Cienie przeszłości
Prolog
Ognisko dopalało się już, rzucając krwawy blask na zamyślone twarze trzech siedzących wokół niego krasnoludów. Każdy z nich posępnie przeżuwał resztki zapasów, z jakimi wyruszyli - wydawać by się mogło - wieki temu. Widocznie Pasje im nie sprzyjały, albowiem już dawno powinni byli dojechać do Wielkiego Targu. Tymczasem już siedemnaście dni i nocy podróżowali z Travaru z cenną przesyłką, należącą do kupca z Throalu, niejakiego Ontara Kraloffa. Posłańcy dostali wiele pieniędzy za jej dostarczenie, więc nie pytali o zawartość. Teraz jednakże, po utracie w dziwnych okolicznościach jednego z wierzchowców na skraju dżungli Sewros, ich myśli coraz częściej podążały ku szkatułce...
Zwłaszcza jeden z nich pragnął ją zdobyć, jako że otrzymał jeszcze większą kwotę z rąk pewnego człowieka w Travarze za jej odbicie. Co prawda człowiek ten bez wątpienia wyglądał na therańskiego szpiega, ale krasnolud wyznawał zasadę, że żadne pieniądze nie śmierdzą. Śmiały plan kradzieży został zainicjowany, kiedy dwa dni wcześniej zeszli ze szlaku w poszukiwaniu wierzchowca, za którego tajemnicze zniknięcie odpowiedzialny był ów posłaniec. Teraz wystarczyło dokończyć dzieła...
Ta noc doskonale nadawała się do niecnych celów. Księżyc w nowiu dawał niewiele światła, a zawiesista mgła wyjątkowo skutecznie ograniczała zasięg widzenia. Krasnolud ponownie zerknął na powierzoną mu przesyłkę. W jego umyśle zaświtała z dawna oczekiwana myśl. Gdy towarzysze zasnęli, cicho podpełzł do skrzynki. Spróbował ją podnieść - jak na swoje niewielkie rozmiary, była bardzo ciężka. Także próba otwarcia nie dała rezultatu, gdyż masywny zamek nie puścił. Chcąc nie chcąc, zdrajca wziął szkatułkę i schował do plecaka, po czym zaczął oddalać się w kierunku wierzchowców. Nie miał jednak tej nocy szczęścia i nadepnął na zbutwiały konar. Trzask łamanej gałęzi natychmiast zbudził towarzyszy. Ci natychmiast pojęli, co się stało i, chwyciwszy za broń, rozpoczęli łowy. Wiedzieli, że bez wierzchowców na skraju Sewros są bez szans, a ta myśl wyzwoliła w nich dodatkowe siły. Gnani wściekłością, powoli doganiali uciekającego. Ten, nie widząc innego wyjścia, zdecydował się zawierzyć swej broni. Odrzucił plecak i z mieczem w dłoni odwrócił się i zamachnął ostrzem na wysokości szyi. Cios okazał się skuteczny, a głowa napastnika potoczyła się po ziemi. Oczy trupa wyrażały szczególne zdziwienie...
- Jeszcze jeden - pomyślał złodziej i przyjął szermierczą postawę. Jego przeciwnik ostrożnie uniósł broń. Zaczęli krążyć wokół siebie niczym sępy.
- Zginiesz - wycedził przez zęby ostatni ze sprawiedliwych, ale dla złoczyńcy zabrzmiało to mało wiarygodnie.
- Taki jesteś pewny wyroków losu? - odparł i zaatakował z wysoko uniesioną klingą. Rozległ się głośny zgrzyt uderzanej stali, przeciągły i wibrujący niczym kobiecy krzyk ekstazy. Niesiony rozpędem krasnolud wykonał nagły obrót i triumfalnie wbił ostrze w plecy przeciwnika. W tym momencie poczuł zimno rozpływające się od uda po całym ciele. Zaklął szpetnie i upadł obok swej ostatniej ofiary.
- Bądź przeklęty! - rzekł do martwego już kompana, próbując zatamować tryskającą krew. Jej drażniący nozdrza zapach rozniósł się po okolicy, przyciągając uwagę nocnych myśliwych.
Przytępione zmysły krasnoluda nie wyczuły zbliżających się istot.
- Nie jest śmiertelna... - wymamrotał uradowany. Nie mógł wiedzieć, że były to jego ostatnie słowa. Potężna łapa krojena z łatwością rozgniotła mu czaszkę...
