Tak zwane szczęście
Za oknem gabinetu Symplicjusza z Planety TQ208 granatowa ciemność spowiła już cały horyzont, a ponad niego wytoczyła się majestatycznie pełnia drugiego z trzech księżyców nocy. Minęło już prawie pół godziny od czasu, gdy doniesiono mu wiadomość o decyzji Sądu Najwyższego. Czasoprzestrzeń wokół niego coraz bardziej wypełniała się okropną świadomością klęski, spod której wydobywały się ostatnie westchnienia nadziei, jaka dotychczas tliła się jeszcze w sercu menadżera. Wciąż niezwykle jeszcze wyraźne kształty tworzonych do niedawna planów wzbudzały w nim potrzebę kolejnych działań, podsycając w sercu prezesa upadłej właśnie korporacji bezsilną złość. Choć twórca rynku biotechnologii nie zwykł przeżuwać doznawanych od czasu do czasu niepowodzeń, w tej chwili wyraźnie poczuł, że wiadomość, którą telepatia jego odebrała, wbije go na dłuższy czas w fotel.
Teraz rzeczywiście siadło całe jego wnętrze zanurzając się w dusznych oparach ogarniającej go zgryzoty. Choć oparta o biurko ręka lekko i niezdecydowanie zaciskała się w pięść, świadomość porażki tak silnie otumaniła jego myśli, że ugrzęzły w jego wnętrzu penetrując minioną przeszłość.
Przed oczami przebiegało mu jego bardzo długie życie, wydłużone przez inżynierię genetyczną już do 285 lat z 387 zaprogramowanych w telomerach DNA. W wyobraźni jeszcze raz przeżywał całą swoją karierę, wszystkie wydarzenia, które nieuchronnie doprowadzić miały go do tego właśnie momentu, kiedy to siedząc przy biurku swego gabinetu grzebał zainicjowany przez siebie biznes, grzebał rynek biotechnologii, zakrojoną na szeroką skalę, niemal monopolistyczną produkcję cyborgów, którą przez ponad sto lat realizował jako szef założonej przez siebie "Symplicjusz Human's Metamorphosis". Przed oczami przebiegały mu te wszystkie lata, przypominał sobie okresy niedawne jak i bardziej odległe, rozkwit firmy, jej dominacja na rynku wszystkich Siedmiu Gwiazdozbiorów skolonizowanego Wszechświata, okresy wcześniejsze, pierwsze próby ruszenia z produkcją. W wyobraźni jeszcze raz ujrzał wszystkich znaczących swoich współpracowników, inżynierów genetycznych, psychologów genetycznych i cybernetyków, których zatrudniał wciągając w swój interes. Ale teraz jego myśli pobiegły znacznie dalej, sięgnęły czasów wczesnej młodości, nawet dzieciństwa.
Jednak tym, co w największym stopniu zaprzątało jego uwagę nie były jego własne dokonania, jego osobiste wzloty i upadki. Po raz tysięczny w jego życiu myśli Symplicjusza owładnęli ci sami trzej ludzie, którzy obecni w nim byli niemal od zawsze. Eligiusz, Świętopełk i Bożydar rzucali mu wyzwanie od kiedy tylko poznał ich po raz pierwszy, gdy jako czteroletni chłopiec wyszedł na podwórko, na boisko baseballowe, gdzie stali trzymając kije do gry. Już wtedy zapowiadał się na noszącego głowę w chmurach, już wtedy oni w nim to dostrzegli, rzucili mu rękawicę, którą on podniósł. On i oni zmontowali naprędce dwie drużyny, w rozegranym meczu tak długo był remis, że w końcu mecz skończył się wynikiem nie rozegranym. Tamci trzej zawsze byli razem, on potykał się z nimi samotnie, tkwiąca w każdym z nich rywalizacja sprawiała, że każda zabawa przeradzała się w potyczkę. W szkole zawsze szli łeb w łeb, wszyscy byli prymusami, ale oni wciąż byli razem, on był dla nich przeciwwagą, obie strony nie ustawały we współzawodnictwie. Wybrali te same studia, oczywiście ekonomię, i to jeszcze nie byłoby chyba symptomatyczne, gdyby nie fakt, że idąc na ten sam uniwersytet bardziej wszyscy dbali chyba o swój wzajemny na siebie wpływ, niż o to, by wybrać jak najlepiej. Oni odbijali mu dziewczyny, on odbijał im. Symplicjusz poznał cztery podstawowe języki Siedmiu Gwiazdozbiorów bynajmniej nie przez swój wrodzony poliglotyzm, lecz po prostu z uwagi na fakt, że Świętopełk również wszystkie je znał.
