:::: Seth ::::

To, czego nie mówimy



Samochód jechał niemalże sto kilometrów na godzinę. Padał deszcz. Nic nie widziałem. Nie chciałem nic widzieć. Oczy miałem całe we łzach. Zamykałem oczy głośno płacząc.
Po krótkiej chwili już wiedziałem, że nie chcę wracać do tego pustego domu. Że chcę to zakończyć tu i teraz. Zacząłem coraz bardziej przyspieszać. Czułem jak krew zaczyna szybciej płynąć w moich żyłach. W końcu czułem, że żyję. Przypływ adrenaliny kazał mi naciskać pedał gazu mocniej, tak mocno jak tylko mogłem. Do granic wytrzymałości. Obraz zaczął się rozmazywać. I nagle ciemna przestrzeń przede mną rozświetliła się światłem samochodu jadącego w moim kierunku. Nawet przez sekundę nie rozważałem zatrzymania się, nie chciałem tego.
Po krótkiej chwili już nie musiałem nic robić. Już nie mogłem nic zrobić i właśnie przechodziłem do świata poza granicą przytomności, kiedy ta sama jasność, która przed chwilą kazała mi zakręcić, teraz wskazała mi drogę do domu, którego tak bardzo nie chciałem.

Obudziłem się w szpitalu. Jeszcze przez długi czas musiałem tam przebywać, codziennie poznając mroczne sekrety tego miejsca. Nienawidzę tego chłodu. Tam było tej podłej obojętności na tyle dużo, że czasami niemalże czuło się to zimno przepływające przez cały organizm i mieszające się z krwią.

Drugiego dnia mojego pobytu w szpitalu odwiedził mnie mój przyjaciel i zaczął zadawać mi pytania o to jak mogło dojść do tego wypadku. Jednocześnie zapewniał mnie, że wyjdę z tego cało, że lekarze są pewni, co do tego, że będzie dobrze. Nie czułem wtedy nic. Teraz już wiem, że nie chciałem czuć. Teraz już wiem, że w każdej chwili mogłem wstać i wyjść z tego pokoju. Ale wtedy nie myślałem o tym, aby wychodzić dokądkolwiek. Nie miałem dokąd iść.
Lekarze mówili, że kręgosłup jest cały [byli tym tak samo zdziwieni jak ja] i wyraźnie sugerowali, że problem leży w psychice, a nie w fizycznej stronie mojego zdrowia.

Pewnego dnia mój przyjaciel ponownie mnie odwiedził, powtarzając to samo, co ostatnim razem. A ja ponownie go nie słuchałem. Byłem jak nieprzytomny. Wtedy przez większość dnia byłem jak nieprzytomny. Łykałem dużo lekarstw. Wiedziałem, że mi nie pomogą, ale to nie było najważniejsze. Najważniejsze było to, aby przeżyć ten dzień. Tak oto żyłem niczym cień. Jedyną atrakcją dnia było spoglądanie w otwarte okno. I wspominanie tego, jakie życie było kiedyś. Za wszelką cenę starałem się wyrzucić z pamięci te złe wspomnienia, pozostawiając jedynie dobre. Prawda jest taka, że nawet najgorszy koszmar, jaki kiedykolwiek mi się śnił, nie mógł być gorszy od tego, co wtedy przeżywałem.
Nie pamiętam całej tej rozmowy z moim przyjacielem, jaką wtedy przeprowadziłem. Pamiętam tylko tyle, że od dawna chciałem komuś o tym powiedzieć tak samo jak teraz, gdy piszę te słowa będąc już w domu. Nie muszę już myśleć o tym, co zrobiłem i dlaczego to zrobiłem. Nie oceniam już swojego zachowania. Bo wszystko, co można było zrobić, zostało zrobione. Teraz, gdy piszę te słowa, podchodzę do tego jak do kolejnego kroku ku normalności, a może ku zapomnieniu.

Ponownie zmieniam temat. Ponownie próbuję napisać o tym, co wtedy powiedziałem. Ale muszę przyznać, że przychodzi mi to z trudem. Dlatego może od razu przejdę do sedna tej rozmowy.
Piotrek [bo tak ma na imię mój przyjaciel] właśnie wychodził z sali szpitalnej. Był zdenerwowany tym, że kiedy do mnie przyszedł, ja ponownie nie odezwałem się do niego ani słowem. Właśnie przekraczał otwarte drzwi, kiedy ostatkiem sił, jakie może wydobyć z siebie człowiek, który stoi na krawędzi, wyszeptałem do niego tak cicho, że nie sądziłem, aby mógł to usłyszeć, że "ja nie chciałem przeżyć". Po tym wyznaniu już miałem odwrócić głowę w kierunku okna, aby ponownie zając się tym, czym tylko można było się zajmować w szpitalu, czyli zapominaniem. Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że Piotrek usłyszał moje słowa. Przyglądał mi się zza otwartych drzwi i przez chwilę myślałem, że odejdzie. Sądząc po jego wyrazie twarzy musiał być bardzo zaskoczony tym, co usłyszał. Lecz nie odszedł. Wszedł z powrotem do pokoju i zamknął za sobą drzwi, po czym usiadł obok mnie i zadał jedno jedyne pytanie - dlaczego?

