:::: Winix ::::

Lost Soul

Rozdział 4:
Stąpanie zła



Ciemność zapanowała w Lost Soul. Światła w domach gasły, jedno po drugim zwiastując nadejście wypoczynku... snu. Ulice były puste, zdawało się, że miasto pochłonęło wszystkie żyjące istoty zostawiając w tym okropnym miejscu tylko te dwie osoby. Tych dwóch ludzi zmierzających w głąb przeklętego lasu, w głąb nieznanej ciemności kryjącej w swych mrokach przerażające bestie, które nigdy w swych sercach nie poczują dobra. Kto wie, co skrywa się w miejscach, do których nigdy nie docierało światło, jakie okropności... Jak dość niedawno powiedziała staruszka, właścicielka hotelu - "Są rzeczy o których lepiej nie rozmawiać, chłopcze", są zdarzenia o których lepiej nie pamiętać i są miejsca do których nigdy nie powinno się dotrzeć. Więc dlaczego podążają ku złu czającemu się w ciemnościach? Taka jest natura człowieka, ciekawość bierze górę nad zdrowym rozsądkiem, chęć pokazania odwagi dominuje nad tym, co każe nam mózg. Istotą zła jest człowiek, który je tworzy, który je ujawnia, który je prowokuje.

***

Cisza jest złym znakiem w ciemnościach, ale jeszcze gorszym są szmery dobiegające niewiadomo skąd. Tajemnicze trzaski tworzone przez niewiadomo czyją nogę. Owe trzaski dobiegły do uszu Donalda i Petera, którzy osaczeni przez drzewa i mrok szukali tego, czego tak naprawdę się bali. Szukali Z Ł A. Stali bez ruchu w jednym miejscu nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Ale to coś wcale nie przejmowało się ciszą, dobrze wiedziało, gdzie są. "Obserwować" znaczy czasem więcej niż "brać udział".
Rozglądali się we wszystkich kierunkach szukając przyczyny tajemniczych dźwięków dobiegających z ciemności. W końcu coś musi je tworzyć, nic nie dzieje się "samo", jest "przyczyna" i "skutek", pozostaje znaleźć "przyczynę", która gdzieś tam na pewno jest.
- Musimy szybko wracać do miasta - ciszę zakłócił szept Petera. - Donald?
Peter obrócił głowę do tyłu i ujrzał włosy swego kolegi, był obrócony plecami i spokojnie rozglądał się szukając czegokolwiek, marzył o tym, by zobaczyć człowieka, albo jakieś małe zwierzę, chciał po prostu być bezpieczny. Do wschodu słońca zostało jeszcze wiele godzin, obaj byli racjonalistami, ale w ich głowach kotłowały myśli o mocach nadprzyrodzonych, o czymś, co tak naprawdę nie czuje lęku. Zło boi się jedynie dobra, a dobra na ziemi nie ma zbyt wiele. Nasuwa się pytanie - Czy oni są dobrzy?
Donald żałował, że kiedykolwiek oglądał "Blair Witch", a Peter, że jego ulubionym autorem jest Stephen King. Nigdy nie wierzyli w to, co oglądali w filmach, czy wyczytali z książek, a teraz, pod wpływem strachu, wierzą we wszystko.

