:::: Storytellers/Military ::::

Empatia



Kilkanaście szpadli z szmerem wbijało się w ziemię, a ich symfonii towarzyszyło syczenie delikatnych pędzli. Na obrzeżu gęstego lasu, w promieniach porannego słońca grupa studentów archeologii przeprowadzała swoje pierwsze wykopaliska. Niski, łysawy i spocony człowieczek krążył między nimi, nadzorując prace i raz po raz ocierając świecące od wilgoci czoło chustką.
- Czemu nie kopiesz w wyznaczonym miejscu? - zapytał, nachylając się nad przerzucającą kolejne porcje piachu dziewczyną.
Brunetka spojrzała na niego błądzącymi, błękitnymi oczyma, w zakłopotaniu szukając wytłumaczenia.
- Pani nazwisko? - spytał, wolno kiwając tłustą głową z dezaprobatą, jakby spodziewał się takiego wybryku po którymś ze studentów.
- Panie profesorze, ja... - zaczęła przyciszonym głosem, lecz napotkała stanowcze spojrzenie nauczyciela. Westchnęła. - Julia Darecka.
Mężczyzna wyjął z kieszeni flanelowej koszuli notatnik, odszukał właściwą stronę po czym błyskawicznie coś zapisał.
- Widzisz, Julio - powiedział pouczającym tonem - nie możesz kopać, gdzie tylko zechcesz; musimy być zorganizowani. Każdy ma wytyczony własny teren i to nim powinien... - przetarł potężny kark, czując, jak kolejne krople potu jątrzą skórę - powinien się zajmować. Więc jeśli nie masz nic do powiedzenia, wracaj do swojej działki, dobrze? A na przyszłość zapamiętaj - przerwał, chcąc wzbudzić strach w dziewczynie. Ćwiczył ten manewr od lat i doszedł niemal do perfekcji. - Za taki wybryk dostaje się dziesięć punktów ujemnych.
Studentka, zła na samą siebie, patrzyła na odwracającego się niezgrabnie profesora. Zaklęła w duchu i cisnęła rdzewiejący szpadel w ziemię. Rozległ się metaliczny dźwięk, którego echo obiegło las z siłą większą niż jakikolwiek inny odgłos. Większość uczesników prac, wraz z nadzorującym archeologiem, spojrzała na Julię. Ta, mimo zdziwienia, błyskawicznie zaczęła podkopywać znalezisko, napędzana po części chęcią zaprezentowania swego profesjonalizmu, a po części jakimś niewysłowionym uczuciem chwytającym za gardło, lecz w niewytłumaczalny sposób - oczekiwanym. Dołączył się do niej opiekun, odgarniając pędzlem gruboziarnisty piach. Dokoła kopiących utworzył się krąg gapiów.
Wkrótce przedmiot znajdował się w rękach profesora. Podekscytowany, w stalowym uścisku dzierżył ciemną, metalową tabliczkę z wygrawerowanymi rzędami wężowatych liter oraz potrójną, zdobną spiralą. W całym lesie zapanowała cisza; każdy wpatrywał się w połyskujące znalezisko nabożnym niemal wzrokiem. Po chwili artefakt znalazł się w drewnianej skrzyni wyściełanej sianem. Julia sięgnęła po swą torbę, spoczywającą w cieniu wiekowego dębu, wyjęła z niej oprawiony w skórę notes i zaczęła szkicować tabliczkę, nie pomijając żadnego szczegółu skomplikowanego ornamentu.

