:::: Scooter Fox ::::

Shades of grey



"Schowajmy się... Ukryjmy się... Zanim nas znajdą, zanim nas stąd zabiorą... Chodź, chodź za mną... Oni nas szukają, oni na nas polują... Chcą zabrać nam wszystko co mamy, chcą zabrać nam wszystko, wszystko..."
"Ale... ale ja ich znam..."
"Uciekajmy, ukryjmy się... Zanim nas skrzywdzą..."
"Ja ich znam, znam ich bardzo dobrze, oni nie zrobią mi... nam nic złego!"
"Schowajmy się, ukryjmy się, niech nas nie zobaczą, niech pójdą szukać gdzie indziej, niech opuszczą to miejsce..."
"...nie, ja chcę wrócić..."
- Naprawdę?
Cisza. Ledwie słyszalny szelest suchych liści kruszonych twardymi podeszwami butów wobec braku innych dźwięków potężniał, drażniąc uszy niczym łomot pneumatycznych młotów. Liście drzew zaczęły nagle żółknąć - wszystkie, bez wyjątku. Trawa schła momentalnie, zamieniając się pod stopami w proch. Błękitne niebo przykryły ciężkie, niemal czarne chmury, zwiastując deszcz. Pierwsza kropla spadła nieśmiało na ziemię, a za nią podążyły miliony, lecz nie kropel, ale błękitnych iskier, palących wszystko wokół.
Postacie zbliżały się. Ich kroki odbijały się coraz głośniejszym echem. Las płonął bezgłośnie.
- Naprawdę chcesz wrócić?
Chwila zastanowienia.
"Nie... nie chcę..."
"Chodź, chodź za mną, zanim nas znajdą, zanim nas zabiorą..."
"Dobrze, chodźmy..."
Odeszli, a za nimi błękitne iskry zmieniały się z powrotem w krople krystalicznie czystej, ożywczej wody. Ogień zgasł po chwili; trawa, liście i drzewa odzyskały swój normalny kolor. Gdzieś w oddali dzięcioł bojaźliwie stuknął w korę, lecz nie odnotowując żadnych oznak dezaprobaty śmiało powrócił do czynności, z której był najbardziej znany. Postacie zniknęły we mgle snującej się tuż poza zasięgiem ludzkiego wzroku.

* * *

Godzina dziesiąta wieczorem. Słońce zaszło już dawno temu; w pokoju panowałaby ciemność, gdyby nie włączony telewizor, dający słabe, niebieskawe światło. W odległości dwóch metrów od odbiornika siedział rozparty na nieco już rozpadającym się fotelu młody mężczyzna o opadających na oczy blond włosach. Na oparciu leżała zaplamiona koszula; po podłodze walały się wśród resztek zamówionej pizzy stare skarpetki. Gdzieś obok fotela na stercie zeszytów leżała otwarta, odwrócona grzbietem do góry książka, kryjąc za sobą foliową siatkę wypełnioną pustymi puszkami po piwie. Pokój studenta.
Rozpoczął się serwis informacyjny. Strajk górników, odrzucenie kolejnego bezsensownego wniosku w sejmie, zamach w Izraelu, odwet w Palestynie i zapowiedź następnego zamachu... to go nie interesowało. Czekał tylko na jedną wiadomość, a był pewien, że nie zostanie ona pominięta. Nie mylił się.
- Dzisiaj rano znaleziono kolejną ofiarę tajemniczej epidemii nieznanej dotąd odmiany śpiączki. Tym razem choroba zaatakowała dziewiętnastolatkę z Koszalina, niedoszłą studentkę Uniwersytetu Warszawskiego, od niespełna miesiąca mieszkającą w stolicy. Lekarze, podobnie jak w poprzednich przypadkach, również teraz zaprzeczają istnieniu jakiejkolwiek epidemii i wstrzymują się od dalszych komentarzy...
Mężczyzna siedzący przed telewizorem uśmiechnął się pod nosem.
- Nie ma mowy o epidemii śpiączki. - Pokazywano teraz jakiegoś doktora medycyny. - Nic nie łączy owych przypadków ze sobą. U każdej z chorych osób...
Student, usłyszawszy to, co chciał usłyszeć, zaczął przełączać kanały dokładnie tak, jak ktoś nie mający niczego lepszego do roboty. Pokój oświetlały teraz blaski migających jedynie filmów, reklam, reportaży i wszelkiego rodzaju programów rozrywkowych. Mężczyzna zatoczył w ów sposób kilka kręgów wokół oferty lokalnej kablówki, aż wreszcie zatrzymał się na kanale, który oglądał jeszcze przed chwilą. Serwis informacyjny wciąż trwał, postanowił więc obejrzeć go do końca.
- Na tym niestety nie koniec tragicznych wypadków - mówił prezenter. - Pod Olsztynem Fiat Punto zderzył się z nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówką. Policja przypuszcza, że do wypadku mogło dojść wskutek nietrzeźwości kierowcy samochodu osobowego, który zginął na miejscu razem z dwójką pasażerów: żoną i synem. Trzecia pasażerka, siedemnastoletnia córka kierowcy z lekkimi obrażeniami została przewieziona do szpitala...
Student nie słuchał już dalej. Wstał z fotela i wyszedł do przedpokoju, gdzie stała stara szafka na buty. Wyciągnął z kieszeni długopis i otworzył zeszyt leżący przed nim. Zapisane w nim było ledwie parę stron; każda z nich zawierała listę kilku bądź kilkunastu nazwisk wraz z dołączonymi do nich podstawowymi danymi osobowymi. Obok każdego imienia widniały napisane ołówkiem dwie litery: "OK". Wyjątkiem było ostatnie, lecz teraz właśnie tam mężczyzna umieścił analogiczny napis.
Przewrócił stronę. Powitały go rzędy nie zapełnionych jeszcze linii. Przytknął długopis do papieru, lecz wstrzymał się na moment, szukając czegoś w pamięci. Jednak już po chwili na kartce znajdowała się pierwsza pozycja kolejnej listy: Anna Szmid.
- Tym razem długo przyszło mi czekać - mruknął do siebie, wracając na fotel.

