O wyważaniu otwartych drzwi
Ostatnio znów usłyszałem o 'mitologii dla Anglii'. Niewiele jest fraz-kluczy tak powszechnie przez fanów JRRT używanych, i zarazem tak kompletnie niezrozumianych:
...Chciał napisać "mitologię dla Brytyjczyków"...
...Jego największa pasja i przemożna ambicja koncentrowały się na stworzeniu całego mitologicznego systemu angielskiego ludu...
...'Tolkien, czyli "mitologia dla Anglii"'...
Sformułowanie to weszło do świadomości fanów wraz z wydaniem w 1977 biografii JRRT autorstwa Carpentera, który przypisuje Tolkienowi 'pragnienie stworzenia mitologii dla Anglii', rozpowszechnił je zaś w znanym eseju Edwin Fainburn.
No dobrze, sam Tolkien pisał coś podobnego w liście do Miltona Waldmana (z wydawnictwa Collins - obecny HarperCollins):
'Już od dawnych lat ubolewałem nad ubóstwem mego ukochanego kraju: nie posiada on własnych podań (związanych z jego glebą i językiem), nie na taką miarę której szukałem i jaką znalazłem w legendach innych krajów.(...) Chciałem stworzyć zbiór mniej lub więcej powiązanych ze sobą legend, począwszy od tych największych, kosmogonicznych, aż do poziomu romantycznej baśni (...) które mógłbym zadedykować po prostu: Anglii, mojemu krajowi.'
Jednocześnie przypomina swój, dawno zarzucony, pomysł 'otwartej licencji na Śródziemie': 'pozostawienia pola dla innych umysłów i rąk, zajmujących się malarstwem, muzyką i dramatem.'
Absurd, podsumowuje Tolkien. Wydaje się, że zamierzenie to wyrastało z tradycji spotkań Inklingów. choć oczywiście przepływ idei i pomysłów był w tym przypadku bardziej subtelny: raczej 'warsztaty literackie', publiczne odczytywanie i komentowanie fragmentów opowiadań i wierszy w gronie przyjaciół (znana jest na przykład bardzo obszerna recenzja 'Ballady o Leithian', w której C.S. Lewis w fromie żartu literackiego poprawia niefortunne jego zdaniem strofy Tolkiena), niż bezpośrednie wykorzystanie elementów Legendarium.
Ale to dygresja. Zauważmy najpierw, że w czasie gdy powstawał powyższy list, Tolkien molestował wydawców o publikację całości Sagi o Silmarilach i Pierścieniach Władzy, czyli 'Władcy Pierścieni' i 'Quenta Silmarillion'. Niech będzie, że Legendarium (z przesunięciem akcentów na Silmarillion) jest mitologią, i jest dedykowany Anglii. Czy to implikuje, że jest mitologią (dla) Anglii? Mitologią (dla) Anglików?
Dla jednego Anglika - na pewno.
Owszem, gdy Tolkien rozpoczynał swoją zabawę z elfami, opowieści o nich osadzał silnie w realiach geograficznych północno-zachodniej Europy. Bohater 'Księgi Zaginionych Opowieści', Eriol Wafre, jest Sasem z szóstego wieku, pochodzącym z Heligolandu (taka wysepka na zachód od Schleswig-Holstein). Tolkien uczynił go ojcem Hengesta i Horse'a, przywódców anglosaskiej inwazji na Wyspy Brytyjskie, po wycofaniu się z niej Rzymian. Sama Anglia w tej wersji legendy jest Samotną Wyspą elfów, Tol Eressëa. I tam właśnie Eriol spotyka elfy, a opowiadane przez nie legendy tworzą Księgę Zaginionych Opowieści, a z naszego punktu widzenia proto-Silmarillion. Różni się on znacznie od późniejszych wersji, w tym opublikowanej przez Christophera Tolkiena. Krasnoludy wciąż są złą, pomagającą Melkowi rasą, diabolicznym przeciwnikiem Berena (tu gnoma, nie człowieka) i Lúthien jest Tevildo, Książę Kotów, a jądrem lirycznym całej historii elfów nie są jeszcze Silmarile. Ale najbardziej rozpoznawalnym wyróżnikiem Księgi Zaginionych Opowieści jest równoległy plan narracyjny, współczesny Eriolowi, i czyniący go jednym z bohaterów historii.