***

Jakiś cień przemknął między drzewami. Latarki miały zbyt krótki zasięg, a sama ręka była zbyt wolna, by móc doścignąć to coś.
- Będziemy tu stać tak w nieskończoność? - zapytał szeptem Peter.
- Idziemy?
Obaj zrobili krok w tę samą stronę, mieli nadzieję że, to właśnie tam jest miasto.
Usłyszawszy dźwięk suchej, łamiącej się gałązki nie wytrzymali nerwowo. Obaj ruszyli sprintem w tę samą stronę. Leżące na ziemi liście szeleściły po nogami Petera i Donalda. Nie oglądali się za siebie, biegli cały czas, biegli jak najszybciej tylko można było. Co z tego, że nie wiedzieli w którym kierunku, chcieli po prostu zgubić "przyczynę" dźwięków. Po kilku minutach nieprzerwanego biegu Peter zatrzymał się kompletnie wycieńczony. Był bibliotekarzem, w pracy miał bardzo mało ruchu, ale uciekając przed niebezpieczeństwem nie czuje się zmęczenia, wtedy strach bierze górę, adrenalina podskakuje. Oparł się o drzewo łokciem u prawej ręki. Pochylił głowę i sapał ciężko. Jednak dopiero teraz doszło do jego głowy coś, co przerażało go. Nie ma z nim Donalda! Obejrzał się za siebie, z nadzieją, że może jest gdzieś nie daleko. Jego uszu dobiegł krzyk, przeraźliwy wrzask rozpaczy, strachu i bólu... krzyk śmierci. Zaraz po tym rozległ się ryk bestii. Peter ujrzał między drzewami coś przerażającego, dwa czerwone kółka, jakieś pięćdziesiąt metrów od niego, między drzewami. Wpatrywały się gdzieś dalej, w miejsce, z którego dobiegł krzyk. Nastała cisza, czerwone ślepia nadal patrzyły w jakimś kierunku, Peter spoglądał na nie i po raz kolejny rozległ się ryk przerażający, nie z pyska bestii o czerwonych oczach, lecz z głębi lasu, ta usłyszawszy tylko ten okropny dźwięk uciekała, tak szybko jak tylko mogła, gdzieś w stronę miasta. W ciemności jest jeszcze coś innego, coś, co przeraziło nawet tego potwora. Peter stojąc twardo na ziemi poczuł, że ta trzęsie się lekko, liście podskakiwały leciutko pod wpływem tych grzmotów. Do uszu Petera doszedł teraz dźwięk równych uderzeń, jakby stąpania, coś idzie w jego kierunku. Cóż za potworność może wydawać takie dźwięki podczas chodzenia, istota ta musi być ogromna. Stukoty stawały się coraz szybsze, przeradzały się jakby w... bieg?
Peter ruszył sprintem, chciał tylko oddalić się od tajemniczych dźwięków, podczas biegu przez jego mózg przebijały się sceny, w których ginie zabity przez sam nie wiedział co. Biegł bardzo długo, księżyc umieszczony wysoko na niebie zwiastował nadejście godziny dwunastej, tak zwanej "godziny duchów".

***

Biegł kilkadziesiąt minut, pomimo potwornego zmęczenia nie miał zamiaru stawać ani na chwilę, w lesie miał już dwóch przeciwników, bestię o czerwonych ślepiach i jakąś potężną istotę, której samo stąpanie wywołuje lekkie trzęsienie ziemi. Jakie inne piekielne stworzenia żyją w tym lesie?

***

Szeryf Bred wraz z Philem Colinsem - w przeszłości był stróżem porządku w Nowym Jorku - cienką ścieżką szli w głąb lasu. Suche liście szeleściły pod ich butami.
- Na pewno tam poszli? - spytał Richard.
- Mówię ci! - odpowiedział pewnym głosem - Długo nie wracają?
- Może...
- W tym mieście dzieje się coś dziwnego...
- Nie mów mi tylko, że uwierzyłeś w tę historię o "Duchu lasu"? - wypowiadając dwa ostatnie wyrazy wyraźnie się uśmiechnął.
- Nieważne czy uwierzyłem... ważne jest że ludzie zaczynają znikać, a wszyscy byli z poza miasteczka, a jeśli my też...
- Przestań! Moim zdaniem to zbieg okoliczności.
- Richard przestań, minęło dokładnie sto lat a znów znikają ludzie, to też zbieg okoliczności...? Cosik ich dużo! - Powiedział Phil rozglądając się po lesie.
- Wcześniej czy później, na pewno to się wyjaśni.
- Oby nie za późno...

