Opowiadanie
[ Któregoś nie bardzo pięknego dnia siedziałem sobie przed
komputerem, zaś po drugiej stronie kabla siedział Military i
nudził się tak samo jak ja. Aby nie dać się nudzie, zaproponowałem
eksperyment - mieliśmy pisać opowiadanie w ten sposób, że każdy
będzie pisał po jednym zdaniu. W którymś momencie napisałem doń,
że od teraz piszemy dwa różne zakończenia. To, co nam wyszło,
macie poniżej. Eksperymentu ciąg dalszy - wymyślcie tytuł do
opowiadania i przyślijcie do mnie albo do Military`ego. Nagroda -
uścisk sierpu:) ]
Jeśli kiedyś spojrzelibyście w niebo i ujrzeli to, co ja widziałem,
zapewne wasz świat zmieniłby się nie do poznania. W jednej chwili
zaczęlibyście wierzyć w to, że marzenia jednak się spełniają i to
cześciej niż nakazywałaby jakakolwiek przyzwoitość... Jednakże nie
od początku było mi dane to stwierdzić. Na początku stwierdziłem
jedynie że leżę. Obudziłem się na jakiejś łące, nie wiadomo gdzie
i dlaczego. Obok mnie, skąpana w promieniach jesiennego słońca,
leżała panna tak piękna, że na początku nie mogłem uwierzyć w to,
iż już się obudziłem. Zacząłem zachodzić w głowę, skąd się tu wzięła,
w jednej chwili przestało być dla mnie ważne, że nie potrafię tego
stwierdzić w stosunku do siebie. Podniosłem się cicho, nie chcąc
jej budzić, lecz mimo to uniosła powieki, spoglądając na mnie bystro
brązowymi oczami. Jej pierwsze słowa ostatecznie przekonały mnie, że
nie śnię. Spojrzała na mnie i rzekła aksamitnym głosem:
- Nie sądziłam, że Cię jeszcze zobaczę, Tadku.
- Ale... ja mam na imię Zygmunt... Kim Ty właściwie jesteś? Skąd się
tu wzięłaś? - wybuchnąłem, nie mogąc już dalej maskować zdziwienia.
Zerknęła na mnie z ukosa; jej oczy ze swą tajemniczością zdawały się
wyśmiewać moją dezorientację.
- Czy na pewno jesteś tym, za kogo się uważasz? - spytała. Już miałem
mówić że nazywam się Zygmunt Skowroński i jestem agentem
ubezpieczeniowym, gdy w mojej głowie pojawił się cień jakiejś dawno
zapomnianej myśli... zdało mi się, że gdzieś już widziałem te piękne
kasztanowe oczy. I nagle ona zniknęła; rozpłynęła się niczym statek
w morskiej mgle. Po chwili zdematerializowała się słoneczna łąka, a
została tylko ciemność i cisza. Byłem już zupełnie skołowany. Nagłe
pojawienie się moje i tej dziewczyny na zapomnianej łące, jej pytania
i zniknięcie i wreszcie ten strzęp wspomnienia - to wszystko musiało
coś znaczyć. Z najwyższym trudem zacząłem cofać się pamięcią do
ostatnich zdarzeń... Z trwogą stwierdziłem, iż te strzępki wspomnień,
jakie mi pozostały, nie miały ani krzty sensu. Widziałem przesuwające
się górzyste pejzaże; przypominałem sobie z ledwością szum rwącego
potoku. Oraz te oczy... Te kasztanowe oczy. Wstałem i zacząłem iść
przed siebie. Łąki rozpościerały się jak okiem sięgnąć, a ja nie
wiedziałem gdzie iść i co począć. Dziwna to była okolica, nie było
widać żywego ducha. W pewnym momencie nabrałem pewności, że to wszystko
musiało mieć jakiś związek z tamtym latem w górach, jakiś czas temu.
To góry widziałem w wizji. A byłem w nich tylko raz... Lato roku
osiemdziesiątego trzeciego nie było upalne, lecz pochmurna pogoda
nie przeszkadzała mi wędrować całymi dniami po górskich stokach.
Schodziłem całe Tatry Zachodnie, sam, wpatrując się w łagodne
oświetlone stoki i coraz bardziej grzęznąc w nudzie, melancholii
i szarości życia. Nawet tu nie mogłem odpocząć.
- Błogosławieni, ubodzy duchem - usłyszałem za sobą. Odwróciłem się
natychmiast, przestraszony, bowiem nie podejrzewałem, iż ktoś idzie za
mną. Przestrach ustąpił miejsca zdziwieniu, gdy usłyszałem następne
słowa:
- Witaj, strapiony i udręczony młodzieńcze. Czy zechcesz poświęcić mi
kilka minut? Stara kobieta, najpewniej Cyganka, chwyciła moją dłoń i
poczęła wodzić po niej kciukiem.
- Nie, dziekuję - rzuciłem i chciałem wyrwać rękę, ale ona przytrzymała
ją mocniej i spojrzała na mnie wzrokiem, który dziwnie przekonał mnie,
że powinienem jej wysłuchać.