Później - w okolicach roku 1919 - Tolkien doszedł do wniosku, że nie sposób pozostać przy tej wersji, głównie z powodów geograficznych. Opowieść została zmieniona: teraz Eriol stał się Aelfwine (staroangielski 'Przyjaciel Elfów'), anglosaskim żeglarzem. Zmieniła się też oczywiście chronologia - Tolkien przeniósł akcję pięć wieków naprzód - oraz miejsce akcji. Uciekając przed Normanami Alfwine znajduje na Atlantyku Prostą Ścieżkę prowadzącą do Tol Eressëa - która nie jest już Anglią, choć ją bardzo przypomina, będąc 'drugą ojczyzną' elfów, uczynioną na jej podobieństwo (elfy zostały zmuszone do opuszczenia Wysp Brytyjskich z powodu najazdów ludzi - między innymi plemion Forodwaith i Rúmhoth, czyli Wikingów i Rzymian). 'Rekonstrukcja' mitologii anglosaskiej następuje dalej: Tolkien włącza do swojej historii prawdziwe, choć szczątkowe, legendy Północy. Przodkiem Alfwine uczynił Ing(wë), pojwiającego się w staroangielskim 'Wierszu Runicznym'. Do tekstu mówiącego 'Pierwszymi ludźmi, którzy zobaczyli Inga, byli wschodni Danowie, zanim odszedł na wschód przez fale', Tolkien dorobił całą historię o pierwszym Przyjacielu Elfów, który rozbiwszy się statkiem na 'wschodzie' został królem Anglów, Sasów i Jutów (motyw znany też z legendy o królu Scef/Sheave i Scyldzie). Inny bohater elfich opowieści, Ëarendel, pochodzi ze staroangielskiej modlitwy 'Crist' Cynewulfa: éalá! Éarendel engla beorhtast ofer middanhgeard monnum sended.... Jego okręt z kolei, Wingelot, to pożyczony od Chaucera Guingelot, którego 'Opowieść kupca' sięga korzeniami staroangielskich jeszcze legend o Wada Halsingum, pojawiających się chociażby w Widsith. Wracając do 'Księgi Zaginionych Opowieści': dalej Tolkien już sobie nie żałuje. Dawna ojczyzna elfów w Anglii to Lionesse, będąca resztkami zatopionego Belerionu/Beleriandu, a także Brocelion (jak ktoś nie kojarzy z królem Arturem, powinien przynajmniej z ASowym Brokilonem). 'Zaginiony Kraj', the lost land, skąd niegdyś wypływały elfy - to wysepki Scilly, na zachód od Lands End, półwyspu w Kornwalii, zwanego w starożytności Belerium. Starożytne elfie miasto Kortirion okazuje się być dzisiejszym Warwick, Tavrobel to wieś Great Haywood koło Stafford (w obu miejscach mieszkała Edith Bratt, przyszła pani Tolkien), Oxford nosi w qenya nazwę Taruktana. Metodę dorabiania elfickiej etymologii rzeczywistym nazwom Tolkien konsekwentnie stosuje dalej: gnomijskie Aiviren i qenyanskie Íverind miały być związane (poprzez celtyckie *Iwerijón, walijskie Iwerddon) z greckim Iris, Ivernia, oraz oczywiście wywodzącą się z nich łacińską Hibernia. I tak dalej.
Osobiście zamiast ‘mitologii’ wolę termin ‘epika dla Anglii’. Jedną z zagadek historii literatury angielskiej jest brak własnych legend związanych z inwazją plemion germańskich na Wyspy Brytyjskie, po symbolicznym wyjściu ich ze strefy wpływów rzymskich. Okres ten musiał obfitować w wydarzenia aż proszące się o opisanie aliterowanymi wersami... niestety, nic o nich nie wiemy. Ironią losu jest fakt, że najbardziej przemawiającym do wyobraźni bohaterem angielskich legend jest nieprzyjaciel – bo Artur walczył akurat po drugiej stronie barykady. Nawet ‘Beowulf’, najsłynniejszy poemat staroangielski, traktuje o wydarzeeniach rozgrywających się na terenie współczesnej Danii... W tym kontekście dzieło anglosaskiego nacjonalisty, jakim był Tolkien, wygląda jak realizacja powiedzenia ‘cudze chwalicie, swego nie znacie’.