* * *

Daniel Darecki z trudem otworzył oczy. Potarł posiniaczoną głowę, po czym usiadł na skraju pryczy. Wytężył wzrok, aby przeniknąć otaczające ciemności i spostrzegł, że znajduje się w niewielkiej celi, mieszczącej dwa łóżka i wiekowe krzesło. Za pionowymi kratami rozciągał się długi korytarz, na końcu którego jaśniał świetlny prostokąt otwartych drzwi.
Powstał i przeszedł kilka kroków, rozprostowując obolałe kości. Wygładził krótkie, zmierzwione włosy, próbując sobie przypomnieć gdzie jest i jak się tu znalazł. Dłoń natrafiła na bandaż, ciasno owinięty dookoła piekącego miejsca. Z głębi korytarza rozległ się odgłos kroków.
Przez światłość przeszły dwie sylweki. Pierwsza, średniego wzrostu mężczyzna o pociągłej twarzy z głęboko osadzonymi oczami, wcisnęła przełącznik na ścianie. Pomieszczenie zalała fala jasności, chwilowo oślepiając więźnia. Daniel zmrużył oczy i przyjrzał się drugiemu gościowi; była nim niska, szczupła brunetka w ciemnej koszuli z podwiniętymi rękawami.
- Julia? - zapytał cicho Darecki. Mimo, że pytanie było skierowane do dziewczyny, jako pierwszy odezwał się mężczyzna.
- Pan Damian... Darecki. - zaczął niskim, basowym głosem. - Dobrze, że zgłosiła się do nas pańska siostra; w przeciwnym przypadku nawet nie wiedzielibyśmy jak się pan nazywa.
- Daniel. - poprawił go. - Jestem w... więzieniu?
Mężczyzna wkrzywił usta w uśmiechu.
- W areszcie. Marian Rewski, jestem tu porucznikiem - przedstawił się.
- To wy mi to zrobiliście? - zapytał, wskazując na opatrzoną głowę - Za co tu jestem?
Jego rozmówcy popatrzyli po sobie.
- Pan... Nie wie? - spytał Rewski. Daniel w odpowiedzi pokiwał głową. - Cóż. My tym bardziej. Znaleźliśmy pana na poboczu autostrady, przy lesie. Leżał pan z rozciętą głową, bez dokumentów...W każdym razie, zanim pana wypuścimy, chwilkę sobie pogawędzimy.
Policjant zaprowadził go do niewielkiego pokoju, w którym, prawdopodobnie niezmiennie i od lat, stały dwa biurka z maszynami do pisania. W rogu obok drzwi tkwiła stara, metalowa szafka, a naprzeciw niej niebezpiecznie kiwało się na niskim kredensie akwarium z kilkoma welonami. Do różowej ściany, z której odpadała farba wtórując przy tym tynkowi, przyczepiony był kalendarz z półnagą modelką. Z pomieszczenia odchodziło jedno okno; na parapecie pod nim stały dwie paprotki. "Jedyna rzecz, o jaką tu dbają", pomyślał Daniel.
Rewski zasiadł za biurkiem i wkręcił papier w maszynę do pisania. Gestem nakazał zatrzymanemu usiąść; siostra Dareckiego stała w progu.
- Imię i nazwisko? - zaczął.
- Daniel Darecki. - funkcjonariusz zaczął uderzać w klawisze. Maszyna zatrzęsła całym stolikiem; dało się odczuć drgania pod stopami.
- Imiona rodziców. - spytał. Przesłuchiwany milczał. - Nie pamięta pan? - rzucił kpiącym tonem.
- Nie o to chodzi. Nie znamy imion rodziców. Wychowaliśmy się w sierocińcu...
Rewski zaczął notować, lecz nagle przerwał.
- A nazwisko? - spytał z zawodową ciekawością. - Skąd macie nazwisko, skoro...?
- Przybrane.
Znów pochylił się nad klawiaturą.
- Miejsce zamieszkania?
- Dom... Akademik... przy ulicy... - bół głowy nie pozwalał mu się skupić. Nie mógł sobie przypomnieć dokładnego adresu. Z pomocą przyszła Julia, która podała Rewskiemu dowód osobisty brata. Policjant szybko spisał dane, wypytując dziewczynę o szczegóły.
- Niech pan powie - podjął - co sie stało. Po kolei.
- Nie wiem... Nie pamiętam.
- Jak to, nie pamięta pan? Kto rozbił panu głowę? Czy w lesie był pan sam, czy z kimś?
- Po prostu: nie wiem.
Daniel wzruszył ramionami. Policjant westchnął głośno i ze zrezygnowaniem powiedział:
- Zasadniczo może pan odmówić składania zeznań. Jeśli nic nie zostało skradzione albo nie chce pan wnieść oskarżenia czy zgłosić przestępstwo... Jednak uważam, że rozsądniej byłoby coś w tej sprawie zrobić. Ludzie rzadko bez powodu leżą zakrwawieni na odludziu...
- Mówiłem, że nie pamiętam co się stało - irytował się Darecki.
- Dobrze, niech pan tylko się podpisze tu. - policjant wręczył rozmówcy protokół, wskazując wykropkowane miejsce pod podyktowanym przez Julię adresem zamieszkania.
Daniel chwycił leżący na biurku długopis i złożył swój autograf, a natępnie wraz z siostrą wyszedł przed budynek. Był już wieczór, księżyc świecił niemal w pełni. Mimo jesieni, nie dało się odczuć chłodu; jedynie zimny wiatr stanowił oznakę pory roku. Liście na drzewach, choć zaczynały żółknąć, trzymały się hardo gałęzi. Ulice i ściany budynków mimo to złociły się - światła latarni ulicznych odbijały się w mokrej nawierzchni.
- Dziwne. - odezwała się Julia, maszerując wprost do szarego poloneza na skraju parkingu. Brat spojrzał na nią kątem oka. Była raczej ładna - proste, ciemne włosy sięgające ramion, całkiem kształtny nos oraz błękitne oczy, ukryte za okularami z drucianej oprawy nie były może atrybutami top-modelki, lecz patrzyło się na nie z przyjemnością. Jednak nie pociągały jej głośne, całonocne imprezy czy cotygodniowe dyskoteki - i to cenił w niej najbardziej. Indywidualizm. Mimo wszystko zadziwiająco łatwo potrafiła nawiązać kontakt z ludźmi.
- Dziwne? - powtórzył.
- A może nie? Dwa dni temu znikasz bez śladu, nikomu nie mówiąc dokąd się udajesz, aż w końcu idę zaniepokojona na policję i przypadkiem cię tam znajduję. Mówisz, że nie pamiętasz w jaki sposób trafiłeś do aresztu, a na dodatek masz zranioną głowę, którą ktoś rozbił ci w zapomnianym przez Boga i ludzi lesie. Rzeczywiście, nic w tym niezwykłego... - zakończyła ironicznie karcący wywód.
Daniel nic nie odpowiedział. W ciszy przyjął reprymednę od młodszej siostry. Z trudem utrzymując się na nogach wsiadł do rdzewiejącego, starego samochodu po stronie pasażera, gdy dziewczyna zajmowała miejsce kierowcy. Ruszyli, wciąż się nie odzywając. Chłopak spojrzał na wmontowany w deskę rozdzielczą zegarek; było już po ósmej. Zaklął w duchu - przez niego na pewno musiała odłożyć korepetycje, jakie zawsze dawała licealistom, a na dodatek była spóźniona do pracy. Zatrudniła się jakiś czas temu w śródmiejskiej kawiarence, pracując na wieczorną zmianę. Złościło go to od początku - pracowała na nich oboje, do tego dorzucała swe studenckie stypendium. On nie robił nic - i miał przez to wyrzuty sumienia. Starał się zmienić sytuację; znaleźć zatrudnienie w jakimś piśmie, lecz wiedział, że najpierw musi skończyć studia. Jeszcze tylko rok. Jedyne, co mógł zrobić na tą chwilę, to dokładać pieniądze z artykułów, które sporadycznie drukował jakiś brukowiec.
- Dobrze, że jesteś... - rzekła dziewczyna opiekuńczym już głosem, przełamując niezręczną ciszę.
- Dzięki.
- Może to i nie w porę, żeby o to pytać, ale... - zawahała się - mam nadzieję, że nie zgubiłeś mojego notesu? Będzie mi potrzebny...
Spojrzał na nią pytająco. Julia tylko uśmiechnęła się krzywo, godząc się z utratą notatek. Włączyła stację radiową, która akurat nadawała jakąś taneczną piosenkę z repertuaru Presleya. Jechali dalej, podziwiając rozświetlone centrum miasta. Stare kamienice kontrastowały z nowymi budynkami pokrytymi głównie szkłem. W niezliczonych szybach odbijały się kordony pojazdów sunących leniwie po mokrej ulicy. Ludzie tłoczyli się na wąskich chodnikach, a krawężniki zajmowały grupy młodzieży.
Wykonali kilka skrętów, po czym zaparkowali przed trawnikiem, nieopodal budynku akademickiego oraz zespołu niskich budowli uniwersyteckich. Julia pomogła bratu wysiąść, a następnie podtrzymywała go kiedy kierowali się do właściwego pokoju.
Otworzyła drzwi i weszli do zawalonego książkami i ubraniami pomieszczenia, którego ściany oblepiało kilka plakatów. Wewnątrz stały trzy łóżka, a na jednym z nich siedziały trzy osoby. Natalia, lokatorka Julii, oraz Olek i Maciek - mieszkańcy pokoju Daniela. Jedyni studenci, z jakimi utrzymywał bliższy kontakt; jedyni ludzie którzy nie irytowali go sposobem bycia, mimo nieznacznej przecież odmienności od rówieśników. Do zaakceptowania.
Zgromadzeni wstali na widok obolałego chłopaka. Ten uciszył ich gestem ręki, zanim jeszcze zdążyli przemówić, po czym sam rzucił:
- Nie teraz. Muszę odpocząć.
Cała trójka niechętnie go usłuchała, po czym wyszła z pokoju. Julia podała bratu szklankę wody i tabletkę przeciwbólową, po czym usunęła się z pola widzenia.

