|
spis treści | poprzednia strona | następna strona |
|
Zabójstwo prezydenta USA Johna Fitzgeralda Kennedy'ego jest z pewnością jednym z najbardziej zagadkowych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych. Kennedy zginął w Dallas 22 listopada 1963 roku zastrzelony przez nieznanego sprawcę. W jakiś czas po zamachu zatrzymano podejrzanego, Lee Harveya Oswalda, który dwa dni później sam został zastrzelony w drodze na rozprawę przez Jacka Ruby'ego, właściciela nocnego klubu o podejrzanej reputacji. Całą sprawą zajęła się powołana do tego Komisja Warrena, która po krótkim śledztwie ustaliła, że zabójcą prezydenta był właśnie Oswald. Jednak trzy lata po zamknięciu sprawy nowoorleański prokurator Jim Garrison postanowił przeprowadzić własne śledztwo. Dzięki temu nie tylko udało się ujawnić powiązania Kennedy'ego z mafią, ale przede wszystkim powiązania mafii, agend rządowych i ultraprawicowych polityków z Teksasu (ultraprawicowi politycy, zdaniem Amerykanów, mieszkają tylko w Teksasie). Garrisonowi udało się udowodnić, że prezydent zginął w spisku, ale sprawcy do dzisiejszego dnia (07.10.2003) nie zostali wykryci. W 1991 roku tę historię zekranizował czołowy kontestator amerykańskiego kina, Oliver Stone. Za kanwę scenariusza posłużyła mu książka Garrisona o przeprowadzonym śledztwie. Nie czytałem jej, więc nie mogę ocenić, czy napisany przez Stone'a scenariusz jest zgodny z jej treścią, ale jeśli tak, to sprawdza się powiedzenie, że najciekawsze scenariusze pisze samo życie. Moim zdaniem "JFK" jest najciekawszym i najgłębszym filmem Stone'a. W każdym jego filmie znajduje się jakiś wątek osobisty. W "Plutonie" postać grana przez Charliego Sheena jest wzorowana właśnie na reżyserze, natomiast w "Wall Street" w postaci granej przez Michaela Douglasa ukazał on przejaskrawiony portret własnego ojca, maklera giełdowego. Wątek osobisty pojawia się również w "JFK" - wszystkie rozmowy przeprowadzane przez pozytywnych bohaterów są przedstawione tak, że nie mamy wątpliwości, na jaką partię głosuje Stone w wyborach. Poza tym reżyser jako ochotnik wziął udział w wojnie wietnamskiej, skąd wrócił rozgoryczony porażką i odtrąceniem przez rząd (kłania się "Urodzony 4 lipca"). Tymczasem w filmie pojawia się tajemniczy X grany przez Donalda Sutherlanda ("Orzeł wylądował"), który podczas spotkania z Garrisonem uświadamia mu, że największym i najbardziej dochodowym interesem Ameryki jest wojna, a Kennedy został zabity dlatego, bo sprzeciwiał się wojnie w Wietnamie, co było nie na rękę koncernom zbrojeniowym, które są w filmie wymienione z nazwy. Film jest jednak wielowarstwowy i oprócz pochwały polityki demokratów i teorii spiskowych na temat własnego losu mamy jeszcze wzorzec kina polityczno-spiskowego, sprzeciw wobec wojny, ostrzeżenie przed kłamliwością mediów, a nawet instruktaż dla przyszłych reżyserów, którzy wciąż nie skapowali, za co do cholery są te Oscary za montaż i zdjęcia (nagrody, jakie film dostał). Co do aktorów, to obsada jest imponująca, jak zawsze u Stone'a. Tacy aktorzy, jak Walter Matthau ("Fortune Cookie"), Jack Lemmon ("Garsoniera"), John Candy ("Blues Brothers"), Sissy Spacek ("Carrie"), Jay O. Sanders ("Chwała") czy nawet Kevin Bacon ("Uśpieni"), wprawdzie grają drugoplanowa role, ale ze swoich zadań wywiązują się wzorowo - zwłaszcza Bacon jako męska dziwka i Sanders jako najbliższy