* * *

Rankiem następnego dnia przed drzwiami tego samego mieszkaniem stanęło dwóch ludzi ubranych w mundury policyjne. Jeden z nich zadzwonił, podczas gdy drugi uważnie obserwował korytarz. Jednak, a być może na szczęście, nikt w tym akurat momencie nie czuł potrzeby wyjścia z mieszkania czy też pojawienia się na klatce schodowej z tego czy innego powodu. Zza drzwi rozległo się standardowe "Kto tam?", rzucone rozespanym głosem i poparte szuraniem klapek po podłodze. Kiedy tylko padła oczywista odpowiedź ("Policja!" naturalnie), wszelkie odgłosy dobiegające z mieszkania ucichły, lecz tylko na chwilę, gdyż parę sekund później dało się usłyszeć powolne otwieranie zamków. Drzwi otworzyły się i stanął w nich student o zmierzwionej blond czuprynie ze zdziwieniem i niewielką dawką ciekawości malującymi się na jego twarzy.
Nie zdążył nawet otworzyć ust, gdyż jeden z mundurowych rzucił się na niego. Zanim się zdążył zorientować, leżał unieruchomiony na podłodze plecami do góry. Drugi z policjantów podszedł do niego, ukląkł, uniósł nieco jego głowę i spojrzał mu głęboko w oczy. Nie trwało dłużej niż parę sekund. Obaj napastnicy wymienili między sobą spojrzenia, po czym odsunęli się, pozwalając wstać studentowi. Ten nie mówił nic przez chwilę, oszołomiony, ale gdy tylko doszedł do siebie, wrzasnął:
- Co to ma znaczyć?!
- Prosimy o wybaczenie - odrzekł jeden z mundurowych. - Zaszła pomyłka.
- Nie możecie tak robić! To wbrew prawu!
- Przepraszamy za najście. Już wychodzimy - dodał drugi, po czym obaj wyszli z mieszkania i skierowali się po schodach na dół. Odprowadzały ich przekleństwa i złorzeczenia studenta.
- Nie zdążyliśmy - zaczął pierwszy, kiedy tylko opuścili klatkę schodową.
- Owszem. Musimy zacząć poszukiwania od początku. Trzeba zawiadomić pozostałych... Jak myślisz, gdzie on może teraz być? - zapytał drugi.
- A gdzie go może teraz nie być? - prychnął w odpowiedzi pierwszy, wsiadając do samochodu. Po chwili obaj odjechali sprzed bloku.

