Ostatnimi czasy serce mi się kraje na myśl, jak wiele dobrych powieści - zarówno fantasy jak i s-f - jest niedocenianych, choć na to bardzo zasługują. Nasuwają mi się te myśli w związku z jedną z opisywanych w dzisiejszym PKK książek, a mianowicie powieścią Gregory'ego Keyesa - "Z Wody Zrodzony". Tytuł ten jest doprawdy bardzo dobrą pozycją w swym gatunku, przypuszczam jednak, iż nigdy bym się o niej nie dowiedział, gdybym nie był konkretnego dnia w jednej z sosnowieckich bibliotek i nie zabrał jej do domu z czystej ciekawości. Wtedy nie poznałbym bliżej bohaterów "Z Wody Zrodzonego", ani tym bardziej świata, w którym żyją oraz ich niezwykłych przygód - a byłoby czego żałować, zapewniam Cię... Z drugiej strony jednak - być może tak już po prostu musi być, że jest mnóstwo powieści, takich jak omawiany właśnie tytuł i garstka Powieści, opiewanych przez wszystkich (prawie), którzy się z nimi zetkną, czyli książki, o których się po prostu pamięta (myślę, że przykładów podawać nie trzeba). Z tą myślą pozostawię Cię na pewien czas... Prolog
Andrzej Sapkowski "Coś się kończy, coś się zaczyna"
Książka ta jest zbiorem ośmiu - bądźmy szczerzy - dość przeciętnych opowiadań, z których wyróżniają się in plus jedynie trzy tytuły: będący piątym z kolei "Coś się kończy, coś się zaczyna" oraz dwa ostatnie, czyli "Złote popołudnie" i "Zdarzenie w Mischief Creek". Pozostałe, mianujące się "Droga, z której się nie wraca" (#1), "Muzykanci" (#2), "Tandaradei!" (#3), "W leju po bombie" (#4) oraz "Bitewny pył" (a raczej "Battle Dust" - #6), są już o wieeele gorsze i przyznaję bez bicia, że nie przypadły mi do gustu. Jakieś takie niemrawe są i ogólnie mało ciekawe - zdecydowanie bardziej podoba mi się Sapek w klimatach Fantasy, którymi są opowiadania oznaczone numerami 1 i 5, a pod które podpadają te z cyferkami 7 i 8. O ile "Droga, z której się nie wraca" wydaje mi się opowiadaniem niedokończonym, a może raczej niedomówionym (o czym zresztą autor informuje nas we wstępie doń), o tyle dwa ostatnie są wręcz bajeczne: "Złote popołudnie" to 'nieco' inna wersja "Alicji w Krainie Czarów", natomiast "Zdarzenie w Mischief Creek" to wspaniałe opowiadanie osadzone w klimatach XVII-wiecznych Stanów Zjednoczonych (Salem, czarownice i te sprawy...). Tytułowe opowiadanie tego zbioru jest zaś gratką dla fanów "Sagi o wiedźminie", gdyż jest to alternatywne zakończenie Pięcioksięgu, i choć sam autor temu zaprzecza, to dla czytelników takim ono pozostanie już na zawsze (i dobrze, bo jest świetne - właściwie najlepsze z pośród wszystkich zamieszczonych opowiadań).
Na koniec mogę jedynie napisać, że nie jestem szczególnie zadowolony z faktu przeczytania przeze mnie tej książki, które to wrażenie łagodzą - na szczęście - trzy wyjątkowe tytuły, które wymieniłem powyżej i dla których to byłbym w stanie kupić cały ten przeciętny zbiór. Je polecam z czystym sercem, reszta zależy już tylko od ciekawości czytelnika...