I. Cienie przeszłości
Był mroźny, zimowy wieczór, kiedy stary ork w końcu dojechał do Kratas.
Z nieba od czasu do czasu spadały pojedyncze płatki śniegu, które miejscowe dzieci obserwowały z wyraźnym zachwytem. Także wędrowiec patrzył na biały puch. Na jego twarzy przelotnie zagościł uśmiech, co było zjawiskiem równie rzadkim jak to, na które spoglądał. Z rozrzewnieniem udał się w stronę karczmy. Wyraźnie czuł sentyment do tego miejsca. Zdecydowanym ruchem pchnął drzwi wejściowe i wszedł do środka. Wewnątrz panował półmrok, przerywany tylko gdzieniegdzie słabym światłem magicznych kryształów. Szybkim krokiem podszedł do gładko oheblowanego kontuaru, za którym stał krasnoludzki mężczyzna w sile wieku. Na widok gościa karczmarz upuścił z ręki drewniany kufel, którego zawartość wylała się na glinianą podłogę, barwiąc ją złocistymi plamami. Po chwili jednak odzyskał pewność siebie:
- Witaj, Horgonie, w moich skromnych progach! Pewnie jesteś zmęczony. Co podać? Ach, jak mogłem zapomnieć!? Ma się rozumieć, już nalewam!
Horgon, bo tak istotnie nazywano przybysza, z zadowoleniem przyjął ostatnią deklarację krasnoluda. Naprawdę go lubił, ale czasem miał dość jego bezmyślnej paplaniny.
- Dziękuję, Renarze - powiedział głośno, ostrożnie chwytając kielich ze szlachetnym napojem krwistoczerwonej barwy. "Asgard. 1507 TH. Dobry rok" - stwierdził w duchu - "nie tylko dla win". Aby nie popaść w melancholię, rozejrzał się po przestronnej sali. Jego przybycie nie uszło uwadze licznie zgromadzonych Dawców Imion. Uczciwie należy przyznać, że nawet całkowicie pochłonęło ich uwagę. Nieliczne rozmowy prowadzone były szeptem, zapewne także na jego temat.
Cóż, był zbyt znany, żeby w takim miejscu móc liczyć na anonimowość. Każdy pragnął ujrzeć na własne oczy Horgona Krasoustego, jednego z najwspanialszych Trubadurów w historii Barsawii. Przemknęło mu przez myśl, że może powinien chodzić w masce. Ale nie - lubił przecież smak sławy, nawet jeśli niekiedy doskwierał mu jej ciężar. Wszyscy niewątpliwie czekali, aż przemówi. Podbechtany nieco takim obrotem sytuacji, ork opróżnił kielich, wstał i podszedł do kominka, w którym wesoło buzował ogień. Nacieszywszy się widokiem płonących polan, Trubadur zasiadł na należnym mu miejscu. W ciągu kilku uderzeń serca wokół niego utworzył się ciasny krąg żądnych wrażeń słuchaczy.
Horgon wiedział, o czym będzie snuł swą opowieść, już w momencie, kiedy Renar podał mu ulubiony trunek. Intuicja barda podpowiadała mu, że jeśli wszystko wokół przypomina o pewnym zdarzeniu, to należy opowiedzieć je słuchaczom. Popatrzył na zaciekawione twarze, zamknął oczy i przemówił miękkim, aksamitnym głosem...
II. Wielki Targ
Tego dnia w Wielkim Targu odbywało się święto. Zarówno okoliczni mieszkańcy, jak i przyjezdni wspólnie jedli, pili i oddawali cześć Jaspree. Właśnie tej Pasji poświęcony był pierwszy dzień wiosny - pierwszy w roku dzień, który był dłuższy od następującej po nim nocy. Wydarzenie to od zarania dziejów stanowiło wspaniały powód do hucznych biesiad i szalonych, ciągnących się długo w noc tańców. Nie wszystkim jednak udzielała się atmosfera radości i beztroskiej zabawy.
- ... To już trzy tygodnie... - ta myśl od rana nie dawała spokoju Ontarowi Kraloffowi. Wiedział, że posłańcy winni byli przybyć kilka dni temu. Wieźli oni coś, na stratę czego nie mógł sobie pozwolić żaden Dawca Imion. Ontar nie żałował siedemnastu tysięcy sztuk srebra.
Tę kwotę mógłby sobie odrobić w ciągu kilku miesięcy. Martwiła go utrata monety z orichalku, za pomocą której miał ubić interes życia.
