:::: Mariusz Saint ::::

Empatia - odcinek 10
Trzy po trzy



-1-

Nie pozwolę.
Ta myśl rozlegała się w jego głowie, ta i tylko ta.
- Nie pozwolę!!! - dla ludzi z drugiej strony metalowego pudła krzyk ten zamienił się w przerażający huk, rzecz nieczęsto spotykana w miejscu takim, jak kostnica. Dwóch pracowników prosektorium zbliżyło się niepewnie do wielkiej chłodni, w której, na wysuwanym podeście, powinno spokojnie spoczywać ciało potężnego mężczyzny przywiezionego tu jakiś czas temu przez policję. No i w sumie spoczywało, tylko nie było spokojne.
- Nie pozwolę - dało się usłyszeć, tym razem ciszej.
- Co do... - zaczął jeden pracownik, ale nie skończył, bo uderzyła go w pierś metalowa osłona chłodni, wybita ze straszliwą siłą. Wygięty kawałek metalu miał taką prędkość, że rzucił trafionego nieszczęśnika na przeciwległą ścianę, przy okazji łamiąc mu kręgosłup.
Drugi mężczyzna w białym kitlu zdążył tylko zobaczyć wielkie brązowe coś wyskakujące z chłodni wprost na niego i nastał koniec jego życia.

Kazimierz pod postacią wilkołaka czuł wibracje dochodzące od Zła, które zostało sprowadzone; czuł drgania sfer, próbujących się połączyć bramą czasoprzestrzeni.
- Nie pozwolę - powtórzył. - Nie pozwolę, aby ktoś mnie wykorzystywał.
Wybił dziurę w murze i, przez nikogo nie zatrzymywany, dotarł do lasu; tam zaczął biec szybciej, niż jakiekolwiek stworzenie, a las dodawał mu sił.

-2-

- A to co znowu? - Daniel próbował coś wypatrzyć wśród drzew, spoglądając w kierunku, skąd słychać było strzał.
- Ja to sprawdzę - powiedział Łowca-Gothard. - A wy sobie porozmawiajcie za ten czas - powiedział, mając na myśli przywiedzioną przez niego Beatę. Ta niepewnie wodziła oczami po całym towarzystwie; nie da się ukryć, że oczy Julii, całe czarne, musiały przykuwać uwagę.
- A więc... - w dalszym ciągu brzmiący nie do końca naturalnie głos Julii przerwał leśną ciszę - to jest ta trzecia część, trzecia spirala... - wyciągnięta dłoń pogładziła twarz Beaty - jesteś... Beata. Siostra Julii.
Daniel był na tyle znużony całą sytuacją, że nawet go to specjalnie nie zaskoczyło.
- To jest ta nasza niby-siostra, o której powiedział nam nasz ten niby-wujek? Ciekawy dzień, nie ma co...
- Możesz to powtórzyć - powiedziała Natalia, a w tym czasie Robert usiłował unikać wzroku Beaty, którą pamiętał jako tą, która dostarczała pieniądze za zlecenia. A było to tak strasznie dawno, chociaż tylko jeden dzień wstecz...

Gothard obserwował zza krzaków następującą scenę: kipiąca ze złości kobieta trzymała się lewą ręką za bark, a w prawej z trudem trzymała pistolet; zdawało się, że wystrzeli z niego w każdej chwili. Na celowniku miał nieszczęście się znaleźć mały, wąsaty człowieczek, w chwili obecnej mający na twarzy kilka siniaków i krwawiący z nosa; ze strachem wpatrywał się w Katarzynę.

- Zabiję... strzeliłeś do mnie... - dyszała ciężko Katarzyna.
Gothard wahał się przez moment; kiedy nagle wyjdzie z ukrycia, może ona zrobić coś głupiego. O siebie w sumie się martwił, gorzej z tym człowiekiem. W końcu zdecydował się wyjść.

- Hej, posłuchaj...

Tego się nie spodziewał. Kiedy jego spojrzenie znów się zogniskowało, widział tylko dymiącą lufę pistoletu. Cholera, nerwowa osóbka... Spojrzał szybko na człowieczka - ten wpatrywał się w niego z bezbrzeżnym zdumieniem.
Katarzyna też.
- Przecież... celowałam prosto w... Nie trafiłam... jak to możliwe... musiałam trafić...
- Chodź. Ty, facet, też - rzucił do Krzysztofa Rewskiego nie odwracając się w jego stronę, gdyż właśnie wyjmował z rąk osłupiałej Katarzyny pistolet.