| Sapek - Coś się kończy, coś się zaczyna | | Ocena: Słaba z ooogrooomnyyym + |
George Orwell "Rok 1984"
TEXT
Po przeczytaniu tej książki odnoszę wrażenie, że oczekiwałem czegoś lepszego. Być może spowodowane to jest faktem, że wcześniej oglądałem już film na jej podstawie i mniej więcej wiedziałem, czego się mam spodziewać. Z drugiej jednak strony ciągle wydaje mi się, iż mogłoby być lepiej. W każdym bądź razie i tak jest świetnie, powieść tą polecam absolutnie wszystkim, również z tego powodu, że nie jest to ani fantasy, ani science fiction, czy też horror. Raczej mamy tu do czynienia z książką obyczajową/psychologiczną/dramatem (to ostatnie pojmowane w kontekście filmowym, a nie literackim). To tyle - myślę, że ocena sama dopowie resztę.
| George Orwell - Rok 1984 | | Ocena: Bardzo dobra z wielkim + |
Elaine Cunningham "Star Wars - Nowa Era Jedi: Mroczna podróż"
Dwójka wysoko postawionych Yuuzhan Vongów - kapłan Harrar oraz wojownik imieniem Khalee Lah, syn Tsavong Laha - wojennego mistrza Yuuzhan - przyglądają się bitwie, toczącej się w przestworzach nad Myrkrem. Po chwili zauważają, że z pola walki wymyka się fregata Noma Anora - "Ksstarr". Dziwi ich to, ponieważ tenże kilka chwil wcześniej informował o pomyślnym przebiegu walki z Jeedai. Ich rozmyślania przerywa przybycie młodej wojowniczki, która przynosi Harrarowi jego villipa. Okazuje się, że jego rozmówcą jest właśnie Nom Anor, od którego to dowiadują się o 'małym' niepowodzeniu: "Ksstarr", którego przed chwilą obserwowali, nie jest pilotowany przez egzekutora, lecz przez grupkę Jedi, której udało się uciec z cel światostatku, a przewodzi im nikt inny, jak jedno z bliźniąt Jeedai - Jaina Solo. Na szczęście dla egzekutora chociaż jej brat, Jacen, nie zdołał uciec, jednak teraz najważniejszym celem jest schwytanie zbiegów i odzyskanie fregaty Noma Anora, choć to już jest cel drugorzędny.
Cóż mogę powiedzieć na temat tej książki... Chyba to co zwykle mówię w przypadku powieści z cyklu Star Wars - raczej dla fanów, choć innym również może się spodobać. Ogólnie jednak dość przeciętnie - jeśli nie lubisz świata Gwiezdnych Wojen, to ocena Dobra może Ci się wydać zbyt wysoka, bo jest mnóstwo innych pozycji, o wiele lepszych od "Mrocznej podróży". Tyle co do oceniania, co zaś do treści, to trochę się rozczarowałem szumną zapowiedzią na temat Jainy z tyłu książki - wyobrażałem sobie to zgoła inaczej. Zauważyłem natomiast, że 'podcykl' Nowa Era Jedi bardzo prężnie i zręcznie się rozwija, co mi się bardzo podoba. Odnoszę zarazem wrażenie, że został on, jeszcze przed napisaniem przez R.A. Salvatore'a "Wektora Pierwszego", bardzo skrupulatnie zaplanowany i określony, co z jednej strony ogranicza nieco autorów kolejnych powieści, z drugiej zaś daje pewność, że całość Nowej Ery Jedi będzie bardzo spójna.
| Elaine Cunningham - Mroczna podróż | | Ocena: Dobra |
J. Gregory Keyes "Z Wody Zrodzony"
Książkę rozpoczyna nieco dziwny prolog, który przedstawia nam walkę dwóch bogów, jak się dowiadujemy - braci, zakończoną zwycięstwem tego "złego". Ten "dobry" nie ginie jednak, tylko zaszywa się gdzieś na świecie zdala od swego przeciwnika, czekając, aż zagoją mu się rany i wypatrując lepszych czasów na rewanż. Jakiś czas później - tzn. wieki dalej - mała dziewczynka o imieniu Hezhi zanurza się w głąb nieużywanych od dawna budowli pałacu, w którym się znajduje, wciąż podążając w dół z nadzieją na odszukanie swego starszego kuzyna, a zarazem najlepszego towarzysza zabaw, który pewnego dnia został zabrany do podziemi i już nigdy nie wrócił. Do jego imienia dodano zaś końcówkę -nata, oznaczającą ducha. W ten sposób D'en przeistoczył się w D'enata, ale Hezhi nie przyjmuje tego do wiadomości, gdyż przeczuwa, że on wciąż żyje, dlatego uciekła swemu osobistemu ochroniarzowi - półolbrzymowi Tsemowi - i zagłębiła się w głąb starych budowli w poszukiwaniu D'ena.