- Kontrahenci z Travaru będą zaniepokojeni... - mruknął, po czym zadumał się na dłuższą chwilę. Był pewny, że stało się coś złego. Mówiła mu to jego kupiecka intuicja, dzięki której wiele razy unikał niebezpieczeństwa i która pozwoliła mu w końcu dorobić się znacznego majątku. Ostatnie wydarzenia pokazały jednak, że każda passa się kończy. Krasnolud nie mógł sobie darować, że skończyła się właśnie w tym momencie. Wiedział, że trzeba działać szybko. Nie miał jednak żadnych informacji, a te musiał posiadać, jeżeli pragnął wynająć najemników. - Ostatnią karawanę minęli na skrzyżowaniu ze szlakiem do Urupy - pomyślał głośno i automatycznie spojrzał na bogato zdobioną mapę Barsawii, wiszącą na wschodniej ścianie gabinetu. - Trzysta mil, dwa tygodnie forsownego marszu, tydzień jazdy wierzchem... - zastanowił się, kto okaże się na tyle zdesperowany, żeby wyruszyć na poszukiwania. Zdawał sobie sprawę z tego, że zadanie przypomina szukanie igły w stogu siana. Znał jednak dar przekonywania złotych monet. "Niebywałe, że niektórzy za pieniądze zrobiliby wszystko" - zadumał się na chwilę, rozważając tą myśl. Opierając się na wcześniejszych przemyśleniach, Kraloff powoli układał w głowie misterny plan.
- Johannes! - krzyknął w końcu i zaczął liczyć uderzenia serca. Po dwóch tuzinach drzwi gabinetu otworzyły się bezszelestnie i do środka wszedł stary lokaj. "Nieźle, jak na emeryta..." - przyznał w duchu kupiec.
- Wzywałeś mnie, panie? - zapytał drżącym głosem sługa.
- Masz misję, mój drogi. Migiem znajdziesz mi drużynę najemników. Tylko żadnych ułomków! A, i mają wyglądać na żółtodziobów. - Lokaj spojrzał niepewnie na swego pracodawcę, nie będąc pewnym jego intencji. Rozbawiony postawą sługi, kupiec uśmiechnął się szeroko i stwierdził:
- Zapewne tylko tacy podejmą się niepewnego zadania za niewygórowaną cenę.
Johannes skinął głową i ukłonił się, wycofując się w stronę drzwi . Kraloff zamrugał powiekami i zerknął na niego z ukosa:
- Tym razem mnie nie zawiedź...
ˇ
Mieszkańcy Wielkiego Targu rzadko oglądali tylu przyjezdnych naraz. Święto Jaspree co roku przyciągało wielu poszukujących okazji do dobrej zabawy Barsawian. Do takich osobników należał z pewnością Sigurth "Wężowe Oko", początkujący Adept podążający ścieżką Łucznika. Zmierzał on właśnie w kierunku szynku, gdzie miał nadzieję zaspokoić pragnienie, gdy wśród straganów dostrzegł jakieś zamieszanie. Zaciekawiony, podszedł do grupki kolorowo ubranych przechodniów, przyglądających się kłótni między handlarzem owocami a krasnoludem, który najwyraźniej kwestionował jakość towaru. Handlarz, niski ork o rudych włosach, nie był zachwycony takim obrotem sprawy. Nie wiedział jednak, jak wybrnąć z sytuacji, nie narażając się przy tym na gniew pijanego brodacza. A ten wcale nie zamierzał kończyć:
- To mają być jabłka!?! Jak śmiesz drwić sobie ze szlachetnych owoców. Ty oszuście!!! Twoje "jabłka" to największe gówno, jakie w życiu widziałem!
Sigurth doszedł do wniosku, że owoce wcale nie wyglądają tak źle. Przepchnął się więc przez tłum, po czym, ignorując całkowicie wrzeszczącego krasnoluda, zagadnął sprzedawcę:
- Ile wyniesie mnie kosz tych jabłek, rudowłosy przyjacielu?
Orkowi daleko było do takich poufałości, ale wolał radosnego t'skranga niż brodacza po kilku głębszych.
- Pięć sztuk srebra - odparł bez chwili namysłu.
- Pięć!? - wykrzyknął ze zdumieniem Łucznik - Przyjacielu, toż to rozbój w biały dzień! Dam trzy i ani miedziaka więcej!
Sprzedawca był w swoim żywiole. Targowanie to jedyna rzecz, jaka wychodziła mu naprawdę dobrze. Zakrzyknął z udawanym oburzeniem, co nie uszło uwadze kupującego:
- Ależ... Ależ to obraza dla mnie, moich jabłek... i wszystkich dwunastu Pasji!!!