* * *

Kiedy obudził się, było już ciemno; wieczór zapadł kilkanaście minut temu. W pokoju nie było nikogo. Wstał, czując ból w całym ciele, wygładził zmięte ubranie i udał się do łazienki. Stanął przed lustrem; delikatnie i powoli zaczął odwijać bandaż. Rana jeszcze się nie zagoiła, lecz mógł ją przemyć i usunąć krew z czoła. Kiedy się odświeżył, rozcięcie nie zdawało się zbyt duże. Umył twarz i szybko zgolił zarost; chciał jak najprędzej czegoś się napić.
Zmienił zabrudzoną błotem koszulę na świeżą i wyszedł na jasno oświetlony korytarz. Zbliżył się do samotnego automatu z kawą i zaczął grzebać w kieszeni w poszukiwaniu drobnych. Moneta nie chciała wyłuskać się z ciasnej kieszeni dżinsowych spodni. Włożył palce głębiej i szarpnął. Kilkanaście metalowych żetonów rozsypało się po podłodze, a wraz z nimi upadła pognieciona kartka. Daniel spojrzał na nią z zainteresowaniem. Kucnął, chwycił ją i rozprostował. Jego źrenice rozszerzyły się w wyrazie zdumienia, a brwi mimowolnie uniosły. Zacisnął papier w dłoni i popędził schodami w dół.

W lokalu było tylko kilka osób, zajmujących osobne stoliki. Większość wybrała miejsca przy wielkiej szybie wychodzącej na ulicę, będącej jednocześnie ścianą. Dokoła gości krzątał się sprzątacz w czerwonym fartuchu, gładząc mopem białe kafle kawiarnianej podłogi. Za ladą przysiadała strojna w firmowy, barwny mundurek Julia, oczekująca na klientów, a dla zabicia czasu studiująca po raz kolejny dickensowską "Opowieść wigilijną". Lekturę przerwało jej szarpnięcie frontowych drzwi. Do środka wbiegł zadyszany Daniel, trzaskając szklanymi wrotami z wielką siłą.
Przywarł do lady, zwracając na siebie uwagę nielicznej klienteli. Rzucił na blat skrawek papieru, ocierając z czoła grube krople potu. Julia spojrzała na niego pytająco pytająco, wbijając wzrok w jego błękitne oczy.
- Patrz. - wydyszał.
Wzięła do ręki kartkę, po czym przyjrzała się szkicowi na niej.
- Znalazłeś mój notes? - spytała z nutką nadziei w głosie, rozpoznając część swojej własności. Chłopak zmarszczył czoło.
- Nie... - wysapał. - Ale poznaję to.
- Wiem. Sam pytałeś o ten rysunek. Zanim zniknąłeś.
- Tak? - zdziwił się Daniel.
- Tak. Mówiłam ci. Znaleźliśmy to na wykopaliskach, niedaleko Ślęży. Bardzo nalegałeś, żebym pożyczyła ci ten notes z tym właśnie szkicem, ale nie raczyłeś powiedzieć do czego ci on potrzebny. Więc może teraz mi to wyjaśnisz...?
Odsapnął i zastanowił się przez chwilę, patrząc po przyglądających mu się ludziach. Jego karcące spojrzenie sprawiło, że wrócili do swoich uprzednich zajęć.
- Poznaję to.
Julia wzruszyła ramionami.
- Prawdopodobnie ten... ornament - wskazał potrójną, ozdobioną krągłymi liniami spiralę - ma związek z moją wizytą w lesie.
Jego siostra pochyliła się, nasłuchując z zainteresowaniem.
- Może to ci się wyda głupie - zająknął się - ale widziałem to w naszym domu.
- W akademiku?
- Nie, nie... W domu. Domu sprzed sierocińca. - Spojrzał Julii głęboko w niebieskie niczym toń oceanu oczy. - Ty pewnie nie pamiętasz... Miałaś wtedy mniej niż rok; ja kończyłem trzy lata i akurat ten znak... Ten znak wbił mi się w pamięć. Zanim nas przeniesiono do domu dziecka; zanim coś się stało z rodzicami... - zawahał się. Chciał wierzyć, że umarli. Nie mógłby znieść faktu, że ich porzucili. - Ten znak był w naszym domu, i to na widoku. Nie pamiętam, czy był to obraz, figurka, rzeźba... Wszystko jedno. W każdym razie wiem, że miało to związek z moją wizytą w lesie, czy gdziekolwiek byłem.
Julia zmarszczyła czoło.
- Co zamierzasz w związku z tym zrobić? - spytała.
- Wrócić do lasu... - rzekł bez stanowczości. Jego siostra szybko, nagle pokiwała przecząco głową.
- Nie rób tego.
- Dlaczego...? - zdziwił się szybkim i stanowczym rozkazem Julii. Po namyśle przytaknął ze zrozumieniem. - Znów masz przeczucie... - uśmiechnął się kpiąco.
- Nie lepiej najpierw zrobić coś bardziej przemyślanego, zamiast uciekać się do ostateczności?
- Co masz na myśli?
- Możemy odwiedzić mojego profeora od archeologii. Do tej pory powinien czegoś się dowiedzić o tym... - wkazała na zmięty papier. - O tabliczce.
- Zainteresowałaś się... Prawda?
Dziewczyła zwlekała z odpowiedzią, lecz w końcu odparła:
- Tu chodzi o ciebie. Mogło ci się coś stać! Mogłeś nawet zginąć, do diabła! Myślisz, że to mnie nie interesuje? Więc zrobimy tak, jak powiedziałam - jeśli uważasz, że ornament ma z tą sprawą coś wspólnego, poszukamy o nim informacji! I nie będziemy na ślepo błądzić w środku lasu! - rzekła stanowczo, a po jej spojrzeniu można było się domyślić, iż nie przyjmie sprzeciwu do wiadomości.
Daniel w duchu przyznał, że to rzeczywiście lepsze rozwiązanie, lecz w głębi serca czuł potrzebę powrotu w leśne ostępy. "Zostawiłem coś, czego nie powinienem", pomyślał, "i muszę do tego wrócić".
- Możemy złożyć mu wizytę jeszcze dzisiaj. - powiedziała, rozprostowując kartkę. - Orsewicz zawsze zostaje do późna w swoim gabinecie, a ja kończę zmianę za - zerknęła na ścienny zegar w kształcie hamburgera - za piętnaście minut.
Darecki uśmiechnął się.
- W porządku. Ale, proszę, podaj mi filiżankę kawy.