'Mitologia dla Anglii' umiera jeszcze na początku lat dwudziestych. Tolkien rezygnuje z opowieści o Eriolu z Leithian, czyli Alfwine z Angelcynn. I chociaż ciągle pojawia się on w późniejszych tekstach, ale tylko jako autor przekazu, tłumacz - nie bohater. We 'Władcy Pierścieni' zastąpić miał go już Bilbo Baggins, twórca 'Przekładów z języka elfów'. Co ciekawe, 'Nota o Kronikach Shire' znalazła się dopiero w drugim wydaniu 'Władcy Pierścieni'. Wcześniej, w trakcie przygotowywania tekstu do druku Tolkien zdecydował że informacje o znaczeniu kopii Findegila Czerwonej Księgi Marchii Zachodniej umieszczone zostaną w przedmowie do 'Silmarillionu'. Nic z tego nie wyszło, co więcej Alfwine przetrwał do 1959, kiedy to Tolkien napisał 'Dangweth Pengolođ', w którym po raz ostatni pojawia się jego imię. Christopher Tolkien, przygotowując do druku 'Silmarillion', zdecydował że w imię zgodności z 'Władcą Pierścieni' zrobi to, co powinien jego ojciec: wykreślił wszystkie nawiązania do ludzkiego 'pośrednika' opowiadanej historii.
Wracając do 'Księgi Zaginionych Opowieści': jej forma - rama narracyjna, system 'łączników' - zostaje na zawsze już zarzucona. W roku 1926 powstaje 'Szkic mitologii', pierwszy Silmarillion, epos rozwijany przez kolejne dekady, choć ostatecznie nieukończony. Tolkien wykorzystał co prawda elementy poprzednich historii, zostały one jednak dalece przetworzone. 'Mit' pozostał, ale 'Anglii' było tam coraz mniej, autor wyzwolił się z ograniczeń, jakie narzucała mu konieczność dopasowywania do siebie kawałków świata Celtów czy Anglosasów. 'Quenta Silmarillion', czy to w wersji z końca lat trzydziestych, czy początku pięćdziesiątych, nie miała już z nimi nic wspólnego.
Ostatnią próbę reanimowania Alfwine jako bohatera swoich historii Tolkien podjął w 1937, rozpoczynając pracę nad powieścią o podróży w czasie, zatytułowaną 'Zagubiona Droga'. Zaczęło się od takiego mniej więcej dialogu:
C. S. Lewis: 'Hej, Tollers, nie mam co czytać.'
J. R. R. Tolkien: 'No co ty Jack, tyle książek w księgarniach.'
CSL: 'Ale takich, jakie lubimy, nie pisze nikt.'
JRRT: 'Więc może sam skrobniesz coś, niech pomyślę, może o podróży kosmicznej?'
CSL: 'Dobra, pod warunkiem że ty napiszesz o wehikule czasu.'
Lewis napisał 'Milczącą Planetę', a później kolejne części trylogii, a Tolkien zabrał się za 'Zagubioną Drogę'. Była to swoista polemika z Wellsem: 'Czasu nie można pokonać maszynami', mówi bohater 'Zagubionej Drogi', Alboin. Później, przy innej okazji (eseju 'O baśniach' konkretnie), JRRT pisał, że Wells 'spalił' baśń, bo 'czar odległości - zwłaszcza odległości w czasie - osłabiony jest jedynie przez absurdalny i niewiarygodny wehikuł czasu' (inny cytat, tym razem z 'Protokołów Klubu Notion': I'm post-Wells...). Więc Tolkien wymyślił sobie, że przeszłość można odkryć poprzez sny.