współpracownik Garrisona. Natomiast Jima Garrisona gra Kevin Costner. Costner kopiuje tutaj swoje role z "Nietykalnych" i "Bez wyjścia". Kopiowanie samego siebie jest częstym grzechem wielu aktorów, ale Costner kopiuje role udane i robi to w taki sposób, że widz udziela mu rozgrzeszenia. Wymieniając aktorów drugoplanowych pominąłem trzy osoby, ponieważ ze swoich obowiązków wywiązały się lepiej niż wzorowo. Joe Pesci gra Davida Ferriego, jednego z częstych klientów O'Keefe'a, meskiej dziwki granej przez Bacona. Jest to naprawdę wspaniała, tragikomiczna rola. Pesci zna swoje warunki fizyczne i potrafi je odpowiednio wykorzystać. Dwie sceny spotkania z Garrisonem doprowadzają prawie do łez - pierwsza ze śmiechu, druga ze wzruszenia, kiedy załamany Ferrie wspomina jak chciał zostać księdzem, ale nie mógł z powodu swojego homoseksualizmu (teraz miałby z pewnoscią większe szanse). Pesci gra to tak przekonywująco, że widzom, nawet tym twardszym, robi się w końcu żal tego małego znękanego pedałka w olbrzymiej rudej peruce. Natomiast etetowy odtwórca ról kanalii, psychopatów i różnych mend ludzkich Gary Oldman gra Lee Harvey'a Oswalda. Możnaby powiedzieć, że skoro gra zabójcę prezydenta, to jest to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Oswald w wykonaniu Oldmana nie jest jednak szaleńcem, który dla umilenia sobie czasu zabija prezydentów. Jest zwykłym facetem o niezwykłej przeszłości, który wbrew swej woli został zamieszany w przerastające go wydarzenia. Oswald pojawia się tylko w retrospekcjach, ale Oldman gra tak, że zasługuje na nominację do Oscara, której nie dostał. Nominację do Oscara dostał natomiast Tommy Lee Jones za rolę biznesmena Clay'a Shawa alias Bertranda, głównego podejrzanego o zorganizowanie spisku na życie Kennedy'ego. Stone często mawia, że kręcąc swoje filmy często inspiruje się filmami Hitchcocka, zwłaszcza jego zamiłowaniem do intryg politycznych i fascynacji wyższymi sferami. Intryga polityczna w filmie jest, a co do wyższych sfer, to u Hitchcocka czarnym charakterem bardzo często był ktoś bogaty, z establishmentu, na przykład Philip Vandam z "Północ- północny zachód" albo profesor z "39 kroków". Takim iście hitchcockowskim czarnym charakterem jest właśnie Shaw. W wykonaniu Jonesa jest to uprzejmy człowiek o dobrotliwym wyglądzie, gładki w obejściu, w rzeczywistości będący jednak obleśnym homoseksualistą urządzającym sobie narkotykowe orgie u siebie w domu. Jones zagrał go perfekcyjnie. Perfekcyjnie ze swojego zadania wywiązał się też Stone. Film nasycony jest atmosferą spiskową bardziej niż dokument o księdzu Rydzyku. Częste retrospekcje i towarzysząca im mrożąca krew w żyłach myzuka Johna Williamsa (pewnie też był nominowany, musiał być, bo te pięćdziesiąt nominacji z Księżyca się nie wzięło) ożywiają nieco statyczny i przegadany film, a scena w sądzie, kiedy Garrison rekonstruuje prawdziwe wydarzenia w Dallas, to prawdziwy majstersztyk i należy do moich ulubionych. Ogólnie film warty jest obejrzenia, a mnie, bardzo umiarkowanego prawicowca, nawet nie razi nasycenie filmu lewicową ideologią (właściwie to amerykańska lewica bardzo przypomina europejską prawicę). Stone'owi udało się zrobić naprawdę ciekawy film i zachęcam do jego obejrzenia. tytuł: JFK reżyseria: Oliver Stone obsada: Kevin Costner, Tommy Lee Jones Joe Pesci, Sissy Spacek Ocena: 5,5/6 Delambre |
|
|