-3-

Dłużnik Śmierci był wkurzony. Miał być demon, a najpierw wywołali jakiegoś dzieciaka, któremu zebrało się na sentymenty; potem przybył ten niby właściwy Władca Ciemności i na początku zachowywał się przyzwoicie, czyli zaczął zabijać i gwałcić (niekoniecznie w tej kolejności), ale potem usiadł na pniu i zaczął rozmyślać twierdząc, że otwiera bramę czasoprzestrzeni, by przywołać swoje sługi... to właśnie tak denerwowało Dłużnika - oni mieli być jego sługami! Przy okazji mieli zagarnąć dla siebie część tych dóbr doczesnych, którymi zawładnie ich demon, ale oczywiście głównym celem miało pozostać służenie Władcy... osobiście wydał rozkaz zamordowania ostatniego członka organizacji, który nie chciał służyć demonowi... jak było na nazwisku temu przykładnemu ojcu i mężowi...? Darecki...? Mąż, który wydał na ofiarę własną żonę? Oczywiście nie wiedział, że Dłużnik chciał ją złożyć wtedy w ofierze, ale...
Pamiętam go, powiedział w myślach. Kiedy pokazałem mu jej bijące serce, nawet nie mrugnął, ale w środku... czułem, że w środku pękł. Następnego dnia już go nie było... Nie przejmowałem się nim, aż przyszedł czas dogodny do wywołania i trzeba było posprzątać śmieci... Miękki był. Ja poświęciłem swoją rodzinę bez wahania... - tu pojawiło się mgliste wspomnienie jego rodziny, choć była to zaledwie fotografia, obraz pozbawiony jakichkolwiek emocji. Właśnie trwała jakaś wojna, nie pamiętał już, która, a on bardzo chciał żyć... Demon nakazał mu wziąć rodzinę i uciekać do lasu. Tam kazał ich zabić... obiecywał życie... a Dłużnik bardzo bał się śmierci. Własnej. Zabijanie przyszło wtedy z łatwością, a potem było już tylko prościej. Tylko ten... myśliwy? Leśniczy? Też był w tym lesie. Ukrywał się w nim. I on potem polował na mnie... cały ten czas... po ostatnim starciu nie było go dość długo, ale Dłużnik wiedział, że Myśliwy się zjawi. Mimo upływu tylu dziesiątek lat, on ciągle się pojawiał... prywatny koszmar sługi demona.
Myśliwy też wkurzał Dłużnika.

Z zamyślenia wyrwały go śpiewy innych wyznawców. Uznali, że w ten sposób pomogą swemu Władcy; po części mieli rację, bo brama zaczęła stawać się jakby wyraźniejsza, choć ich fałszywe zawodzenia i komiczne podrygi zaczęły Dłużnika wkurzać jak mało co. Poczuł się niepotrzebny; odwrócił wzrok w stronę ściany drzew. Usłyszał daleko, daleko coś jakby strzał, po czym skulił się, jakby nad głową przelatywał mu skrzydlaty potwór - taką grozą i zaskoczeniem poraziło go wyczucie obecności Myśliwego.
- On tu jest!
Przez moment ukryty w krzakach porucznik Marian Rewski myślał, że to o nim.

-4-

Obserwował tą istotę w ciemnym płaszczu, utkanym jakby z żywej mgły; nie było to najszczęśliwsze porównanie, ale Marian Rewski nie znalazł w danej chwili żadnego bardziej poetyckiego. Spod kaptura ledwo można było dostrzec twarz; właściwie widać było tylko małe ogniki oczu. Przez chwilę myślał, że ta budząca grozę postać zauważyła go, bo wykonała gwałtowny ruch, ale nic się nie stało, więc Marian mógł rozluźnić nieco mięśnie i przede wszystkim opuścić broń.
Dłużnik podszedł do jednego z wyznawców, który w przeciwieństwie do innych miast zawodzić i podrygiwać, pisał coś energicznie w wielkim skoroszycie, chyba specjalnie kupionym na tę okazję.
- Co robisz, Nikczemniku - to miano otrzymywali początkujący w organizacji.
- Piszę Biblię - odpowiedział Nikczemnik nie podnosząc głowy, co w innych warunkach groziło jej obcięciem.
- Przecież jest już jedna.
- Ale ja piszę nową. To jest początek:. "I wstąpił Pan Ciemności ze swej sfery ciemnej i mrocznej na świat nasz i rozejrzał się po swych Sługach, zaś najgorliwszy z Jego wyznawców, Dłużnikiem Śmierci zwany, powitał Go"...
- Ta Biblia akurat mi się podoba - podsumował Dłużnik.

