprzed szeptu to i tak nikt nie jest w stanie znaleźć różnicy; chyba tylko ktoś, kto nie widział mnie, powiedzmy, od czasów szkolnych, i pamiętałby jeszcze, że było inaczej; ale ludzie po latach się zmieniają i pewnie złożyłby to na karb dorastania. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy jestem sobą. Ja też nie.
Wiem, kogo kochasz...
Co najdziwniejsze, sen nie pojawia się nigdy, gdy z kimś śpię; inna sprawa, że wtedy w ogóle trudno mi zasnąć, leżę godzinami i patrzę na śpiące ciało obok mnie, jak równo oddycha, sapie, czasami mamrocze przez sen, obserwuję wolno elektryzujące się włosy na poduszce, które rano sterczą w uroczy sposób; oglądam zasłonięte powiekami oczy, rzęsy długie lub krótkie, jasne lub ciemne, brwi, łukowate lub bardziej proste, gładki płat skóry przykrywający oczy, które, gdy się otworzą, będą cudownie zamglone i nieostre. Badam nocne napięcie mięśni, to, czy śpią przez całą noc w jednej pozycji czy też ciągle się wiercą; czy leżą na brzuchu, na plecach, skuleni czy nie; ile razy się do mnie przytulą.
To wszystko jest tak cudowne, że aż nie chce się spać.
Wiem, kogo kochasz...
Poza tym nie ma żadnej reguły, sen może się pojawić lub nie, ale nigdy nie znika na długo i nie przychodzi mi do głowy, że się go może pozbędę. Nie ma go dwa, najwyżej trzy dni, trochę dłużej jeśli na niego czekam, krócej, jeśli zasypiam szybko, po męczącym dniu. Przyzwyczajam się do niego powoli, nawet go lubię, stał się już częścią mnie, nie potrafię sobie bez niego wyobrazić własnego życia; wrósł we mnie powoli, niepostrzeżenie, do tego stopnia, że nie sypiam z nikim dłużej nić trzy dni z rzędu, bo zaczynam za nim tęsknić; zresztą moje związki nigdy nie trwają na tyle długo, by mogły mu jakoś zagrozić; zazwyczaj są cudownie przelotne, oparte na obserwacji ciała drugiej osoby i kończące się, gdy już wszystko zostanie zbadane - najpóźniej po tygodniu, nigdy dłużej. Wystarczy.
Wiem, kogo kochasz...
Nie pójdę do lekarza, nie zacznę szukać mądrzejszych poradników, już nigdy nie podzielę się nim ze znajomym; jest mój i tylko mój, nie mogę go oddać. Nie potrafi nikomu zagrozić, bo nikt jemu nie zagrozi; tylko ja i on, dzielimy ze sobą małą, prywatną tajemnicę i nie mogę się już doczekać, aż ułożę głowę na poduszce, zamknę oczy i odpłynę w krainę snu, mętną drogę, na której końcu czeka mnie szept, kochany, jedyny, mój:
Wiem, kogo kochasz...
Ja też wiem. Niestety.


Matina

i17latawcow@o2.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||