* * *

Na najwyższym piętrze budynku światło paliło się tylko w jednym pokoju. Był to gabinet Wojciecha Orsewicza, profesora archeologii uczącego głównie studentów pierwszego roku - w tym Julię Darecką. Pokój profesora urządzony był dość niedbale; pokaźne stoły zagradzały drogę do okna, a biurko z trudem pozwalało dostać się do kredensu wypchanego książkami. Na ścianach wisiały krzywo mapy różnych regionów Polski, a także powiększone zdjęcia ruin w innych krajach - Tenochtitlan w Meksyku, zrównanej z ziemią osady u stóp góry Aconcagua oraz peruwiańskiego pueblo.
Orsewicz siedział w skrzypiącym fotelu, zgarbiony nad kilkoma księgami i szeregiem rysunków. Poderwał się z miejsca, przestraszony stukaniem w drzwi.
- Proszę - krzyknął, wracając do swych studiów, wracając do przerwanego zajęcia.
Do pokoju weszło rodzeństwo Dareckich. Daniel popatrzył to na nauczyciela, zuepełnie nie zwracającego na nich uwagi, to znów na otuloną płaszczem przeciwdeszczowym siostrę.
- Dobry wieczór... - zagadnęła Julia.
Archeolog podniósł głowę, uświadamiając sobie obecność gości.
- Ach, to ty, Julio! - wykrzyknął radośnie. - A to jest...? - spytał, spoglądając na chłopaka.
- To mój brat, Daniel - odpowiedziała.
- Ach, tak. - przypomniał sobie. - Wreszcie się znalazł? - uśmiechnął się. - Mam nadzieję, że nic ci się nie stało - rzekł, wksazując rozcięcie na skroni Daniela. Ten pokręcił przecząco głową, nie mówiąc jednak ani słowa.
- Cóż was do mnie sprowadza? - profesor spojrzał za okno, robiąc głęboki wdech. - O tak późnej porze? - zadał pytanie samemu sobie.
Julia zbliżyła się do jego fotela.
- Chciałabym się dowiedzieć, czy ma pan jakieś informacje o tabliczce, jaką znaleźliśmy podczas wykopalisk. - Ach, tabliczka... Cóż... - sięgnął po jakiś wydruk, którego fragment sterczał ze stosu podobnych. - Sam przedmiot został zrobiony z jakiegoś niecodziennego stopu metalu... Bla bla... - pominął parę fragmentów. - Jest twardy, co pewnie zauważyłaś przygrzmacając w niego szpadlem - spojrzał na dziewczynę z ukosa, lecz z uśmiechem w oczach - i jednocześnie bardzo lekki. Pokryty spiralnym ornamentem i jakimś pismem, którego nie rozcyfrowałem. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, do czego mógł służyć. Być może była to tablica z tekstem jakiejś modlitwy... Lecz równie dobrze może to być strona z książki kucharskiej. - zachichotał.
- Czyli właściwie nic się nie udało ustalić...? - spytała Julia.
- Zapewne do czegoś byśmy wkrótce doszli... - zaczął profesor. - Nawet wezwałem do miasta mojego znajomego anropologa, który specjalnie przyjechał z Niemiec... Ale zapewne wiesz, że niedawno ktoś włamał się do magazynów. Wśród skradzionych rzeczy było znalezisko, wraz z dokumentacją.
- Co? - zdziwiła się dziewczyna. - Czemu mi pan tego nie powiedział?
- Wiesz... Nie sądziłem, że cię to zainteresuje. Poza tym zniknęło jeszcze sporo innych rzeczy; z początku nie wiedzieliśmy nawet dokładnie co... - potarł ręką kark, a następnie ugładził łysinę.
- A dokumentacja? Nie ma pan osobistych notatek?
Orsewicz spojrzał na jej milczącego brata, po czym rzekł, zmieszany:
- Ja... Miałem. - uśmiechnął się lekko. - Ale nie mam.
- Zgubił pan?! - obruszyła się.
- Większość była zapisana w komputerze. A komputery również ukradziono. Moja wina - mogłem notować tradycyjnie... Cholerna technika.
Julia spojrzała na sufit z rezygnacją, czując już woń mokrego lasu, lecz po chwili powróciła do rozmowy.
- Czy ten antropolog, o którym pan wspominał, jest jeszcze w mieście?
- Tak, on tu mieszka. Wrócił na moją prośbę...
- Czy może pan nam podać jego adres?
- Owszem, ale... Nie wiem, czy w czymkolwiek wam pomoże. Nie widział tabliczki na oczy. - pogrzebał w stercie papierów na biurku, oderwał kawałek kartki i nabazgrał coś wiecznym piórem.
- Nie szkodzi. - Julia przyjęła skrawek papieru i schowała go do kieszeni. - Dziękuję, panie profesorze.
Rodzeństwo skierowało się do drzwi.
- Hej, czekajcie! - zawołał Orsewicz. - Daniel... Ty też się interesujesz tą tabliczką?
Brunet przytaknął.
- Czemu?
- Ciekawość. - rzekł krótko i zamknął za sobą drzwi.

Przeszli do akademika, do pustego pokoju Julii. Natalii ani chłopaków nie było w środku; musieli wybrać się do pubu. Julia usiadła na swoim łóżku, ustawionym naprzeciw okna, a Daniel zajął krzesło nieopodal uporządkowanego biurka siostry.
- Czemu nie powiedziałaś mu o szkicu? - spytał. - Mogliby to wykorzystać.
- Właśnie. - przytaknęła. - A teraz wykorzystamy go my.
- O co ci chodzi?
- Właśnie robię ci usprawiedliwienie z dwóch dni nieobecności. Napiszesz artykuł, o jakim nawet Wilk nie będzie mógł złego słowa powiedzieć.
Pomyślał o swoim wykładowcy języka polskiego, Tadeuszu Wilku. Faktycznie, zapomniał jaki on jest. Za jeden dzień bezpodstawnej nieobecności gotów był obniżyć ocenę z całego semestru. A Daniela nie było przez dwa dni. I, co gorsza, nie wiedział, jak to wytłumaczyć.
- To co zrobimy? - spytał chłopak.
- Jutro z rana pójdziesz do Wilka - poleciła Julia. - Spróbuj się jakoś wytłumaczyć. Mimo wszystko to dość układny człowiek. Oczywiście, jeśli mu podpadłeś, nie masz co liczyć na ugody. Ja w tym czasie odwiedzę naszego pana antropologa. - powiedziałą i wyjęłą z kieszeni kartkę z adresem. Pod nim widniało nabazgrane nazwisko: Egon Wagner.
- Chcesz opuścić zajęcia?
- Nie martw się. Taka znakomita uczennica jak ja może chyba raz odpuścić wykłady, prawda? - powiedziała z krzywym uśmiechem. - Zresztą robię to w celach naukowych.

