JAK MNIE GŁOWA BOLI...

Andrzej Chochoł i Marcin Pieczarkowski – dwaj miejscowi żule, jak właściwie co dzień, raczyli się właśnie przezroczystym płynem z półlitrowej butelki, zakupionej na bazarze za jedyne 10 złotych.
Sympatycznie wyglądający sprzedawca alkoholu zapewnił ich z silnym wschodniosłowiańskim akcentem, że “tak dobrego spirytu to jeszcze w życiu nie pili”. Tak też namówieni zaopatrzyli się we wspomnianą butelkę i raźno pomaszerowali na swoje tradycyjne miejsce konsumpcji, czyli kolejowy nasyp pod pobliskim lasem.
Każdy wie, że w gorący letni poranek nie ma nic lepszego niż wódzia w dobrym towarzystwie. Mając to na uwadze Jędrek i Marcin szybko rozpracowali ponad połowę. Napój okazał się wyjątkowo mocny, toteż przyjaciele rozpoczęli ożywioną konwersację. Nie dane im było jednak doprowadzić jej do finału, gdyż kiedy powoli doń się zbliżali, Marcin rzeczowo stwierdził, że “robi się ciemno i przydałoby się już kończyć flachę i iść do domu.” Nie minęło kilka minut, a rzeczywiście opanowały ich całkowite ciemności.
Było południe.

***

Obudzili się pod olbrzymim drzewem, lekko zdezorientowani i, co ważniejsze, z ogromnym kacem. Jędrek, młodszy, zatem i bardziej energiczny, zdecydował się wstać już po dziesięciu minutach od otworzenia oczu. Omiótł wzrokiem okolicę i potężnie zadziwiony zapytał Marcina:
- Ty, masz pojęcie, gdzie jesteśmy?
- Nie bardzo. – Marcin, wysoki mężczyzna, około czterdziestoletni, podniósł się i również rozejrzał.
- Cholera. – dodał.
- No. – Andrzej przetarł oczy i zlustrował otoczenie raz jeszcze. Nic się nie zmieniło.
Przyjaciele znajdowali się na rozległej równinie, gdzieniegdzie urozmaiconej jakimś pagórkiem. Nad wszystkim górowała ogromna jabłoń, koło której stali.
- Zobacz, może jakieś jabłka rosną. – Marcin zwrócił się do Jędrka – Cholernie mnie suszy.
- Lepiej, żeby były soczyste.- powiedział Andrzej, bardziej chyba do siebie, niż do towarzysza i rozpoczął poszukiwanie owoców.
Jakież było jego zdziwienie, gdy zdał sobie sprawę, że na tak olbrzymim drzewie rośnie tylko jedno jabłko. Niewiele jednak myśląc zerwał je, ugryzł i podał koledze. Na twarzy Marcina zagościł błogi uśmiech ulgi.
- Dobre, jakby lekko podfermentowane. – powiedział, po czym ugryzł jeszcze raz i oddał z powrotem Andrzejowi.
Dokończywszy jabłko, poszli w losowo wybranym kierunku, aby dowiedzieć się od kogoś, gdzie są.
Brodząc przez wysokie trawy, dotarli pod najbliższy pagórek. Słońce w zenicie świeciło im wprost w oczy, dlatego zdecydowali się odłożyć wspinaczkę na później, odwrócili się i usiedli.
Poderwali się jednak, zanim zdążyli na dobre usiąść. Fakt, widok nie był codzienny, nawet jak dla ludzi, którzy w swoim życiu widzieli tyle, co dwaj nałogowi alkoholicy. Stał przed nimi półnagi osobnik, wysoki, opalony i dobrze zbudowany. Przepasany był wzorzystym kawałkiem materiału, na nogach miał sandały. W porównaniu z Jędrkiem i Marcinem, odzianymi w bawełniane dresy, wyglądał co najmniej dziwnie. Nie jego ubiór jednak wzbudził u kumpli opad szczęki na wysokość kolan. Szyja nieznajomego nosiła bowiem głowę szakala.
- Psia mać... – zaklął niepewnie starszy z przyjaciół.
- No... – zgodził się młodszy.
- Witajcie. – szakal odezwał się całkiem przyjaźnie, a do tego po ludzku – Jestem Anubis i będę waszym przewodnikiem i opiekunem przez jakiś czas.
- Rany...
- Coś nie tak?
- Nie, spoko. Gdzie jesteśmy? – Andrzej starał się zachować zimną krew.
- Eee... Jakby to ująć... Jesteście w Raju.
- Że co?! – obaj przyjaciele w tym momencie stracili zimną krew całkowicie – W Raju?! Nie żyjemy?!
- Tak.
- Kurwa.
- Mieliście pecha, to się zdarza...
- No tak... To ten ruski spiryt?
- Mhm, metanol.
- No to żeśmy się wkopali...