***

Peter błądził po lesie już od paru godzin, promienie wschodzącego słońca odkrywały ogarnięte ciemnością miejsce ukazując jego złowrogie oblicze. Nogi zmęczone ciągłym biegiem powoli odmawiały posłuszeństwa, mózg żądał odpoczynku. Ciało Petera ciężko osunęło się na miękką warstwę suchych liści. Była wiosna, a te już zaczęła opadać na ziemię tworząc typowo jesienno atmosferę.
Ocknął się kilka chwil później czując dziwne uczucie w nogach, gdy otworzył oczy leżał nadal w lesie, nie wiedział, czy w tym samym miejscu, wszystko wyglądało tak samo. Uniósł głowę tak, by zobaczyć co jest nie tak z nogami; nie zobaczył, gdyż w ogóle ich nie miał. Połowa jego ciała - od pasa w górę - leżała na zakrwawionych liściach, nie czuł bólu, tylko dziwne uczucie w nogach, których nie miał. Krew sączyła się z jego ciała strumieniami, nadchodzi koniec. Położył głowę na miękkiej stercie suchych liści. Wpatrywał się w zachmurzone niebo. W pewnej chwili jakiś cień padł na jego oczy, a potem poczuł ból w brzuchu. Gdy znów uniósł głowę by zobaczyć co się dzieje, dostrzegł przez mgłę - gdyż cały czas tak widział - że bestia o czerwonych oczach wgryza się w jego brzuch. Jego krew spływała po jej czarnym futrze. Uniosła na chwilę głowę i zobaczyła, że Peter zerka na nią błagalnym spojrzeniem. Uniosła wargi odsłaniając długie zakrwawione kły. Przybliżyła swój pysk do jego twarzy, pociągnęła dwa razy nosem i rzuciła się na jego głowę.
Peter z krzykiem obudził się w lesie, nadal czuł dziwne uczucie w nogach, szybko zerknął na nie, były całe i zdrowe. Bolały go mięśnie a brzuch bolał z głodu, ale musiał wstać i iść do miasta. Nie wiedział która godzina, ale do zmroku musi znaleźć Lost Soul.

***

Phil Colins przybył do Lost Soul kilka miesięcy temu, niegdyś pracował w wydziale zabójstw w Nowym Yorku.
Odszedł sam, po tym, jak zabił szesnastoletniego dzieciaka, który chciał go zastrzelić. Wsiadł do samochodu i ruszył przed siebie. Dotarł do Lost Soul i został w tym mieście na stałe, powoli zaczął rozumieć, że to był błąd. Dostrzegł, że w tym przeklętym miejscu dzieje się coś dziwnego, coś złego. Nie wyjechał, wolał zostać ze swymi przyjaciółmi. Teraz siedział na werandzie posterunku trzymając w kąciku ust papierosa. Szeryf Bred spacerował gdzieś po mieście, powoli zaczynał denerwować się o Petera i Donalda, którzy od dobrych dwunastu godzin nie wracali do miasta. Powoli z głowy wybijało mu się zdanie "pewnie poszli pod namiot".
Na werandę wszedł jeszcze jeden mężczyzna, ubrany w białą podkoszulkę i spodnie moro. Mocno zbudowany, średniego wzrostu. Na głowie nosił postawione na jeża krótkie, czarne włosy. Usiadł na ławce obok Phila. Ten spojrzał na profil jego twarzy.
- Co jest, żołnierzu? - po tych słowach Bob Damond obrócił głowę w stronę Colinsa.
- Chcesz w ryj? - spytał najzupełniej poważnie.
- Może później - uśmiechnął się Phil - Nie mam nastroju do zabawy.
- Ja też - odparł Bob - Nie wydaje ci się... - przerwał mu Phil.
- ...że dzieje się tu coś dziwnego? - Dokończył myśl Damonda, a ten pokiwał tylko głową na znak, że się zgadza - Masz rację, coś tu jest nie tak.
- Tylko co?
- Wpierw zaczynają znikać ludzie, później przyjeżdża tu ten Peter, następnego dnia na to zadupie znów zjeżdża jakichś dwóch, teraz ten Peter z Donaldem Tomsonem nie wracają od jakichś kilkunastu godzin - sądzę, że już w ogóle nie wrócą - po tych dwóch ślad zaginął, a ludzie nadal znikają - powiedział Phil, patrząc naprzeciwległą drogę.
- A w kiosku nadal nie ma nowych gazet - rzekł z sarkazmem w głosie Bob.
Dzień był pochmurny, było bardzo zimno, na dodatek wiał chłodny wiatr. Za chwilę najprawdopodobniej zacznie padać.
Na werandę bardzo powoli wszedł też szeryf Richard Bred, oparł się o belkę podtrzymującą daszek i patrzył na dwóch siedzących na ławce mężczyzn. Phil miał na sobie czarne spodnie dżinsowe i bordową kurtkę. Na głowie rosły ciemny blond włosy zaczesane na prawą stronę, wszystko zdobiły piwne oczy i młodo wyglądająca twarz. Siwiejący Richard teraz wpatrywał się tam gdzie wszyscy. Jego smukła, jak zwykle skupioną twarz zdobiły wąsy.
- Sądzicie, że coś się stało Peterowi? - zapytał bez żadnego uczucia w głosie Richard.
Bob i Phil pokiwali głową twierdząco, szeryf nie musiał na nich patrzyć, by wiedzieć, jaką udzielili odpowiedź.