***

Gothard prowadził przed sobą Katarzynę; Beatę na moment zatkało, bo znała ją i widziała ją kilka razy w akcji. Teraz przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy, nie miała już wiele w sobie z tej upartej perfekcjonistki, jaką przedtem była. Po chwili z krzaków wygramolił się Krzysztof.
- O, wujek! Co ci się stało? - krzyknął Daniel.
- Wujek!? Coś ty im nagadał!? - krzyknęła Beata. Przecież to... - zamilkła nagle.
- To jest kto!? - dopytywał się Daniel.
- On... jest z organizacji.
- Znowu nas zrobił w jajo! - Daniel wyrwał w kierunku Krzysztofa.
- Spokojnie. On... ja poprosiłam go, żeby opiekował się ojcem.
- No to coś mu nie wyszło! - pieklił się Daniel.
- Zawdzięczasz mi życie, życie, chłopczyku! - powiedział Krzysztof tym swoim głosem znamionującym, że jest blisko granicy szaleństwa, tylko nie wiadomo, z której strony tej granicy się znajduje.
- Znowu nas zwodzisz! - popatrzył na Julię szukając wsparcia, ale po jej oczach poznał, że go nie dostanie.
- Pozwól mu mówić - powiedziała Beata.
- Tak, tak! Ja was wziąłem. Wózek. Pieluchy, grzechotki, niebieski kocyk. Ona, dziewczynka - tu wskazał na Beatę - pomagała. Szybko. Na ulicę. Za róg. Oni szli. Tata u nich. Mama też. Tata wróci. Mama nie. Tata prosi - ratuj dzieci. Dom dziecka, wózek. Ja i ona - znowu pokazuje na Beatę - złapani. Organizacja.
Skulił się, jakby przywołane wspomnienia, długo skrywane, przytłoczyły go.

Po dłuższej chwili milczenia podniósł się i zapytał jak gdyby nigdy nic:
- A ten mały to kto?
- Demon jestem - dzieciak uśmiechnął się. Sytuacja z miejsca została rozładowana.

Nawet Julia poczuła ulgę, gdyż pilnie obserwowała całą sytuację, bezpiecznie ukryta we wnętrzu własnego mózgu, podczas gdy jej ciałem sterował ktoś inny.

- Już czas, chodźmy - powiedział do Daniela, Natalii, Roberta, dzieciaka-demona, Katarzyny, Krzysztofa Rewskiego i Myśliwego właśnie ten ktoś inny.

-5-

- Gdzie to zasrane wsparcie - mruczał do siebie Marian, nerwowo spoglądając to na zegarek, to na telefon komórkowy. Wprawdzie nie spodziewał się, że pięciu policjantów coś tu pomoże, ale przynajmniej nie będzie sam patrzył z krzaków na tłum półnagich wyznawców jakiegoś plugawego bóstwa z tym właśnie bóstwem na czele sprawiającym, że powietrze na polanie robi się gęstsze i powoli z niczego zaczyna się kształtować wielka brama. Tak się właśnie nad tym zastanawiał, gdy usłyszał coś na kształt regularnych grzmotów. Były to potężnie dudnienia, jakby przez las niezwykle szybko biegł jakiś olbrzym. I rzeczywiście tak było.

Wyznawcy nie przerwali tańca, demon nie przerwał koncentracji; tylko Dłużnik i tworzący nową Biblię Nikczemnik, obrócili się w stronę, skąd dobiegał niezwykły hałas i wtedy drzewa najbliżej nich zostały wyrwane i odrzucone na boki przez potężną siłę; wszyscy obserwujący wydarzenie czekali, aż z lasu na polanę wyjdzie olbrzymi potwór.
Zawiedli się.

