Kabaretowa Liga Dwójki: "Dla mnie bomba!" (4)
Zasady tego programu powinny być Wam znane z poprzedniej relacji, dlatego tu skupię się tylko na poszczególnych kabaretach. No dobra, dla formalności dodam, że prowadzący to Piotr Bałtroczyk, a zaproszeni goście to Stanisław Szelc, Andrzej Poniedzielski i Krzysztof Jasiński. Jurorami są natomiast widzowie zasiadający na sali.
Pierwszy kabaret to Afera, czyli zawsze dobrze ubrani faceci. Na początek przedstawili stary skecz o sprzedawcy używanych samochodów i jego kliencie. Nie było już tak zabawnie jak wtedy, gdy go widziałem pierwszy raz, ale cwaniak Rafał Piechota nie był zły, w przeciwieństwie do Przemysława Kaczorowskiego, który jako zagubiony i wystraszuny ;-) nie był wcale śmieszny. Drugi skecz był już lepszy. Traktował o programie 997. Jak nie trudno się domyślić, była to parodia. Przedstawiona historia to rekonstrukcja zdarzeń w napadzie zboczeńca na babcię w parku. Zachowano klimat tego typu programów ("O kurna"), ale dodano też trochę od siebie – nieoczekiwanie zamieniono rolę bandyty i poszkodowanego. I znów byłoby śmieszniej, gdyby nie drętwy prowadzący, ale cóż na to można poradzić. Na gościach wielkiego wrażenia to nie zrobiło, dlatego nie powiedzieli zbyt dużo.
- Dla dobra śledztwa występujące osoby zostaną animowane.
Na scenie pojawiło się bez słowa czterech mężczyzn z instrumentami w dłoniach. To Grupa Mo Carta, która po raz kolejny nie sprawiła mi zawodu. Z początku było tak sobie, ale już po chwili pokazali klasę! Tym razem nawiązali do Trzech (a właściwie czterech :-)) Muszkieterów, jazdy konnej, walki na szpady (czytaj: smyczki), tańca (wspaniały Michał Sikorski) i wielu innych rzeczy. Oni są po prostu świetni i nawet potrafią zrobić szpagat wraz z narzędziami pracy :-). Bardzo rozbawiła mnie końcowa scena, gdy dwóch muzyków siedziało na krzesełkach, a dwóch uklękło za nimi i wszyscy zaczęli machać rękami w niesamowicie zgrany i zabawny sposób (ułożenie rąk przypominało starożytnych Egipcjan na rysunkach – hieroglifach ;-)). Trójka panów jurorów była zachwycona tym występem, który jest tak uniwersalny dla wszystkich krajów.
Nie bardzo można tu przekazać to, co tak śmieszyło, dlatego napiszę wypowiedź Bałtroczyka: "Widzicie do czego są zdolni filharmoniści, gdy się nudzą.".
Przed kabaretem Ciach stanęło bardzo trudne zadanie, bo zmierzenie się z poprzednią grupą to niełatwe zadanie. Lecz o dziwo nie było obCiachu, bo kabaret pokazał całkiem udane skecze. Pierwszy to historia pijaka, który napadł na kobietę, którą próbował ratować jeden intelektualista, który przejął schedę po Supermanie, któremu znudziło się ratowanie świata :-). Skecz cały czas trzymał równy, dobry poziom, a przyczyniły się do niego: dialog pijaka z publicznością, używanie przez kujona słów, których przeciętny człowiek nie rozumie, śmiech z gustu Polaków i Superman. I tylko jedna rzecz sprawiła, że chciałem przestać to oglądać - moment, gdy pijaczyna widząc nowego superbohatera powiedział: "Ty Freddie Mercury!". Oj, to było nieładne, przecież nie można wymieniać imienia lidera Queen’u na daremno! Ale jakoś dałem radę wpatrywać się dalej w ekran, bo było warto. Drugi skecz to kurs samoobrony. Pierwsza lekcja - samoobrona przed nożem (instruktor wytrąca narzędzie trzymane w jednej dłoni drugą dłonią), druga – wersja trudniejsza lekcji pierwszej (wytrącenie nogą), trzecia – samoobrona przed Samoobroną (wyżywanie się na krawacie w biało-czerwone pasy). Scenka numer trzy to facet w biurze turystycznym szukający nowego miejsca na urlop. Wybiera Gliwice, bo wszędzie indziej za granicą już był. Zamawia jak najgorsze dodatki (widok z okna na wysypisko, pobudka przez danie szmatą w mordę), bo chce nowych doznań. Zakończenie dość przewidywalne, bo agentka z biura musi wyzwać klienta od pieprzonych świrów, by ten dopiero wyszedł zadowolony. {Hej, ja to widziałam :)))) Ale wolę inne sposoby spędzania letnich wakacji ;) - Taw.} Ponieważ wszystkie skecze były bardzo śmieszne, jurorzy nie kryli uznania. Jak zwykle byli świetni podczas wypowiedzi. Najbardziej spodobało im się stwierdzenie, że portier w hotelu (tzn. przytułku) ma być taki jak w akademiku.
- I żeby na wysypisku kilku żuli zbierało śmieci. – Ale czemu? – Lubię patrzeć jak inni mają lepiej
ode mnie.
Miałem dylemat z wyborem mojego faworyta, ale jednak postawiłem na Grupę Mo Carta, mimo pozytywnego zaskoczenia, jakie wywołał u mnie kabaret Ciach. Moje przewidywania sprawdziły się, bo "muzycy" wygrali nieznacznie, a Afera dostała tylko kilka głosów. Na bis wybrano "Jezioro Łabędzie" Czajkowskiego (tu błysnął piszący ;-)). ... żeby nie było obCiachu ;).} Po tym występie wszystkie kabarety pojawiły się na scenie i tak, z leżącym skrzypkiem bez dachu, skończyło się widowisko. Odcinek prezentował wystarczająco wysoki poziom, by udowodnić, że program nie jest badziewiem.
Rafałek
xfiles1@go2.pl
PS. Ostatnie zdanie odnosiło się do tekstu backsidera z nr 17.
PS2. A teraz bardzo ważna wiadomość: otóż (ku uciesze wielu) ten tekst jest ostatnim z serii KLD:DMB. Powodem nie jest me lenistwo, lecz fakt zaniechania pokazywania powtórek tego programu przez TVP2.
PS3. Pozdrawiam wszystkich, którzy zdołali przeczytać choć jedną z tych recenzji (automatycznie zostałaś pozdrowiona Taw).
PS4. Nie to żebym Cię straszył Droga Redaktorko Naczelna, ale te historie z portierami z akademika są prawdziwe... ;-). {W końcu wiem, dlaczego nie mieszkam w akademiku ;).}
PS5. Lepiej siedzieć sobie wygodnie w domku i oglądać Roberto Carlosa i Andre Agassiego oraz słuchać Queen’u.
PS6. Kazajedow lepit, z Paszczyk stoit, Kazajedow lepit, a Paszczyk stoit, Kazajedow ulepil, a Paszczyk stoit :-).
PS7. Nie mogłem się powstrzymać, by to napisać ;-).