Wspominałem w Prologu o książkach, które - choć bardzo dobre - bywają niedoceniane, a przeciętny czytelnik dowiaduje się o nich przez przypadek. "Z Wody Zrodzony" jest właśnie taką powieścią. Gregory Keyes stworzył bardzo ciekawy świat i w świetny sposób wypełnił go oraz opisał część z jego historii. Mimo tego nie wydaje się by jego książka biła rekordy popularności, a szkoda...
GŁOS ROZSĄDKU: Po pewnym czasie od przeczytania opisywanej powyżej powieści stwierdzam, iż wcale nie jest ona tak dobra, jak sądziło moje rozentuzjazmowane wcielenie i nie dziwi mnie jej niezbyt duża popularność. Fakty z niej zatarły się już w mojej głowie prawie całkowicie, nadal jednak podtrzymuję opinię, iż warto zapoznać się z tą pozycją.
| J. Gregory Keyes - Z Wody Zrodzony | | Ocena: Bardzo dobra |
EpilogW dzisiejszym wydaniu Epilog będzie bardzo niestandardowy, ponieważ daję wam możliwość przeczytania fragmentu opowiadania Andrzeja Sapkowskiego, pod tytułem "Zdarzenie w Mischief Creek", które to pochodzi z pierwszej opisywanej w PKK#22 (czyli w tym wydaniu) książki. Miłego czytania.
Andrzej Sapkowski Zdarzenie w Mischief Creek (fragment)
Na trupa natknęli się znienacka, niespodzianie, nagle spojrzał na nich czarnymi oczodołami znad krzaków jałowca. Z uschłego drzewa, z którym, zdawało się, tworzy jedną całość. Na pierwszy rzut oka tak to właśnie wyglądało - jak gdyby człowiek i drzewo umarli razem. Jednocześnie. Jak gdyby zrośli się w chwili śmierci. Jason Rivet wzdrygnął się mocno. Oczywista, poprawił się w myślach, nie mogło to być prawdą, to wspólne umieranie. Drzewo było białe, niemal zupełnie pozbawione gałęzi, pokraczne, strupieszałe, okaleczone, rozdarte wielką rozpękliną - było jasne, że umarło już bardzo, bardzo dawno temu. Człowiek, którego resztki do drzewa przybito, z pewnością umarł później. Też dawno, ale później. - Niech to czart... - zaczął Adam Stoughton, ale umilkł. Wuj William splunął, przechyliwszy się na kulbace. Wielebny Maddox nie poruszył się ani nie odezwał. Abiram Thorpe zsiadł z konia, zbliżył się ostrożnie, rozgarniając jałowce lufą muszkietu. Podszedł, stanął obok Izmaela Sassamona. Spytał o coś, Indianin odpowiedział, krótko i gardłowo. Czaszka trupa, oddzielona od reszty szkieletu, nadziana była na sęk na wysokości dobrych sześciu stóp nad ziemią. Pod czaszką, jakąś stopę niżej, przybito klatkę piersiową, nadpróchniałe drewniane kliny sterczały między obrośniętymi mchem żebrami. Jedna ręka, upiornie rozczapierzona, wisiała u obojczyka. Druga - wraz z miednicą, femurami, goleniami i całą masą drobniejszych kosteczek - spoczywała, tworząc kopczyk, u podnóża uschłego drzewa. - Czerwone Skóry - powiedział z przekonaniem konstabl Henry Corwin. - To robota dzikich. - Izmael mówi, że nie - zaprzeczył Abiram Thorpe. - Prawda, Izmaelu? - Nie Mohawk - przemówił gardłowo Indianin. - Nie Seneka. Nie Mohikan. Nie Lenni Lenape. - On sam to Czerwona Skóra - parsknął konstabl - to i tak gada. Chrześcijanin nie potraktowałby zwłok takim sposobem. A nie dałbym głowy, czy