Spośród ocalałych drzew wyszedł wysoki, nagi mężczyzna.
- On... - szepnął Marian Rewski, równocześnie podnosząc broń.
- Ty! Czego chcesz? - nie trzeba oczywiście dodawać, że Dłużnik Śmierci miał dzisiaj nowy powód, aby być wkurzonym.
- Nie pozwolę. - Kazimierz powiedział te słowa zaskakująco spokojnie. - Nie pozwolę, abyście zmarnowali szansę. Moją szansę.
Błysk w oku Kazimierza sprawił, że Nikczemnik mocniej przycisnął Biblię-skoroszyt do siebie.
- Szansę na co? - tylko cienka linia dzieliła Dłużnika od wybuchu i zaatakowania Kazimierza, ale pewność siebie stojącego przed nim mężczyzny skutecznie studziła zapędy wyznawcy.
- Na moc. Na potęgę. Na władzę. Ty chcesz temu demonowi służyć, inni usiłowali nim zawładnąć. Ja chcę się nim stać.
- Jak chcesz tego dokonać? - zainteresował się Nikczemnik. Kazimierz chyba dopiero wtedy go zauważył.
- Pokażę wam.
Nieśpiesznym krokiem zbliżył się do krzaków, gdzie ukrywał się Rewski, po czym zdawałoby się nonszalanckim, a jednak błyskawicznym ruchem chwycił go za kołnierz i podniósł do góry; pistolet i telefon komórkowy spadły w gęstwinę.
- Dzięki niemu! - Kazimierza rozbawiło zaskoczenie u istoty tak doświadczonej jak Dłużnik. - On mnie zabił, abym narodził się na nowo. I to nie raz. Każde takie narodzenie potęguje moje siły! Dziękuję ci, człowiecze!
- Wszystko zawdzięczasz nam! Osobiście złożyłem ofiarę z kobiety, abyś ty stał się naszym potężnym narzędziem!
- I z narzędzia stanę się użytkownikiem - powiedział, odrzucając daleko Mariana Rewskiego, równocześnie zapominając o nim. Przyjął bojową postawę, jego ciało w mgnieniu oka nabrzmiało mięśniami; z rękawa Dłużnika wychynęło lśniące ostrze, niczym żmija wyłażąca ostrożnie spod kamienia o badająca, gdzie może uderzyć; ale było już za późno. Kazimierz w mgnieniu oka stał się wilkołakiem, nie potrzebował już do tego długotrwałej koncentracji, a Dłużnik zaczął biec ku niemu.
- To ja już sobie pójdę - powiedział Nikczemnik i zrobił tak, jak mówił.

-6-

- Co się tam dzieje? - powiedział Daniel, słysząc dudnienia, głosy i śpiewy dochodzące z kierunku, w którym właśnie szli. Gothard był zaniepokojony, ale nie dawał tego po sobie poznać. Może nie obawiał się kolejnej konfrontacji z Dłużnikiem Śmierci, kolejnej z serii wielu; po prostu nie był pewien jej wyniku. Wtem nagle wśród drzew mignęła im jakaś poruszająca się szybko niewielka postać; Gothard dostrzegł, że ściskała wielki skoroszyt.
- Wkrótce dojdziemy na miejsce i wszystko się wyjaśni - powiedział ktoś głosem Julii.
- To będzie miła odmiana co do stanu obecnego - Daniel był zbyt zmęczony, aby silić się na uprzejmość.
- Już niedługo. Wszyscy będą na miejscu... Wprawdzie już to widziałem, tak trudno jest żyć poza czasem... Jednak wezmę w tym czynny udział. Kto by pomyślał...
- Ktoś coś rozumie? - zapytał Robert głosem ociekającym jadowitym sarkazmem.
Odpowiedziała mu cisza.

***

Dłużnik leciał; jedno trzepnięcie łapą posłało go daleko w drzewa. Nawet nie zdążył zadać ciosu; nie przypuszczał, że władał narzędziem tak potężnym, że wywinęło mu się z ręki i zaczęło kąsać. Ale póki będzie żył, nie podda się.

Tymczasem wilkołak wpadł w tłum wyznawców, do tej pory ślepo skoncentrowanych na wznoszeniu modłów do demona; kiedy Kazimierz rozerwał potężnymi szponami jednego z nich na pół, zaczęli powoli budzić się z transu. Nie było to przyjemne przebudzenie.

