spis treści | poprzednia strona | następna strona


|Bulwar Zachodzącego Słońca|

Tytułowy bulwar znajduje się w Hollywood. Mieszczą się na nim rezydencje wielkich gwiazd kina. W 1950 jeden z największych amerykańskich reżyserów Billy Wilder postanowił zajrzeć do jednego z domów na Bulwarze. I stwierdził, że życie hollywoodzkich gwiazd wcale nie jest różowe, jak to opisują brukowce (fachowo zwane prasą bulwarową).

Ale po kolei. Głównym bohaterem filmu jest Joe Gillis, ubogi scenarzysta, ledwo wiążący koniec z końcem. Ma wiele długów, zwleka z zapłatą, a podejrzani wierzyciele depczą mu po piętach. Szansą dla Joego może być scenariusz filmu o baseballu, jego ostatnie wypociny, jednak żadna wytwórnia nie chce go zekranizować. Pewnego dnia wierzyciele już nie wytrzymują i postanawiają dobitnie wyjaśnić głównemu bohaterowi, jak bardzo zależy im na zwrocie pieniędzy. Joe jednak ucieka przed nimi i trafia do domu Normy Desmond, byłej gwiazdy kina niemego. Norma mieszka w ponurej rezydencji tylko ze służącym Maxem, który był jej mężem i reżyserem jej filmów. Norma nadal jest przekonana o swojej wielkości. Cały czas stara się napisać scenariusz do filmu, który będzie jej biletem powrotnym do sławy. Zgadza się udzielić schronienia Joemu, ale pod warunkiem, że ten pomoże jej napisać scenariusz.

Film jest mocnym argumentem na to, że stare czarno-białe filmy nie powinny być kolorowane. Czarnobiałe zdjęcia tworzą tutaj złowieszczy klimat, przy czym najlepsze jest jedno z pierwszych ujęć pokazujące trupa pływającego w basenie. Taki nastrój pojawia się w prawie wszystkich filmach Wildera, w niewielkich ilościach nawet w komediach (wystarczy przypomnieć sobie wejścia George'a Rafta w "Pół żartem, pół serio"). Czujemy, że życie gwiazdy o przebrzmiałej sławie jest w Hollywood prawdziwą udręką. Norma jest obłąkaną kobietą, która uroiła sobie, że świat nadal ją uwielbia. Jej służący, Max, stara się utrzymać ją w świecie iluzji pisząc do niej listy, w których podaje się za jej wielbicieli. Rezydencja Normy przypomina gigantyczny grobowiec. W kontekście filmu nawet nazwa ulicy - Bulwar Zachodzącego Słońca - wydaje się symboliczna. W filmie widać, że Hollywood, "fabryka snów", jest w rzeczywistości bezduszną machiną wysysajacą ze swoich ulubieńców wszystkie siły witalne, a kiedy kapryśnej publiczności znudzi się jakaś gwiazda, fabryka wyrzuca ją na śmietnik zastępując ją kimś nowym, młodszym, niekoniecznie badziej uzdolnionym. Najbardziej pokazuje to scena spotkania Normy z reżyserem DeMillem, który ciągle do niej wydzwaniał z wytwórni, gdzie kręci swój film. Kiedy Norma przyjedża na miejsce z nadzieją, że otrzyma rolę w filmie, okazuje się, że reżyser chciał tylko pożyczyć od niej samochód, który kilkanaście lat temu zostawiła na parkingu w wytwórni.

Podejrzewam, że w Hollywood pomysł nakręcenia tego filmu nie bardzo się podobał, nawet mimo tego,że za kamerą stanął taki spec od masowej rozrywki, jak Billy Wilder. W filmie nie ma wielkich gwiazd. Joego gra jeden z ulubionych aktorów Wildera, William Holden (Oscar za film Wildera "Stalag 17"). Normę zagrała autentyczna gwiazda kina niemego, Gloria Swanson, reżysera-służącego Maxa von Mayerlinga zagrał reżyser Erich von Stroheim, samych siebie grają reżyser Cecil B. DeMille i kolejny gwiazdor kina niemego, Buster Keaton.

Film jest naprawdę ciekawy, a funkcjonowanie fabryki snów przedstawia realistycznie i w sposób nieprzesłodzony, co na przykład zdarzyło się w innym filmie o tej tematyce z lat pięćdziesiątych, "Zły i piękny" Vincente Minellego. Nie jest to dzieło na niedzielne popołudnie, jest przygnębiające i smutne. Polecam jednak ten film, bo oglądanie go daje zwyczajną satysfakcję.

tytuł: Bulwar Zachodzącego Słońca
re?yseria: Billy Wilder
obsada: William Holden, Gloria Swanson


Ocena: 5/6

Delambre


|strona 6|