- Pasji w to nie mieszaj, orkowy brudasie!!! - włączył się krasnolud - A za twoje, tfu!, jabłka, nie dałbym złamanego miedziaka. Ot, tyle dla mnie znaczą! - krzyknął i wziął jedno z nich, a następnie rzucił daleko przed siebie. Tłum popatrzył za lecącym owocem, który właśnie osiągnął apogeum swej wysokości i zaczął gwałtownie obniżać lot, lądując w końcu... na głowie odległego o trzydzieści kroków trolla. Nagle powietrze przeszył potężny ryk:
- Aaaaaargh!!! - krzyknął troll i zaczął szukać wzrokiem straganu z jabłkami. Spoglądając ponad przechodniami, dostrzegł swój cel. Wymachując maczugą zaczął zmniejszać dystans do swych ofiar, przedzierając się przez tłum - tłum, który z każdą mijającą chwilą stawał się coraz mniejszy. Przechodnie z przerażeniem pierzchali, widząc zbliżającego się demona wojny. Wydawane przez niego dźwięki dobitnie świadczyły, że nie ma pokojowych zamiarów.
- Na Lochosta... - pomyślał Sigurth - ... to największy troll, jakiego w życiu widziałem!
- Który to!?! Jakem Zaikon Egzekutor, zabiję bez litości!!! - napastnik wściekle spojrzał na t'skranga, krasnoluda i orka, nie mogąc podjąć decyzji co do wyboru celu dla swej maczugi. - Przyznać się!
- To on! - wymamrotał ork, wskazując na Sigurtha.
- Tak! To on! - poparł go krasnolud, z konieczności raczej niż sympatii.
"Wężowe Oko" omiótł ich zaskoczonych wzrokiem, ale zanim zdążył zaprotestować, olbrzymi troll rozpoczął szarżę. Następne wydarzenia potoczyły się jak we śnie...
W dłoniach Sigurtha pojawił się wspaniały elficki łuk i dziwnie rzeźbiona strzała...
Napięcie i zwolnienie cięciwy... Pocisk ze świstem przeszył powietrze i przyszpilił przeciwnika do ściany budynku... Z następnym uderzeniem serca z dłoni Łucznika była już kolejna strzała...
- Stój, albo tym razem trafię cię w lewe oko! - rzekł wesoło t'skrang, rozglądając się dokoła. A wszyscy dokoła z niedowierzaniem patrzyli na prawą rękę trolla, przytwierdzoną poprzez rękaw kurtki do ściany sąsiedniego budynku. Sam zainteresowany jakby stracił rezon. Spytał więc lodowatym głosem, starając się brzmieć groźnie:
- Dlaczego rzuciłeś mnie jabłkiem?
- To nie ja, lecz krasnolud... obok mnie... - odpowiedział Sigurth i ze zdumieniem spostrzegł, że po sprawcy zamieszania nie ma śladu. - Ej! Co jest? Wracaj, paskudny pokurczu!
ˇ ˇ ˇ
- A jak on się nazywał? - niespodziewane pytanie z końca sali brutalnie przerwało Horgonowi wątek w najmniej odpowiednim momencie. Wszystkie głowy obróciły się w tamtą stronę. Tłum z tyłu rozstąpił się, wydając na pastwę losu sprawcę zamieszania. Okazał się nim młody krasnolud z kuflem piwa w drżącej dłoni. Spojrzenia zgromadzonych bezlitośnie przewiercały go na wylot, lecz ten bezczelnie patrzył na barda. Horgon był dzisiaj w wyjątkowo dobrym nastroju, ale nie mógł pozwolić, żeby taki młokos bezkarnie mu przerywał. Zapytał więc, najłagodniej jak potrafił:
- Naprawdę cię to interesuje, mój drogi...? - tu zawiesił głos.
- ...Ostredzie. Nazywam się Ostred - wymamrotał niepewnie zapytany, wylewając przy tym kilka kropel piwa na podłogę.
- Niesamowite, niesłychane - szepnął Trubadur udając bezgraniczne zdumienie. - Nosisz to samo Imię, co ten głupiec... - Dodał po chwili z błyskiem w oku.