tego nieszczęśnika nie przybijano do pnia żywcem. Jak myślicie, panie Thorpe? Wy przecie czytacie ślady nie gorzej od dzikusa, wybaczcie porównanie... - Jakie tam ślady - burknął myśliwiec. - Toż to staroć. Musi tu być od lat... - Czasu Wojny Króla Filipa - odezwał się Adam Stoughton - nie brakowało po lasach truposzów, żadna była dziwność potknąć się w krzakach o szkielet. Myślisz, Abiramie, że ten też może tu wisieć od siedemdziesiątego piątego? - Może. Zdaje mi się... - Trzeba pochować te szczątki - przerwał wielebny Maddox, w oczywisty sposób nieciekawy tego, co się zdaje traperowi. - Nuże, panowie, z koni. - Nie szkoda to czasu? - skrzywił się wuj William. - To przecie jeno parę gnatów, pewnikiem dzikiego zamordowanego przez innych dzikich. Niech tam... - Jesteśmy chrześcijanami - przerwał John Maddox głosem dla siebie zwykłym, to jest chrapliwym, nieprzyjemnym i nie tolerującym sprzeciwu. Chudy, w wysokim kapeluszu, owinięty w opończę, pastor wyglądał jak wielki czarny ptak. Wielka czarna wrona, pomyślał po raz niewiedzieć który Jason Rivet, wychudła czarna wrona siedząca na siwku. Wielebny odwrócił się w siodle i przewiercił chłopca wzrokiem, zupełnie jak gdyby zdołał odczytać jego myśli. - Weź konie, chłopcze. Sprowadź je nad strumień i napój. Żywo! Ruszajże się! Z koni, panowie. Sprawimy zmarłemu pochówek. - Nie namęczymy się - mruknął cieśla Stoughton. - Dużo tego nie ma. Wystarczy aby obcasem ziemię rozgrzebać... Henry Corwin odrzekł coś gniewnie. Jason Rivet nie dosłyszał, sprowadzał konie w kotlinkę. Strumień pachniał chłodem, szałwią i zbutwiałą korą. Woda była brązowa od torfu, a w głębszych miejscach, na zakolach, gdzie nurt wypłukał jamy, zdawała się czarna w cieniu schylonych nad kotlinką drzew. Nad samą wodą rosły buki, splatające w górze konary na kształt dachu. Pod bukami, za zbitym gąszczem tarniny, usadziły się safrasy, modrzewie i choiny. Na zakręcie, na głębinie pod wymytym brzegiem spławił się pstrąg, z pluskiem godnym bobra. Jason Rivet wzdrygnął się, konie uniosły łby. - Jeśli konie się napoiły - dobiegł z góry ostry głos wielebnego Maddoxa - to przyprowadź je tu, chłopcze. Żywo! Ruszaj się! Niechże on przestanie mną komenderować, pomyślał Jason. Niechże on przestanie traktować mnie jak służącego, jak Negra, niech przestanie wydawać mi polecenia, w dodatku takim głosem, jak gdyby od razu karcił za opieszałe i niewłaściwe tych poleceń wykonywanie. Mam tego dość. Mam też dość tego, że wuj William na to pozwala, że przygląda się obojętnie albo wręcz udaje, że nie widzi i nie słyszy. Nie było by tak, gdyby ojciec żył. Ojciec nie pozwoliłby na to, nie pozwoliłby na coś podobnego nawet samemu wielebnemu Johnowi Maddoxowi. Mam tego dość, powtórzył w myślach Jason Rivet, zbierając w dłonie wodze wszystkich sześciu koni. Poszły posłusznie, ślizgając się, tupiąc i dzwoniąc podkowami na kamieniach, siwy wałach wielebnego, kasztan cieśli Stoughtona, gniada klacz pana Abirama Thorpe'a, jabłkowita kobyłka konstabla Corwina, hreczkowaty ogier wuja, jego