:::: Elpresidente/Storytellers ::::

Empatia - odcinek 3
Kult



Z³ociste prominie s³oneczne przenika³y przez okna pokoju akademika. Na kszta³t ogniowych jêzyków ¶lizga³y siê po twarzy Daniela, zmuszaj±c go tym do podniesienia ci±¿±cych od zmartwieñ i trosk powiek.
By³a sobota. Le¿a³ nieruchomo wpatruj±c siê w sufit i ws³uchuj±c siê w rytmiczne chrapanie Olka, jego wspó³lokatora. Maciek spa³, po jego minie mo¿a by³o domy¶liæ siê, ¿e ¶ni o przyjemnych rzeczach, gdy¿ na jego ustach go¶ci³ delikatny u¶miech.
W g³owie Daniela kot³owa³y siê dziesi±tki my¶li i zdarzeñ, które mia³y miejsce na przestrzeni ostatnich tygodni.

... feralna tabliczka...
... tak intryguj±ca...
... ornament...
... potrójna spirala...
... mieszkaniec willi...
... ich ojciec...
... kult...
... wyznawcy szatana...
... Kaine...
... raczej Józefów...
... tejmniczy kurhan...
... który znika...

... wszystko znika...

... og³oszenie Maæka...
... druga tabliczka...
... ludzie w czarnym mercedesie...
... zamieszanie w barze ...

Tego by³o zbyt wiele. Zadanie powoli zaczyna³o siê komplikowaæ, przerastaæ rodzeñstwo Darecckich. Daniel wsta³ z g³o¶nym westchnieniem ze swojego ³ó¿ka i podszed³ do okna. Poprzez ods³oniête ¿aluzje spojrza³ po raz kolejny na aglomeracjê Warszawy. Miasto by³o na nogach. Ono nigdy nie spa³o. Co najwy¿ej zapada³o noc± w stan lekkiego odrêtwienia, które mija³o jeszcze przed ¶witem.
Postanowi³ zaparzyæ sobie kawê. W³±czy³ czajnik elektryczny, po czym szybko uda³ siê do ³azienki. W lustrze przywita³a go zaspana twarz, z nieco podkr±¿onymi oczyma. Podrapa³ siê wierzchem d³oni po swoim delikatnym, czarnym zaro¶cie. Siêgn±³ do znajduj±cej siê obok lustra ma³ej szafki na przybory toaletowe, po czym wyj±³ z niej jednorazow± maszynkê i piankê do golenia. Pewnymi, szybkimi, a zarazem dok³adnymi ruchami ostrza ogoli³ siê, a nastêpnie przemy³ twarz i wklepa³ w ni± tani± wodê koloñsk±. Powróci³ do pokoju, gdzie zala³ wrz±tkiem czarne ziarenka kawy. W³±czy³ wie¿ê, z g³o¶ników pop³ynê³a cicha i unosz±ca siê po pokoju lekko jak li¶æ na wietrze muzyka. By³ to utwór skomponowany przez Mozart'a pt. "Eine kleine Nachtmusik". Sam nie spodziewa³by siê nigdy po sobie, ¿e wsród jego zainteresowañ muzycznych znajdzie siê jeszcze miejsce na co¶ z klasyki. Có¿, cz³owiek uczy siê, przez ca³e ¿ycie, tak¿e w kwestiach muzycznych.
Cholera, zakl±³ Daniel w my¶lach, Grzyb bêdzie siê upomina³ o artyku³, który mia³em napisaæ. Powiadomiê go, ¿e moje prace nad t± spraw± trochê siê przeci±gn±. Siêgn±³ do szuflady Maæka i wyj±³ z le¿±cej tam paczki Marlboro jednego papierosa. Zaci±gn±³ siê dymem. Zakrêci³o mu siê w g³owie, dawno ju¿ nie pali³, prawdê mówi±c robi³ to sporadycznie. Powiedzia³ kiedy¶ Nie papierosom, ale one go nie s³uchaj±.