* * *

Drobna brunetka stała na schodach wiodących do szpitala. Rozglądała się w nadziei, że ujrzy kogoś znajomego. Niestety, poza przypadkowymi przechodniami w pobliżu nie było nikogo. No, chyba że wziąć pod uwagę jakiegoś łysego dresa stojącego obok białego malucha. Nie poprawiał jej samopoczucia fakt, że ów koleś wpatrywał się w nią cały czas. Założyła okulary, wyjęte przed chwilą z plecaka, i zaczęła schodzić na dół, starając się ignorować natręta. Gdy tylko zbliżyła się do niego (a musiała go minąć, bo stał jej na drodze), ten uśmiechnął się.
- Co robiłaś tam tyle czasu? - zapytał. Brunetka minęła go bez słowa, umyślnie zwracając wzrok w inną stronę. - Hej, poczekaj! - zawołał, widząc że dziewczyna odchodzi.
Chciała uciec, taka była jej pierwsza myśl wywołana odruchem, ale stanęła, odwróciła się i poczekała na łysego.
- Anna Szmid, tak? - Brunetka potwierdziła skinieniem głowy. - Możesz poświęcić mi chwilę swego cennego czasu? - zapytał, a wobec braku odpowiedzi, kontynuował. - Jestem, czy może raczej byłem przyjacielem twojego brata.
- Wątpię.
- Czemu?
- Mój brat nie zadawałby się z... kimś takim jak ty - dokończyła, próbując tak dobrać słowa, by nie obrazić dresa.
- No tak... - zaśmiał się. - Nie powinnaś oceniać książki po okładce. Zapytaj mnie o coś na jego temat, jeśli mi nie wierzysz - dodał.
- Jak się nazywał? - zaczęła Anka, ulegając ciekawości.
- Za proste. Piotr Szmid.
- Data urodzenia?
- Czternasty lipca 1982 roku.
Dziewczyna umilkła na moment, zaskoczona.
- No i co z tego? I tak ci nie wierzę. Ktoś mógł ci to powiedzieć. - Gdy skończyła, łysy roześmiał się szczerze rozbawiony.
- Rzeczywiście masz bujną wyobraźnię. Posłuchaj, i tak musisz jechać do Warszawy, tak? Mogę cię podwieźć.
W normalnych warunkach Anka za nic w świecie nie zgodziłaby się na taką propozycję. Coś jednak podpowiadało jej, że nie ma czego się obawiać. Zastanawiała się nad odpowiedzią, i to ją dziwiło najbardziej. W końcu, całkowicie wbrew swemu naturalnemu zachowaniu, wzruszyła ramionami i zgodziła się.
- Ale z Olsztyna do Warszawy jest sporo kilometrów. Jesteś pewien? - zapytała mimochodem.
- Specjalnie po to tu przyjechałem. Ach, właśnie, jestem Maciek.

* * *

Wszechobecną zieleń lasu wypełniały śpiewy wszystkich wymarzonych przez nią ptaków. Po błękitnym niebie płynęły powoli delikatne chmurki. Słońce pieściło delikatnie jej ciało, kiedy leżała na kwiecistej łące zatopiona w błogości. Motyl usiadł na jej dłoni, dając się obejrzeć w całej okazałości. Na gałęzi, dwa metry nad nią, usiadła sikorka i wpatrywała się w nią, przekrzywiając główkę. Żadnych trosk, żadnych zmartwień... Jakieś dziecko podbiegło do niej i podało jej duże, soczyście czerwone jabłko. Podziękowała mu uśmiechem i patrzyła, jak odbiega kryjąc się gdzieś wśród zielonej ściany liści. Raj na ziemi...
Usiadła, zobaczywszy pojawiającą się na polanie skrzydlatą postać. Motyl odleciał, ptaki umilkły, kryjąc się w koronach drzew. Stał przed nią młody mężczyzna z niesamowicie białymi skrzydłami. Biła od niego aura spokoju i wyciszenia, a mimo to dziewczyna nie mogła pozbyć się niepokoju, zagnieżdżonego gdzieś na krańcach świadomości, a wychodzącego właśnie na zewnątrz.
- Nie obawiaj się mnie, Beato. - Jego głos brzmiał kojąco, a na jego twarzy trwał dobrotliwy uśmiech. - Przyszedłem ci pomóc.
"W czym?"
- Chcę cię stąd zabrać. - Zawiał lekki, ale chłodny wiatr. Dziewczyna zadrżała. - Chcę, byś wróciła do swych bliskich i zapomniała o tej iluzji, która cię więzi.
"Ale po co? Po co mam wracać?"
- Wróć do tych, którzy cię kochają, którym na tobie zależy.
"Im wcale na mnie nie zależy! Nie chcę tam wracać!"
W tym momencie za Beatą pojawił się drugi mężczyzna ubrany w siegający ziemi ciemnobrązowy płaszcz. Podszedł do dziewczyny i położył dłoń na jej ramieniu.
- Nie musisz go słuchać - powiedział. - Pamiętasz? Wystarczy żebyś tylko chciała, a on, razem ze wszystkimi problemami, zniknie...
- Nie rób tego, Beato! Nie daj się oszukać!
"Podjęłam już decyzję..."
Skrzydlaty mężczyzna rozpłynął się w okamgnieniu. Przez chwilę brzmiał jeszcze w powietrzu jego niezrozumiały krzyk, lecz i po nim nie zostało śladu. Drugi zdążył w tym czasie odejść.
- Pamiętaj, nie daj nikomu zabrać ci twego szczęścia - rzucił za siebie i zniknął wśród drzew.