* * *

Aula powoli wyludniała się. Tłumy studentów tłoczyły się przy małym, zbyt małym wyjściu, schodząc ze schodków prowadzących pomiędzy kolejne rzędzy ustawionych nad sobą ławek. Tadeusz Wilk, starszy człowiek o siwych włosach, wyglądający na silnego mimo swego wieku, stał przy katedrze szukając czegoś w skórzanej aktówce. Nienagannie skrojony garnitur kontrastował z kolorowymi ubraniami zlewajacymi się teraz w jedność w okolicach drzwi.
Daniel nie opuszczał swego miejsca aż do chwili, kiedy wszyscy prócz profesora opuścili salę. Nie spuszczając wzroku z walczącego z aktówką wykładowcy, powstał i skierował się ku niemu. Opuścił podwinięte dotąd rękawy jedwabnej koszuli, wiedząc iż znacznie łatwiej było porozumieć się z Wilkiem, kiedy wyglądało się jak świeżo upieczony pan młody. Darecki przygładził kanty spodni z kompletu garniturowego i, cicho oraz z nieśmiałością, zagadnął do profesora:
- Przepraszam...
Wilk podskoczył jak oparzony, przenosząc uwagę ze swej teczki na ucznia. Mimo dostojnego wyglądu, Tadeusz nie był śmiertelnie poważnym człowiekiem; od czasu do czasu zdarzało mu się również popełniać gafy z których śmiali się zarówno studenci, jak i on sam.
Profesor popatrzył na adwersarza. W jego delikatnych rysach i łagodnych oczach dostrzegł zakłopotanie, lecz po chwili zrozumiał jego przyczynę.
- Pan Darecki, nasz bumelant! - zakrzyknął.
- Tak... To znaczy nie!
Wilk zmrużył oczy i obrzucił Daniela krytycznym spojrzeniem.
- Oczywiście jest pan tu, żeby się wytłumaczyć... - bardziej stwierdził niż zapytał.
- Dokładnie!
- Słucham więc. - założył ręce na piersi i przysiadł na skraju ławki, oczekując tradycyjnych uczniowskich wymówek.
- Zrobiłem to w trosce o moją edukację.
Tadeusz uniósł wysoko brwi, zaskoczony słowami studenta. Coś takiego słyszał po raz pierwszy.
- Doprawdy? A w jakiż to sposób można zatroszczyć się o edukację, nie uczęszczając na zajęcia?
Daniel nabrał haust powietrza, co dodało mu pewności siebie. Następnie wyrecytował przygotowaną wczoraj mowę.
- Wybrałem dziennikarstwo, aby przekazywać ludziom fakty, o jakich nie mogliby dowiedzieć się sami. Jednak nie zamierzam czekać z wypełnianiem mego obowiązku aż do końca studiów! - przemówił patetycznym tonem. - Już dziś muszę poszukiwać prawdy, ponieważ jest to moim powołaniem! Jeśli Napoleon czekałby z ujawnieniem swoich zdolności przywódczych do czasu, aż ludzie sami mianują go swym cesarzem, czy kiedykolwiem mielibyśmy szansę o nim usłyszeć? Nie! Dlatego ja też chciałem zbadać sprawę, na trop której wpadłem. Aby mieć świeży pogląd na nią, aby nie czekać aż do jej przedawnienia. Zwłoka tylko by zaszkodziła!
Wilk potarł dwudniowy zarost.
- Powiada pan, że wpadł na jakąś sprawę... Trop?
- Dokładnie.
Profesor pokiwał głową w zamyśleniu.
- A co to za sprawa?
- Ma związek z artefaktem, jaki odkopali latem studenci...
- ...a jaki teraz został skradziony. - dokończył wykładowca, wyraźnie zainteresowany. - W takim razie jestem gotów pana usprawiedliwić...
- Dziękuję. - rzucił Daniel i zaczął iść do wyjścia szybkim krokiem.
- Ale! - usłyszał. - Ale musi mi pan powiedzieć, co pan robił przez dwa dni nieobecności.
Darecki zamarł, szukając wymówki. Milczenie przedłużało się niebezpiecznie.
- No więc... - zaczął. - Wolałbym się jeszcze nie zdradzać...
- Czy to ma związek z pańską głową?
Chłopak spojrzał pytająco na wykładowcę, dotykając czoła. Po chwili poczuł, co Wilk miał na myśli. Poruszone rozcięcie zaczęło boleć. Spojrzał na podłogę.
- W porządku. Rozumiem. - rzekł starszy człowiek. - Tylko bądź ostrożny na przyszłość.