Demon, pozornie nie zwracający uwagi na to, co się dookoła dzieje, cały czas czuwał; część swojej koncentracji przelał na wiernych, by dodać im sił do walki z zagrożeniem; na nic się to nie zdało. Maszyna do zabijania, perfekcyjnie współpracujący ze sobą zespół mięśni, kłów i szponów był gorszy od koszmarów jaskiniowców; pod wpływem jego straszliwej siły pękały kości, ciała pruły się jak poduszki w sypialni dzieciaka, który porwał z kuchni nóż; tylko ze środka tych poduszek nie wylatywało pierze.
Kilku wyznawców, dobywszy zza pasków sztylety, zakradło się do potwora od tyłu i zatopiło w jego plecach stalowe ostrza; Kazimierz na sekundę zatrzymał się, po czym napiął mięśnie. Ostrza wystrzeliły z powrotem, uciekając pod naporem gwałtownie zrastającego się ciała; jednemu pechowcowi rękojeść jego własnego sztyletu wbiła się w oko; stojącemu obok niego dla odmiany wbiło się w gardło ostrze. Trzeciemu od własnej broni nic się nie stało, bo wilkołak jednym ruchem ręki pozbawił go głowy.
Masakra wyznawców trwała w najlepsze; wilkołak był niepowstrzymany; walka radowała go, dodawała sił; rósł, napawał się własnym zwycięstwem i potęgą.
Gdy ginął ostatni wyznawca na polanie, wilkołak miał już około trzech metrów. Ruszył w stronę siedzącego demona. Wtedy to właśnie Władca Ciemności zaczął się niepokoić; zabrakło mu wyznawców, a przybyło wrogów.

Ci nowi właśnie wbiegali na polanę.

-7-

Nie było to może jakieś specjalnie efektowne wejście, bo Natalia widząc polanę czerwoną od krwi, wnętrzności i innych kawałków, które powinny znajdować się wewnątrz ludzi, a nie odwrotnie, obrzygała sobie buty. Robert dla odmiany poślizgnął się na... kawałku czegoś śliskiego i prawie się przewrócił. Tylko chłopiec, Gothard, Krzysztof i nie-Julia zachowali niewzruszoną postawę.

- Przyszli. Proroctwo dopełniło się. Teraz działamy na własną rękę, co? - zwrócił się z wysiłkiem demon do wilkołaka, cały czas się koncentrując na otwarciu bramy. Od tego zależało w tej chwili jego istnienie.

Kazimierz czuł, że w tej chwili świat należy do niego. Prawdopodobnie miał rację. Otumaniony tymi wszystkimi emocjami pozwolił sobie na odrobinę nonszalancji. Pysk pozwolił mu na wydanie z grubsza zrozumiałego głosu:
- Wy! Ten tu mówi o wypełnieniu proroctwa! Wiecie coś o tym? - kształt pyska nie pozwolił natomiast przekazać ironii tkwiącej w tym zdaniu.

- Proroctwo? O czym on mówi? - Daniel rozglądał się po twarzach będących obecnie maską spokoju, czyli tych należących do chłopca-demona, Gotharda, swojej siostry oraz Krzysztofa, choć od tego ostatniego nie spodziewał się wyjaśnień.
- Rzeczywiście, za chwilę się wypełni. Od tego momentu...
- Tego momentu już nie widziałem - odpowiedziała istota. Znam wszystko, co się zdarzy, na krótko przedtem oraz to, co nastąpi długo potem, ale to zdarzenie może zmienić wszystko... - istota władająca ciałem Julii wpatrywała się z ciekawością w wilkołaka stojącego na czerwonej polanie, obok nieruchomego demona; w tle stopniowo materializowała się brama. Za nią czaił się koniec świata, jaki znamy.

- Ale jakie to proroctwo? - zapytał Robert. - Nic o nim nie wiem.
- Ja też - powiedziała Beata. - Miał zostać przywołany demon, ci, którzy tego dokonają, mieli zyskać wielką władzę i przywileje...
- To ktoś się tu kurwa bardzo mocno pomylił - wtrąciła trzymająca się za bark Katarzyna, patrząc leżące w trawie coś, co było albo jelitami, albo czyjąś głową.

