DOUGLAS ADAMS -"Autostopem przez Galaktykę"

Gdyby tak zapytać parę osób jaki jest według nich najlepszy pisarz zabawnych powieści fantasy, odpowiedź byłaby chyba oczywista: Terry Pratchett. Jego cykl Świata Dysku podbił i podbija nadal serca czytelników na całym świecie. Całkiem zasłużenie zresztą bowiem jego książki są niezwykle oryginalne, przezabawne i tak wciągające jak Czarne Dziury.

Po tym skromnym wstępie ktoś mógłby zapytać, czy nurt science-fiction też nie ma takiego wesołka. Powiem szczerze, że sam się nad tym wielokrotnie zastanawiałem. Trwało to dopóki w moje ręce nie wpadła mała, niepozorna i 200-stronicowa książeczka o jakże zaskakującym i dziwnym tytule: "Autostopem przez galaktykę". Równie dziwne co sam tytuł okazało się dla mnie nazwisko autora. Niezbyt swojsko brzmiące "Douglas Adams" nic mi bowiem nie mówiło, jednak ja się nie zrażałem i dzieło tegoż pana przeczytałem (rym jak najbardziej zamierzony).

To co mnie na początku wręcz POWALIŁO to przeolbrzymi humor tryskający z każdej przeczytanej stronicy. I tak podczas gdy na początku lektury tylko lekko porykiwałem ze śmiechu, tak już gdzieś w połowie aż do końca wręcz rzucałem się po podłodze. Tu w śmiech wprawia niemal wszystko a zwłaszcza główni bohaterowie, Artur Cent, Ford Prefect ("Prefect" nie "Perfect"), Zaphod Beeblebrox (ten jest chyba najbardziej odjechany), Trillian (jedyna dziewczyna) i oczywiście mój osobisty ulubieniec robot Marvin (co chwila podkreśla jak bardzo jest przygnębiony bez przerwy narzekając na beznadziejność świata - od dzisiaj mój ulubieniec wśród książkowych postaci:)).

Historia jaką opowiada nam książka jest bardzo prosta i niezwykle prawdopodobna. Oto bowiem kosmiczne plemię Vogonów postanawia całkowicie zniszczyć małą, całkowicie nikomu nie potrzebną planetę Ziemię. Celem tegoż lubieżnego czynu nie jest wbrew pozorom rządzą niszczenia czy zemsty jak to w naszych kochanych "holiłódzkich" filmach opowiadających o najeździe kosmitów bywa, lecz... potrzeba zwolnienia miejsca pod budowę nowoczesnej międzygalaktycznej autostrady. Jakoś tak przypadkiem nasza kochana niebieska planetka stoi na trasie przebiegu przyszłego komunikacyjnego molocha, więc najprostszym sposobem jest jej zniszczenie. Niestety cały plan Vogonów jak najbardziej wypala (zaskoczeni?) i w ciągu zaledwie paru minut po trzeciej elipsie od Słońca nie krąży już żadna planeta. Jedynymi ocalałymi z tegoż "wypadku" zostali Artur i Ford, którzy tak jakoś przypadkiem jako autostopowicze znaleźli się na statku Vogonów.

Tak mniej więcej przedstawia się początkowa fabuła książki, która w błyskawicznym tempie się rozwija i, co tu dużo mówić, dalej jest jeszcze bardziej zakręcona i ciekawa. Zawdzięcza to w równej mierze zgrabnie przemyślanej fabule i ogromnemu zastrzykowi humoru, którym raczy każdego czytelnika bez wyjątku. A śmiać się można zarówno z głupich zachowań postaci, ich dialogów oraz z samych komentarzy i narracji autora. Słowem, z wszystkiego.

Na sam koniec powinienem chyba napisać coś co zachęciłoby osoby czytające tę skromną recenzję do sięgnięcia po "Autostopem...". Może nawet mógłbym wystawić wystrzeloną w kosmos ocenę(np.11/10), aby nawet niedowiarek zaczął się zastanawiać, czy książki nie kupić. Mógłbym, ale tego nie zrobię. Za to napiszę, że w powieści znajdziecie odpowiedź na odwieczne pytanie o sens wszechświata, sens życia. Co ciekawe ta odpowiedź zamyka się w dwóch słowach. Ciekawi? To pędźcie do bibliotek, księgarń i empików.

PS: "Autostopem przez Galaktykę" to dopiero pierwsza część całej trylogii w pięciu częściach. Następne to "Restauracja na końcu Wszechświata", "Życie, Wszechświat i cała reszta", "Cześć i dzięki za ryby" oraz "W zasadzie niegroźna".

Ceglash
ceglash@interia.pl