Słuchacze spojrzeli po sobie, po czym ryknęli śmiechem. Zawstydzony Ostred wycofał się w najciemniejszy kąt sali, mając nadzieję, że w końcu dadzą mu spokój. Wtem Horgon gestem nakazał ciszę, zapewne pragnąc kontynuować. Wszyscy w mgnieniu oka powrócili na swoje miejsca. Od tej pory nikt nie śmiał przerywać Trubadurowi...
ˇ ˇ ˇ
Troll i "Wężowe Oko" jednocześnie podążyli wzrokiem za uciekającym. Oblicza obu rozjaśniły się, kiedy od strony straganu z warzywami rozległ się przerażony wrzask tegoż:
- Puść mnie! Słyszysz? Puść mnie, mówię! - darł się wniebogłosy brodacz, nie mogąc wyrwać się z kamiennych dłoni trzymającego go obsydianina.
- Postaw go za ziemi, Valdurze. Powietrze z pewnością nie jest jego ulubionym żywiołem - rzekł drugi obsydianin, odziany w szatę koloru ziemi. W tym momencie Sigurth i troll, który już uporał się z przytrzymującą go strzałą, podeszli do rozmawiających. Ten ostatni nieco spokorniał, widząc obu mocarzy, lecz nie zrezygnował z zemsty.
- Żądam wydania mi tego va'a'uli... On obraził mój katorr i musi ponieść karę!
- Dumny Powietrzny Łupieżco, zaniechaj swej zemsty na tym nieszczęśniku, albowiem nie chciał on narażać twego honoru na uszczerbek - rzekł drugi obsydianin, w zamyśleniu patrząc w przerażone oczy krasnoluda.
- Czy to prawda? - zapytał Zaikon, uspokojony nieco obecnością ago'al - kamiennych braci.
- Tak! - wrzasnął krasnolud, któremu w głowie krążył jeszcze nadmiar gorzałki. - Wybacz mi, a będę ci przyjacielem tak długo, jak trawa będzie zielona a niebo błękitne...
- Wątpliwa korzyść - odparł troll, zastanawiając się, czy podobnej propozycji nie potraktować jako zniewagi. Krasnolud, widząc wahanie na jego twarzy, zdecydował się wykorzystać ostatnią deskę ratunku.
- Postaw mnie na ziemi - zwrócił się do Valdura, który niezwłocznie spełnił tę prośbę. - Nazywam się Ostred. Jestem płatnerzem i ofiarowuję się wykuć ci wspaniałą broń w zamian za poniechanie zemsty. Czy przystajesz na to, potężny Zaikonie?
Troll popatrzył na swoją maczugę i zamyślił się głęboko. Był niemal pewien, że da się to podciągnąć pod obrazę katorr, a nawet kat'ral i katera... Valdur, widząc twarz Łupieżcy, doskonale odgadł jego tok rozumowania. Przeczuwał kłopoty... Wtem we wszystko wmieszał się Sigurth:
- Ja także czuję się urażony twym kłamliwym oskarżeniem. Co takiego możesz mi ofiarować, abym puścił w niepamięć całe zdarzenie?
Krasnolud spojrzał na Łucznika spod oka i rzekł:
- Nie zapominaj, że to handlarz pierwszy zrzucił na ciebie winę.
- Rzeczywiście... - zamyślił się t'skrang - Ten wredny sprzedawca mnie... sprzedał! - tu wybuchnął perlistym śmiechem. Natychmiast dołączyli do niego obaj obsydianie, a basowe dudnienie ich potężnych głosów niosło się daleko od miejsca zdarzenia.
Zaikon był jednak zbyt wzburzony, aby docenić żart. Spojrzał spod oka na Łucznika i postąpił krok do przodu. Błyskawicznym ciosem na odlew pozbawił krasnoluda przytomności.
- Propozycja odrzucona - warknął w kierunku bezwładnego ciała i ruszył w stronę karczmy. Zgromadzony w bezpiecznej odległości tłum zaszemrał, widząc ten przejaw agresji. Obsydianin w szacie maga podniósł nieszczęśnika z ziemi i ocucił wodą z pobliskiej studni. Ten natychmiast po odzyskaniu przytomności wstał i otrzepał ubranie z pyłu i błota, po czym wmieszał się w gapiów i oddalił z miejsca zdarzenia, niepewnie szukając wzrokiem wszelkich oznak niebezpieczeństwa, zwłaszcza rozgniewanych trolli... Widząc to, przechodnie doszli do wniosku, że przedstawienie zakończyło się i z wolna zaczęli wracać do swych zajęć.
