TERRY PRATCHETT - "Straż, straż!"

"Straż! Straż!" to jedna z wielu książek należących do zacnego grona Świata Dysku T. Pratchetta. To, że jest zaje... no bardzo dobra:). Nie trzeba chyba nikogo, a zwłaszcza fanów angielskiego pisarza, przekonywać. Dla tych jednak, którzy mają jakieś "ale", poniższa krótka recenzja.

Akcja książki znów przenosi nas do pełnego niebezpieczeństw miasta Ankh-Morpork, w którym zbrodnia miesza się z codziennością. W tym oto niespokojnym już miejscu dochodzi do przykrego incydentu, którego skutkiem jest wielki, latający aligator, nazywany potocznie smokiem. Uratować mieszkańców mogą jedynie dzielni miejscy strażnicy w składzie: kapitan Vimes (chodząca spiżarnia alkoholu), sierżant Colon, Nobby ("prysznic" to dla niego jedynie słowo ze Słownika Wyrazów Obcych) i dzielny krasnolud Marchewa. Wszystkich prócz ostatniego cechuje niezwykła odwaga, która w obliczu niebezpieczeństwa bierze sobie wolne. Tak specyficzne traktowanie własnej służby może i jest dziwne, ale nie w Ankh-Morpork gdzie złodziej to jak najbardziej legalny zawód. Przyznacie, że sympatyczne to miasteczko:).

Pratchett to nazwisko, które gwarantuje humor najwyższej angielskiej klasy. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Czytając "Straż! Straż!" nie raz i nie dwa wybuchniesz śmiechem, który zbudzi ze snu nawet twoją siostrę śpiącą obok po ostrej balandze. A gdy dodamy do tego zgrabnie wymyśloną historię, barwne i wywołujące sympatię postacie (no bo jak można nie polubić niesfornego "czyścioszka" Nobby'ego lub pijaczka Vimesa) to mamy książkę niemal bliską ideału. Do księgarń marsz!

MOJA OCENA KSIĄŻKI: 9/10


A oto "próbka" możliwości mistrza Pratchetta, która pokazuje jak nawet w nudny z pozoru opis zdarzeń można wcisnąć odrobinę humoru:

"Popełzł do brzegu i podciągnął się, niczym jakaś morska forma życia, usiłująca w jednym podejściu załatwić całą ewolucję"

Ceglash
ceglash@interia.pl