Wszyscy zaczynali od informatyki. Założyli dwie firmy, oni wspólną, on swoją osobistą. Wrodzone skłonności do przewodzenia i dominowania nikomu z nich nie pozwoliły na pracę w innym charakterze. Biznes szedł bardzo dobrze, interesy zataczały coraz to szersze kręgi, w szybkim tempie te dwie firmy wyparły większość innych. Czasami oni, czasami Symplicjusz wysuwali się na prowadzenie. Osobisty psycholog Symplicjusza dostrzegał u niego wzór zachowania A, swego czasu przestrzegał go, że może on skrócić jego zaprogramowane na 387 lat życie nawet o 40 lat, ale ostrzeżenie to ani trochę nie trafiła do jego wyobraźni. Analityk wypominał mu, że to on nie oni napędzają spiralę rywalizacji. Kiedy firma rywali przeżywała kryzys, Symplicjusz jeszcze bardziej zdecydowanie parł naprzód - zauważył psycholog. Zatrudniał nowych specjalistów, wchodził na nowe rynki.
Przypadkowe spojrzenie na zegar wyrwało go z jakiś czas już trwającej zadumy. Symplicjusz zdążył przyzwyczaić się już, że czas w rodzimym Gwiazdozbiorze Syreny zunifikowano już z jego upływem w Gwiazdozbiorze Smoka, dotarło więc teraz do niego, że dziesiątki lat świetlnych od jego gabinetu, Sąd Najwyższy Unii Syreny i Smoka przystępuje już do debaty nad losem jego konkurencji. Nie przedłużono koncesji na biotechnologię dla "Symplicjusz Human's Metamorphosis", losy "Three Bioknights Corporations" miały rozstrzygnąć się przez najbliższe pół godziny.
Łyk ciepłej jeszcze herbaty odsłonił dno filiżanki, nie wyrwał go jednak ze smętnego rozpamiętywania. Kiedy oni rozpoczęli produkcję cyborgów, on jak zwykle postanowił nie pozostawać w tyle. Jedni i drudzy produkowali sztuczniaków przede wszystkim na zamówienie dużych firm. Opracowano jakieś dziesięć modeli sztuczniaków: do prostych czynności sprzątania, do rękodzielnictwa, kierowców i pilotów, pracowników biurowych, księgowych i rachmistrzów, sprzedawców, ochroniarzy. Idealnych pracowników, aspiracje i wartości stuprocentowo pasujące do roli i tylko z nią kompatybilne. Nawet mowy nie było o kilku jednostkach ilorazu inteligencji więcej lub mniej, o kilku procentach stenu rozbieżności w temperamencie. Rząd wprowadził limity na ilość produkowanych osobników, zbyt wielka ilość oznaczałaby wzrost bezrobocia, a nawet ogólny chaos. Potem oczywiście powstały cyborg-hostessy. Wtedy dopiero zaczął się prawdziwy biznes. Jedna modyfikacja po drugiej, każdy typ urody, każdy rodzaj seksu. Hostessy gejowskie, hostessy less, hostessy niewolnice. Tutaj też pojawiły się limity, ale mniejsze. I w tym wypadku pierwsi zaczęli oni. Ich prawnicy obeszli całą Deklarację Praw Istot Inteligentnych we Wszechświecie. Wtedy to właściwie powstało "Three Bioknights Corporations". On jednak długo nie pozostawał w tyle i również rozpoczął produkcję szybko wysuwając się na prowadzenie.
Jeszcze jedno spojrzenie na zegarek. Świadomość faktu, że jego specjalny agent już za kilka minut nadeśle mu decyzję Ławy Przysięgłych w sprawie koncesji "Three Bioknights" skierowało jego myśli w stronę ostatnich wydarzeń politycznych. Zawsze wiedział, że może to kiedyś nastąpić. Po Kryzysie wywołanym wybuchem Supernowej, który zniszczył wiele planet rolniczych Gwiazdozbioru Syreny, biokomunistyczny Gwiazdozbiór Smoka atakuje i opanowuje Syrenę. Socjalizm w pełni naukowy, o wypaczeniach odległej przeszłości nie było nawet mowy. Ale własność prywatna w Gwiazdozbiorze Syreny upada niemal całkowicie. Gospodarka w ogromnym stopniu scentralizowana, tylko dosłownie kilka procent pozostawiono w rękach prywatnych, najzdolniejszych i najsłynniejszych właścicieli postanowiono pozostawić. Z czasem jednak likwidowano wszystko, przejmowano każdy większy majątek.