* * *

Jaki jest sens wracać, jeśli nie ma po co? Jaki jest sens zostawać i żyć, a może raczej egzystować, jeśli nie ma już nikogo, kogo chociaż trochę obchodził twój los? Jest jedno miejsce, gdzie możesz odejść. Miejsce, gdzie nie będzie żadnych trosk, bólu, cierpienia. Miejsce, gdzie nareszcie zaznasz spokoju. Miejsce, gdzie życie nie będzie już więcej rzucać kłód pod nogi. Miejsce, gdzie będziesz ponad wszystkimi i wszystkim. Czy... nie, ile razy marzyłaś o tym? Ile razy chciałaś rozwinąć swe skrzydła, lecz nie pozwalano ci na to? Ile łez uroniłaś nad tym światem, ile niepotrzebnych łez?
Wystarczy tylko chcieć, zaakceptować i uwierzyć. Trzeba odciąć się od całej reszty, uciec z mentalnego więzienia, w którym się urodziłaś, wychowałaś i w którym miałaś umrzeć. Masz wybór, moja droga. Masz szansę dostąpić zaszczytu pisanego nielicznym. Nie zmarnuj jej, Anno Szmid...

* * *

Anka otrząsnęła się. Musiała usnąć w samochodzie, gdyż wyjeżdżali właśnie z Mławy. Znała to miasto z licznych wizyt składanych ciotce od kiedy tylko pamiętała, aż do ostatniego roku. Wtedy ciotka zginęła w wypadku samochodowym... tak jak rodzice... Nie zdążyła wstrzymać łez cisnących się do oczu na samo wspomnienie o tych tragediach. Sięgnęła do kieszeni plecaka po chusteczkę i wytarła nią twarz. Spojrzała przy tym na Maćka, który, najwyraźniej będąc świadkiem tej krótkiej sceny, starał się jakby podnieść ją na duchu samym uśmiechem. "Dziwny facet", pomyślała, patrząc na jego oblicze.
Błysk.
Zamknęła instynktownie oczy, lecz otworzyła je po chwili. Maciek kierował teraz całą swą uwagę na jezdnię.
Przez ułamek sekundy widziała coś spoglądając na zwierciadła jego duszy. Coś, co miało związek z jej snem. Śniła o czymś, lecz nie potrafiła sobie w tym momencie tego przypomnieć. Różne wizje i słowa kłębiły się gdzieś w zakamarkach jej podświadomości, oczekując stosownej chwili na ujawnienie się; teraz jednak trwały skutecznie ukryte.
Anka spojrzała na drogę. Z naprzeciwka nadjeżdzał radiowóz. Zauważyła, że dwaj policjanci nim jadący zwracają szczególną uwagę na Maćka. Kątem oka dostrzegła, że ten nie pozostaje im dłużny. Nagle coś ją szarpnęło i wcisnęło w siedzenie. Maluch znacznie przyspieszył. Kilkanaście metrów za nimi rozległ się pisk opon - radiowóz efektownie zawrócił, rozpoczynając pościg.
Uciekanie nie miało większego sensu. Stalowe pudło zwane inaczej małym fiatem radziło sobie jeszcze jakoś z małą prędkością, ale przy większej trząsło się, krztusiło i wydawało z siebie inne złowieszcze dźwięki. Policja szybko nadrabiała dystans i wycie syreny stawało się coraz głośniejsze.
Po Maćku nie było wcale znać zastrzyku adrenaliny. Być może nawet go nie odczuł. Głuchy na krzykliwe pytania Anki cisnął przez jakiś czas do oporu pedał gazu, mimo że dobrze wiedział, jak się to wszystko skończy. W końcu, z widoczną rezygnacją malującą się na twarzy, przyspieszył nieuniknione, hamując gwałtownie. Nie czekał nawet, aż mundurowi podbiegną do niego, i samodzielnie, powolnym ruchem położył ręce na masce. Dał się obezwładnić i zaprowadzić do samochodu. Rzucił tylko dziewczynie na odchodnym przepraszające spojrzenie.