***

- Więc mówisz, że to miejsce właściwie nie jest Rajem w stu procentach? – Anubis okazał się całkiem miłym rozmówcą i chętnie udzielał informacji. Gadali już ponad pół godziny.
- Właściwie nie. To tak jakby... jeden z równoległych Rajów.
- Czyli? – Marcin był bardzo dociekliwy.
- Każdy trafia do takiego Raju, w jakim chciał się znaleźć za życia. W waszym przypadku jest to Raj Alkoholowy.
- Znaczy, będziemy chlać wódzię non stop?
- Nie będziecie robić tu nic innego... – wesołym głosem poinformował szakalogłowy, a jego pysk skrzywił się w uśmiechu. Przyjaciele również wyraźnie poweseleli.
- Super! Chodźmy więc po jakąś flaszkę! – zaproponował zaraz Andrzej.
- Sklep jest po drugiej stronie wzgórza. – Anubis wstał i ruchem ręki pokazał, aby poszli za nim. Zgodzili się bardzo chętnie.

***

- Szef nie wkurzy się za to jabłko? – zapytał dręczony wyrzutami sumienia Jędrek, gdy rozmowa zeszła na temat Drzewa Poznania Dobra i Zła.
- Nie. – odparł Anubis – W każdym Raju takie jest. Pewnie nawet nie zauważy...
Za pagórkiem skręcili i weszli na ścieżkę. Jak zauważył Marcin, ciągnęła się ona spory kawałek przed nimi, ale tu gdzie na nią wkroczyli zakręcała ostro, omijając wzniesienie, zza którego wyszli. Dalej prowadziła pod kolejną, nieco wyższą górę, u podnóża której stał murowany parterowy budynek.
- Tam jest sklep. – rzekł Anubis do Marcina, jakby czytając w jego myślach – Dostaniecie wszystko i w każdej ilości. Szef naprawdę się stara. – dodał głosem takim, jakby chciał powiedzieć: “Jestem jego prawą ręką i tak właściwie to ja tu rządzę.”
Bo właściwie to tak było. Anubis był wysłannikiem Kwatery Głównej, gospodarzem i zwierzchnikiem Alkoholowego Raju. Witał i oprowadzał po okolicy każdą nowoprzybyłą duszę, zbierał też o niej pewne informacje, to znaczy szczególnie te, dotyczące ulubionych przez danego osobnika trunków. Później, za pośrednictwem zaglądającego doń od czasu do czasu posłańca Hermesa, przesyłał je Bogu, aby ten mógł uzupełnić asortyment zgodnie z zapotrzebowaniem.
Jak zauważył, dwaj nowi mieszkańcy Raju nie mieli zbyt wyrafinowanych gustów. Jeśli w ogóle jakieś mieli. Marcin przyznał się od razu, że choć preferuje wódeczkę, to wypije wszystko, jeśli nie będzie nic innego. Andrzej okazał się trochę bardziej wybredny. Troszeczkę. Zaznaczył, że od wódki woli jabola, a denaturat spożywa tylko w ostateczności. Lekko zaskoczony Anubis zrzucił to na karb młodego wieku Jędrka.
Miał dwadzieścia pięć lat i był jednym z wielu Polaków, jakich szakal miał okazję witać. Jednak jednym z niewielu, mających tak wygórowane życzenia. Dziwne.
Powoli dochodzili do sklepu. Z każdą chwilą rósł w oczach nadchodzących i coraz bardziej wydawał się im znajomy. Wyglądał bowiem jak typowy wiejski spożywczak. Autentycznie.
Dwójka przyjaciół przyspieszyła kroku tak, że przewodnik ledwo za nimi nadążał. Byli widocznie bardzo spragnieni, a widok ceglanego budynku, identycznego jak ten, w którym od dzieciństwa kupowali alkohol na rodzinnym zadupiu, zdawał się jeszcze wzmagać to uczucie.
Nagle, tuż przed szyldem “SKLEP MONOPOLOWY”, Marcin stanął jak wryty.
- To jest sklep, tak? – zapytał, jakby nie dowierzając napisowi.
- Tak. – potwierdził Anubis – I co w związku?
- Nie mamy kasy. A w sklepie kupuje się za pieniądze.
- Nie tu. – szakal roześmiał się serdecznie – Musicie się jeszcze dużo nauczyć, chłopaki. To się tylko nazywa “sklep”. Żeby było bardziej swojsko. Tak naprawdę to po prostu wchodzicie, mówicie, czego i ile chcecie i, jeśli jest, bierzecie i idziecie pić. W końcu to Raj, nie?
- Taa... – Marcin odetchnął z ulgą, po czym podszedł do drzwi i nacisnął klamkę.