własny bułanek. - Nuże, chłopcze - ponaglił pastor. - Nie mitręż! Mam go dość, pomyślał Jason. Mam tego dość i całej tej wyprawy. Na szczęście, jak mi się zdaje, nie jestem jedynym, który ma dość. - Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - powiedział ponuro Adam Stoughton. - Jesteśmy więcej niż sześćdziesiąt mil od domu. Obrok dla koni się kończy, a dostać go nie będzie gdzie, bo jeśli i są tu w lasach jakieś sadyby czy farmy, to z pewnością nędzne i biedne, nie dostaniemy tam niczego. Do czarta, panowie, jak długo wy zamierzacie ciągnąć to przedsięwzięcie? Do zimy? Dokąd zamierzacie dojść, do rzeki Connecticut? Do Appalachów? Abiramie Thorpe, do czarta, odezwijże się, powtórz, coś mi niedawno rzekł. Ktoś to, do czarta, musi wreszcie powiedzieć! Wsparty na muszkiecie Abiram Thorpe przestąpił z nogi na nogę, mnąc w ręku ozdobioną szopim ogonem czapkę. Nie było tajemnicą, że nie lubił gadać. Pytany, odpowiadał krótko, burkliwie i nie zawsze. Nie pytany odzywał się wielce rzadko. - Widzi mi się - burknął wreszcie myśliwiec, kaszlnąwszy w pięść - że trza wracać. Odeszliśmy ciut daleko. - Ciut daleko! - parsknął Adam Stoughton. - Dobre sobie! Jesteśmy więcej jak sześćdziesiąt mil na zachód od Watertown! Uszliśmy dalej bez mała niźli kapitan Elizur Holyoke w tysiąc sześćset trzydziestym trzecim! - Obaj panowie - wielebny Maddox utkwił w cieśli i myśliwcu swe przenikliwe oczy, błyszczące niczym czarne jeziora między rondem kapelusza a przybrudzoną nieco bielą wykładanego kołnierza. - Obaj panowie na ochotnika zgłosili się do pościgu, nikt panów nie przymuszał. Dziwią tedy pana słowa, panie Stoughton, i pana nieoczekiwane zniechęcenie. Zdaje się zapominać pan o celu, który nam przyświeca. Prawo i sprawiedliwość... - Prawo! - przerwał, parskając, cieśla Stoughton. W całej kompanii, Jason Rivet stwierdził to już dawno, był jedynym, który bez żenady zwykł był przerywać wielebnemu. - Prawem koni nie nakarmimy, do czarta! - Strzeż się - warknął Henry Corwin. - Strzeż się wzywać czarta, Adamie Stoughton. Bo gotów zjawić się na wezwanie. Cieśla rozejrzał się płochliwie, spojrzał na kupkę świeżej ziemi, kryjącej zdjętego z drzewa kościotrupa. Ale zaraz dumnie podniósł głowę. - Względem waszej sprawiedliwości - podjął, patrząc na pastora - to pewnym i was upewniam, że owej zadość się wnet stanie nawet i bez nas. Koń dziewczyny padł tuż za Penacook, zajeździła go, widzieliście przecie padlinę. A że dziewka okulawiona jest, idąc pieszo przez to pustkowie, nie ma żadnych szans. Sprawiedliwość wymierzy jej chłód i głód, za kata posłuży niedźwiedź, wilk lub czerwonoskóry. Tyle z niej zostanie, co z tego tu. Parę kosteczek białych, do goła ogryzionych. Możemy tedy wracać do domu i z czystym sumieniem rzec całemu hrabstwu... - Nie! - wpadł mu w słowo konstabl Corwin, od razu i dobitnie. - Nie zawrócę wcześniej, aż ją pochwycę. Albo zobaczę jej trupa. Zresztą wątpię, żeby dane nam było to drugie. Nie zapominajcie, z kim mamy sprawę. Gdyby to była zwyczajna dziewucha, już byśmy ją