Pod zniewalającym poczuciem rezygnacji, które go teraz ogarniało, które szarpało jego układ sympatyczny i zalało adrenaliną splot słoneczny jedna myśl i jedno uczucie coraz to głośniej w nim krzyczało, coraz to bardziej zdecydowanie domagało się o posłuch. Na imię mu było zazdrość i zawiść. To zestawienie, które zawsze towarzyszyło wszystkim jego dążeniom i zmaganiom, ten fenomen ciągłych porównań, który nadawał wartość posiadanemu jedynie w konfrontacji z kondycjom otoczenia. A dla bossa "Metamorphosi", Symplicjusza z Planety TQ208 jedynie oni trzej przez całe długie jego życie, przez całe wieki niemalże stanowili punkt odniesienia.
Czasoprzestrzeń zaciążyła teraz od tych dziesiątków lat świetlnych dzielących jego gabinet na TQ208 i od wyczekiwania na sygnały od Heliodora z Planety RT127. Symplicjusz wytężył szósty zmysł oczekując na sygnał od swego agenta. Kiedy w końcu po kilkunastu minutach odebrana przez telepatię informacja od agenta doniosła o klęsce konkurencji, Symplicjusz poczuł, że spod dusznego oparu jego rozterek wysączył się orzeźwiający zefir ulgi.
***
Kiedy po tym gorącym wieczorze Symplicjusz z Planety TQ208 wysyłał do domu telepatyczną wiadomość, a transfer intermodalny przełożył w mózgu jego żony telepatię na pozostałe pięć zmysłów, Ana-Maria wyczuła w jego tonie ulgę. Dotarło do niej to od razu, celowo nie słuchała wiadomości ani nie poszukiwała ich telepatią, dlatego gdy wyczuła to po odebraniu informacji, przez pierwsze parę sekund zaczęła nawet spodziewać się pozytywnych wiadomości. Kiedy wszystko ostatecznie odebrała, złość na dwuznaczność zachowania męża tak dalece wzięła górę nad frustracją, że z zainteresowaniem oczekiwała jego powrotu do domu, by ostatecznie wyjaśnić niezrozumiałą do końca sytuację.
Symplicjusz wracał do domu względnie spokojny. Ponad żalem, który ciążył w jego trzewiach otwierał się teraz nieco spurpurowiały błękit nie tak ciemnego jak się obawiał, horyzontu. Kiedy szedł na lądowisko do swego pojazdu napotykał mijał mieszkańców TQ208, chłopów, robotników, wolne jeszcze cyborg-hostessy oraz sztuczniaków swojej i konkurencyjnej produkcji, świadomość porażki jakby odrobinę przygasała w jego wnętrzu. Perspektywa konieczności częściowego przekwalifikowania nie wydawała się tak straszliwa jak jeszcze tych kilka nowych, zreunifikowanych godzin wcześniej. Nie gnębiła go już perspektywa spoglądania na potęgę jego wrogów. "Teraz wszyscy pracujemy w idealnej równości, nie będzie już lepszych czy gorszych, więcej i mniej znaczących, bogatych i biednych"- jakoś przekornie układał się z tymi słowami, które grały mu pod czaszką. Rozpierającą go energię próbował kierować ku nowej pracy. W myślach kazał uzasadniać sobie ten nowy poryw animuszu kolejnymi wypłatami, planował nowe zakupy, nowe zdobycze. Na pewno sobie jeszcze na to pozwoli.
Ten nowy stan tak silnie skontrastował się z poprzednim, że zanim jego pojazd osiadł przed domem, były szef i menadżer upadłej właśnie "Symplicjusz Human's Metamorphosis" po raz pierwszy od wielu lat, poczuł, że jest szczęśliwy.
30 czerwca - 1 lipca 2002
Andrzej Zakrzewicz
zakrza2003@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||