Odpowiedź była tylko jedna. Sądzę, że i wy powinniście ją teraz usłyszeć. Dlatego spróbuję ją możliwie jak najdokładniej zacytować.
" Jestem marzycielem. Mam wiele wielkich marzeń. Tak samo jak mam świadomość, że nigdy ich nie spełnię. Wśród tych wszystkich nierealnych marzeń mam jednak jedno bardzo przyziemne marzenie. Jedno wyjątkowe marzenie, które muszę spełnić, aby móc powiedzieć, że kiedykolwiek żyłem. Chciałbym założyć rodzinę. Powiedz mi. Błagam, powiedz mi, jak mam to zrobić, nie wierząc w miłość. Zawsze była odrobina nadziei. Tego dnia nadzieja zginęła."

Piotrek nie odezwał się ani słowem. Chyba rozumiał, że żadna odpowiedź nie będzie dobra. A może wiedział, że jeszcze nie skończyłem mówić. Może po prostu czekał, abym w końcu powiedział to, co od tak dawna ukrywałem. Nie musiał czekać długo. Po krótkiej chwili zacząłem kontynuować.
" W swoim życiu kochałem jedynie dwie kobiety. Wszystkie one mają nadal jakąś część mego serca. Teraz już wiem, że nie zostało mi serca tak wiele jak bym tego chciał.
Jakiś czas temu spotkałem cudowną dziewczynę. Taką pewną siebie, piękną, zawsze uśmiechniętą, inteligentną i zabawną. Istny ideał.
Zawsze sądziłem, że prawdziwy ideał powinien mnie kochać. I po pięciu cudownych miesiącach byłem pewien, że ona mnie kocha. Zdobyła moje serce, a raczej to, co z niego pozostało, zaledwie po pięciu miesiącach. Ale prawda jest taka, że miała je już w chwili narodzin. To typ dziewczyny, na którą się czeka przez całe życie.
Tej jednej jedynej, już nigdy po niej nie będzie kogoś, kto będzie potrafił tak zawładnąć twoim umysłem, duszą i sercem.
Tego dnia [2002-11-07] kiedy doszło do tego "wypadku", a raczej nieudanej próby samobójstwa, postanowiłem jej powiedzieć to, co do niej czuję. Wiedziałem, że to dziewczyna niezależna. Wiedziałem, że ma tysiące marzeń, które pragnie spełnić i wiedziałem, że pragnę pomóc jej w ich spełnieniu. Miałem nadzieję, że schwytam któreś z jej marzeń. Że podzieli się nim ze mną i kiedy następnym razem zamarzy się jej wyjazd za granicę do Paryża to w tym marzeniu nie będzie tam sama, lecz ze mną. Podarowałem jej na znak tego, co do niej czuję, pierścionek. Lecz ona go nie przyjęła. Wiedziała, że to było dla mnie ważne. Ale powiedziała mi swym delikatnym jedwabnym głosem, że nie było mnie przy niej, kiedy się bała i że pomimo tego, co do mnie czuje nie może przyjąć tego prezentu. Powiedziała, że wie, jak wiele to znaczy dla mnie i że właśnie, dlatego nie chce wysyłać mi błędnych znaków. Po czym dodała, że mnie kocha. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że nie chcę już więcej słuchać jej zabójczych słów.
Nie chciałem słuchać kogoś, kto najpierw mówi, że kocha, a potem odrzuca dowód mojego uczucia. Wyszedłem i zacząłem prawie godzinną podróż do domu."