* * *

Jesienne słońce oświetlało zatłoczoną, ciasną ulicę, mieszczącą się pomiędzy dwoma rzędami kamienic. Okna wystawowe sklepów na parterze kusiły bogatymi ekspozycjami, a kolorowo pomalowane ściany budynków sprawiały wrażenie świeżości i czystości. Widoki te współgrały ze sobą, tworząc iluzję przebywania w latach dwudziestych, kiedy na drogach często spotykało się konie, a samochody nie powodowały takiego hałasu jak dziś. Obraz ten jednak skutecznie rozpraszały rozmaite neony przymocowane nad bramami kamienic, a także billboardy na nich wywieszone.
Julia uważnie oglądała mury bloków, szukając numeru 85. Wreszcie dotrzegła go, zerknęła na trzymaną w ręce kartkę i weszła w bramę. Skręciła na klatkę schodową i pokonała kilkanaście wąskich, śliskich stopni. Zatrzymała się przed masywnymi drzwiami oznaczonymi numerem 19. Ponownie rzuciła okiem na kartkę, po czym wcisnęła przycisk dzwonka. Rozległo się buczenie, a kilka sekund później drzwi otworzyły się i ukazała się w nich niska sylwetka.
Mężczyzna miał nieco tylko więcej niż półtora metra wzrostu. Ubrany był elegancko; spod swetra wystawał kołnierz białej koszuli, a rzadkie włosy leżały na czaszce starannie ułożone. Liczył sobie prawdopodobnie ponad sześćdziesiąt lat. Julia otworzyła usta w zamiarze przedstawienia się, lecz lokator kamienicy uprzedził ją.
- Julia Darecka, nieprawdaż?
Na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz zdziwienia.
- Profesor Orsewicz dzwonił do mnie wczoraj. Oczekiwałem pani wizyty. Nazywam się Egon Wagner. - powiedział i uśmiechnął się promieniście, zapraszając Julię.
Brunetka przekroczyła próg i znalazła się w urządzonym w starym stylu mieszkaniu. Wytapetowane ściany zdobiły reprodukcje obrazów Van Gogha, utrzymanych w stonowanych, uspokajających barwach. Wszystkie meble były bogato rzeźbione, podobnie jak rama dużego, ściennego lustra. Podłogę pokrywał miękki dywan o kolorze sepii, takim samym jak przywdziana przez dziewczynę spódnica i marynarka.
- Proszę do pokoju. - Wagner gestem wskazał jedne z drzwi.
Julia zdjęła buty i podążyła za gospodarzem. Pokój, w którym się znaleźli, był urządzony w podobnym stylu, z tą jednak różnicą, że w jego centralnej części znajdowało się ogromne, masywne, dębowe biurko, na którym poukładano wiele segregatorów, papierów i map. "Absolutny porządek", pomyślała. "Co za kontrast z gabinetem Orsewicza!"
Antropolog zasiadł za biurkiem, a studentka zajęła wskazany fotel. Zaproponował dziewczynie filiżankę herbaty, lecz odmówiła.
- Wiem, w jakim celu pani tu przyszła - zaczął - lecz wątpię, czy będę mógł pani pomóc. Owa tabliczka, której pochodzenie panią interesuje, zaginęła zanim miałem okazję ją zobaczyć. Co prawda, Wojtek zdał mi jej mglisty opis, ale przy jego roztargnieniu mógł równie dobrze zaprezentować kartkę z własnym pismem. - Wagner zaśmiał się cicho.
- Mam jednak coś, co może pomóc. - powiedziałą Julia, wyjmując z torebki szkic i podając go staruszkowi.
Egon przyjrzał się z ciekawością rysunkowi.
- Tak... - rzekł, przyglądając się spiralnemu wzorowi. - O tym nie wiedziałem...
- To mój szkic, wykonałam go zaraz po odkryciu tablicy. - wyjaśniła dziewczyna.
Antropolog podszedł do biblioteczki i, wodząc przez chwilę palcem po grzbietach grubych ksiąg, wyjął z niej oprawiony w skórę egzemplarz.
- To dość stara książka - powiedział, kładąc ją na biurku. - Kupiłem ją kilkanaście lat temu w antykwariacie... Może wreszcie okaże się, że nie na darmo. - przerzucił kilka stron. - "Kulta i religje w Polsce wieków średnich". - wyjaśnił. - Kiedyś kościół uznał ją za zakazaną księgę, gdyż opisuje ona większość religii innych niż chrześcijaństwo, w tym kulty satanistyczne, obecne właśnie w średniowieczu. Dziś już tylko kilka egzemplarzy przetrwało... Chyba.
Wskazał dziewczynie rycinę na jednej ze stron. Pod wizerunkiem kilku chochlików i diabłów widniał spiralny znak, a pod nim wypisane znanym jej alfabetem inskrypcje.
- Co to oznacza? - spytała.
- Jest to symbol nienazwanego kultu - począł wyjaśniać - który za cel obrał sobie przywołanie na Ziemię wszystkich diabłów. Słowem - zrobienia piekła na Ziemi. - usmiechnął się. - Za ten uczynek wszyscy, którzy brali udział w rytuałach, mieli otrzymać życie wieczne. Podobno... podobno... - poszukał odpowiedniego fragmentu w książce. - O, jest. "Każden, kto wyznaje kult szatański" - zacytował - "ma sposobność ku przywołaniu demona lub ducha złego. Wszakże jeśli pragnie piekło zesłać na świat, musi zgromadzić sobie wiernych, a wraz z nimi odprawić modły stosowne." Ogólnie rzecz biorąc, towarzystwo zrzeszało ludzi, jakich dziś określilibyśmy mianem satanistów. Z tą różnicą, że bawili się w wywoływanie duchów i inne... zabiegi. Chyba jeszcze... - przewrócił kilka stron. - Nie. To tyle, dalej są wzmianki o innych kultach. Widzi pani, jest to tabliczka zawierająca prawdopodobnie tekst jakiejś modlitwy. Niestety, nic więcej nie mogę powiedzieć...
- Rozumiem. - powiedziała zamyślona, przypominając sobie słowa brata. "Widziałem coś takiego w domu". - Nie ma pan więcej informacji o kulcie?
- Właściwie to jest jedyna wzmianka o nim, jaką widziałem... Wie pani, dawniej małe... religie... tworzyły się i znikały jak grzyby po deszczu. To nic niezwykłego... Wprawdzie to trochę dziwne, że tak mały odłam wyznawców szatana stworzył własne pismo i odlał tablice z modlitwami, ale jeszcze dziwniejsze rzeczy zdarzały się w historii. - powiedział lekceważąco.
Julia wstała, wyciągając dłoń do antropologa.
- Dziękuję, panie Wagner.
- Ależ nie ma za co. Wielka szkoda, że nie mogę powiedzieć pani czegoś więcej.
- Tak, wielka szkoda...

- I czego się dowiedziałaś? - spytał Daniel, rzucając się na swoje łóżko.
Siostra opowiedziała mu o przebiegu spotkania z Egonem Wagnerem. Chłopak usiadł, zastanawiając się nad jej słowami.
- Skoro to jest kult szatana... Czemu pamiętam, że ich znak ma coś wspólnego z rodzicami?
- Nad tym samym myślałam. Może się mylisz?
- Nie - zaprzeczył stanowczo. - Pamiętam dokładnie... - chwycił się za głowę, odczuwając pulsowanie gojącej się blizny.
- Powiedz lepiej, jak ci poszło z Wilkiem.
Daniel usmiechnął się z dumą.
- Wszystko załatwione.
- Znakomicie... - milczała przez chwilę. - I co teraz? Nie zamierzasz chyba zostawić tej sprawy?
Darecki wyczuł, że jego siostra równie mocno pragnie dowiedzieć się czegoś o rodzicach. W takiej chwili, kiedy właściwie zgubili poszlaki, mogła zgodzić się na wykonanie jego pomysłu.
- Nadal mam zamiar wrócić do lasu.
Spojrzała na niego z wyrzutem, lecz po kilku sekundach zmieniła wyraz twarzy.
- Pojedziemy razem. Jutro z rana.