* * *

Spójrz, oto raj na ziemi. Raj, który modelujesz wedle swego życzenia, dopasowując go do swych marzeń. Będzie ci dane wszystko, czego tylko sobie zażyczysz. Oto miejsce, o którym ci opowiadałem, Anno. Podoba ci się? Czyż nie jest to lepsze od losu, jaki przygotowuje dla ciebie życie? Jaki już ci zgotowało? Zastanów się i podejmij dobrą decyzję. Pamiętaj, wystarczy chcieć i uwierzyć, a wszystko stanie się realne...
Masz tylko jedną szansę, nie zapominaj! Spiesz się, póki możesz jeszcze biec, moja droga, bo pewnego dnia obudzisz się zamknięta w celi własnej egzystencji bez nadziei na ratunek... Uciekaj!

* * *

- Wszystko w porządku?
Przez okno od strony kierowcy zaglądał do malucha policjant, drugi zaś prowadził Maćka do radiowozu. Anka odruchowo rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem tylko po to, by stwierdzić, że nadal jest tam, gdzie była. Coś znowu odcięło ją od rzeczywistości, tym razem jednak jedynie na moment. Ponownie obrazy i wizje ulotniły się gdzieś tak szybko, jak się pojawiły. Ich miejsce zajął natomiast, nie wiadomo skąd, tępy ból głowy.
- Tak, tylko trochę... boli mnie głowa - dziewczyna odpowiedziała powoli.
- Mam nadzieję, że nic pani się nie stało...
- Nie, skądże - zaprzeczyła ożywionym, zdawałoby się, głosem. - Właściwie to o co chodzi?
- Ma pani szczęście. Ten człowiek jest mordercą, a poza tym stwierdzono u niego schizofrenię.
Wbrew zamierzeniu owa wiadomość nie zrobiła żadnego wrażenia na dziewczynie, która wpatrywała się teraz w jakiś punkt na niebie. Policjant odchrząknął, lecz kiedy zauważył brak jakiejkolwiek reakcji, oznajmił tylko:
- Funkcjonariusze już tu jadą, by zabrać panią na komisariat. Proszę poczekać minutę lub dwie w tym miejscu i nie oddalać się. Przepraszamy za kłopoty... do widzenia - zakończył wreszcie, po czym wsiadł do radiowozu, który po chwili odjechał.
Anka nie poruszyła się nawet o milimetr, siedząc nieruchomo na swoim miejscu i patrząc, jak pojazd znika powoli za horyzontem, zostawiając ją zupełnie samą.