***

Peter był kompletnie wyczerpany, szedł od dobrych dwóch godzin bez przerwy nie spotykając żadnej żywej istoty. Spostrzegł, że w tym lesie i ogólnie w mieście nie ma zwierząt - prócz tego czerwonookiego bydlęcia. Liście szeleściły pod jego stąpaniem, na wysokich drzewach nie było ich wcale. Nagle dostrzegł coś, co niezmiernie go zdziwiło. Jakieś dwieście metrów od niego stała jakaś drewniana budowla. Przyglądając się jej uważniej zrozumiał, iż jest to mały kościółek. Cały zbudowany był z desek pokrytych pleśnią. Z budowlą połączona była dzwonnica wyższa od kościoła o kilka metrów. Dach był spadzisty, zrobiony z zarośniętych mchem, szarych dachówek. Przy wejściu były schody. Obolały Pete podszedł doń i powoli począł wchodzić stopień po stopniu zbliżając się do starych, podgniłych drzwi. Jego nosa doszedł swąd zgnilizny i wilgoci dochodzący od budynku. Pociągnął za obie klamki, a wielkie dwuskrzydłowe wrota rozwarły się z przerażającym zgrzytem, którego echo rozeszło się po całym wnętrzu małego kościoła. Wejście umiejscowione było na środku niewielkiej sali. Po prawej nie było nic prócz ławek, natomiast po lewej był mały ołtarz zrobiony z desek. Stały na nim - zardzewiały kielich, drewniany krzyż i jakaś stara księga (pewno Pismo Święte). Szedł w kierunku ołtarza przy bocznej ścianie. Podłoga strzelała pod naciskami jego buta tak, jakby miała zaraz się zawalić. Deski były mokre od wilgoci i pokryte grubą warstwą kurzu; dziwne, że w ogóle można było jeszcze po nich chodzić. Przez rozwarte drzwi wpadało nieco światła odsłaniając niektóre okryte mrokiem zakątki wnętrza budowli. Nagle i niespodziewanie Petera przeszył dreszcz, drzwi powoli ze zgrzytem zamykały się same, na końcu wywołując trzaśnięcie. Jednak coś mu mówiło, że nie powinien uciekać, więc wszedł między ławki i usiadł na jednej z nich, ciągle patrząc w stronę ołtarza. Pochylił głowę i zaczął nad tym wszystkim myśleć. Nad zniknięciem Donalda, nad poczwarami żyjącymi w tym przeklętym lesie - a w którym on sam się znajduje, nad powrotem do miasta - którego znaleźć nie może i nad resztą tych dziwnych wydarzeń, w których wir wpadł przyjeżdżając do Lost Soul. Od początku brał w tym udział, jakby to było gdzieś zapisane. Jechał nieuczęszczaną drogą, żeby nie musieć grzęznąć w korkach, a tu w mieście został już kilka dni, a jego wyjazd na pewno nie nastąpi szybko - benzyna. Zanim zaczął odpowiadać sobie na te pytania, usnął w pozycji siedzącej.