- Napić się... Niegłupi pomysł - stwierdził Sigurth. Po chwili trójka znikła w budynku najbliższej karczmy...
ˇ
Całe zdarzenie obserwował z uwagą stary Johannes. Jego myśli trawiła wypowiedziana kilka godzin wcześniej uwaga. Poprzednich najemników zwerbował tylko dlatego, że byli krasnoludami. Teraz nie miał zamiaru powtórzyć tego błędu. Dzisiaj szczęście wyraźnie mu dopisywało. - Nie zawiodę, panie... - pomyślał i wolnym krokiem wszedł do karczmy. Nagle otoczyła go ciemność, rozpraszana z rzadka światłem kryształów. Oczy starca z wolna przyzwyczajały się do słabego oświetlenia. Johannes zamówił mocne, krasnoludzkie piwo i zaczął rozglądać się dokoła, szukając wzrokiem upatrzonej wcześniej grupy. Po kilku chwilach usłyszał ich raczej niż zobaczył, siedzących w rogu sali. Wokół nich powstało jakieś dziwne zamieszanie. Popijając z kufla, lokaj zastanawiał się nad tym, co też się tam może dziać. Po pięciu minutach wstał i podszedł do kompanii.
ˇ
- Karczmarzu! Piwa dla mnie i moich towarzyszy! - zakrzyknął Sigurth i zajął miejsce w końcu sali - jedyne, które miało kamienne ławy. Obsydianie z wdzięcznością popatrzyli na t'skranga i rozsiedli się nieopodal. Valdur zdjął z pleców wielki dwuręczny miecz, zrobiony z jednego kawałka kamienia i położył sobie na kolanach, uważnie rozglądając się po sali.
Pomieszczenie, w którym się znajdowali, było bardzo przestronne. Wojownik omiótł wzrokiem salę, poszukując trolla zwanego Zaikonem. W końcu dostrzegł go dwa stoliki dalej, pijącego piwo. Pozornie nie zwracając na niego uwagi, Valdur przyglądał się swojemu najbliższemu otoczeniu. Spośród tłumu jego doświadczone oko wyłowiło kilku ciekawych osobników. Najbliżej z nich siedzący elf spokojnie popijał wino ze srebrnego kielicha, całkowicie ignorując współbiesiadników. U jego stóp leżał ogromny berdysz, zajmując niemal całą powierzchnię podłogi pod stołem. Obsydianin był niemal pewien, że elf podąża ścieżką Zbrojmistrza. Nie słyszał o żadnych innych przedstawicielach tej rasy, którzy potrafiliby władać podobnym orężem.
Nagle do uszu Valdura dotarł dziwny, wibrujący dźwięk. Wojownik rozejrzał się niepewnie dokoła. Jakież było jego zdziwienie, kiedy w drugim rogu sali dostrzegł... samego siebie! Jednocześnie stwierdził, że goście siedzący obok z bezgranicznym zdumieniem przyglądają się miejscu, w którym siedzi. Nawet elf popatrzył z niedowierzaniem na tę dziwną sytuację. W końcu ktoś dostrzegł postać obsydianina stojącą kilka metrów dalej. Wszystkie spojrzenia powędrowały w owym kierunku. Na sali zapadła cisza, wywołana zniknięciem Wojownika i jego pojawieniem się w innej części karczmy. Wtem odezwał się drugi obsydianin:
- Nie wierzcie w to, co widzą wasze oczy! To iluzja, a Valdur wcale nie ruszył się ze swego miejsca... Przypatrzcie się dobrze. - Słysząc te słowa, wielu gości zaczęło przecierać oczy ze zdumienia. Jeden przez drugiego wołali:
- Prawda! Dobrze mówi! Kamienny człowiek nie ruszył się z miejsca!