* * *

Na poboczu tkwiły nędzne szczątki policyjnego samochodu. Kierowca siedział na swoim miejscu, przecięty wpół nienaturalnie wygiętą blachą. Drugi funkcjonariusz leżał pod drzewem, które zakończyło ich trasę. Z szerokiego rozcięcia na czole i szyi krew nie płynęła już od jakiegoś czasu. Przestępca, którego przewożono, próbował najwyraźniej wyczołgać się się z wraku, ale nie starczyło mu na to sił; jego ciało niemal pływało w szkarłatnej kałuży.
Trzy eteryczne postacie unosiły się nad ziemią w niewielkiej odległości od miejsca wypadku, obdarzając je ostatnimi spojrzeniami.
- A więc metody nie zmieniły się... - powiedział jakby sam do siebie jeden z duchów. - Dlaczego poświęciliście życia ludzkie? - zapytał.
- Tak to już niestety jest. Nie ma bieli i czerni, są tylko odcienie szarości, sam wiesz - drugi westchnął. - Nie znoszę tego, ale...
- ...cel uświęca środki, tak? - dokończył pierwszy. Pozwoliłby sobie teraz zapewne na cyniczny uśmieszek, lecz jego obecna postać mu to uniemożliwiała. Nie uzyskał odpowiedzi. Poczekali jeszcze chwilę na efektowny wybuch samochodu rodem z filmów akcji i rozpłynęli się w powietrzu...
...pojawiając się w miejscu niedostępnym dla śmiertelników. Wszystko tu zmieniało się nieustannie. Coś, co jeszcze ułamek sekundy temu mogło być ścianą, stanowiło w tej chwili nieokiełznaną, wielokolorową pustkę, by za kolejny ułamek sekundy zmienić się w następny wytwór chorej wyobraźni. Nic nie miało tu swego kształtu, bedąc jedynie formą umowną. Każdy widział tu coś innego - swoje oczekiwania, a raczej niespełnione marzenia, na które nie starczyło już czasu, na które czasu już się nie znajdzie.
W pewnym momencie coś mignęło przed nimi, podążając z jednego końca na drugi, gdzie pośród fal nieoznaczoności tkwił Koniec. Jak wszystko tutaj, i ten punkt z sekundy na sekundę atakował potencjalnego obserwatora szeregami przeróżnych obrazów. Stanowił jednak wyjątek pod jednym względem - miał określoną funkcję.
- Pójdziesz sam, czy mamy cię zaprowadzić? - spytał drugi z duchów.
- Pójdę sam - odpowiedział gorzko pierwszy.
Skoncentrował się, by móc przejść po drodze, jednocześnie nie będąc porwanym przez nurt. Poszczególne elementy otoczenia nabierały powoli stałej barwy i kształtu. Dwie postacie stojące tuż za nim były teraz młodymi mężczyznami ubranymi w białe szaty wyglądające na coś pośredniego między tuniką a kimonem. Z ich pleców wyrosły imponujące skrzydła. Wszechobecna furia kolorów stawała się jednolicie szarym tunelem z zawieszonymi w jego środku ciężkimi, marmurowymi płytami stanowiącymi powietrzny chodnik prowadzący prosto do Końca - nieskończenie czarnej materii.
Rozpoczął swój ostatni spacer. Nie spieszył się, nikt go też nie poganiał. Mężczyźni stojący za nim zniknęli po chwili, być może uważając to widowisko na nie nadające się do oglądania, wypełnili wszak swoje obowiązki. Spróbował nawiązać kontakt ze światem rzeczywistym, lecz ten został przerwany, nim zdołał osiągnąć cel.

* * *

Radiowóz zatrzymał się tuż przed białym Fiatem 126p, stojącym dokładnie tam, gdzie podano w niedawnym zgłoszeniu. Brakowało w nim jednak dziewczyny, która rzekomo nim jechała. Obaj policjanci wyszli z samochodu, rozglądając się wokół. Jeden z nich dostrzegł nareszcie Ankę, która szła rowem tuż obok szosy jakieś sto metrów przed nimi. Wymienili między sobą spojrzenia, po czym puścili się za nią biegiem.