W tym samym czasie, w tym samym akademiku budzi³o siê jeszcze kilkadziesi±t osób. Jedn± z nich by³ Robert Balicki, wysoki niebieskooki blondyn, który uczêszcza³ do jednej klasy z Juli± Dareck±. Jego twarz budzi³a sympatiê. Sprawia³ wra¿enie spokojnego, zrównowa¿onego, dobrze u³o¿onego nastolatka. By³ lubiany w studenckim towarzystwie.
Obudzi³ go g³o¶ny dzwiêk dzwonka telefonu. Le¿±c jeszcze w ³ó¿ku wyci±gn±³ po omacku rêkê i wyszuka³ na szafce nocnej komórkê.
- Halo? - wykrztusi³ z siebie zachrypniêtym g³osem.
- Musisz j± zdobyæ, jest nam potrzebna - g³os w s³uchawce by³ stanowczy.
- Dzi¶?
- Jak najszybciej. Nim odgadn± do czego w³a¶ciwie s³u¿y i co mo¿na dziêki niej osi±gn±æ. Nie mo¿emy dopu¶ciæ do tego, ¿eby tak siê sta³o.
- Oczywi¶cie, zajmê siê tym. - odpar³ skropiony potem Robert. Po plecach przeszed³ mu zimny dreszcz. Nie lubi³ tych rozmów, ten metaliczny, bezbarwny g³os nape³nia³ go strachem.
- Tylko nie nawal. - ton jakim zosta³y wypowiedziane te s³owa zdradza³ jakie Robert mo¿e ponie¶æ konsekwencje, w razie gdyby nie wywi±za³ siê z uk³adu. - Kazimierza ju¿ stracili¶my, nie mo¿emy pozwoliæ sobie na jeszcze jedno potkniêcie. Zrozumia³e¶?
- Oczywi¶cie, ale...
Dzwiêk od³o¿onej na wide³ki po drugiej stronie s³uchawki nie da³ mu dokoñczyæ.

Julia od razu po przebudzeniu by³a pe³na werwy i zapa³u. Sprawa, któr± sie zajmowali co raz bardziej j± intrygowa³a. Co najwa¿niejsze mieli tabliczkê. To siê najbardziej w tej chwili liczy³o.
Mia³a w planach i¶æ dzisiaj z Danielem do prof. Egona Wagnera i pokazaæ mu owy ornament, który wprowadzi³ ostatnimi czasy tyle zgie³ku w ich ¿yciu. Przeci±gnê³a siê jeszcze i szybko wyskoczy³a z ³ó¿ka. Polecia³a do ³azienki od¶wie¿yæ siê, po czym wrzuci³a na siebie niebieskie spodnie i przewiewn± bluzkê z krótkim rêkawkawkiem. Rozgl±daj±c siê bacznie wyjê³a spod materaca ma³y kluczyk, który pos³u¿y³ jej do otworzenia metalowej szafki, która kry³a w sobie tabliczkê otrzyman± od Maæka. Wrzuci³a j± do plecaka i uda³a siê do Daniela. Po paru minutach zapuka³a do drzwi jego pokoju. Otworzy³ jej Olek, jak zwykle u¶miechniêty.
- Cze¶æ Julia, dobrze trafi³a¶ w³a¶nie jemy pyszn± jajecznicê przygotowan± przez Maæka, masz mo¿e ochotê? - spyta³ rzucaj±c jej weso³e spojrzenie swoich bystrych piwnych oczu.
- Cze¶æ Olek. Dziêki za propozycjê, ale nie jestem g³odna. Daniel ju¿ wsta³? - spyta³a zagl±daj±c jednocze¶nie dyskretnie do ¶rodka.
- Gdzie moje maniery, nie stój w drzwiach, zapraszam ciê do ¶rodka - mówi±æ to wskaza³ gestem rêki w kierunku wnêtrza.
Julia wesz³a do pokoju. Odci±gnê³a brata na bok i zamieni³a z nim kilka s³ów na osobno¶ci. - Mam zamiar i¶æ dzi¶ do prof. Wagnera. Niech obejrzy t± tabliczkê, mo¿e siê dowie czego¶ na jej temat. - Nie liczy³bym na wiele, ale zawsze mo¿na spróbowaæ. - powiedzia³ rezolutnie brat - Chod¼my wiêc. - rzuci³ kieruj±c siê w stronê drzwi.
Szybkim krokiem przecieli aulê i skierowali siê do wyj¶cia.