- Samo przywołanie to tylko szczegół - zaczął wyjaśniać chłopiec. Daniel zaczął go nazywać w myślach "Damian", a film "Omen" miał tu niebagatelne znaczenie. - Całość zawiera się w trzech... Na razie wszystko się zgadza, chociaż ta kobieta - wskazał na Katarzynę, ta odwdzięczyła mu się spojrzeniem, po którym powinien być martwy - nie do końca mi odpowiada...
- Nawzajem, gnojku, nie gustuję w dzieciach - odgryzła się.
- Tylko w czymś innym - chrząknął Robert, znający Katarzynę nieco bliżej.
- Cicho. Dłużnik tu idzie - Myśliwy uciął tę rozmowę niczym zimne ostrze gilotyny.
- I wszystko się zgadza - chłopiec prawie się ucieszył.

-8-

- Zginiecie wszyscy - Dłużnik szedł coraz pewniej, jakby w trakcie marszu skręcona kostka wracała na swoje miejsce. Ostrze w jego dłoni jakby węszyło w poszukiwaniu krwi.
- Może mnie zabijesz - rzucił prowokacyjnie wilkołak i wykonał ruch ręką w stronę demona.
- Nie ruszaj go! - wrzasnął Dłużnik.

- W tym momencie wszystko się zgodziło - powiedział Damian. Całość zawiera się w trzech... Trzy siły, w każdej po trzy postacie. Destruktorzy: demon, wilkołak, upiór.
- On mówi o szefie... - szepnęła Beata. - Kazał się nazywać Dłużnikiem, ale nigdy tak nie wyglądał... zawsze był w garniturze, uczesany...
- To tylko maska. Bezwolne ciało, które przywdziewa. Kiedy mu się znudzi, wziąłby sobie następnie... ucieka przed śmiercią... jest jej dłużnikiem... - powiedział Myśliwy.
- Druga siła to Obrońcy - kontynuował chłopiec. - Czyli Gothard...
- Ja jestem tu tylko ze względu na Dłużnika...
- Krzysztof, który kiedyś obronił rodzeństwo Dareckich...
- Też mi obrońca! - wtrącił się Daniel. - Przecież przywiódł nas kiedyś do leża tego potwora, który tam stoi!
- Nie-nie-nieprawda... J-ja... oni...
- Dłużnik miał jeszcze do niedawna nad nim całkowitą władzę, idioci - wtrąciła się Katarzyna. - Dopiero kiedy was zobaczył, przypomniał sobie wszystko i uciekł... wtedy wezwał nas, bo byliśmy potrzebni - zadarła głowę do góry. - A tego palanta poniosły sentymenty...
Krzysztof patrzył w ziemię, a właściwie na to, co przylepiło mu się do buta.

- A gdzie trzeci obrońca? - Natalia bezbłędnie wykryła lukę w rozumowaniu.
- O, tam - chłopiec pokazał na przeciwległy koniec polany, nawet nie patrząc w tamtą stronę. Czołgał się tam właśnie porucznik Marian Rewski, trzymając w ręce pistolet.

- I jest jeszcze trzecia siła - nie-Julia odezwała się. - Ja. A właściwie my, bo w każdym z was odrodziła się przynajmniej cząstka mnie...
- I my niby jaką siłą jesteśmy? Dobrą, czy złą?
- I tą, i tą. Jesteście katalizatorem zdarzeń; która grupa zwycięży nad drugą, to zależy od was.
- Co mamy teraz zrobić? - zapytała Beata.
- Nie wiem.
- No to pięknie.
- Po prostu poczekajmy - powiedziała spokojnie nie-Julia.
- Trzy siły po trzech... pieprzenie trzy po trzy - powiedział cicho Robert, z właściwym sobie sarkazmem.

-9-

Wilkołak słyszał to wyjaśnienie przepowiedni. Postanowił zareagować.
- Zaraz pewna siła skurczy się do jednej postaci: mnie! - krzyknął, chwytając demona.
- Zostaw!!! - Dłużnik skoczył do przodu, w wyciągniętej ręce trzymając ostrze wyglądające niczym atakująca żmija.
Strzał ze strzelby Gotharda wytrącił mu je z ręki. Dłużnik wylądował na ziemi.
- Głupcze!!! - zaczął się drzeć, bezsilny w tym momencie jak dziecko. - Zabiłeś nas!!!
Kazimierz chwycił demona za ręce i za nogi, po czym rozdarł go wpół. Z niesłyszalnym, a ogłuszającym brzękiem już niemalże w pełni ukształtowana brama pękła niczym kryształowa zastawa potraktowana młotkiem; czarne kawałki uniosły się w powietrze, po czym poleciały na wszystkie strony świata.
Wilkołak w potężnej łapie trzymał korpus demona; widział jego zachodzące mgłą oczy.
- I po co ci to było... ciało umrze, a moja dusza wróci tam, skąd przybyłem...
- Nie umrzesz. Będziesz żył we mnie - wycharczał wilkołak, a jego płonące od żądzy krwi oczy świdrowały klatkę piersiową demona. Druga łapa, odrzuciwszy oderwane nogi, błyskawicznie zanurkowała w ciele Władcy Ciemności, wyrywając serce. W tym momencie Natalia drugi raz w krótkim odstępie czasu zwymiotowała na własne obuwie.
Daniel puścił się biegiem w poprzek polany.