- Od czego uciekasz, młodzieńcze? - zapytała łagodnie, jednak jej oczy
przewiercały się wprost do mojej podświadomości.
- Ja? - zdziwiłem się - od niczego, Chcę odpocząć po ciężkiej pracy
- skłamałem, nie mając już siły mówić kolejnej, do tego nieznajomej
osobie, co od dość dawna mnie gryzie.
- Nie rozwiążesz problemów, uciekając od nich - rzekła. - Chodź ze mną
- chwyciła mnie mocno i pociągnęła za sobą. Poszedłem, nie
zastanawiając się zbytnio, skąd wzięła się Cyganka w sercu gór.
Zaczęliśmy schodzić ze zboczy Wołowca w dół doliny. Nie pamiętam,
którędy szliśmy, lecz wkrótce zawędrowaliśmy nad brzeg niewielkiej
rzeki - której nie pamiętałem, mimo wcześniejszego przestudiowania mapy.
W końcu zatrzymaliśmy się na niewielkiej polanie. Staruszka usiadła na
pniu, kazała mi zrobić to samo, po czym wpatrując się we mnie rzuciła
tylko:
- Wracasz do domu, Tadku.
Pamiętam, wtedy odpowiedziałem jej, że nazywam się Zygmunt. A teraz - ta
tajemnicza dziewczyna nazwała mnie Tadkiem! Jak mogłem nie przypomnieć
sobie tego od razu. Wróciłem do wspomnień z tamtego lata. Cyganka nie
upierała się wtedy nad moim imieniem, za to dość dokładnie poradziła mi,
jak uporać się z życiowym zakrętem. Wkrótce stanąłem na nogi, zacząłem
pracę i niemal zapomniałem o całym zdarzeniu. A teraz... znowu ktoś
zasugerował mi, że mam na imię Tadek... Nie zauważyłem nawet, kiedy
pogrążony we wspomnieniach dotarłem do miejsca, w którym rozmawiałem
ze starą kobietą. Wczesniej nie widziałem na horyzoncie żadnych
szczytów. To jednak musiała być ta sama polana. Nagle zorientowałem się,
że zapamiętałem to miejsce dokładnie jak żadne inne. W miejscu dwóch
pni na których odbyłem niegdyś swoją rozmowę z Cyganką, rosły dwa młode
drzewa.
- Wróciłeś... - usłyszałem znajomy, starczy głos. Obejrzałem się...
i zobaczyłem... dziewczynę z łąki. Poza nią nie było w pobliżu nikogo.
- Co to wszystko u diabła znaczy - krzyknąłem, czując wzbierającą
bezradność. Dziewczyna musiała coś wiedzieć.
ZAKOŃCZENIE MILITARY`EGO: Cofnąłem się o krok, kiedy bezradność
przekształciła się w przerażenie. Było w tej dziewczynie coś obcego...
- Kim jesteś? - spytałem drżącym głosem. - Czyżbyś mnie nie pamiętał?
Nie przyjmowałem do wiadomości faktu, iż tembr głosu wskazywał na
poznaną cygankę. To nie mogła być ona! - Tadku, teraz wróciłeś
naprawdę! - krzyknęła entuzjastycznie. Dotknęła mnie delikatnie, tak
jak wtedy ujęła moją dłoń. - Spójrz w niebo - nakazała. - Co widzisz?
Ujrzałem gwiazdy, mimo iż był środek dnia. - Czemu to widzę? - Jesteś
coraz bliżej domu. Chodź, pomogę ci. Wnet poczułem wewnątrz siebie coś
obcego; coś, co kazało mi tu przyjechać, jakiś spór toczący się
wewnątrz mego ciała. Nie panowałem nad myślami, tak jak mi się
tylokrotnie zdarzało.
- Odejdź... - warknąłem do brązowookiej, zasłaniając twarz ręką.
Podniosłem się z miejsca, lecz natychmiast upadłem. Uczucie obcości we
własnym ciele przybierało na sile, aż przerodziło się w ból.
- Nie walcz, pomogę ci - szpnęła moja rozmówczyni, chwytając mnie za
głowę. Poddałem się jej dotykowi. Podążając za jej ruchem, skierowałem
wzrok ku niebu. Przestworza zaszły na moment krwistą czerwienią, lecz
po chwili znów widziałem świat normalnie. Świat... ...i unoszące się w
powietrzu dwie postaci. Nie wiem, czy były to anioły, czy też złe
duchy, lecz wreszcie poczułem ulgę. Nie musiałem już walczyć.
- Dziękuję - usłyszałem widomwy głos, rozchodzący się niczym echo.
- Dzięki tobie Tadek wróci do domu. I będzie ze mną... Na zawsze. Po
chwili piękne istoty rozpłynęły się w powietrzu. Siedziałem tak jeszcze
przez kilkanaście minut, rozmyślając nad wszystkim, co działo się ze
mną przez ostatnich parę lat. Odszedłem dopiero, kiedy lunął rzęsisty
deszcz. Oczyszczający deszcz.