Egon Wagner, podesz³y wiekiem antropolog, który przyjecha³ przed kikunastoma dniami z Niemiec siedzia³ od rana u siebie w gabinecie przy swoim piêknym, wielkim, dêbowym biurku, zasiadajac w drogim fotelu ze skórzanymi obaciami. W ciszy i spokoju popija³, jak to mia³ w zwyczaju, mocn± gorzk± herbatê.
Spêdza³ czas na porz±dkowaniu notatek oraz w wolnych chwilach na przegl±daniu starych ksi±g, maj±c nadziejê dowiedzieæ siê czego¶ wiêcej o nurtuj±cej go od kilku dni potrójnej spirali. Uporz±dkowywa³ wszystkie informacje, jakimi dysponowa³ do tej pory.
Nagle w jego domu rozleg³ siê dono¶ny sygna³ dzwonka u drzwi frontowych. Zaciekawiony wsta³ od biurka aby zobaczyæ kto przyszed³ do niego o tak wczesnej porze. Spojrza³ przez judasza. Ucieszy³ siê, gdy przez wizjer dostrzeg³ znajome, mimo i¿ mocno zniekszta³cone przez soczewkê przyjazne twarze Julii i Daniela. Przesun±³ ciê¿k± zasówê i zdj±³ ³añcuch, po czym z u¶miechem na ustach otworzy³ szerko drzwi.
- Ale¿ witam! Cieszy mnie, ¿e znów mam przyjemno¶æ was go¶ciæ - powiedzia³ pe³en entuzjazjmu. - Dobrze siê sk³ada, ¿e przyszli¶cie. W³a¶nie pracowa³em nad wasz± histori±, ale muszê przyznaæ, ¿e niewiele jak do tej pory uda³o mi siê ustaliæ. - oznajmi³ z kwa¶n± min±.
- My równie¿ serdecznie witamy - powiedzia³a Julia. - Przyszli¶my do pana w³a¶nie w tej sprawie. Mamy co¶ co powinno chyba pomóc nieco w rozwik³aniu tej zagadki. - wyszepta³a tajmniczo.
Weszli do ¶rodka.
Julia delikatnie wyci±gnê³a z plecaka torbê, w której mia³a tabliczkê. Wyjê³a j± i poda³a ostro¿nie profesorowi.
Nie wiedzieæ czemu tabliczka ¶wieci³a s³abym blaskiem, ornament mieni³ siê kolorami têczy, to znów nieco przygasa³. Zdawa³ siê ¿yæ, oddychaæ w rêkach antropologa. Potrójna spirala pulsuj±c wpatrywa³a siê w nich. Mo¿na by³o zaryzykowaæ stwierdzenie, ¿e posiada³a jakie¶ magiczne w³a¶ciwo¶ci. Profesor zacz±³ mieæ w±tpliwo¶ci, czy s³u¿y³a jedynie jako no¶nik tekstu modlitwy w nieznanym (prawdopodobnie ju¿ dawno zapomnianym przez ludzi) jêzyku.
- Piêkna - wyszepta³ profesor. - Niesamowita.

Daniel korzystaj±c ze sposobno¶ci podszed³ do znajduj±cego siê na ulicy odrapanego automatu telefonicznego. Poklepa³ siê po wszystkich kieszeniach swoich spodni i z g³upi± min±³ spyta³ siê Julii. - Mog³aby¶ mi u¿yczyæ swojej karty? Nie wzi±³em z pokoju portfela...
- Och Daniel, kiedy¶ zapomnisz w³asnej g³owy - odpowiedzia³a mu wrêczajac jednocze¶nie kartê z wizerunkiem papie¿a na odwrocie.
- Dziêkujê. To zajmie tylko chwilê, powiadomiê Grzyba, ¿e spó¼niê siê trochê z oddaniem artyku³u. W³o¿y³ kartê do automatu, wykrêci³ numer redakcji "PPP" i poprosi³ sekretarkê o poproszenie do s³uchawki pana Grzyba.
- Czego? - spyta³ jak zwykle w znakomitym humorze naczelny.
- Witam panie Grzyb, mówi Daniel Darecki. Telefonujê w sprawie obiecanego artyku³u.
- Wiêc?
- Chcia³em najmocniej przeprosiæ i powiadomiæ, ¿e termin oddania trochê siê opó¼ni. Jeszcze raz przepraszam... - powiedzia³ skruszony Daniel.
- Widzê go najpó¼niej do ¶rody, zrozumiano? - wycedzi³ przez zêby redaktor Grzyb.
- Oczywi¶cie, dziêkujê i jeszcze raz przepraszam za k³opot. Do widzenia. - powiedzia³ uradowany Daniel.
- Do widzenia. - rzuci³ ostrym tonem rozmówca. - Ach te dzisiejsze dzieciaki. - westchn±³ g³êboko.

Robert ruszy³ zdecydowanym krokiem przez aulê do schodów prowadz±cych na korytarz, na którym mie¶ci³ siê pokój Julii Dareckiej i jej wspó³lokatorki, Natalii. Widzia³ jak wychodzili z akademika, zdawa³ sobie sprawê, ¿e nie bêdzie ich przez kilka minut. My¶li kot³owa³y siê w jego glowie. Chcia³ rzuciæ okiem na pokój Juli. Je¿eli ma tabliczkê, my¶la³, to z pewno¶ci± trzyma j± dobrze ukryt± w pokoju.
Niepewno¶æ przeplata³a siê w jego g³owie ze strachem.
Muszê koniecznie j± zdobyæ, pomy¶la³. - Muszê, nie mogê zawie¶æ.
Zapuka³ g³o¶no do drzwi jej pokoju.
"Powiem, ¿e dziekan prosi³, ¿eby przysz³a do nieg natychmiast".
Nikt nie otworzy³.
Ponowi³ próbê. Korzystaj±c z chwili ciszy, która zapanowa³a na korytarzu nadstawi³ uszu i wy³owi³ z wnêtrza pokoju d¼wiêk wody lec±cej z prysznica.
Szczê¶cie mu sprzyja³o, Natalka bra³a k±piel. Rozejrza³ siê i upewniwszy, ¿e nie jest obserwowany, w¶lizn±³ siê do ¶rodka. Poruszaj±c siê zwinnie, cicho i delikatnie zagl±da³ na pó³ki, do szafek i rozmaitych zakamarków. Po kilku minutach zda³ sobie sprawê z tego, ¿e Julia musia³a zabraæ ornament ze sob±. Opu¶ci³ cicho pokój.
Mia³ wyrzuty sumienia, nie chcia³ ju¿ w tym uczestniczyæ.
Ca³e to zamieszanie by³o w pewnym sensie spowodowane przez niego.
Niepotrzebnie doniosi³ swoim Prze³o¿onym o znalezisku odkrytym na terenie wykopalisk.