***

Szok. Dla dwóch biednych polskich pijaków to, co zobaczyli po przestąpieniu progu niebiańskiego monopola było prawdziwym szokiem. Nieduży z zewnątrz budynek mógł w sobie pomieścić wprost niezliczone ilości najróżniejszych butelek i puszek. Obaj kumple w całym życiu nie widzieli nawet dziesiątej części zasobów tego sklepu. Patrząc na ich miny Anubis uśmiechnął się z zadowoleniem.
Jednak pierwszy szok szybko minął, bo, zgodnie z zapewnieniami, “Sklep monopolowy” okazał się być miejscem bardzo swojskim. Za tradycyjną ladą stała tradycyjnie gruba i niemłoda kobieta w tradycyjnym uniformie, żywcem wyjętym z Polski lat siedemdziesiątych. No i tradycyjnie była kolejka.
Przed Marcinem i Andrzejem stało jeszcze dwóch mężczyzn.
Jeden z nich, starszy, ubrany w szczelnie zapięty waciak, chował w jedną z jego przepastnych kieszeni półlitrówkę. W sklepie panował niemiłosierny zaduch, nieznajomy jednak miał cały czas na głowie grubą czapę, na nogach zaś walonki. Z butelką wystającą z kieszeni waciaka wyglądał nad wyraz swojsko.
W przeciwieństwie do pierwszego, drugi z nieznajomych był dziwny. Taki przynajmniej wydał się Jędrkowi i Marcinowi, którzy wymieniwszy między sobą ukradkowe i podejrzliwe spojrzenia, stanęli tuż za nim.
Gość miał długie, białe włosy, ubrany był w czarny płaszcz, a na plecach miał zawieszony miecz.
Gdy dwaj przyjaciele zajęli za nim miejsce w kolejce, odwrócił się na chwilę, ukazując pooraną bliznami twarz i wąskie, kocie oczy.
- Kurcze, ale podobny do tego aktora, no... – szepnął Marcin do Jędrka.
- Segala?
- Niee, tego Polaka.
- Lindy?
- Nie, nie Lindy... Ale też grał w “Panu Mickiewiczu”.
- Żeberkowski...
- No, chyba tak. Zajebiście podobny, nie?
- Zajebiście.
Tymczasem sobowtór Tadeusza Żeberkowskiego podszedł do sprzedawczyni i ukłoniwszy się, co wzbudziło niekłamaną wesołość w Jędrku i Marcinie, zamówił miód pitny. Gdy po chwili pani wręczyła mu dużą butlę, ukłonił się jeszcze raz, szepnął coś do swojego towarzysza i obaj ulotnili się. Zaraz za nimi wyszedł Anubis. Kumple nie zareagowali, bo zbyt zajęci byli składaniem zamówienia.
Po dłuższej chwili wyszli przed budynek, obarczeni kratą cytrynówki. Byli niezwykle zadowoleni i nieobecność rajskiego przewodnika wydawała się im nie przeszkadzać. Ten jednak, jak na złość, stał na drodze wraz z dwoma nieznajomymi.
- Chodźcie, chłopaki! – krzyknął – Przedstawię wam kogoś.
Posłusznie podeszli, dźwigając ze sobą dwadzieścia cztery butelki, po trzy czwarte litra dziesięcioprocentowego alkoholu.
- To są nasi nowi mieszkańcy. – Anubis zwrócił się do swoich towarzyszy.- Marcin i Andrzej. Są z Polski.
- Tak? – ten w waciaku i czapie popatrzył na “nowych mieszkańców” z ukosa i uśmiechnął się.
- A to jest – teraz szakalogłowy przedstawił owego człowieka – Jakub.
- Wędrowycz. Egzorcysta. – dopowiedział sam przedstawiany.
- To zaś...
- Geralt. – długowłosy przerwał Anubisowi – Geralt z Rivii. Wiedźmin. –rzekł, po czym skłonił się, a kaptur płaszcza na chwilę opadł mu na głowę. Mężczyźni w dresach roześmiali się na głos.