Valdur dopiero teraz zrozumiał, że stał się ofiarą jakiegoś dowcipnego Iluzjonisty. Spojrzenie Wojownika błądziło po sali w poszukiwaniu sprawcy zdarzenia. Nagle po swej prawej stronie zauważył jakiś ruch. Jednocześnie usłyszał głos Sigurtha i drugi, dużo od niego wyższy:
- Mam cię, mała oszustko! - twarz t'skranga przybrała kpiarski wyraz, gdy niewielka postać w jego dłoniach przestała się wreszcie szamotać. Wszyscy wokół nachylili się, aby spojrzeć na sprawczynię całego zamieszania. A była nią wietrzniacka kobieta, odziana w powłóczystą, jasnozieloną szatę. Jej delikatne, srebrne skrzydła gładko przylegały do wąskiej talii, zdając się lekko poruszać, jakby gotowe do lotu. Jednakże silne dłonie Sigurtha okazały się przeszkodą nie do pokonania. Niespodziewanie Łucznik rozluźnił uchwyt i delikatnie posadził swą "zdobycz" na stole. Nabrał powietrza w płuca i zawołał:
- Karczmarzu! Jak długo mam czekać na piwo?! - w ciszy, jaka panowała na sali, pytanie to zabrzmiało niczym grzmot w czasie nawałnicy. Zaskoczony karczmarz udał się w stronę kontuaru, wciąż niepewnie spoglądając na wietrzniaczkę. A ta, wbrew przypuszczeniom większości zgromadzonych, wcale nie próbowała uciekać, lecz dumnie rozsiadła się w przeznaczonym jej miejscu. Szlachetna twarz Iluzjonistki wyrażała tylko bezgraniczną pewność siebie. Jej niebieskie oczy bezczelnie przewiercały Valdura na wylot. Wreszcie olbrzymi Wojownik wstał i podszedł bliżej, dając znać drugiemu z obsydianów, aby zrobił to samo. Po chwili obaj kamienni ludzie siedzieli obok Iluzjonistki, przyglądając się jej uważnie. Na ich obliczach zagościł łagodny uśmiech. Chwilę później cała grupka pogrążyła się w cichej rozmowie.
Jakiś czas potem na stole pojawiło się pięć kufli piwa. Valdur jednym haustem wychylił litr napoju i zwrócił się do t'skranga:
- A jak właściwie się nazywasz, zielonoskóry przyjacielu?
- Sigurth, zwany też "Wężowym Okiem", do usług! - wyrzekłszy te słowa, Łucznik wstał i skłonił się dwornie. W tej pozycji wypił piwo i zaczął kierować się w stronę wyjścia.
- Dokąd idziesz?! - zapytała zaskoczona wietrzniaczka.
- Wyrównać rachunki ze sprzedawcą - odparł t'skrang z rozbrajającą szczerością. W jego pomarańczowych oczach tańczyły iskierki utajonej radości. Po chwili już go nie było. Zdumieni do najwyższych granic kompani zbyt późno zorientowali się, że nie zapłacił rachunku.
- Spryciarz - podsumowała Iluzjonistka. Być może chciała coś jeszcze dodać, ale w tym momencie do stolika podszedł niski, nieco zgarbiony człowiek...
ˇ
Karczmarz, który z uwagą obserwował nietypowych gości, rzecz jasna nie mógł usłyszeć prowadzonej rozmowy. Szczerze mówiąc, o wiele bardziej interesowało go, czy goście zapłacą za piwo. Po kilku minutach zobaczył, że wokół stolika gromadzą się następni Dawcy Imion. Od jednego z nich dowiedział się, iż starzec kompletuje drużynę najemników. W końcu na miejscu została niewielka grupa awanturników. Widocznie człowiek zdecydował się właśnie im powierzyć wykonanie swej misji. Karczmarz ciekawie zerknął na tę nietypową drużynę. Stwierdził, że w jej skład weszło dwóch obsydianów, wietrzniaczka, olbrzymi troll, elf władający groźnie wyglądającym berdyszem i dwóch krasnoludów. Nie mógł jednak poświęcać im dłużej swej uwagi, gdyż musiał obsłużyć innych gości. Kiedy w końcu przypomniał sobie o tej dziwnej grupie, na stole zostały już tylko puste kufle i kilka monet. Karczmarz zgarnął je brudną dłonią i cmoknął z niedowierzaniem. W garści połyskiwało mu szczere złoto...
ˇ
Tego wieczoru Zaikon szedł spać w bardzo dobrym humorze. Suta kolacja, zacny napitek i perspektywa czterystu sztuk srebra w kieszeni zrobiły na nim pozytywne wrażenie. Coś jednak uporczywie nie pozwalało mu zasnąć. Wstał i wyjrzał przez okno na leżącą naprzeciw piętrowego zajazdu ulicę. Spokój nocy zakłócał wydzierający się wniebogłosy ork, wiszący głową w dół na szyldzie pobliskiej piekarni. Troll dostrzegł rudą czuprynę nieszczęśnika i parsknął śmiechem.
- "A więc Łucznik dokonał swojej zemsty..." - pomyślał i dokładnie zamknął okno.