S³oñce piê³o siê popo³udniow± por± leniwie po niebie. Setki ma³ych ob³oczków tañczy³o sk±panych w jego przenikliwych, pieszcz±cych promienieach. Wêd³owa³y beztroskie po niebosk³onie nie¶wiadome rzeczywisto¶ci, która odciska³a swoje piêtno na ludziach wegetuj±cych tam w dole.

W tym czasie porucznik Marian Rewski siedzia³ na swojej werandzie, pal±c papierosa w cieniu wielkiego parasola. Po raz który¶ rozmy¶la³ o Dareckich, o problemach, które przez to pieprzone wykopalisko ¶ci±gneli na siebie i na niego. Nurtowa³a go ta wie¶, Józefowo. Wci±¿ po g³owie chodzi³ mu stary, zabytkowy ko¶ció³. Czu³, ¿e ma on jakie¶ powi±zania ze spiral±.
- Muszê to sprawdziæ. - mrukn±³ pod nosem.

Daniel i Julia zostawili otrzyman± od Maæka tabliczkê u prof. Wagnera, który mia³ wieczorem zg³êbiaæ tajniki tego tajemniczego wykopaliska.
Udali siê do akademika i zajêli siê swoimi codziennymi sprawami.

Porucznik koñcz±c kolejnego papieros i dopijaj±c kawê rzuci³ niedopa³ek na pod³ogê ganku i przygasi³ go obcasem. Ruszy³ siê z fotela stoj±cego na ganku, wszed³ do domu, siêgn±³ do szuflady i wyj±³ z niej s³u¿bowy pistolet, kilka dodatkowych kul oraz stalowe, l¶ni±ce kajdanki. Wzi±³ jeszcze le¿ace na lodówce kluczyki od samochodu i wyszed³ na dwór.
Wsiad³ do auta, zapi±³ pasy i odjecha³. W³±czy³ radio i nastawi³ swoj± ulubion± stacjê radiow±, gdzie nadawali prawie same stare przeboje, muzykê z jego m³odych lat.
Od Józefowa dzieli³a go niewielka ilo¶æ kilometrów. Podczas drogi przez g³owê przewija³y mu siê obrazy minionych dni. Ci±gle bola³o go prawe ramie, w które zosta³ postrzelony podczas zamieszania w barze. Nie powinnien nawet prowadziæ samochodu, gdy¿ manewrowanie kierownic±, czy skrzyni± biegów nadwyrê¿a³o nie wyleczon± jeszcze rêkê.
Ko¶ció³ by³ jakby znakiem rozpoznawczym Kaine, gdy¿ górowa³ wyra¼nie nad ca³± wsi±. By³ zbudowany w stulu barokowym. Mia³ dwie wysokie, chude wie¿e po bokach (pe³ni±ce role dzwonnic). Po¶rodku, miêdzy nimi, umiejscowiona by³a kopu³a, która nie odbiega³a zanad to od nich wysoko¶ci±. W oczy rzuca³y siê wielkie, mosiê¿ne drzwi, prowadz±ce do obszernej ¶rodkowej nawy.
Porucznik zatrzyma³ swojego wys³u¿onego garbusa pod bramami ko¶cio³a. ¯ycie we wsi toczy³o siê niezwykle wolno i skrycie (szczególnie je¶li chodzi o podej¶cie miejscowych do nieproszonych go¶ci), tote¿ Rewskiego nie zdziwi³a zbytnio panuj±ca wokó³ pustka.
Pewnie wszyscy siedz± teraz w domach i odpoczywaj± po ca³ym tygodniu ciê¿kiej pracy, pomy¶la³. Zbli¿y³ siê do frontowej bramy i mocno poci±gn±³ drzwi. Tak jak siê spodziewa³ - by³y bardzo ciê¿kie i paskudnie skrzypia³y. Takie skrzypienie nienaoliwionych zaiwasów zawsze przyprawia³o go o dreszcze.