Spojrzał na mnie. Ale odwróciłem wzrok w stronę okna. Nie chciałem, aby widział, że płaczę. Na szczęście było już ciemno, a w pokoju było zgaszone światło. To jednak jestem przekonany, że wiedział o tym, że płakałem. To dało się słyszeć w moim głosie. Jednak nawet łzy nie powstrzymały mnie od kontynuowania mojej historii. Było na to za późno. Musiałem komuś powiedzieć. Za długo to zatrzymywałem w sobie.
"Wsłuchiwałem się w dźwięk padającego deszczu. Starałem się usłyszeć czyjś głos, lecz nikt się nie odzywał. Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że zapewne już nigdy nie zdołam usłyszeć głosu osoby dla mnie ważnej. Że nigdy nie usłyszę tych jakże ważnych słów. Właśnie w tej chwili coś we mnie pękło. I zacząłem powątpiewać w prawdziwość tych słów.
Wiedziałem, że już nie zdołam nikogo pokochać. Że moje serce jest z nią i że nie wrócę do niej, nie mając odrobiny wiary w to, że jej wszystkie wyznania były prawdą. Przestałem wierzyć w prawdę i w miłość. Przestałem wierzyć w ludzi, i przestałem wierzyć w życie. Ale nade wszystko przestałem słyszeć głos swojego serca i gdzieś w tej podłej ciszy zagubiłem drogę do swojej legendy. Zacząłem przyspieszać i postanowiłem się już nie zatrzymywać, postanowiłem jechać możliwie jak najszybciej. Lecz nie zamierzałem wracać do domu. Nie do tego pustego domu. To właśnie wtedy obudził mnie z tej agonii smutku i rozpaczy potężny słup światła, jaki wydał z siebie samochód jadący z naprzeciwka i to właśnie wtedy stanąłem nad przepaścią życia i śmierci. Nie wiem, dlaczego przeżyłem. I wiem, że może to ci się wydać głupie, ale nie żałuję tego, co zrobiłem.
Przez tę krótką chwilę czułem, że żyję. Czułem, jak w moich żyłach płynie krew. I możesz mi wierzyć, że to było wspaniałe uczucie."

Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać teraz ze strony mojego przyjaciela. Nie wiedziałem, co zrobi. Tak samo jak ja bym nie wiedział, co zrobić, gdyby to on mi powiedział coś takiego.
Jedyne, co od niego usłyszałem to: "Wiesz, może nawet wierzę w to, że umieranie może być przygodą, ale ty nie umarłeś. Pamiętaj o tym. Zawsze jest szansa na spełnienie marzeń. Zawsze.
Życie właśnie na tym polega. Na ciągłym przegrywaniu i wygrywaniu. Możesz mi wierzyć, że jeszcze nie raz przegrasz. Ale nie bój się tego. Tak samo jak nie bój cię tego, że jeszcze nie raz wygrasz. Pamiętaj tylko o tym, aby z każdej przegranej tak samo jak i z wygranej wyciągnąć jakieś nauki."

Niewątpliwie to wydarzenie nauczyło mnie wielu rzeczy. A te kilka słów, niemalże wyjętych wprost z marnej komedii, jakie usłyszałem wtedy od mojego przyjaciela, były pewnego rodzaju podsumowaniem tej lekcji. Ale nie zamierzam teraz opisywać tego, co zrozumiałem. Pragnę jedynie przekazać wam choćby odrobinę mojego bólu. Możecie mi wierzyć, że to pomaga i jeśli i wy będziecie się bać lub cierpieć, to sama rozmowa o tym może wam bardzo pomóc. Przede wszystkim pragnę każdemu z was powiedzieć, że w życiu są pewne naprawdę ważne rzeczy pewne naprawdę ważne marzenia, dla których warto żyć i warto przegrywać. Pomimo tego, że nie potrafię znaleźć w sobie wiary w spełnienie mojego marzenia, mojej własnej legendy, to nadal czekam na jeden z tych lepszych dni. Kiedy wszystko może się zdarzyć.

Nie będę was okłamywać, że samobójstwo nie jest sposobem na zakończenie bólu. Bo jeśli naprawdę czujecie ból, to i tak mi nie uwierzycie. Nie będę też was okłamywać, że w samobójstwie jest coś złego. Niewątpliwie jest to bardzo samolubna metoda walki z bólem, która wcale nie ochrania innych przed bólem. Jednak gdyby inni naprawdę byli ważni, to by was obronili przed cierpieniem.
Nie mówcie sobie ciągle, że jutro będzie lepiej. Bo to nieprawda. Nie wierzcie w jutro. Żyjcie tak, jakby dzisiaj był ostatni dzień waszego życia. Przekraczajcie granice rozsądku. Choćby w celu szukania odrobiny adrenaliny i strachu. Strach może być waszym najlepszym przyjacielem, lecz tylko wtedy, gdy będziecie z nim walczyć jak z największym wrogiem. Więc błagam was, nie bójcie się żyć.



Seth

prizefighter@op.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||