* * *

Polonez zaparkował na poboczu drogi. Wysiedli z niego Daniel i Julia, ubrani w dresowe spodnie i ciepłe kurtki. Ranek był chłodny; szron osadził się na podłożu. Stalowe chmury przesłaniające słońce zdawały się być niebezpiecznie ciężkie; jakby gotowe upaść na ziemię i przygnieść ją zwałami szarości. Chłopak spojrzał na wielkie drzewa, których pnie zasłaniały rozmaite krzewy, pnące się ku nieobecnym tego dnia, złocistym promieniom. "Złodzieje słońca", przemknęło mu przez myśl. Zniżył wzrok. Wydeptana droga, prowadząca w głąb lasu, tonęła w błocie.
- Piękna pogoda. - odezwała się Julia. - A my nawet nie wiemy, dokąd iść.
- Nie bądź taką pesymistką. - odparł jej brat, po czym zrobił pierwszy krok, grzęznąc przy tym po kostki w błotnistej brei.
Niebieskooka brunetka spojrzała na niego kpiąco, po czym, zręcznie omijając kałuże, weszła między ściany jodeł, buków i innych majestatycznych pomników natury. Wciągnęła głęboko powietrze, sycąc się jego poranną świeżością i wilgotnością. Teraz była już rozbudzona. Zawołała brata i ruszyli, krocząc rozmiękłą ścieżką i podziwiając hubę, porastającą korę niektórych drzew.
Po godzinie marszu, kiedy zniechęcenie zaczęło przezwyciężać ciekawość, dostrzegli niewielką, drewnianą chatę usytuowaną na skraju samotnej polany.
- Leśniczówka. - powiedział Daniel. - Nie zawadzi zapytać.
- O co... - zaczęła Julia, lecz nie zdążyła dokończyć pytania, pociągnięta za rękę.
Otworzyli drzwi i weszli do spartańsko urządzonego pomieszczenia, w którym wyróżniał się jedynie wyciosany z pnia stół oraz kilka foteli obok niego. W rogu sklepowa lada zagradzała przejście do innego pomieszczenia, zasłonięte upstrzoną w krzykliwy wzór płachtą. Z tegoż miejsca wynurzyła się wysoka postać w mundurze leśniczego.
- Dzień dobry - przywitał się postawny mężczyzna. - Słucham państwa.
Danielowi rozejrzał się, lecz nie zauważył żadnego cennika czy menu. Zdawało mu się, że oprócz nadzorowania terenu człowiek zorganizował sobie niezależne źródło zarobku, sprzedając jakiś nieokreślony towar równie nieokreślonym osobnikom.
- Tak... - zaczął brunet, szukając odpowiednich słów i gapiąc się na ubłocone adidasy. - Chcielibyśmy spytać, co warto w pańskim lesie... zobaczyć.
Leśniczy ściągnął brwi, wyraźnie zdziwiony pytaniem.
- Drzewa...? - odrzekł niepewnie. - To las. W lesie są drzewa, zdecydowanie...
Julia, z widocznym rozbawieniem, przyglądała się zmaganiom brata z poszukiwaniem właściwych pytań. - Nie, nie o to mi chodzi. -powiedział Daniel. - Czy jest w tym lesie coś... Nieleśnego?
Tym razem brwi mężczyzny uniosły się do góry, w wyrazie bezgranicznego zdziwienia.
- Jedynym nieleśnym wytworem tutaj jesteście, bez obrazy, wy.
- Ech... - westchnał chłopak i podrapał się w sam czubek głowy. - Mam na myśli coś, co warto zobaczyć, a co nie jest wytworem natury. Jakieś ciekawe miejsca... Kurhany, ołtarze, coś w tym stylu...
Leśniczy zaniósł się śmiechem.
- Nie, kurhanów tu nie uświadczysz. Jeśli masz na mysli dzieło rąk ludzkich, to oprócz willi starego jest jeszcze ta chata...
- Willi? - wtrąciła się Julia, podejrzewając, iż to ona była celem wędrówki brata.
- Tak, willi. Macie w sobie pasję odrywcy - zadrwił.
- A kim jest ten... stary?
Leśniczy przyjrzał się uważniej rozmówcom.
- Istotnie, jesteście ciekawscy... Ale chyba dziadek nie obrazi się, jeśli wyjawię jego największy sekret. - Nachylił się nad ladą, oczekując aż goście zrobią to samo. - On jest - szepnął - mieszkańcem willi.
Spojrzeli na niego z wyrzutem.
- A skąd mam wiedzieć, kim jest ten facet? - usprawiedliwiał się.
- Wskaże nam pan drogę? - zapytał Daniel.
- Wystarczy iść ścieżką na południe, a na rozdrożach skręcić w prawo.
Rodzeństwo podziękowało i natychmiast udało się we wskazanym kierunku, zostawiając za sobą dowcipnego, młodego leśniczego.