Mimo lekko popo³udniowej pory w ¶rodku panowa³ pó³mrok. Okna nie by³y zbyt du¿e, a poza tym umieszczone w nich witra¿e by³y wykonane z ciemnego szk³a. Na koñcu g³ównej nawy znajdowa³ siê piêknie zdobiony o³tarz z tabernakulum, zajmuj±cym jego ¶rodkow± czê¶æ. Widaæ by³o, ¿e osoba go projektuj±ca w³o¿y³a w swoj± pracê wiele serca. Pomimo s³abego o¶wietlenia mo¿na by³o dostrzec na ¶cianach i suficie cudowne freski nawi±zuj±ce g³ównie do motywów biblijnych. W dwóch szerokich rzêdach sta³y z³±czone ze sob± kilkuosobowe ³awki, wykonane z drzewa dêbowego.
Po lewej i prawej stronie by³y ozdobne przej¶cia do naw. W lewej na samym jej koñcu sta³ mniejszy o³tarzyk, nad którym górowa³ wielki obraz w z³oconej ramie przedstawiaj±cy Chrystusa. Tu¿ po wej¶ciu do prawej natyka³o siê na malutki o³tarzyk po¶wiêcony w ca³o¶ci Naj¶wiêtszej Maryji Panny. Zdobi³y go liczne jej wizerunki w formie obrazów i pos±gów.
W tych okoliczno¶ciach wywar³y na Rewskim niesamowite wra¿enie. Po³±czenie zachwytu nad piêknem i lêkiem z klimatem jaki panowa³ w pó³mroku.
Porucznik nie widz±c nikogo zawo³a³ dono¶nie:
- Czy jest tu kto¶?
- Proszê nie krzyczeæ w ¶wiêtym miejscu. - odpowiedzia³ mu zachrypniêty g³os tu¿ za plecami. Porucznik podskoczy³ jak oparzony.
- Przepraszam, nie chcia³em pana wystraszyæ. - rzek³ nieznajomy.
- To ja przepraszam - porucznik zmierzy³ wzrokiem swojego rozmówcê. By³ to ksi±dz, jednak jego twarz w jaki¶ sposób nie pasowa³a do tej funkcji. By³a strasznie blada, z du¿± ilo¶ci± popêkanych naczynek krwiono¶nych na policzkach. Kolor jego ga³ek ocznych spowodowa³, ¿e porucznikowi skojarzy³ siê z królikiemn. Wbrew pozorom nie wydawa³o mu siê to teraz zabawne.
- W jakiej sprawie mam przyjemno¶æ go¶ciæ, panie...?
- Rewski, Marian Rewski - porucznik odpowiedzia³ ³ami±cym siê g³osem. Ksi±dz napawa³ go strachem. Marian odchrz±kn±³, nabra³ nieco pewno¶ci i powiedzia³:
- Jestem warszawkim policjantem, mój przyjazd do tego miejsca wi±¿e siê z prowadzonym aktualnie przeze mnie ¶ledztwem.
- Rozumiem. - odpar³ oschle ksi±dz. - Pozwoli pan, ¿e i ja siê przedstawiê - jestem ojciec Benjamin. Jestem tu proboszczem.
- Witaj ojcze. Czy móg³bym siê tu przez chwilê rozejrzeæ?
- Nie widzê przeszkód poruczniku.
Rewski ruszy³ niepewnym krokiem w stronê o³tarza.
- Czy mo¿na wiedzieæ... - zacz±³, lecz urwa³ nagle, gdy odwróci³ siê i okaza³o siê, ¿e ojca Benjamina nie ma w miejscu, w którym sta³ kilka sekund temu. Dziwne, pomy¶la³, przecie¿ nie by³o nawet s³ychaæ odg³osu kroków.
- Ojcze? - spyta³ niepewnie.
Odpowiedzia³ mu gwizd wiatru, który wpada³ przez uchylone drzwi do ¶rodka. Ruszy³ dalej. Po chwili dotar³ do o³tarza, który by³ wyj±tkowko piêkny i bogato zdobiony. Jego przepych nie pasowa³ zbytnio do obrazu ubogiej wsi. Koszt wybudowania takiego ko¶cio³a musia³ wynosiæ krocie. Wpatrywa³ siê przez parê sekund w tabernakulum, po czym skierowa³ sie do prawej nawy. Nie by³o tam niczego niezwyk³ego jak na ko¶ció³, ot gar¶æ obrazów przedstawiaj±cych Niepokalan± Dziewicê, pod³oga podobnie jak w g³ównej czê¶ci ko¶cio³a wy³o¿ona by³a marmurowymi p³ytkami.
Odg³os jego kroków roznosi³ siê dono¶nym echem.

