Caleb - jeden dzień
Gordon Freeman &
Zszywacz
6:00 zadzwonił budzik! "- Do cholery, kto
nastawił ten budzik na 6! Ja chce jeszcze trochę pospać. Dajcie sobie ludzie
siana." - Budzik roztrzaskał się na 1034 kawałki robiąc wielki huk i szum wokół
swojej osoby słowem "kurwa!" Caleb ostatecznie zrezygnowany wstaje, noga wmiata
pozostałości budzika pod łóżko i wbija swoje nogi w puchate kapcie-króliki,
które dostał od redaktorów GC z okazji 50 urodzin GaCka i tego, że wytrzymał już
tak długo z nimi. Rozgląda się uważnie po pokoju, upewniając się czy na pewno to
jego dom. Ostatnio często zdarzało mu się obudzić w różnych dziwnych miejscach
takich jak np.: dom Zszywacza, trolejbus łódzki czy nawet w zoo warszawskim i
musi być gotowy do szybkiej reakcji na zmiany w otoczeniu go otaczającym.
Dlatego tez w prawej kieszeni bokserek ma browarek. Wyciąga go bardzo szybkim
ruchem ręki i wręcz wlewa w siebie pół litra piwa. Bo tej małej porannej uczcie
Caleb postanawia się ubrać. Z szafy wyciąga swoje jedyne spodnie bez nogawek
oraz podkoszulek. Postanawia ruszyć w świat! Ale gdy już się ubiera, uświadamia
sobie, że nie jadł jeszcze śniadanka, a to pół litra szybko z niego wyparuje.
Schodzi wiec schodami w dół do kuchni, po drodze mija różne dziwne postaci
leżące po kątach w jego domu, jakaś śpiąca koza, Pan Zenon z klatki obok, Pedro
z KC i parę innych osóbek, które chciałyby zachować anonimowość. Myśli sobie: "-
Cholera, przecież prawie nic nie wypiłem, czemu znowu mi się do przytrafia? No,
ale chociaż dobrze, że nie ma tutaj pół rozebranego pułku wojska z pobliskiej
jednostki, jak to było tydzień temu". Caleb przedziera się dzielnie poprzez
szczątki mebli oraz poprzez ludzkie i nie tylko, ciała, które pochrapują, mruczą
i wydają inne niezidentyfikowane dźwięki, w kierunku loduffki. W końcu po
karkołomnych skokach udaje mu się dotrzeć przed to duże białe i zimne pudło.
Z niepokojem w oczach otwiera drzwiczki od lodówki, okazuje się,
że coś w niej jest! Oprócz spleśniałego sera, mózgu dżdżownicy w sosie własnym,
Caleb znajduje mleko! I to nawet tylko z 64 dniami po terminie ważności. Nie
zastanawiając się ani chwili wypija całe, jednak dalej mu za mało. Teraz by coś
zjadł. Niestety w lodówce nic więcej nie ma! Zatem czas najwyższy odwiedzić
kolegów, po fachu. Zamyka za sobą drzwi i wybiera się w podróż, w podróż jakże
emocjonująca i piękną - podróż w poszukiwaniu jedzenia. Postanawia sobie zrobić
listę najbliższych znajomych - i po kolei ich odwiedzić w poszukiwaniu jedzenia.
Pierwszy na liście jest zostaje Waldek, bowiem jego ksywka rozpoczyna się na W.
Caleb stoi już przy drzwiach i rzuca okiem na swój uroczy domek i śpiąca w nim
menażerie. Wie, że czeka go bardzo trudne zadanie i może go już więcej nie
zobaczyć. "Ale nie czas na rozklejanie się! Trzeba zdobyć jakąś żywność!!!"
Caleb przeładowywuje trzymanego w ręce M16, i wychodzi z domu trzaskując głośno
drzwiami, lecz nie robi to na nikim wrażenia, bo wszyscy jeszcze smacznie śpią.
No może nie wszyscy... Nie śpi już pan Kazio z pierwszego piętra. Otwiera okno i
używa, co najmniej wszystkich wulgaryzmów polskiego języka. Caleb nie przejmując
się tym celuje Kazia z M16 jednak M16 to atrapa. Zmuszony użyć własną siłę
wchodzi do mieszkania pana Kazia i próbuje przetłumaczyć mu to "po ludzku", że
to nie dobry czas na żarty... Pan Kazio jakimś cudem ucieka do klopa.
Takim to sposobem znużony Caleb postanawiam wybrać się do Waldka
Wspaniałego, który mieszka naprzeciwko Calebowego bloku. Biegnąc z szybkością
sprawnej emerytki Caleb trafia na miejsce. Po 15 minutowym waleniu w drzwi Pana
Waldka, z okna na parterze wychyla się staruszka:
-"Co pan tutaj robi?' - Pyta się oburzona starsza pani
-"Wale!" - kulturalnie odpowiada Caleb
-"To widzę, ale dlaczego?" - dopytuje się dalej ta stara krowa
-"Głodny jestem!" - W tym momencie Caleb wyciąga atrapę M16, staruszka bez słowa
zamyka okno i wczołguje się pod tapczan ze strachu. Caleb moshe kontynuować
swoje walenie. Po kolejnych 15 minutach drzwi się nagle otwierają a Caleb wpada
do środka z przekleństwami na ustach. Z uśmiechem na ustach Caleb otwiera
lodówkę i wyciąga z niej 2kilo salcesonu. Kładzie je na stół i siada. Ślina
cieknie mu z ust, rumieńce robią się coraz większe, a uśmiech ze skromniutkiego
przeradza się w uśmiech od ucha do ucha. Caleb siada na krześle i nie tykając
mięsa wpatruje się w nie, tak jakby chciał je zjeść oczyma. Nagle do kuchni
wpada pies i jednym kęsem bierze mięsa w swoja gębę. Ucieka. Zdesperowany Caleb
rusza z miejsca za psem. Potyka się o kupę pism starszej pani, z przewaga kupy.