Dom nie wyglądał na nowy, ani też na zadbany. Farba odlatywała ze ścian, a okno na piętrze było stłuczone. Podjazd zalegały śmieci, wysypane z przewróconego kontenera. Mimo obecności małego parkingu, nie było ani śladu samochodu. Miejsce wyglądało na opuszczone. Towarzyszyły mu jedynie korony wszechobecnych drzew.
Podeszli do drzwi wiili i zauważyli, że są uchylone. Zapukali, wchodząc do środka. - Jest tu kto? - głos Julii odbił się echem wśród jasnobrązowych ścian, drewnianych podłóg i usytuowanych gdzieniegdzie sprzętów domowych. Nikt nie odpowiadał. - Proszę pana?
Dziewczyna zajrzała do pokoju, szukając lokatorów.
- Gdzie idziesz? - syknął Daniel. - To włamanie!
Odwróciła się, mówiąc od niechcenia:
- Nie przeszłam taki szmat drogi tylko po to, żeby postać chwilę przed drzwiami. Ale chyba nikogo tu nie ma. - wskazała puste pomieszczenie.
- Jest jeszcze piętro...
Ruszyli w górę schodów, podpierając się na zakurzonych poręczach. Wyższa kondygnacja składała się z korytarza oraz umieszczonych w jego ścianach drzwi. Jedne z nich były otwarte na oścież. Dziewczyna podeszła do nich, lecz zaraz odwróciła się, dysząc ciężko. Brat podbiegł do siosty, obejmując ją i zerkając na przyczynę jej reakcji.
Pokój był zdemolowany; łóżko leżało wywrócone, podobnie jak szafa i kredens. Stół opierał się o odrapaną ścianę. Z okna została tylko rama; fragmenty roztrzaskanej szyby zalegały na podłodze. Nie to jednak było najgorsze; z pomieszczenia wydobywał się przenikliwy fetor rozkładających się zwłok.
Oparte w abstrakcyjnej pozie o resztki krzesła ciało starszego mężczyzny było doszczętnie zmasakrowane. Nogi powyginały się dziwacznie, a korpus był rozpruty i częściowo poszatkowany. Zmiażdżona głowa leżała w każuły zakrzepłej już krwi, wytrzeszczając oczy w oznace ostatecznego przerażenia. Na odsłoniętym ramieniu wytatuowany był wzór: potrójna spirala. Z zaciśniętej dłoni wystawał kawałek papieru.
Daniel był wstrząśnięty widokiem, lecz szok wywołało u niego także coś innego. Przebłysk przeszłości; przebłysk wydarzeń sprzed kilku dni. Przemógł obrzydzenie i sięgnął po kartkę wystającą z dłoni denata. Wyszarpnął ją, a następnie rozprostował. Julia w tym czasie oswajała się z zapachem oraz widokiem trupa.
- Co to? - spytała drżącym głosem, patrząc jednocześnie na ornament na martwej ręce.
- List. - odparł chłopak, nawet nie spoglądając w kierunku papieru. - List, który dostałem kilka dni temu. Od niego. Od naszego ojca.
Zapanowała cisza. Błękitne oczy Julii rozszerzyły się, wpatrując się w spojówki brata, patrzącego gdzieś w dal. Wiedziała, że przypomniał sobie zatarte w pamięci zdarzenia.
- Zaprosił mnie tu - kontynuował - ponieważ chciał mi coś powiedzieć. Jednak nie zdążył. Pamiętam, że... - chwycił się za skaleczoną skroń - niedługo po tym jak wszedłem, ktoś wskoczył przez okno.
- Ktoś? - zdziwiła się dziewczyna.
- Ktoś, coś... Nie wiem dokładnie, co. Było szybkie. Wpadło i rzuciło się na staruszka... Ja zdążyłem uciec, ale dogoniło mnie na skraju lasu i... - wskazał ranę.
- I nie dokończyło tego, co chciało dokończyć. - stwierdziła ze strachem. Daniel przytaknął.
Julia zbliżyła się do gnijącego ciała.
- Ojciec.. Ma wytatuowany ornament kultu... Pewnie stąd go pamiętałeś.
- Myślisz, że on sam praktykował... Satanizm? - spytał niepewnie. Odpowiedziała mu milczeniem.
- Trzeba wezwać policję. - stwierdził.

Dwa radiowozy i karetka pogotowia stały zaparkowane przed willą, obrzucając okolicę błyskami kogutów. Kilku policjantów otoczyło rodzeństwo, zadając lawinę pytań. W końcu odstąpili, a na ich miejsce przyszedł mężczyzna z długą, pociągłą twarzą, ubrany po cywilnemu.
- Pan Rewski. - rzekł Daniel.
- Więc jednak coś pan pamięta, panie Darecki. - sarkastycznym tonem odezwał się funkcjonariusz. - Cieszy mnie, że jest to moja skromna osoba.
Młodzi przybrali kamienny wyraz twarzy, obojętni na humor porucznika. Ten, widząc ich reakcję, odkaszlnął i przemówił poważnie.
- Czy to nie dziwne, że znów jest pan w tym lesie i znów ma pan do czynienia z policją? - Milczenie. Brak odpowiedzi. - Z tą tylko różnicą, że teraz znajdujemy jeszcze trupa.
- Złożyliśmy już zeznania. - powoli i wyraźnie wycedziła Julia.
- Dobrze, znakomicie. Zostawiam was więc w spokoju, z waszymi dziwnymi zamiłowaniami do zwiedzania lasu, o których wspomniał leśniczy. Ale będę was miał na oku. - powiedział i odwrócił się niespiesznie, dając wyraz powagi swych słów. Następnie odmaszerował do współpracowników.
Słońce zachodziło, przebijając szare chmury czerwonymi promieniami. Nad lasem powoli zapadała noc, obejmując swymi ramionami połacie drzew. Nocne drapieżniki budziły się ze snu.

* * *

Park był niemal pusty, mimo pięknej pogody jak na tą porę roku. Tylko samotna matka z dzieckiem spacerowała po ozłoconych liśćmi alejkach. Prócz niej, na jednej z nielicznych ławek, siedzieli Julia i Daniel Dareccy, rozmawiając o wydarzeniach minionych dni.
- Co teraz zrobimy? - zapytała dziewczyna.
- Nie wiem, ale na pewno nie zostawimy sprawy samej sobie. Przynajmniej ja nie zamierzam.
Popatrzyła na brata z podziwem. Nigdy nie mówił z taką pewnością siebie. Zerknęła na bezchmurne niebo; wsłuchała się w świst wiatru. Postanowiła zmienić temat.
- Co z twoim artykułem?
Daniel uśmiechnął się szczerze.
- Przyjęli. Nikt do tej pory nie pisał o zapomnianych czcicielach szatana. Przynajmniej do nich.
- Właściwie o jakim piśmie mówisz?
- Wiesz... - rzekł powoli i ostrożnie - Zostałem ich stałym współpracownikiem! Będę opisywał zlecone mi przez nich przypadki! Moja pierwsza stała praca - i od razu jestem prawdziwym reporterem! Nie będziesz musiała sama charować na nas dwóch. - spojrzał z dumą w jej oczy.
- W porządku - delikatny uśmiech przemknął po jej twarzy. "Cieszy się jak dziecko", pomyślała. - Ale o jakim piśmie mówisz?
Chłopak zebrał się w sobie, westchnął i rzucił szybko:
- "PPP".
- Co? - wykrzyknęła ze zdumieniem dziewczyna. - Przecież to szmatławiec!
- Tak, ale...
- Oni drukują prawie wszystko! - nie dała mu dojść do słowa. - Od erotycznych opowiadań, przez artykuły historyczne, ploty, relacje sportowe do historii o ufo, polityki i przepisów na omlet!
- Co, aż tak dobrze znasz "PPP"? - rzekł z przekąsem.
Błękitnooka zamilkła i z niewyraźnym grymasem przypominającym uśmiech wpatrzyła się w wirujące na wietrze liście. Poprawiła szalik i założyła ręce na piersi. Samotna matka usiadła obok niej i poczęła delikatnie kołysać wózkiem, usypiając niemowlę. Senność ogarniała cały świat.


Military

militarypolice@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||