Sze¶ciesiêcioletni prof. Egon podniós³ s³uchawkê telefonu i wykrêci³ numer. Po chwili do drugiej stronie odezwa³ siê spokojny, stonowany g³os.
- S³ucham?
- Witaj Wojtku, mówi Egon.
- Ach cze¶æ Egon, jak id± prace nad ornamentem?
- W³a¶nie w tej sprawie telefonujê do ciebie. Chcia³em ¿eby¶ przyszed³ do mnie. Mog³by¶ wzi±æ ze sob± t± star± ksiêgê, któr± ci kiedy¶ podarowa³em? Nie pamiêtam ju¿ tytu³u, obejrza³em j± tylko pobierznie, ale z tego co pamiêtam to by³o tam sporo informacji na temat kultury kszta³tuj±cej siê w okresie ¶redniwiecza, pamiêtasz?
- Ach ta. Mam gdzie¶ j±, bêdê musia³ poszukaæ. Kiedy mam przyj¶æ? - podekscytowanym g³osem spyta³ Orsewicz. Bardzo go fascynowa³a ta sprawa, dlatego te¿ perspektywa zag³êbiania siê w jej tajniki niezmiernie go intrygowa³a i cieszy³a.
- Najlepiej by³oby gdyby¶ wpad³ jak najszybciej. Jestem ca³y czas u siebie. - odpar³ g³os w s³uchawce.
- A wiêc poszukam tej ksiêgi i zaraz ciê odwiedzê. Do zobaczenia.
- Czekam, narazie.

Wojciech Orsewicz wyci±gn±³ siê w swoim wygodnym miêkkim fotelu. Wpatrywa³ siê w telewizor, my¶la³ intensywnie, gdzie móg³ po³o¿yæ podarunek od Egona. To by³o tak dawno temu. Prawdopodobnie le¿y w jakim¶ zakurzonym kartonie na strychu. Podniós³ siê i ¿wawym krokiem ruszy³ w kierunku schodów prowadz±cych na górê. Wszed³ po nich i otworzy³ stare drzwi. Przywita³y go tumany kurzu uniesione przez powietrze, które wlecia³o z korytarza. Panowa³ stêch³y zapach zglinilzny.
£adnie, bêdê musia³ tu kiedy¶ posprz±taæ, pomy¶la³ z ironi± na twarzy Orsewicz. Przeszuka³ kilka kartonów, lecz jedyne co w nich znalaz³ godnego uwagi to ca³e hordy przestraszonych nag³ym zamieszaniem paj±ków. Otworzy³ kolejny karton, pod zwa³ami czasopism naukowych ró¿nej ma¶ci dojrza³ obwolutê ksi±¿ki. Szybko wyrzuci³ jego zawarto¶æ na brudn± pod³ogê. Na wierzchu powsta³ego usypiska przywita³a go ksiêga o wdziêcznym tytule "Kultura i religie europejskich ¶rednich wieków". Dmuchn±³ na ok³adkê, w powietrze ulacia³o sporo kurzu. Doskonale, pomy¶la³ po czym zszed³ na dó³. Wzi±³ kluczyki od swojej starej, wyeksplatowanej Toyoty i ruszy³ do Wagnera.

