My first kunzolka
Aniołki LOV'a oraz on sam w poprzednim numerze KZ pisali o swoich przygodach z konsolami. Jeden biegał do "salonu gier", drugi dymał po nocy (heh
) po plecak... Istny HC. Postanowiłem i ja skrobnąć cosik o moim pierszym sprzęcichu do rypania w giery.
Cała przygoda z grami zaczęła się oczywiście od konsolki RAMBO. Nie posiadałem jej, ale za to miałem okazję szarpnąć w parę gierek tu i tam. Pamiętnego roku 1993 razem z rodzicami pojechałem do sklepu ze sprzętem elektronicznym. Najpierw zdecydowali się na kupno wcześniej wspomnianego wspaniałego next-gena :). Wypróbowaliśmy to cuś w domu, ale rodzice doszli do wniosku, że lepiej będzie jednak wziąść "tą drugą" czyli PEGASUSa, bowiem do niej można będzie dokupywać kolejne gierce. Dad skoczył do sklepu, wymienił RAMBO na PEGASUSa (pamiętam nawet ile wtedy kosztował - aż 150 zł! :) i wrócił. Nerwowe podłączanie całego okablowania, umieszczenie carta (na nalepce widniał napis 168 in 1 :) w slocie i... "Yey, let's go, let's play!" Bierę pad w dłoń (teraz, po 10 latach, gdy znów biorę go w łapska, wydaje się być strasznie malutkim, czas robi swoje...) i rżnę w "pierszą z brzegu" giercę. Gnam jakimś żołnierzem w prawo i pruję do cieciów (Contra to była, jakby ktoś nie wiedział o so chosi). ŁAAAAŁŁŁ! ALEEE CZAAAAD! I'm the king of the world! Chłopaki z osiedla będą zielenieć z zazdrości (wtedy prawie nikt nie miał takiego sprzętu)! Mama poszła do pracy, a ja z tatą szarpałem do późnej nocy. Lekcji nie musiałem odrabiać, bo w końcu chodziłem jeszcze wtedy do przedszkola (plose pani, a Jasio ściąga... majtki Małgosi!). Tych gier nigdy nie zapomnę: Ice Climber, Donkey Kong, Mario, Popeye, Galaga, Galaxian, wspomniana Contra... W pamięci ostało się także kilka innych gier, lecz ich tytułów nie pamiętam. Pamiętam jak z tatą po nocy szarpałem w grę o dwóch robotach łażących w kosmosie i walących do wszystkiego po kolei. Rżneliśmy też "na zmianę" w Sky Destroyer. Owa gra polegała na prowadzeniu samolotu (widok TPP), waleniu do innych nadlatujących i doleceniu do wyspy. Co to była za wspaniałość! Zaufanie i zręczność ćwiczyliśmy podczas sesyjek w Battle City (czyli popularne "Czołgi" - na dole ekranu był orzeł, którego trzeba było bronić, a na górze pojawiali się kolejni przeciwnicy). Sam zagrywałem się w Lode Runner (czy jakoś tak). W tej gierce należało uciekać przed wałęsającymi się frajerami i zbierać kupki piasku. Nigdy chyba nie zapomnę wrażenia jakie wywarła na mnie Urban Fighter. Wróciłem z dworu (albo przedszkola - nie pamiętam :), wpadłem do pokoju, a tam na ekranie telewizora widzę dwóch gości okładających się pięściami. Przegrywał ten, który został zepchnięty do kanału lub ten, którego zgarnęła policja. Multiplayer :) w UF rządził! Nie ma jak sklepanie miski postaci sterowanej przez żywego gracza! A po wygranej jaka satysfakcja jest wielka! Lubiliśmy też grać w "Formuły" (F1-RACE). Ruszanie z piskiem opon i wycie silnika oraz wymijanie kolejnych frajerów było bardzo wciągającą zabawą. Po całodniowym rypaniu kładłem się spać, a tata późną nocą szarpał w Galaxian (bardzo lubił tę gierę). Granie dzień w dzień nie mogło się dobrze skończyć, a więc padł zasilacz. Nasze oczęta wreszcie mogły trochę odpocząć :). Tygodnie mijały i wreszcie rodzice zakupili mi carta z odjazdową strzelanką MADMAX (chyba tak to się nazywało). Później przyszła pora na fenomenalną sportówkę CAPCOM'92, w której się wręcz zakochałem (kilka zdań napisałem o niej w KZ#7). Życie toczyło się dalej. Kupowane były kolejne gry, ciąglę wymieniałem się z kuplami, czasem ktoś wypożyczył jakąś szpilę z wypożyczalni gier (tak, było u nas coś takiego. Płaciło się chyba 1.50 zł za 48 godzin posiadania...), ciąglę wpadały jakieś giery, giercowaliśmy u kumpli (np. w Kunio Kun no Nekketsu Soccer League) i było super. Później była przeprowadzka, poznawanie nowych kumpli - fanów PEGASUSa i dalsze rąbanie, wymiany, kupna, sprzedaże. Jedemu nawet naściemniałem, że taki ze mnie boss, że nawet Adventures of Dizzy przeszedłem! Powiedział mi żebym wpadł do niego w sobotę i wtedy cała prawda wyszła na jaw :). Ów gościu był wtedy moim najlepszym kuplem. Jeździliśmy rowerami, chodziliśmy razem do szkoły i gadaliśmy o gierach no i oczywiście w nie nawalaliśmy. Sobotniej partyjki w Double Dragon II chyba nigdy nie zapomnę. Ach, co to było za rżnięcie... Fanów Pegaza było w pobliżu bardzo wielu. Zawsze miałem z kim pogadać, wymienić się, razem poszarpać... Nie to co teraz. Prawie nikt nie interesuje się grami. Wszystkim tylko piwsko, faje, dupy i pornuchy we łbach. I zostałem sam jako ten, który grał, gra i będzie grał. Pegasus to wspaniała maszynka. Zapewniła mi wiele wspaniałych chwil, dzięki niej poznałem sporą część gier wydanych na NESa (podróba Pegasusa
) oraz miałem co robić w wolnych chwilach (a tych miałem wtedy baaardzo dużo). Od zakupu tej konsoli minęło już ponad 10 lat, a ja nadal lubię sobie w coś na niej zagrać (np. Super Mario 13, Rockin' Cat). Sprzęt ponadczasowy! Jeszcze moje dzieci (daj Boże aby je miał) może nawet będą na nim grać. Uhuhu, to by dopiero było...