Wyskakują z mieszkania i biegnąc trafiają na główną ulice wrocławską. Caleb mija
samochody z wielkim refleksem - przecież walka toczy się o jedzenie! Wreszcie
dogania psa i zabiera mu z pysku mięso.
W podartych spodniach ląduje na wrocławskim rynku. Ludzie
śpieszący się do pracy bardzo dziwnie mu się przypatrują. I nie ma, co się
dziwić - niecodzienny to widok - redaktor naczelny leżący na środku bruku wcina
aż mu się uszy trzęsą, nadgryzioną przez psa kiełbachę. Caleb właśnie dokończa
kiełbasę, i wstaje z ulicy, otrzepuje się (a może wyciera tłuste ręce po
kiełbasie?), gdy zaczepia go ładnie ubrany starszy człowiek i pyta się:
- Gruby?
- Jaki gruby?!?
- No ten z wojska, nie pamiętasz mnie? To ja Szary!
- Nie, nie pamiętam niech się pan odczepi!
- Jak to mnie nie pamiętasz?
- Nie i już!
-?
- No mówię chyba wyraźnie NIE WIEM KIM PAN JEST! Calebowi przypominają się czasy
woja, kiedy to fala szła za falą, czyszczenie kibli szczoteczką do zębów i
strzelanie z kałacha. Nagle przypomina sobie i Szarego - nigdy nie oddał mu za
te wszystkie nieprzespane noce... Nagle starszy ładnie ubrany pan, dostaje z
lewego prostego w twarz i z okrzykiem pada na bruk. Lecz pobliski patrol
policjantów zajadających pączki na wrocławskim rynku zauważa to. Caleb też
zauważa to, że oni zauważyli tamto i bez namysłu zaczyna uciekać. Gliny
wyrzucają pączki za siebie trafiając nimi w jakąś kobietę z dzieckiem, i biegną
dalej. Caleb ucieka szybkim truchtem w kierunku pobliskich kamieniczek. Jeden z
policjantów wyciąga broń i strzela ostrzegawczo w górę krzycząc, aby się
zatrzymał, lecz Caleb to olewa i dalej biegnie. Po sekundzie od strzału słychać
krzyk i na ziemię przed policjantami spada z dachu kominiarz. Policjanci łapią
się za guziki i tym sposobem Calebowi udaję się zbiec z miejsca przestępstwa.
Ale Caleb czuje, że nadal jest głodny i że to jeszcze nie koniec jego trudnej i
ciężkiej misji. Obok niego przechodzi siedmioletnie dziecko z lizakiem w ręku.
Caleb bez namysłu zabiera dziecku lizaka. Dziecko wpada w histerię i rozpacz.
Lecz Caleb już tego nie zauważa, najważniejsze jest teraz to aby go szybko
skonsumować. Jednym liźnięciem kończy lizaka.
Postanawia przejść się do stołówki, która jeszcze została z czasów
komuny. Ach, to były czasy - wspomina sobie Caleb. Każdy jadł ile chciał, a co
najważniejsze zawsze. Wzruszając się wchodzi do stołówki i prosi kucharkę o
porcję zupy. Ba! Nawet dwie! Kucharka podnosi garnek z zupą i wskazuje na dno.
Znajdują się tam same resztki i łeb szczura. Zdesperowany do reszty Caleb zgadza
się, aby to zjeść. Siada przy stole i z angielskim wyrafinowaniem zabiera się za
talerz zupki... Obok niego przechodzi żebrak z Marszałkowskiej, lafirynda z 3
przecznicy i o dziwo siostra zakonna. Wszyscy na niego patrzą z obrzydzeniem i
nie wiadomo, z jakich przyczyn po wyjściu ze stołówki biegną w krzaki, a z ich
gardeł wypływają zielone płyny, przez młodzież zwane "rzygami". Nasz bohater nie
zwraca na to uwagi. Serdecznie dziękuje pani kucharce za ten przepyszny obiadek
burknięciem "Dzienks!". Wychodzi ze stołówki i nadal czuje głód. Postanawia
zlokalizować najbliższy bar szybkiej obsługi i z finką (pozostałość po zuch...
eee harcerzach) napaść na niego. Caleb uważnie rozgląda się po ulicy i zauważa
MaConaldsa. Głód staje się nie do zniesienia, wie że musi to zrobić, nie ma
innego wyjścia. Zaciska dłoń na fince w kieszeni, na jego twarzy pojawia się
miły uśmieszek niegroźnego psychopaty i Caleb kieruje się w stronę restauracji
serwującej hamburgery. Wpada do środka i krzyczy :
-To jest napad!!! Wszyscy na ziemie!!! - Poczym podchodzi do kasy i mówi:
- ...
CDNWNNGC*
Tym tekstem nie chcieliśmy urazić nikogo, a w szczególności Caleba, mamy
nadzieję że potrafi się śmiać z siebie jak my z niego ^_^.
*Ciąg Dalszy Nastąpi W Następntm Numerze GaCka
|