* * *

Był w połowie swej drogi, gdy tuż przed nim zaczęła materializować się jakaś postać. Kiedy tylko przeniosła się tu całkowicie, skupił się raz jeszcze, by wytworzyć jej prawdziwy obraz. Stał przed nim teraz mężczyzna o długich, prostych, kruczoczarnych włosach, w równie czarnym płaszczu. Widząc go sam postanowił przybrać jakiś określony kształt. Wybrał ten, jakim posługiwał się jeszcze kilkanaście minut temu - łysego dresa o imieniu Maciek.
- Kim jesteś? - zapytał, nie zatrzymując się.
- Nazywaj mnie Obserwatorem, Gabrielu - nieznajomy uśmiechnął się tajemniczo. Oczekiwał na kolejne pytanie, jednak żadne nie padło, ruszył więc za nim. - Nie zapytasz mnie skąd znam twe imię?
- Nie - uciął krótko, długowłosy nie zraził się jednak jego postawą.
- Nie żal ci tych ludzi, których zabiłeś? - wytoczył najcięższe działo.
- Czemu chcesz to wiedzieć? - W głosie Gabriela czuć było bezsilną złość.
- Ciekawość, mój drogi. Widziałem już wiele rzeczy, lecz twoja postawa to coś nowego.
- Co masz na myśli?
- Zamiana nieśmiertelności na realizację własnych ideałów. Nikt inny nie zdecydowałby się na coś takiego. Niesamowite... - Obserwator zaczął najwyraźniej mówić do siebie.
- Po co mi to mówisz? - zapytał Gabriel z irytacją i zmęczeniem w głosie.
- Wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Nie żal ci tych ludzi?
Łysy uśmiechnął się z satysfakcją, nie przerywając swego marszu.
- Starannie ich wybierałem. Kompletne dno społeczne, oto czym byli. Kiedy zajmowałem ich miejsca, pomagałem ludziom podwójnie. Zdejmowałem ciężary z ich karków i pozbywałem się śmieci.
- A ten student?
- Żyje nadal, czyż nie? - padła szybka odpowiedź.
- Ciekawe podejście jak na kogoś takiego jak ty - Obserwator zaśmiał się cicho. - Naprawdę wydaje ci się, że im pomagałeś?
- Oczywiście - Gabriel nie powstrzymał swej dumy. - Popatrz choćby na tamtą dziewczynę, Beatę. Życie ją przytłaczało; wcześniej czy później i tak by się zabiła. Podcięte żyły, jakiś liścik na pożegnanie i koniec marzeń o lepszym jutrze. Ja ją uratowałem. Żyje teraz we własnym świecie, niezagrożona, z dala od jakichkolwiek niebezpieczeństw... ale proszę mi wybaczyć, bo mam właśnie coś do zrobienia. - Z tymi słowami przyspieszył kroku, zostawiając długowłosego mężczyznę za sobą.
- Poczekaj! - krzyknął za nim tamten. - A ostatnie życzenie?
Gabriel prychnął lekceważąco. Od niezmierzonej czerni Końca dzieliło go już tylko parę kroków.
- A co ty możesz zrobić?
- Wszystko - odpowiedział spokojnie Obserwator, pojawiając się nagle tuż obok niego.
- To niemożliwe. Nie jesteś Bogiem.
- Rzeczywiście, nie jestem. I co z tego?

* * *

Przeciętny polski dom z przeciętną polską rodziną siedzącą przed przeciętnym zagranicznym telewizorem, oglądającą codzienny wieczorny serwis informacyjny. Dobrze ubrany prezenter podawał do wiadomości publicznej kolejne nowości z kraju i ze świata.
- Dzisiaj miały miejsce kolejne wypadki drogowe. Samochód policyjny rozbił się o drzewo na drodze z Mławy do Przasnysza. Dwaj funkcjonariusze i trzeci pasażer zginęli na miejscu. Na tej samej trasie, kilkaset metrów dalej, Opel potrącił siedemnastoletnią mieszkankę Mrągowa, która, natychmiast po przewiezieniu do szpitala, zapadła na nową, wciąż jeszcze nie zbadaną odmianę śpiączki, która zaatakowała ostatnio całą Polskę. Może czas podjąć odpowiednie...
Za kanapą, na której siedzieli ojciec, matka i ich czteroletnia córeczka, stał skrzydlaty mężczyzna w bieli, oglądając telewizję wraz z nieświadomymi jego obecności domownikami. W pewnym momencie dziewczynka wyjrzała zza oparcia i ujrzała swego stróża. Pomachała do niego rączką, on zaś uśmiechając się pomachał ręką do niej. Kiedy tylko odwróciła się do rodziców, wyszedł na balkon. Patrzył na ciemniejące stopniowo niebo szukając znanych mu gwiazdozbiorów, kiedy zauważył stojącego obok siebie znajomego, długowłosego mężczyznę w czarnym płaszczu. Powitał go w milczeniu.
- Dzięki za wszystko - powiedział. - Jak zdołam ci się...?
Obserwator powstrzymał go gestem dłoni.
- Nie musisz. Pamiętaj tylko, tak na przyszłość: świat nie składa się tylko z odcieni szarości. Jest też czysta biel i czysta czerń, trzeba je tylko umieć odnaleźć - rzekł.
- Tak, teraz już rozumiem - odparł Gabriel, lecz zorientował się, że mówi już tylko sam do siebie; jego rozmówca rozpłynął się w ograniających świat ciemnościach. Został na balkonie jeszcze przez kwadrans, po czym udał się do pokoju dziecinnego, gdzie dziewczynka właśnie kładła się spać.


Scooter Fox

scooter_fox@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||