:: Felietony

   Sportowe
   Gwiazdy
   O Grach

 

:: Ambitne

   Ciekawostki
   Newsy
   Prasa
   Nauka

 

:: Na spokojnie

   Rywalizacja
   Wywiady
   Humor
   Zagadki
   TOP 3

 

:: Inne

   Listy
   Linki
   Czytelnicy!
   Download
   Redakcja
   Wstępniak
   Powrót do AM

 

 

Piotr Burlikowski

Mam nadzieje, że przynajmniej kilku moich czytelników czekało na kolejną część mojego felietonu. Dzisiaj jeszcze nie poruszę tematu pomocników, lecz opiszę świetnego polskiego zawodnika Piotra Burlikowskiego.

Dwie bramki strzelone w sobotę przez Piotra Burlikowskiego były przedniej marki, jak to się mówi: godne filmowej kariery - pisał "Express Bydgoski" 29 marca 1993 roku. Obecnie popularny "Burlik" znalazł się u schyłku bogatej kariery. Zawodnik sam przyznaje, że nadeszła pora żegnać się z futbolem i zająć się w życiu czymś innym, choć tak do końca mu nie wierzę...

Obieżyświat, cygan, Jaś wędrowniczek - tak najczęściej wyrażają się o Burlikowskim trenerzy, działacze i kibice. Od najmłodszych lat chodzili z ojcem na mecze. Biegał z pamiętnikiem i zbierał podpisy zawodników, których znał z pierwszych stron gazet.

Karierę rozpoczął w bydgoskim Chemiku 21 lat temu. Pierwszym jego trenerem był Marceli Rościszewski. W klubie na Glinkach spędził 12 lat. Z powodu wyjazdu na testy do Motoru Lublin, wraz z Krzysztofem Straszewskim zostali usunięci z zespołu przez trenera Wiesława Gałkowskiego. Straszewski przeszedł do IV-ligowej Unii Janikowo, gdzie "zakotwiczył" na długie lat, a nasz bohater od stycznia 1991 roku, u boku Jana Górala, zaczął bronić barw bydgoskiej Polonii. Po awansie Chemika do II ligi trener Gałkowski namówił "Burlika" do powrotu na Glinki. Niewiele brakowało, żeby chemicy z rozpędu wywalczyli awans do ekstraklasy. Zajęcie piątego miejsca z perspektywy czasu należy uznać za sukces. Drużynę tworzyli między innymi Mirosław Milewski i Andrzej Michalczuk, którzy później z powodzeniem występowali w I lidze. Po zakończeniu rundy wiosennej Gałkowskiego zastąpił Piotr Mowlik, lecz nie wyszło to drużynie na dobre. Spadła ona do III ligi i wielu zawodników ją opuściło. - Pomimo wszystko Mowlikowi dużo zawdzięczam. Wierzył we mnie, a ja chciałem mu się odwdzięczyć. Bardzo też cenię trenera Gałkowskiego. Szkoda, że już nie pracuje w swoim fachu - podkreśla ten świetny piłkarz.

Początek wojaży
Po okresie gry w Chemiku, popularny "Burlik" otrzymał zatrudnienie w Olimpii Poznań. - Miałem okazję "posmakować" dużej piłki. Mogłem pokazać się u boku Grzegorza Mielcarskiego, Piotra Soczyńskiego, Mirosława Szymowiaka, Arkadiusza Bąka, czy Piotra Wojdygi. Z wieloma kolegami utrzymuję stały kontakt - opowiada.

Po dwóch sezonach awansował z Olimpią do I ligi, będąc u szczytu formy. Wystarczy przypomnieć, że po rundzie jesiennej Burlikowski był wicekrólem strzelców, mając na koncie kilka bramek mniej od Tomasza Rząsy. Pojawiła się szansa zagrania w reprezentacji Polski. "Burlik" miał otrzymać powołanie na tournee do Hongkongu, ponieważ w kadrze widział go ówczesny selekcjoner Henryk Apostel. Sprawa się rypła, kiedy zabrakło czasu na załatwienie wizy. Dziś nie może tego odżałować.

