:::: Mariusz Saint ::::

Jest Legionowo
część 13



Jedną z największych sal budowli zwanej Mrocznym Silnikiem zajmował wielki ołtarz, służący Legionowi do kontaktu ze światem żywych. Kiedy zachodziła potrzeba wniknięcia w umysł jakiegoś nieszczęśnika, ten ołtarz był do tego używany. Trzymetrowe kolumienki zakończone ostrym szpicem miały kolor pożółkłej kości; Kubie zawsze wydawało się, że należały one kiedyś do jakiegoś wielkiego stwora, ale przecież tak wielkie bestie nie istniały.
Przypomniał sobie tkwiącego nieruchomo w gigantycznej klatce smoka Powiata. Ciekawe, czy to są jego mleczaki, pomyślał.
Legion szykował się do obejrzenia chwili tryumfu; koncentrował się właśnie starając się maksymalnie osłabić ścianę między światami, aby obraz przekazywany bezpośrednio z plugawego umysłu Witalija Czornyja nie śnieżył, bo znacznie obniżało to komfort oglądania.
- Chyba dobrze ustawiłem - mruknął cicho Legion. Między szpicami wieżyczek strzeliły błękitne iskry, zaczęła materializować się błękitna mgła.
- Panie, obraz śnieży! Ale co to... śnieży, nie śnieży... śnieży, nie śnieży... Panie, co się dzieje?
- Ten idiota jedzie w deszczu i właśnie włączył wycieraczki. Ale już niedługo powinien być na miejscu. Jak tylko go zabije, my też się tam znajdziemy... Już niedługo. Powinniśmy zdążyć...
- Zdążyć na co, panie?
- Nie, nic, nic... zaczyna się - Legionowi udało się odciągnąć uwagę Kuby od czegoś naprawdę istotnego.

***

Witalij czuł, że jest już coraz bliżej celu. Czuł to wibrowanie energii, mocnej, nieokiełznanej, szalonej wręcz, na odczuwanie której tak wyczulił go podczas licznych odwiedzin Przyjaciel ze Snów, jak go sobie ładnie w myślach nazywał. Czuł podniecenie i radość, że będzie wreszcie mógł się odwdzięczyć, pozbawiając życia człowieka o tej mocnej energii. Podsumowując, Witalij cieszył się na myśl o niezłym ubawie, jaki mu zafundowano.

Przestało padać; jechał teraz dość wąską ulicą, samochodów było na razie niewiele. Czuł tą cenną energię coraz mocniej, gdy nagle zaczęła ona słabnąć; nawrócił. W końcu trafił we właściwe miejsce; zastanawiał się przez chwilę, dlaczego przegapił dom, na dachu którego ktoś ustawił wielką makietę Łysej Góry z przyczepioną doń klatką, a na dodatek robił przybudówkę w postaci baszty z kamienia. Zastanawiał się, ale niezbyt długo.

Jak go dorwać? Jak wykurzyć z tej kamiennej nory? Granat? Dynamit? Gaz łzawiący? Te myśli od razu pojawiły się w głowie Witalija, choć dość szybko okazało się to skrzywieniem zawodowym; Saint wyszedł z domu i przechodził przez ulicę. Witalij, obserwujący go z zaparkowanego samochodu ujrzał go na własne oczy po raz pierwszy. Jego przeciwnik nie wyglądał groźnie, a nawet dość żałośnie - spodnie, które pamiętały lepsze czasy, koszulka z krótkim rękawem, która kiedyś prawdopodobnie miała kolor zbliżony do bieli; twarz z rysów nie zdradzająca szczególnej bystrości, tylko te oczy i górujące nad nimi grube brwi mogły znamionować, że ten Saint może sprawić jakieś kłopoty... Wrażenie to zaraz burzyła fryzura, o której powiedzieć "idiotyczna" to właściwie pochwalić, czyli sterczące prosto do góry włosie, kojarzące się bardziej z przyrządami malarskimi niźli z uczesaniem godnym Prawdziwego Żołnierza - tu Witalij pogładził się po gładko ogolonej głowie.
- Pierwszy test - mruknął Witalij, przekręcił kluczyk w stacyjce i depnął pedał gazu.

Saint wstał dość wcześnie, czego szczerze nienawidził, ale stanowiło to część "treningu woli", jak to nazwał; wiedział, że im wytrwalszy będzie w swoich postanowieniach, tym silniejszy się stanie... a na pewno będzie miał więcej czasu w ciągu dnia, jeśli wstanie o piątej rano. Jeszcze był trochę nieprzytomny, ale poranna herbata, jedyny napój, jaki spożywał od kilku dni (część treningu) pozwoliła mu dowlec się do kiosku, gdzie odebrał codzienną dawkę wdzięczności kioskarza za uratowanie jego punktu handlowego przed hordą kibiców, czyli poranną gazetę. I już przechodził przez ulicę z powrotem do domu, gdy usłyszał pisk opon niebezpiecznie blisko siebie.

