|
spis treści | poprzednia strona | następna strona |
|
Okej, jest wpół do osiemnastej, piąty listopada, właśnie wróciłem z kina z filmu Matrix: Rewolucje... Kurka, trzeba by reckę napisać, w końcu obiecałem. Troszkę rozkojarzony jestem, więc pomoże mi w tym agentSMITH, którego kontrolnie wpuściłem do domu :) Mister Anderson, welcome back. [No właśnie - masz teraz nową porcję tekstów do nauczenia się na pamięć, ale o tym później :) - M. Saint] Szajs. Kicz. Pieprzona telenowela. Naciągana fabuła. Sama li tylko bijatyka. Te słowa NIE będą użyte do opisu tego filmu :) No, bo już szykowałem podręczną garotę... Akcja Matrixa: Reaktywacji zakończyła się w momencie, gdy Neo zatrzymał strażników i sam zapadł w śpiączkę. Początek filmu mogę zdradzić - Serafin, Morfeusz i Trinity starają się go uwolnić z przejścia między matrixem a światem maszyn, a klucz do tego ma Merowing... ale to trwa dość krótko i nie będziemy się nad tym długo rozwodzić :) A co będzie dalej - niestety zdradzić nie mogę :) Co nie znaczy, że poniższa recenzja będzie wolna od spoilerów; zresztą w chwili, gdy to czytacie, i tak pewnie już dawno film widzieliście...
Co należy powiedzieć: film stopniowo buduje napięcie, by gdzieś tak od 1/3 ruszyć pełną parą. Będzie potem tylko kilka chwil oddechu, i tak aż do końca. Wszystko ejst wypośrodkowane; w Reaktywacji był wyraźny podział: dialog, i w czasie, gdy rozkoszujesz się akcją, możesz też spokojnie przetrawić, co się stało, bo dialogi wymagały myślenia. Tutaj wszystko jest powiedziane wprost; śledzisz fabułę i akcję równolegle. Trudno się nie zgodzić. Właściwie taka "wielka walka" jest w filmie tylko jedna, ale za to jaka... Uhhh... od razu skojarzenie z końcówką Final Fantasy 7 - gdy już została ostatnia przeszkoda, a wszystko potoczy się swoim torem, a my tylko już będziemy oczekiwać rezultatów... ta muzyka... to wspięcie się tych samych przeciwników na nowe wyżyny swoich możliwości, przejście na najwyższą płaszczyznę swojej rywalizacji (dosłownie i w przenośni :) gdy czasem gubi się z oczu cele, a na moment widzi się swego wroga... No, w sumie fajnie było. Ale jest i wiele innych fantastycznych momentów - zwłaszcza walki z Bane'm. Tak, to był po prostu świetny fragment... Ano tak. Ale, ale... Sprawdził się slogan, że pierwsza część jest o narodzinach, druga o życiu, a trzecia o śmierci. Zresztą, obejrzyjcie sobie wszystkie części pod rząd, a zrozumiecie, o co chodzi :) Imputujesz, że ktoś z tych baranów obok nas... "zrozumie"? Nie obrażaj się drogi czytelniku, agentSMITH mówi o publice w kinie :) Jak to ktoś dobrze określił, jedni chodzą do kina, a inni, żeby obejrzeć film :) Dla tych obok mnie to prędzej Bolek i Lolek by się nadał :) Jak czytam AMaga czy opowiadania, które do mnie przychodzą, to jestem dumny z poziomu naszej młodzieży. Kiedy wyszedłem z kina - było wręcz przeciwnie. Jakbym nie krzyknął zaraz na początku skurwysynowi za mną, żeby się zamknął, to też by podskakiwał... Ostatni raz idziemy na premierę. [Tak więc sorry dla Powrotu Króla, ale w Nowy Rok z bandą pijanych gnojków nie będę w kinie się denerwował :) - M. Saint]
Tak, wszystko się skończyło, aż szkoda, że nie chcesz zdradzić jak, skoro każdy to będzie wiedział... [Po prostu - jakbym chciał omówić wszystkie wnioski i przemyślenia związane z końcem filmu, to powstałaby baaardzo długa recenzja :) - M. Saint] [Ależ zapraszam, nie krępuj się! :) - dop. G.] To o czym tu pisać - efekty specjalne? Kto nie widział chmary lecących mątw, ten niewiele widział :) Plus rewelacyjne oddanie ruchów robotów, a walka końcowa ze Smithem w powietrzu to klasa sama w sobie... coś, czego jeszcze nie widziałem i już chyba nigdy tak nowatorskiej i genialnie zrealizowanej sceny nie zobaczę... Kto wie... Co by tu jeszcze... no ja jestem zachwycony. Wszystkie zarzuty, jakie przeczytałem pod adresem Reaktywacji tu się nie sprawdzają. Dosyć! Zdanie innych jeśli chodzi o twój czy mój prywatny gust się nie liczy. Więc jeszcze raz - zakończenie jest najmocniejszym punktem filmu. Oglądasz dalej żując nerwowo paznokcie, bo nie wiesz, co będzie dalej - tak po prostu. Owszem, co do końcowych scen można polemizować długo, ale jedno motto przyświeca nam na koniec - nadzieja. Tak. Niby takie proste przesłanie, a w niewielu dziełach udało się je oddać. Ja właściwie przypominam sobie tylko "Skazani na Shawshank"; film, który dawał NADZIEJĘ.
I tym optymistycznym akcentem zakończmy tę pseudorecenzję... aha, jeszcze werdykt końcowy. Przeciwników Matrixa, a namnożyło się ich nam co niemiara, film nie przekona i nie zrobi tego nic we wszechświecie. Dla miłośników - przynajmniej dla mnie :) - jest to pełen zachwyt i genialne, choć niespodziewane i średnio wesołe zakończenie przygody, która wielu ludziom - przynajmniej mnie :) - otworzyła kilka klapek :)
Nie klepek przypadkiem? Ale fakt - dzieło wspaniałe, nieco melancholijne, ale przy tym mądre i odmienne od poprzednich części... wielka zaleta, moim zdaniem. Dobrze się stało, że bonzowie w USA dali te kilkaset milionów dolarów na urzeczywistnienie śmiałej wizji kilku ludzi... Oby zdarzyło się jeszcze kiedyś takie objawienie w przyszłości. Amen :) W ogóle odwołań do religii będzie sporo, ale to dość niebezpieczny temat, więc w tym momencie zakończmy już tę dość nudnawą reckę i... wystawmy ocenę :) Jak dla mnie - 11/10. 11!? Ja dałbym tylko sześć plus :) W skali od jeden do sześć, oczywiście :) Mariusz Saint & agentSMITH |
|
|