Gothard wyjął Lugera należącego do Katarzyny i przycelował dokładnie w oko trzymającego bijące, parujące serce potwora; kula przeszła na wylot czaszki olbrzyma, lecz wlot po pocisku natychmiast zniknął, oko wróciło na swoje miejsce.
- Nic mi nie zrobisz, obrońco! - w geście tryumfu Kazimierz uniósł serce i otworzył paszczę z zamiarem połknięcia tegoż. To był jego błąd.

Marian Rewski z trudem pojmował, co się działo; jednak na pewnym poziomie świadomości doskonale się orientował w sytuacji. Z tego, co zrozumiał, dwukrotnie zabijał tego potwora, dwukrotnie go wzmacniał. Tym razem go nie zabije, a osłabi. Wystrzelił, ale w ogóle w nic nie trafił. Potwór zaczął się powoli obracać. Rewski wycelował jeszcze raz, ale tym razem jego rękę na ten mały punkt naprowadziła myśl Julii i tego kogoś, kto razem z nią znajdował się w jej ciele. Wystrzelony pocisk trafił w trzymane przez wilkołaka serce, które rozprysło się niczym bańka mydlana.

Daniel rzucił się obok potwora, po czym ogłuszył go zwierzęcy ryk; zdążył jednak doskoczyć do leżącego ostrza należącego do Dłużnika. W tym momencie Beata chwyciła Gotharda za rękę w chwili, gdy miał strzelać do Dłużnika: - Poczekaj! Trafisz Daniela!

Daniel chwycił ostrożnie wijące się ostrze uważając, aby się nie skaleczyć; rzucił je Dłużnikowi. Ten z bezradnej kupy szmat w mgnieniu oka przekształcił się w lecącą strzałę i chwycił ostrze w locie.

Kazimierz popatrzył na korpus z wielką dziurą w piersi; usta demona wyszeptały: - Umieram. Ty też. Ja tu wrócę. Ty nie.
Ostrze Dłużnika przebiło grubą skórę potwora.

Błyszczące, wijące się ostrze zaczęło się szybko przemieszczać wewnątrz ciała, nieuchronnie zmierzając w kierunku serca. Po chwili wilkołak zawył krótko i padł na ziemię. Ostrze wypełzło z piersi człowieka imieniem Kazimierz, i zostało płynnym ruchem pochwycone przez Dłużnika Śmierci.
Przez pomoc Złemu Daniel ocalił świat od jeszcze gorszego zła.

- Stało się - powiedział chłopiec, którego Daniel nazywał w myślach Damianem.
- Jeszcze nie - oznajmił Gothard występując na polanę. Daniel kontrolnie odsunął się od Dłużnika.

- Tyle lat... - postać w czarnej szacie nie podnosiła głowy.
- Czyżby dzisiaj nastąpił koniec? - bardziej stwierdził, niż zapytał Gothard, podnosząc swoją broń do strzału. Dłużnik Śmierci chwilę się zastanawiał.
- Czyżby dzisiaj nastąpił początek? - powiedział unosząc ostrze, które zwróciło się stronę Gotharda.

Gothard, czyli Moc Boga, przeciw mistrzowi zła, Dłużnikowi Śmierci.
Zaatakowali.

Wszystkiemu przyglądał się lękliwie ostatni żyjący wyznawca, który brał czynny udział w obrzędach, a w ręku trzymał wiedzę między innymi na temat tego, jak wzywać demona, pomniejszych sługusów, jak przeprowadzać obrzędy z tym najbardziej zakazanym na czele, czyli Przywołaniem Zmarłych; wiedza ta miała postać skoroszytu.
Wyznawca nazywany był Nikczemnikiem.


Mariusz Saint

mariuszsaint@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||