***

Jego drzemkę przerwał zgrzyt podłogi dobiegający dokładnie zza jego pleców. Otworzył szeroko oczy jednocześnie nie poruszając żadną kończyną swojego ciała. Podłoga znów zazgrzytała. Teraz nie miał już wątpliwości... COŚ STOI ZA JEGO PLECAMI. Poczuł, że nagły chłód przeszył jego ciało. Nagle stało się okropnie zimno. Powoli trzęsąc się obrócił głowę spoglądając za siebie. To co zobaczył spowodowało, że upadł na stojącą przed nim ławkę wywracając ją i wywołując donośny, przerażający stukot. Leżał na plecach zwrócony w stronę TEGO, w stronę całej białej, prześwitującej postaci unoszącej się pół metra nad ziemią. Miał długie, rozczochrane włosy - nie mogę podać koloru, gdyż postać była biała. Ubrana w jakby długi płaszcz. Twarz jej była zimna i bez wyrazu. Był to mężczyzna.
- Nie bój się! - przemówił, ale wydawało się, że dźwięk nie pochodzi od niego tylko... tylko od wszystkich ścian mówiących jednocześnie to samo zdanie.
Peter odpychał się w tył nogami, powoli oddalając się od... DUCHA! Gdyż niewątpliwie duchem była ta postać.
- Czego t... - zjawa nie pozwoliła Peterowi dokończyć.
- Pomóż mi! - po czym dodał - Pomóż nam!
- Kim ty je... - po raz kolejny mężczyzna przerwał Peterowi.
- Jeferson, Joshua urodzony 1756, czyli gnije w tych okolicach od około dwustu pięćdziesięciu lat - odrzekły ściany. - Jak ja mam ci pomóc? - zapytał z przerażeniem w głosie Peter ciągle spoglądając w lewitujące przeźroczyste ciało ducha.
- Powstrzymaj TO... powstrzyma to ZŁO! - po czym odwrócił głowę w stronę drzwi wejściowych. - Jest niedaleko, patrzy na ten kościół.
Peter w przypływie odwagi wstał na proste nogi... zrozumiał że on... że zjawa nie chce wyrządzić mu krzywdy.
- Co za TO?
- To co uwięziło nas... Ta bestia... to ZŁO - zjawa skierowała rękę w stronę drzwi - Idzie tu... uciekaj!
Peter spojrzał jeszcze raz na twarz ducha, po czym ruszył biegiem w stronę wyjścia. Barkiem wywarzył drzwi, te strzeliły, zaskrzypiały i rozwarły się bardzo szybko na oścież. Wybiegł przed kościół i bardzo szybko zmierzył wzrokiem cały las. Słyszał wyraźnie czyjeś kroki, jakby jakieś olbrzymie stworzenie szło w jego stronę. W pewnej chwili ujrzał między drzewami bardzo wysoko w górze dwa czerwone punkty, jakieś cztery, pięć metrów nad ziemią. Szybko zrozumiał, że to były oczy. Jakież stworzenie może być rozmiarów piętrowego domu? Nie zastanawiał się długo, ruszył... spojrzał jeszcze na postać w kościółku, wskazywała palcem stronę w którą ma pobiec. Zrozumiał... ruszył w wyznaczonym kierunku ciągle za plecami słysząc stąpanie... STĄPANIE ZŁA.


Winix

winix@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||