***

Siedzieli pod wielkim dębem na pagórku niedaleko sklepu i raczyli się cytrynami w blasku zachodzącego Słońca. Obok leżały już trzy opróżnione butelki po nalewce, jedna po miodzie oraz połówka Lodowej. Anubis zmył się jakiś czas temu, stwierdziwszy, że Andrzej i Marcin doskonale zaaklimatyzowali się w nowych warunkach i jego pomoc nie będzie już potrzebna. Cała czwórka miała ostro w czubie, Jędrek i Marcin opowiadali Jakubowi o tym, co w Polsce zmieniło się od jego śmierci, a Geralt nie nagabywany nie odzywał się i w ogóle chyba spał.
- Co on taki małomówny? – Andrzej zapytał Wędrowycza, wskazując ręką na wiedźmina.
- Wkurzony jest.
- Czemu?
- Co ja tam będę gadał. Niech sam opowie. – Jakub cisnął w leżącego bokiem do nich Geralta opróżnioną właśnie butelką. Ten, jak się okazało, wcale nie spał, złapał szklany pocisk, zanim sięgnął on celu w postaci jego głowy, po czym podniósł się i odłożył butelkę pod drzewo.
- Zawsze jest szybszy. – ze skargą w głosie stwierdził Jakub.

***

- W zasadzie, ja tu się znalazłem przez pomyłkę. – zaczął swoją opowieść wiedźmin – Naprawdę. Za życia byłem ateistą. Fakt, cieszyłem się przyjaźnią kapłanek Melitele i często korzystałem z ich gościny, ale właściwie nie obchodziła mnie ich działalność religijna. Wam też Anubis mówił na początku o tym, że każdy trafia, do takiego Raju, jaki wyobraża sobie za życia? No właśnie. Ja w ogóle nie wierzyłem w Raj, a tu takie buty nagle. Podobno istnieje też Raj dla ateistów, Nieskończona Pustka, czy coś takiego. Jeśli istnieje, to właśnie teraz powinienem tam być. Tymczasem jestem tutaj, bo zaszła pomyłka! Pomylono mnie z moim towarzyszem, Jaskrem. To artysta, bard. Kobieciarz, a do tego alkoholik. Anubis zgłosił już Bogu moje przeniesienie, ale, żeby wszystko w papierach się zgadzało, muszą najpierw znaleźć Jaskra. A w Pustce to podobno nie takie proste. Więc czekam i z nudów piję. Za życia też sporo piłem. Ale Jaskier zawsze więcej. I zawsze musiałem go ratować jak coś nabroił. A teraz... Teraz my tu sobie siedzimy i gadamy, a on nawet pewnie nie wie, gdzie jest... .

***

- Cholera. – zaklął bard. Otworzył oczy, ale widok nie zmienił się ani trochę – Czemuż tu tak ciemno? Geralt? Geralt, jesteś tu?
Ale Geralta nie było. Nie było zupełnie nic. Jaskier zdjął kapelusz z piórkiem i podrapał się w głowę.
- Gdzie ja mogę być? – zrobił krok i o mało nie przewrócił się o leżącą obok niego lutnię – Cichoo... – syknął, usłyszawszy jak wielki hałas uczynił, kopiąc swój instrument – Spokojnie, Jaskier. Spokojnie. Cholera, ależ tu ciemno. I jak pusto... I jak mnie głowa boli...

Żucho


©RPG Chamber 2003