Razem z Lewisem umówili się co do jeszcze jednej rzeczy. 'Postanowili także, że każda opowieść powinna doprowadzić do odkrycia Mitu'. Tolkien postanowił rozwinąć poboczny wątek swojej mitologii, wyjątkowo nie o elfach. Dręczący go od wczesnego dzieciństwa 'kompleks Atlantydy' - przerażające sny o nieuniknionej Fali - stanowi inspirację dla opowieści o wyspie Atalantë, danej ludziom w nagrodę za ich udział w wojnach z Morgothem, i o ich upadku, do którego przywiódł ich zły Thu. Podstawą linii fabularnej 'Zagubionej Drogi' miała być podróż w przeszłość dwóch współczesnych Anglików (tak naprawdę alter ego JRRT i któregoś z jego synów - jak się wydaje, Michaela), odkrywających zamierzchłą przeszłość rodzaju ludzkiego, i swego własnego rodu Przyjaciół Elfów: od Alfwine, poprzez Scylda, pierwszego z królewskiej linii Skjoldungów (którego pogrzeb, opisany również w 'Beowulfie', był wzorem dla sceny pożegnania Boromira z 'Władcy Pierścieni'); dalej Alboin z 'Historia Langobardorum' Pawła Diakona, irlandzcy Tuatha-de-Danaan, ludzie epoki lodowcowej, Gil-Galad, no i ostatecznie Númenor, wraz z Elendilem, pierwszym Przyjacielem Elfów. To już nie jest tylko 'mitologia dla Anglii', oprócz Anglosasów Tolkien włączył do swojej opowieści Longobardów i Gepidów, Wikingów, Celtów, Neandertalczyków, Edainów z Beleriandu i Númenorejczyków.
Na tym etapie Tolkien, nawet jeśli chciał w ramach nowoczesnej powieści przedstawić zaplecze mitologiczne, nad którym pracowal od dekady - to skierowane one było do wszystkich ludzi żyjących na brzegach Garsecg, Zachodniego Morza, a nie tylko Anglię. Wspólnym mianownikiem była tęsknota za nieśmiertelnością, echa buntu numenorejskiego króla Tarkaliona, które odnajdujemy w opowieściach o tajemniczych wyspach Avalon i Tir-nan-Dog, czy okrętowych pochówkach typu Sutten Hoo.
Nie udało się, recenzent z George Allen&Unwin, Ltd. odrzucił fragmenty 'Zagubionej Drogi'. Zamiast tego wydawca namówił Tolkiena na 'komercyjny' sequel świetnie sprzedającego się 'Hobbita'. Do powieści o podróży w czasie JRRT powrócił w 1945, jeszcze w trakcie pisania nad 'Władcą Pierścieni'. 'Protokoły Klubu Notion' zawierają bardziej rozbudowane, znane z 'Zagubionej Drogi' wątki - bo i praca nad tekstem posunęła się dalej niż w przypadku tej drugiej powieści. Są także jedyną tak wyraźną próbą wykorzystania formy science-fiction. Ale podobnie jak w przypadku 'Zagubionej Drogi', także i tutaj Tolkien ugrzązł w procesie wpasowywania rzeczywistych świadectw historycznych (Anglia z czasów Edwarda Starszego) w ramy wymyślonej mitologii. We 'Władcy Pierścieni' z tego pomysłu już zrezygnował.
Co ciekawe, o ile w 'Hobbicie' bezpośrednie zapożyczenia z literatury Północy są łatwo dostrzegalne (obie 'Eddy', 'Beowulf', itede itepe, kto chce, może sobie doczytać w 'Drodze do Śródziemia' Shippey'a), to nikt nie twierdzi, że jest on 'mitologią dla Anglii'. Gdy jednak schodzimy na 'Władcę Pierścieni', zaczynają padać takie i inne, dziwniejsze jeszcze tezy.