Po dobrych występach w Olimpii, Burlikowski związał z Pogonią Konstancin, zarządzaną przez Janusza Romanowskiego. Ów działacz skupiał zawodników, żeby najlepiej z zyskiem odsprzedać ich do innych klubów. Od tego momentu nasz bohater nie mógł sam decydować o swoim losie, ale też nie narzekał na brak ofert. Pierwszą propozycję otrzymał z Legii, lecz akurat warszawianie dostali się do Ligi Mistrzów i ściągnęli do siebie zawodników bardziej utytułowanych. Do skutku nie doszedł również wyjazd do Koeln.

Drużynę poznańską tymczasem przekształcono na Olimpie/Lechię. Ta fuzja nie została jednak prawnie zatwierdzona, i po krótkim pobycie w Gdańsku, Piotr trafił do I-ligowego Sokoła Tychy. Przygoda w tym klubie również nie trwała jednak długo.

Marzeniami w Portugalii
Pomimo tego, przed Burlikowskim rysowała się ciekawa przyszłość. Dzięki znajomości z Grzegorzem Mielcarskim i Józefem Młynarczykiem, bydgoski napastnik miał okazję zaprezentować swoje umiejętności w lidze portugalskiej. Zainteresowanie nim wyraził Nacional Medeira. Na przeszkodzie stanęły tym razem kwestie umów pomiędzy Romanowskim, a Bolesławem Krzyżostaniakiem, szefem Olimpii Poznań. Portugalczycy podpisali już z Burlikowskim wstępną umowę, lecz Romanowski nie wyraził na to zgody. To była najlepsza oferta, pod względem finansowym, jaką "Burlik" kiedykolwiek miał przed oczami. Taka, która trafia się raz w życiu. Niestety, musiał wracać. W drodze powrotnej odwiedził jeszcze FC Porto i mógł potrenować z pierwszym zespołem prowadzonym przez Bobby Robsona.

Następnie, nie czekając na pozwolenie ze strony "szefów", udał się do Niemiec, by walczyć w III-ligowym VfL Herzlake. Pobyt na zachodzie trwał zaledwie pół roku. Kolejna droga zaprowadziła "Burlika" do warszawskiej Polonii. W tym czasie miał też... Propozycję wyjazdu na Cypr. A po rundzie jesiennej spędzonej na Konwiktorskiej, otrzymał konkretną ofertę z Izraela. Wyjazd nie doszedł do skutku, ponieważ jego żona zaszła w ciąże. Sprawy rodzinne okazały się ważniejsze od piłki. W związku z tym Burlikowski wyraził prośbę o umożliwienie mu gry w Zawiszy. Dzień, w którym zadebiutował w tym klubie był dla niego podwójnie szczęśliwy, bo na świat przyszedł syn.

- Wtedy już nie chciałem się nigdzie ruszać. Po kilku miesiącach byłem jednak zmuszony do kolejnej podróży, gdyż zespół Zawiszy został wycofany z II ligi - wspomina zawodnik.

Kryzys we Francji
Z Bydgoszczy nasz bohater przeszedł do Pogoni Szczecin. W tym klubie koszulkę zakładał tylko przez jeden sezon. Dostał wiadomość o możliwości transferu do szwajcarskiego Young Boys Berno, ale ostatecznie wybrał przeprowadzkę... do Francji. Pewnego dnia w telefonicznej rozmowie Andrzej Szarmach zaproponował mu pracę w AFCA Aurillac.

Od tego momentu piłkarza zaczęły nękać kontuzje. Na pierwszych zajęciach Burlikowski zerwał mięsień dwugłowy, co było dla niego informacją szokującą. Działacze tymczasem postanowili... podpisać z nim kontrakt, choć przez następne dwa miesiące leczył kontuzję. - Przekonałem się jednak, co to znaczy mieć za sobą polskiego trenera - uważa "Burlik". - Kiedy wyleczyłem mięsień, od razu dostałem szansę występów i strzeliłem dużo goli. Działacze chcieli przedłużyć ze mną umowę, lecz w ostatnim spotkaniu nabawiłem się kontuzji stawu skokowego. W takich okolicznościach musiałem znowu powrócić do Polski - dodaje.