Dzwonek do drzwi sprawi³, ¿e prof. Egon poderwa³ siê od biurka i pogieg³ otworzyæ. Tak jak siê spodziewa³, za drzwiami przywita³a go dobrze znana twarz jego kolegi Wojtka Orsewicza.
- Ach jeste¶! Szybko siê uwin±³e¶. - stwierdzi³ Wagner.
- Mam ksiêgê, my¶³a³em, ¿e d³u¿ej mi siê zejdzie z jej odnalezieniem. - powiedzia³ nieco lakonicznie Wojciech. - To ¶wietnie, nie przed³u¿ajmy wiêc i zajmijmy siê lektur± materia³ów, które przygotowa³em. - rzuci³ wskazuj±c na nawa³ ksi±¿ek, które le¿a³y pouk³adane jedna na drugiej na biurku profesora.
Orsewicz zdj±³ w po¶piechu narzucon± na siebie w domu szwedkê i powiesi³ j± w przedpokoju na wieszaku.
- Du¿o tego.
- My¶lê, ¿e to wszystkie ksi±¿ki z mojej biblioteki, które mog± nam co¶ powiedzieæ na temat tego kultu. Mam co¶ jeszcze... - powiedzia³ tajemniczo profesor. - Dzi¶ Julia przynios³a mi tabliczkê.
- Niemo¿liwe! Przecie¿ zosta³a skradziona z magazynu! - wykrzykn±³ podniecony Orsewicz.
- Dla mnie to nie jest istotne. Nie chcê byæ zanadto w¶cibski, wiêc siê nie wypytywa³em, to nie moja dzia³ka. - odpar³ obojêtnie Egon.
Przy jego biurku sta³ drugi, specjalnie przygotowany dla go¶cia fotel.
- Mo¿e napijesz siê czego¶? Herbaty, kawy?
- Je¶li to nie k³opot to z chêci± napi³bym siê mocnej kawy, wszak du¿o pracy przed nami. Czy móg³bym przyjrzeæ siê dok³adniej tej tabliczce? - spyta³ zaciekawiony Wojciech.
Wagner podszed³ do biurka i du¿ym kluczem otworzy³ szufladê swojego biurka. Kluczyk cicho zgrzytn±³ w zamku. Profesor wzi±³ delikatnie w rêce tabliczkê i poda³ ostro¿nie Orsewiczowi. Ornament wygl±da³ normalnie, gdzie¶ zniknê³a jego magiczna aura, któr± raczy³a Egona. Mimo to i tak wywar³a na Wojciechu du¿e wra¿enie.
- A wiêc to jest ta tabliczka, o któr± tyle siê ostatnio robi zamieszania. - powiedzia³ zamy¶lony Orsewicz, jakby sam do siebie.
Sprawa dziêki swojej z³o¿ono¶ci i otoczce tajemnicy wci±ga³a ich co raz bardziej. Zag³êbili siê w lekturze. Po kilku minutach bezustannego i bezowocnego przekopywania siê przez stare stronice Egon siêgn±³ po ksiêgê przyniesion± przez Wojciecha. Otworzy³ j±, poczu³ zapach staro¶ci. Przewróci³ szybko kilka stron. Przed oczami przelecia³ mu znajomy wzór. Przewróci³ kila stronic w ty³. Tak! Wskaza³ palcem na po¿ó³k³ê kartkê. Oczom dwóch mê¿czyzn okaza³ siê zamazany szkic. Przedstawia³ potrójn± spiralê. Szybko zaczêli czytaæ garstkê zdañ znajduj±cych siê pod rysunkiem.
"Za udzia³ w rytua³ach maj±cych na celu przywo³anie wszelakich diab³ów z za¶wiatów na Ziemiê wyznawcy tego skomplikowanego kultu otrzymywali nagrodê w postaci ¿ywota wiecznego. Wierzono, ¿e po ¶mierci, po tu¿ przed zst±pieniem do Podziemia cia³a ulegaj± spaleniu, aby dusza mog³a siê zeñ uwolniæ. Potem przekracza³a próg Otch³ani, gdzie czeka³ j± wieczny Spokój."
- Ciekaw jestem Wojciechu jak to mo¿liwe, ¿e taki na pozór ma³y kult stworzy³ wokó³ siebie taki z³o¿ony system, na którym opiera³o siê ¿ycie wyznawców... - powiedzia³ zamy¶lony Egon.
- Widaæ niewiele jeszcze o nim wiemy. - odpar³ strapiony Wojciech.

Zmierzch powoli ogarnia³ okolicê. Na ulicach ju¿ od jakiego¶ czasu pali³y siê latarnie o¶wietlaj±c nierówne chodniki, po którym zmierzali ludzie, ka¿dy w swoj± stronê.
Robert Balicki obserwowa³ to wszystko przez brudne okno swojego pokoju. W³a¶ciwie to nie skupia³ siê zbytnio na tym czym raczy³a go Warszawa o tej porze. Ci±gle my¶la³ o tym metalicznym g³osie w s³uchawce, który nakaza³ mu zdobyæ tabliczkê. Nie bêdzie mowy o jakimkolwiek t³umaczeniu, je¶li tego nie zrobi. I to szybko.