No dobrze, więc ile tak naprawdę jest ojczyzny Tolkiena we 'Władcy Pierścieni'? Po pierwsze, imiona i nazwy własne. Shire jest czytelną parodią Anglii. Do tego znaleźć można kilka zamierzonych kalek historycznych: trzy szczepy Hobbitów, Tęgich, Włosostopych i Bladoskórych, podobnie jak Anglowie, Sasowie i Jutowie, przybyli z kraju zwanego Angle, Klinem (w Śródziemiu między Grzmiącą Wodą a Hoarwell, w naszym świecie na Półwyspie Jutlandzkim). Hobbitów przywiedli bracia Marcho i Blanco (czyli OE 'koń' i 'siwek'), Anglosasów wspomniani już Hengest i Horse.
'I co z tego?', powinno brzmieć pierwsze pytanie sceptyka. Co wynika z tych podobieństw?
Nic. Gdzie tu 'mitologia dla Anglii'?
Tolkien wierzył, że mit pozostaje w ścisłym związku z językiem, w którym jest opowiadany. I choć tak naprawdę Silmarillion narodził się z kilku 'jąder lirycznych': historii Lúthien i Berena, Earendela czy Túrina i smoka, to już jego rozwój (zwłaszcza w późniejszym okresie) tak naprawdę jest historią elfich języków. Taka zależność dla 'angielskiego' Shire nie istnieje. Hobbici nie mówią po hobbicku, nie mają własnych legend, sięgających poza rok 1 Rachuby Shire. Na bazie angielskiego Tolkien nie stworzył dla nich żadnej mitologii. Wygląda na to że Hobbici również utracili to, co rzekomo miał dla Anglików odzyskać Tolkien.
A Rohirrimowie? Nie chciałbym powtarzać się tutaj za Michaelem Martinezem, który wielokrotnie znęcał się nad tezami Shippey'a o istnieniu głębszych analogii między kulturami Ludu Koni i Anglosasów. Tych ostatnich spotkać możemy tylko w warstwie filologicznej - stąd gockie imiona Éothéodów i staroangielskie (a w zasadzie mercjańskie) Rohirrimów, a także 'tłumaczenie' języka ludzi Północy na staroislandzki (nieunikniona konsekwencja pożyczenia w 'Hobbicie' imion z 'Eddy Poetyckiej') - nie mitologicznej. Tu obok 'północnych' równie wyraźne są wpływy klasyczne czy judeochrześcijańskie (podobnie, najważniejszym 'śladem celtyckim' we Władcy Pierścieni nie są ichnie mity, tylko sam język sindarin, wzorowany gramatycznie, fonetycznie, czasem leksykalnie, na walijskim).
Bogu dzięki, zanim zaczniemy się zastanawiać, co autor chciał powiedzieć, możemy sprawdzić to u źródeł, na przykład w 'Przedmowie do drugiego wydania angielskiego' WP:
'Głównym motywem była chęć autora baśni i opowiadań, by wypróbować swe siły w utworze o naprawdę szerokim rozmachu; chciałem napisać długą opowieść, która by przykuwała uwagę czytelników, bawiła ich, zachwycała, a niekiedy podniecała lub do głębi wzruszała.'
Każdy grafoman mówi coś takiego, prawda? Mówiąc brzydko, 'targetem' Tolkien byli nie anglosascy patrioci, cierpiący duchowe katusze z powodu utraty narodowej tożsamości w roku 1066, tylko miłośnicy hobbitów. Wybór jak najbardziej słuszny, wystarczy policzyć wśród fanów twórczości Tolkiena tych, którzy przedkładają Alfwine nad Bilbo Bagginsa, i 'Księgę Zaginionych Opowieści' nad 'Tam i z powrotem'.
'Mitologia dla Anglii' to cul-de-sac, ślepy zaułek rozwoju Legendarium. Miliony sprzedanych na całym świecie egzemplarzy dwóch najważniejszych powieści Tolkiena potwierdzają, że tak naprawdę liczy się uniwersalizm przekazu, niezależnie od tego czy czytamy 'Władcę Pierścieni' w Anglii, Norwegii, Polsce czy Słowacji. Zaś Anglosasi niech spoczywają w pokoju. Nieobecni nie mają racji.
wrzesień 2002
© Neratin
|