W kraju rehabilitacja trwała trzy miesiące, po czym zawodnik znalazł przystań w Zawiszy SSA. Przygoda w klubie firmowanym przez Piotra Nowaka trwała jak zwykle krótko. Na pamiętnej konferencji prasowej z udziałem szefów spółki, Burlikowski w imieniu całego zespołu przypomniał cytat, znany z oświecenia, iż milczenie jest cnotą głupich.

Potem dzięki układom z Jerzym Masztalerem, trenerem Świtu Nowy Dwór Mazowiecki, Burlikowski wyjechał do Finlandii. W Rops Rovaniemi, gdzie wcześniej występował Grzegorz Bała, również nie zagrzał długo miejsca. W tygodniu poprzedzającym początek rozgrywek, zawodnikowi przytrafił się uraz pachwiny. Oficjalnie zdążył zagrać tam tylko w dwóch spotkaniach i trzeba było pakować manatki.

Pobyt w kraju znowu trwał krótko, bo ze Stanów Zjednoczonych odezwał się znajomy głos Tomasza Szuflity. Po namyśle Burlikowski postanowił spróbować swych sił w Falcons New Jersey. Jak się potem okazało, nie był dla tego klubu zawodnikiem anonimowym. Tamtejszy menedżer Greg Bajek doskonale bowiem orientował się w polskim futbolu.

- W Stanach także nie miałem szczęścia - wzdycha Burlikowski. - W czwartek byłem na miejscu, a we wtorek spadły wieże World Trade Center. Wybuchła panika, musiałem być w telefonicznym kontakcie z rodziną, bo wszyscy obawiali się o moje życie. Nie było wyjścia, tylko wracać nad Wisłę, ale będąc jeszcze w Stanach dostałem propozycję z Arki Gdynia. Nie widziałem przeszkód, żeby z niej nie skorzystać - uważa. Kolejny etap kariery nie był oczywiście długi.

Ostatni przystanek
Kiedy nadarzyła się szansa powrotu do Bydgoszczy i trenowania w trzecioligowym klubie, Burlikowski skorzystał z oferty Polonii/Crulex. Przed sezonem sprowadzono na Sportową jedenastu nowych zawodników i biorąc to pod uwagę, drużyna powinna walczyć o II ligę. Po kilku kolejkach stało się inaczej, zespół zaczął tracić dystans do czołówki, a pierwszym ruchem działaczy było rozwiązanie umowy z... Burlikowskim. Nikt nie chciał czekać, aż piłkarz dojdzie do pełni formy. - Trochę inaczej się umawialiśmy - wyjaśnia "Burlik". - Zgodziłem się grać za same pensje, nie pobierając pieniędzy za kartę zawodniczą, zaś w grudniu mieliśmy rozmawiać o dalszej współpracy. Zarząd szybciej postanowił podziękować mi za grę. Skierowałem więc sprawę do PZPN, bo nie jestem gówniarzem. Po tym wydarzeniu Polonię wymazałem z pamięci i wolę na ten temat więcej nie rozmawiać.

Dziś zawodnikowi temu przychodzą do głowy myśli o zakończeniu kariery. Zamierza zdać maturę, pójść na studia i robić coś poza piłką. Ale o całkowitym rozbracie z futbolem nie chce na razie mówić. Być może będzie jeszcze grał na zasadach amatorskich, lecz póki co trenuje indywidualnie i dla rozrywki uczestniczy w meczach halowych.

Burlikowski miał niewątpliwie bogatą karierę, obfitującą w wiele niespodziewanych zwrotów. Czy po tylu latach jest chociaż z siebie zadowolony?

- Mogłem w piłce osiągnąć coś więcej, bo nadarzyła się możliwość gry w dobrych klubach. Na przykładzie kolegów trzeba też przyznać, że miałem sporo szczęścia - zakończył.

Wiktor Szpunar

elementy wywiadów z Piotrem Burlikowskim dla Expressu i Piłkarza