mieli. Ale ona zwykłą nie jest. Za nic takiej jak ona głód albo dziki zwierz. Za nic takiej trud, bo siła w niej diabelska! Zapomnieliście, do czego zdolny był George Burroughs, ten z Salem? Choć postury był nikczemnej, w rękach rozpostartych dzierżył ciężki muszkiet i baryłkę melasy i mógł tak dzierżyć przez bite trzy pacierze, albowiem... - Co to do rzeczy ma? - przerwał mu ostro cieśla. - Hę? - A to - parsknął Henry Corwin - że w przeciwieństwie do niektórych jam nie tchórzem podszyty. Ja na widok byle umarlaka dud w miech nie chowam i nie skamlę, że chcę do domu. - Sameś przed chwilką czarta się strachał, Corwin. - Ja nie boję się niczego! - Ani ja! - Pokój, panowie - zażegnał sprzeczkę chrapliwy głos Johna Maddoxa. - Zgoda między wami. A bać się Boga jeno trzeba. Rozumiem, konstablu Corwin, że jesteście za kontynuowaniem pościgu? - Jestem, jako żywo. Chcę dziewkę widzieć na stryczku, nie myślę zdawać kary na wilki czy Czerwone Skóry. A jam cieśla, kościotrupów nie boję się. - Panie Hopwood? Wuj William językiem przesunął prymkę tytoniu pod drugi policzek, strzyknął na paprocie brunatną śliną. Milczał chwil kilka. Ale Jason Rivet nie miał wątpliwości, co odpowie. I nie pomylił się. - Mnie tam za jedno. Co każecie, wielebny. Każecie iść dalej, pójdę. Każecie wracać, też dobrze. Ja tam tak, jak i wy. - A ja - pastor przewiercił cieślę wzrokiem - jestem za tym, by kontynuować pościg. Tak bowiem każe prawo i tak każe Pismo. I tego by wystarczało nawet wówczas, gdybym był w mniejszości. Ale to wy jesteście w mniejszości, panie Stoughton. - Ciekawie liczycie, wielebny. I trochę wcześnie, widzi mi się. - Liczę akuratnie - odrzekł zimno pastor. - Panowie Corwin i Hopwood podzielają moje zdanie. Są więc trzy głosy przeciw dwom i na tym koniec głosowania. Bo nie będziemy przecie pytać o zdanie wyrostka. Ani tym bardziej Indianina. Idziemy tedy dalej śladem. - Nie ma śladów - powiedział swym gardłowym głosem Izmael Sassamon, jak duch wyłaniając się z gąszczu. - Jak to, nie ma? - zmarszczył się Abiram Thorpe. - A gdzie niby się podziały? Dobrześ patrzył, Izmaelu? - Nie ma śladów. - Nie ma śladów - powtórzył po długiej chwili ciszy Adam Stoughton. - Za czym mamy tedy iść? Dokąd każecie, wielebny? Konstablu? A ty, Izmaelu? Twego indiańskiego zdanie nie słuchają tu i nie liczą się z nim. Ale ja, do czarta, akurat chętnie bym je poznał. Indianin popatrzył na niego, a jego twarz była jak oblicze wyrzezanej z drewna kukły. - Którędy - powtórzył cieśla, nie próbując maskować drwiny - przykażesz iść? - Tam, gdzie siekiery - twarz Izmaela Sassamona nadal niczego nie wyrażała. - Słychać siekiery. Tu niedaleko wyrąb. Oddział znalazł się w siodłach bez komentarzy, nawet bez komend. Izmael pobiegł przodem, pozostali podążyli za nim tak szybko, jak pozwalał las. Prowadzili Abiram Thorpe, rychtujący już muszkiet, i konstabl Corwin. Jason Rivet jechał ostatni. Nauczono go już, gdzie jego miejsce.
To tyle na dziś, mam nadzieję, że dzisiejszy Epilog zaciekawił choć część z was... (patrz s.139)
|