Rewski poczu³ jak ciarki przechodz± mu po mokrych od potu plecach. Sierowa³ siê nerwowym krokiem do lewej nawy. Szed³ w stonê ma³ego o³tarza po¶wiêconemu Jezusowi Chrystusowi. ¦wiadczy³y o tym licze wizerunki Zbawiciela. Ich apogeum stanowi³ ogromny obraz w z³oconej ramie, który przedstawia³ Syna bo¿ego z rêk± wyci±gniêt± w stronê potrzebuj±cych. Z jego serca wyp³ywa³y dwa stumienie, jednym p³ynê³a krew, drugim natomiast krystaliczna woda. Z lica Jezusa bi³ spokój i opanowanie, oczy mia³ spokojne, przepe³nione mi³o¶ci± i dobroci±. - Robi wra¿enie... - pomy¶la³ w duchu porucznik.
Podszed³ pod sam o³tarzyk, przyklêkn±³ i prze¿egna³ siê. Wci±¿ bola³o go ramiê, balansowanie cia³em sprawia³ mu têpy nasilaj±cy siê ból, tote¿ wstaj±c podtrzyma³ siê zrobionego z mosi±dzu pos±gu Jezusa. W momencie kiedy po³o¿y³ delikatnie d³oñ na g³owie odlewu do jego uszu dotar³ cichy trzask. Z delikatnym skrzypniêciem otworzy³y siê powoli ma³e drzwiczki pokryte rozmaitymi wzorami idealnie wkomponowane w jedn± ze ¶ciañ. Oczom Mariana Rewskiego ukaza³ siê d³ugi niski korytarz, na którego koñcu migota³a czerwona po¶wiata. - Co do cholery... - zakl±³ nie zwa¿aj±c na ¶wiêto¶æ miejsca, w którym siê znajdowa³.
Zaciekawiony ruszy³ ostro¿nie przed siebie. Aby przedostaæ siê na drugi koniec korytarza, mimo swego niewysokiego wzrostu, musia³ nieco siê przygarbiæ by nie zawadziæ g³ow± o framugê. Pod±¿aj±c powoli nas³uchiwa³, czy kto¶ nie czai siê w ukrytym pomieszczeniu. Zatrzyma³ siê na moment, wyci±gn±³ z kabury swój s³u¿bowy pistolet, wzi±³ g³êboki wdech, powoli z zamkniêtymi oczami wypu¶ci³ powietrze i szybko wkroczy³ do pomieszczenia. Nikogo tam nie by³o. Pomieszczenie mia³o wymiary mniej wiêcej cztery na trzy metry, s±dz±c po wygl±dzie sprawowa³o rolê o³tarza. Byæ mo¿e sk³adaj± tu ofiaray, przemknê³o przez g³owê porucznikowi. Na ka¿dej ¶cianie zawieszone by³y po dwie p³on±ce pochodnie.
- Skoro ogieñ ca³y czas siê pali, to musi byæ tu sta³y dop³yw tlenu. - zauwa¿y³ Marian Rewski.
¦ciany pokryte by³y jak¿e dobrze znanym przez niego symbolem. Potrójna spirala by³a namazana niedbale krwi± na ka¿dej ¶cianie. Centraln± czê¶æ pomieszczenia zajmowa³ ma³y o³tarz, wokó³ którego na ziemi porozstawiane by³y czerwone ¶wiece, pal±ce siê leniwym p³omieniem. Na ¶rodku jego podstawy by³ wykuty w br±zie ornament o g³êboko¶ci kilku centymetrów. By³ wype³niony czerwon± posok±, która zdawa³a siê kr±¿yæ w nim wolnym ruchem. Porucznik sta³ os³upia³y, nie zdaj±c sobie do koñca sprawy z wagi swojego odkrycia. Chcia³ siêgn±æ po telefon, aby zawiadomiæ komendê o tych wszystkich dziwnych rzeczach dziej±cych siê w Józefowie, gdy za jego plecami rozleg³ siê znajomy zachrypniêty g³os.
- Nie masz prawa tu wchodziæ. - orzek³ oschle ojcec Benjamin. - To mo¿e ciê drogo kosztowaæ.
- Ojcze! Co to ma znaczyæ, co tu siê dzieje?! - wykrzycza³ zdezorientowany Rewski.
- To nie jest istotne. - odpar³. - Nie przywi±zuj zbyt du¿ej wagi do spraw doczesnych, to daremne. Prawdziwe ¿ycie dopiero siê zacznie. Ju¿ nied³ugo.
Po ca³ym ko¶ciele rozszed³ siê jego dono¶ny, histeryczny i zarazem przera¿aj±cy ¶miech.
- ¯egnam poruczniku. Mi³o mi by³o pana poznaæ. - kiedy skoñczy³ wypowiadaæ te s³owa w pomieszczeniu rozleg³ siê o¶lepiaj±cy b³ysk.
Zgas³y wszystkie ¶wiat³a. Ojciec Benjamin rozp³yn±³ siê w powietrzu. Marian Rewski parê minut spêdzi³ oszo³ominy na zimnej posadzce. Walcz±c z ciemno¶ci± wsta³ i skierowa³ siê do najbli¿szej ¶ciany. Dotkn±³ dr¿±c± rêk± ch³odnej ¶ciany mniej wiêcej na wysoko¶ci, na jakiej znajdowa³o siê wej¶cie do korytarza prowadz±cego do lewej nawy. Trzymaj±c rêkê na ¶cianie obszed³ pomieszczenie dooko³a i ku swemu przera¿eniu stweirdzi³, ¿e wej¶cie do korytarza zablokowane jest przez grube, potê¿ne drzwiczki. Wzi±³ do rêki telefon, wykrêci³ numer komisariatu, lecz odpowiedzia³a mu g³ucha cisza. Spróbowa³ ponownie z innym numerem. Z podobnym rezultatem.
Pot sp³yn±³ mu stru¿k± z w³osów po plecach.


Elpresidente

puls@wp.pl


<<< powrót do Opowiadañ Czyt. :::: ^^ do góry ^^||