| |
Philip Athans - "Wrota Baldura"
Zastanawiałem się jakiś czas temu, czy da się zrecenzować coś
jednym zdaniem. Redaktorzy z CDA (a konkretnie Hut Sędzimir) rozwiali moje
wątpliwości. Potem przyszedł czas na rozważania nieco bardziej skomplikowane. Czy
to coś da zrecenzować się jednym słowem. Na początku myślałem, że nie, gdyż
książka (lub film/ płyta/ gra komputerowa), jako dzieło dość złożone, wymaga do
opisu co najmniej kilku zdań. Okazuje się, iż nie do końca tak jest. W przypadku
niektórych pozycji, czy to wybitnych, czy też nie, jedno słowo w zupełności
wystarcza. I w tym przypadku mamy do czynienia z właśnie taką sytuacją. Ale o tym
słowie później, teraz przejdźmy zaś do właściwej recki.
Opisywana przeze mnie książka wyszła spod pióra Philipa Athansa (niech ja go tylko
dorwę...) i jest bezpośrednio oparta na grze komputerowej stworzonej przez duet
BioWare/Black Isle o tym samym tytule (dla nieobeznanych - chodzi o tytana cRPG,
czyli "Baldur's Gate", grę, która zmieniła oblicze tego właśnie gatunku na wieki),
co oznacza, iż traktuje o wydarzeniach, na których opierała się fabuła gry (choć
nie do końca, ale o tym za chwilę). Kupując ją oczekiwałem przeżycia równie
głębokiego, jak po przejściu gry. Niestety - myliłem się, i to grubo.
imo tego, iż książka jest napisana dość łatwym stylem i czyta się ją niezwykle
lekko (ja, na ten przykład, przeczytałem ją w dwie i pół godzinki, da się
zauważyć, iż jej autor ma w pisaniu powieści fantasy dość spore doświadczenie),
poza tym nie ma w niej dłużyzn, czy momentów ewidentnie nudnych, to czytanie jej
nie jest wcale tak wielką przyjemnością, jak mogłoby się wydawać. Dzieje się tak
dlatego, ponieważ autor zrobił coś, czego nie wybaczę mu do końca życia. Ze
wspaniałej, wielowątkowej fabuły, zrobił prostą jak konstrukcja cepa siekaninę.
Krew przelewa się przez stronice niczym w tandetnym horrorze klasy B z lat
siedemdziesiątych, a jedynym szerzej opisanym uczuciem głównego bohatera jest chęć
mordu (ja rozumiem, że syn boga mordu itp., ale bez przesady, bo to, co się tu
dzieje to już szczyt). Tu mała dygresja. Przemoc i krew potrafią być ciekawym
narzędziem w rękach zdolnego twórcy, ba, nawet same w sobie potrafią być ciekawy,
ale tylko wtedy, gdy odpowiednio się je zastosuje. Jako przykład niech przyświeca
wam Quentin Tarantino (chwała mu na wieki wieków) i jego filmy. W książce tej
niestety tak nie jest. Ta bezładna krwawa rzeź nie ma żadnego wyrazu, nie niesie
ze sobą żadnego przesłania, i o ile na początku to potrafi być zabawne, to potem
tylko irytuje.
Drugą wadą, za którą mam ochotę zlinczować autora książki, jest ogromne
przeinaczenie fabuły. Jeżeli ktoś zna linię fabularną gry na pamięć (a ja się do
takich osób zaliczam), to przy czytaniu książki oczy mu wyjdą na wierzch. Nie
wiem, jaki był zamiar autora, ale historia opowiedziana w książce naprawdę różni
się od tej z gierki, co w pewnych momentach może doprowadzić do szału. Chcecie
przykładów? A proszę ja was bardzo. Na pierwszy ogień pójdzie Xan, który w książce
jest wojownikiem, i siecze mieczem niczym Geralt na haju. Chcecie więcej? Ależ
proszę - pamiętacie może tego jąkałę Khalida? Teraz już wiemy, co się z nim stało.
Zabił go główny bohater, na dodatek po tym, jak delikwent (Khalid znaczy się)
zmienił się w zieloną, galaretowatą masę. Jeszcze wam mało? No cóż, ja mam jeszcze
parę asów w rękawie. Pamiętacie może takiego pana, co to zwał się Angelo? Jasne,
że pamiętacie, boście go w finale gry zasiekli, gdyż był jednym z przyjaciół
Sarevoka. A wiecie, co dzieje się w książce? Nie? Już wam mówię. Po tym, jak
dowiaduje się, iż Sarevok jest zdrajcą, staje po stronie Abdela (czyli głównego
bohatera gry, swoją drogą - idiotyczne imię). Ach byłbym zapomniał. Wspomniany
wcześniej Abdel jest najemnikiem, który już wielokrotnie wyruszał poza Candlekeep
(a to ciekawe, nie wiedziałem). To tylko niektóre ze zmian wprowadzonych przez
pisarza (zabiję, jak babcię kocham zabiję...), a jest ich tak wiele, iż dalsze
wymienianie nie ma sensu.
Na szczęście fabuła jest dość spójna i logiczna (dla kogoś, kto nie grał w grę
oczywiście, bo wtedy nie dostrzega zmian i zniekształceń), i książkę da się w
miarę spokojnie czytać (ale tylko wtedy, gdy nie znamy fabuły gry, bo jeżeli ją
znamy, do możemy dostać nagłego ataku padaczki mniej więcej dwa razy na stronę).
No chyba, że tak jak ja nie lubicie udziwnionych siekanin, a bezsensowne i
nieuzasadnione masakry sprawiają, iż odczuwacie litość w stosunku do autora. Bo
jeżeli tak, to to &Quot;cuś" nie będzie dla was niczym więcej, niż tylko
sfabularyzowanym zlepkiem zdań, który może, co najwyżej być podrzędnym
przerywnikiem między dwoma naprawdę dobrymi pozycjami. Tak właśnie było w moim
przypadku.
Ach, byłbym zapomniał! Wspominałem wszakże o recenzji przy pomocy jednego,
owianego mgłami tajemnicy słowa. A więc - sponsorem dzisiejszego programu jest
słówko "profanacja". I to na dodatek ta z gatunku tych bezczelnych.
Marbec
|
|