ZAKOŃCZENIE DONALDA:
- Spokojnie - powiedziała. Siądź, a wszystko Ci
wytłumaczę. Rzuciłem się w kierunku niej, gotowy zmusić ją do
natychmiastowego mówienia. Ona jednak zwinne odskoczyła, a ja
wylądowałem na ziemi. Odwróciłem się na plecy, tymczasem ona,
w bezpiecznej odległości, zaczęła mówić:
- Udało mi się, Zygmuncie.
- Właśnie, nazywam się Zygmunt. Nie jestem żadnym Tadkiem!
- Oczywiście. To tylko ja cię tak nazwałam. - Nie tylko ty, kiedyś
powiedziała tak do mnie jeszcze pewna stara kobieta... Urwałem nagle,
przypominając sobie, że przed chwilą nieznajoma wymówiła do mnie słowo
głosem tamtej Cyganki, i że przecież jestem w tym samym miejscu.
Dziewczyna odczytała zdumienie na mojej twarzy.
- To byłam ja - rzekła - a właściwie - to będę ja.
- Będziesz? - niemal wykrzyknąłem.
- Tak. Za piećdziesiąt lat, w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym
trzecim spotkam Cię tu niedaleko, w górach.
Dopiero teraz zobaczyłem na horyzoncie szczyty. Nie mogłem nic
powiedzieć, wpatrywałem się w nią coraz bardziej zdumiony, ona mówiła
dalej:
- Nie chciałam, żebyś je wcześniej zobaczył, wtedy na pewno byś sobie
przypomniał i nie przyszedł tu. Widzisz te drzewa? Zetną ja za kilka
dekad.
- Jesteś wariatką! Co w ogóle mówisz! - nie panowałem nad sobą,
krzyczałem.
- Żadną wariatką. Jestem przybyszem z daleka. Nie pytaj skąd. W każdym
razie - widzę ludzką przyszłość. Pamiętasz co ci powiedziałam? Dzięki
mnie poradziłeś sobie z kłopotami. Pokierowałam twoimi losami tak,
żebyś zginął parę lat później. Potem sprowadziłam cię w swoją własną
przeszłość. Nigdy nie zapomniałeś moich oczu, prawda?
Dopiero teraz
uświadomiłem sobie, że stara Cyganka miała te same oczy, może schowane
między zmarszczkami, może mniej błyszczące, ale te same. Dziewczyna
mówiła nieprzerwanie:
- Tacy jak ja to potrafią. Pobawiłam się tobą, przyznaję. Bardzo mi się
wtedy spodobałeś, Tadku. W tamtym momencie, w górach wiedziałam o tobie
wszystko, zanim się do ciebie odezwałam. Wtedy postanowiłam, że musisz
być mój. Ale nawet byś nie spojrzał na staruszkę, a ja nie chciałam
brać cię siłą. A wierz mi, mogłabym. Teraz jestem młoda. I piękna.
Ty też, Tadku.
Nie chciałem krzyczeć, że jest wiedźmą i że chcę wrócić
do swojego świata. Jej oczy po prostu mnie zahipnotyzowały. W jednej
chwili zrozumiałem, że zrobię wszystko, co każe. W jednej chwili ją
pokochałem.
- Widzisz te drzewa? - odezwała się. - Za piećdziesiąt lat nikt na nich
nie siądzie. Nie pojawisz się tu jako dwudziestoparoletni młodzieniec
w osiemdziesiątym trzecim. Ja też nie będę wtedy tą samą osobą, którą
spotkałeś. Tacy jak my potrafią zmieniać przyszłość.
- Właśnie, skąd o mnie wiesz? Przecież spotkasz mnie dopiero za
pięćdziesiąt lat? Skąd wiesz, że jestem tym, którego chciałaś sobie
sprowadzić jako stara kobieta?
- Pamiętasz, gdy spotkaliśmy się niedawno, powiedziałam, że nie sądziłam,
że cię jeszcze kiedykolwiek zobaczę. Naprawdę nie sądziłam. Twoje imię
- Tadek - nie wzięło się znikąd. Ale o to nie pytaj. To rozumieją tylko
tacy jak ja.
Rzeczywiście, mało z tego rozumiałem, ale nie przejmowałem
się tym. Chciałem już tylko do końca życia słyszeć jej głos. Nazywałem
się już Tadeusz, nie Zygmunt. Może to była miłość, a może tacy jak ona
potrafią zaklinać? W każdym razie, nawet gdyby była możliwość powrotu
do mojego świata, nie chciałbym tam wrócić. Mimowolnie spojrzałem w
niebo - i wiedziałem już wszystko. Wtedy, w górach całymi wieczorami
gapiłem się w niebo, chcąc uciec od czarnych myśli. Nie zapomniałem
nigdy tamtego obrazu. Tego, który znów zobaczyłem nad głową.
Donald & Military
sponsor@krak.tke.pl
militarypolice@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||