"Wodny świat" w opinii skromnej mej...
Tak się składa, że nasza TVP po raz kolejny uraczyła nas filmem Kevina Reynoldsa pt. "Wodny świat". Film ten był już emitowany wielokrotnie, ale wcześniej nie miałem okazji (a raczej chęci:)) by bliżej się z nim zapoznać. Jak jednak wiadomo, kiedyś ten pierwszy raz musi nastąpić:) U mnie miało to miejsce dosłownie przed chwilką. Pewnie jeszcze napisy bym uświadczył w telewizorni mej, gdybym pognał czarne pudło włączyć.
Przyznam bez bicia, że wcześniej nie ciągnęło mnie do tego filmu, zwłaszcza ze względu na miażdżącą krytykę, jaka ten filmik spotkała. "100 milionów wywalone w błoto" (chyba w ocean?:)) itp. I co??? Ano (jak się zwała płyta pewnego zespołu:)) nic. Film obejrzałem i muszę przyznać, że nieco naiwny, ale mnie się podobał. Wiem, wiem, większość z was uważa mnie za dziwoląga, któremu podobają się największe "szity", a z kolei prawdziwą sztukę przez duże "S" skrytykuje doszczętnie.
Sama fabuła filmu jest baśniowa - świat po wielkim potopie. Wszyscy szukają lądu. Mała dziewczynka ma na plecach mapę, trzeba ją jednak rozkodować. Jak jednak donosi Encyklopedia Britanica Enigmę rozszyfrowali przecież Brytole (co jest prawdą taką samą jak to, że ja jestem Napoleonem), a że w filmie też mówiono po angielsku, problemu z mapą większego nie było. Praktycznie cała akcja filmu to właśnie poszukiwania wymarzonego lądu. Jak wiadomo, amerykańskie filmy prawie zawsze kończą się "happy endem" i tym razem również było podobnie.
Możecie być zdziwieni - skoro tak mi się podobał, czemu go jeszcze nie chwalę? Macie rację - sam film oglądany w zaciszu skaczącego co chwilkę telewizora może na kolana nie powalał, ale serce me kamienne skruszyła jedna scena - moment, gdy Kevin Costner jako człowiek-ryba pokazuje swej towarzyszce podróży zatopiony ląd. Zatopione miasto. Wiem, że wszystko to zasługa zdalnego montażu komputerowego, ale jestem i pewnie będę jeszcze przez jakiś czas pod urokiem tej sceny. W tym momencie nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że oglądając tę właśnie scenę podwodnej wędrówki nasunęły mi się natychmiast skojarzenia z "Wielkim błękitem" Bessona. Ta scena, jedna i dość krótka sprawiła, że zacząłem spoglądać na film przychylniejszym okiem.
Bajka czy nie bajka, film mi się spodobał. Nie błyszczał może w jakiś szczególny sposób fabułą, samymi dialogami, a mimo to miał w sobie "to coś". Żałuję, że nie miałem przyjemności obejrzeć go w kinie, podejrzewam jednak, że wtedy nie mógłbym nic z wrażenia powiedzieć przez tydzień:) Podsumowując - może i tandeta, ale mi się podobała. Zresztą gdzie jest napisane, że każdy film musi być arcydziełem na miarę Almodovara czy innego Bareji? Czas przedtelewizorem spędziłem mile i tylko to się liczy.
Grzesiek "Zlotto" Kubacki
zlotto@interia.pl
www.nolwenn.prv.pl