Niby mający taką kontrolę nad swoim ciałem, niby tak skoncentrowany i skoordynowany, niby taki silny i potężny, Saint w obliczu nacierającego na niego jeepa stanął jak wryty. Stalowa krata z supermocnych, grubych rurek znajdująca się na zderzaku jeepa uderzyła z ogromną siłą, której określenie w skali powodowanych urazów określa się jako "kruszarka kości". Żebra zmieniły się w puzzle, wszystkie organy wewnętrzne w jednej chwili zmuszone zostały do znalezienia się w jednym i tym samym miejscu. Zęby wylatujące ze szczęki, która uderzyła o maskę, nawet nie zdążyły pomachać na pożegnanie.

Potężne koła, które nawet Kuba chętnie by zobaczył w konstrukcji Mrocznego Silnika, wciągnęły pod siebie nogi właśnie przejeżdżanego Sainta, łamiąc piszczele w kilku miejscach, czyniąc z dolnych kończyn kątownicę. Półtoratonowy samochód przetoczył się jeszcze po poszkodowanym, używając tak skromnego określenia, a tylnie koło przejechało po twarzy, częściowo ją spłaszczając. Jeep pojechał dalej; Witalij spojrzał w tylnie lusterko, aby zobaczyć swoją ofiarę. Było mu trochę przykro, że to w ten sposób się skończyło, bo chciał wypróbować swoją nową snajperkę, ale to jest wojna, wszystkie chwyty dozwolone. Zadowolony dodał gazu i pojechał przed siebie.

Saint leżał na środku ulicy i pewnie byłby zły na siebie, że dał się zaskoczyć w tak idiotyczny sposób, gdyby nie bogaty wachlarz złamań i wiele rodzajów krwotoków, które mógł w chwili obecnej zaprezentować. Myślał, że w swoim umyśle zbudował wielką tamę, która go chroni; tama została właśnie pochłonięta przez tsunami bólu. Czuł, jak słabnie, siły go opuszczają wraz z każdą kroplą krwi, jak wycieka z niego życie... próbował chwytać uciekające krwinki, zasklepiać rany, scalać własne kości, ale było tego zbyt wiele, zbyt wiele... Zaczął się bać; czuł lodowate zimno ostrza na gardle i jednocześnie ognie piekielne w mózgu; widział już czerwony punkt, który się powiększał, a na jego końcu czekała droga, bardzo kręta, po której będzie zmuszony biec, biec bardzo szybko, aż zniknie, wytraci się i przestanie istnieć...
- Hej, nie umieraj mi tutaj! Ocknij się! Patrz na mnie!
Ciemność zniknęła; upiorna droga stała się tylko przerażającym wspomnieniem; przed oczami ukazała mu się twarz; widział ją przed kilkoma minutami... kioskarz. Dobrotliwe ogniki rozświetlały jego otoczone zmarszczkami oczy, a pofałdowana, starcza twarz wyrażała najwyższą troskę. Kioskarz właśnie uderzał go w dobrej wierze po policzkach, na których wciąż można było rozpoznać odciśnięty bieżnik opony. Saint zebrał się w sobie; kolejne krwotoki zostały zatamowane, coraz mniej tkanek musiało zostać na powrót złączonych; gorzej było z kośćmi; ale teraz mamy czas, poradzimy sobie.
- Pomóż mi... - wydobycie głosu stało się nadspodziewanie bolesne - do domu...
- Oczywiście - kioskarz patrzył dość nieufnie na zasklepiające się w szybkim tempie rozległe rany, ale pomógł się Saintowi podnieść. Ten ledwo poruszał nogami; praktycznie nie był w stanie się na nich utrzymać, na szczęście kioskarz wykazał się zadziwiającą krzepą. Pomógł mu dostać się pod dom.
- Postaw... mnie - wyszeptał Saint głosem pełnym bólu.
- Nie chcesz, bym otworzył ci drzwi? Podaj klucze - kioskarz nie mógł zrozumieć prośby Sainta.
- Nie... sam... mój... dom...
- Na pewno tego chcesz? - kioskarz nie mógł uwierzyć, że Saint stawia chęć zachowania prywatności domowych pieleszy nad chęć zachowania życia.
- Tak...
- ... Jak chcesz...
Ostrożnie położony przed grubymi drzwiami Saint wciąż sprawnymi rękami podciągnął się za klamkę do zamka; wyciągnął wielki klucz i przekręcił go. Drzwi otworzyły się, a Saint wpadł razem z nimi do środka.
- Dzię... kuję... - usłyszał jeszcze kioskarz zza zamykających się drzwi.
- Proszę bardzo - kioskarz szybko oddalił się i dopiero kiedy był już dość daleko, pozwolił sobie na chytry uśmiech.


Mariusz Saint

mariuszsaint@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||