- "Jednak dobrze się stało, że go poznałem" - dodał w duchu, przypominając sobie mistrzowski strzał, który mógł go pozbawić życia. - "Lepiej być mu przyjacielem aniżeli wrogiem" - zadecydował w końcu i rzucił się na łóżko. Po chwili w pokoju rozległo się potężne chrapanie. Tylko na dworze ciszę mąciły klątwy miotane przez orka. Nikomu jednak nie przeszkadzały one w udaniu się na zasłużony odpoczynek...
III. Na południe
Wschodni wiatr niósł podmuchy zimnego powietrza znad szczytów Gór Throalskich, majestatycznie górujących nad rozciągającymi się u ich podnóża lasami. Daleko na zachodzie, jako ciemniejsza ściana na tle rozgwieżdżonego nieba, majaczyła się dżungla Sewros. Trwająca od wieków brutalna walka o przetrwanie nauczyła mieszkające w niej stworzenia niezwykłej czujności i wykorzystywania wszelkich możliwych sposobów przeżycia. Posłuszny swej naturze, młody krojen wciągnął w nozdrza zimne powietrze. Wyczuł w nim nietypowy zapach, który poznał zaledwie kilka dni wcześniej. Drapieżnik instynktownie unikał Dawców Imion, ale głód zmusił go do włączenia ich w swój jadłospis. Ledwie wczoraj zjadł resztki zabitych krasnoludów, a dzisiaj znowu los zesłał mu pożywienie. Kierowany przemożnym głodem, podążył w stronę swoich ofiar. Po chwili dołączyli do niego inni łowcy. Las zamilkł, kiedy siedmiu zabójców wyruszyło na polowanie...
ˇ
Dzień zbliżał się ku końcowi, a purpurowe słońce rzucało na ziemię swój niesamowity blask. Traktem u podnóża potężnych Gór Throalskich podążała grupa wędrowców. Każdy niósł w plecaku zapasy żywności na cztery tygodnie, wszyscy mieli jednak nadzieję, że ich misja potrwa o wiele krócej. Mijał dopiero piąty dzień ich podróży na południe, a oni już czuli się niezwykle znużeni.
- Poszukajmy miejsca na nocleg - zaproponował Glok, obsydiański Mistrz Żywiołów, który wybijał się na nieformalnego przywódcę wyprawy. Reszta przystała na to z wyraźnym zadowoleniem. Kiedy chcieli już zboczyć nieco ze szlaku, Sigurth, który ostatni dołączył do drużyny, zatrzymał się nagle i kazał kompanom zamilknąć. Teraz wszyscy usłyszeli jakieś dziwne odgłosy. Valdur spojrzał po twarzach towarzyszy i pospiesznie podążył w kierunku źródła tych dźwięków. Inni skwapliwie uczynili to samo, przygotowując się w duchu do walki.
Potężny obsydianin pierwszy wbiegł na rozległą polanę, leżącą po lewej stronie szlaku. Ujrzał na niej dwóch krasnoludów, którzy, wsparci o jedyne drzewo w pobliżu, próbowali odpędzić otaczające ich krojeny. Na pierwszy rzut oka doświadczony Wojownik stwierdził, że napadnięci nie mają szans. Idący obok niego krasnolud pospieszył ratować swych ziomków, nie czekając na wsparcie ze strony towarzyszy. Wpadłszy między drapieżców, począł wywijać toporem na prawo i lewo. Kilka ciosów doszło głowy pierwszego kota, szybko pozbawiając go życia. Krasnolud postąpił jednak zbyt pochopnie. Pozostali leśni rozbójnicy rzucili się na niego z morderczym blaskiem w żółtych ślepiach, obalając na ziemię. Widząc nierozważny czyn Throalczyka, Valdur z okrzykiem na ustach wpadł się w kłębowisko walczących.. Silny cios musnął tylko bok najbliższego kota, który z gracją odskoczył kilka metrów dalej. W tym samym momencie inny z łowców znalazł się na plecach Wojownika i zatopił kły w jego lewym barku. Obsydianin przeciągle krzyknął z bólu.
- Nie ruszaj się! - usłyszał z prawej strony, natychmiast odwracając się tyłem w tym kierunku. Odsiecz nadeszła w samą porę. Kiedy zęby kota miały dosięgnąć szyi ofiary, maczuga Zaikona brutalnie strzaskała kark przeciwnika, odrzucając go kilkanaście stóp dalej. Tam ranny zwierz próbował się podnieść, ale berdysz elfa brutalnie przerwał te wysiłki. Faron spojrzał na tryskającą krew, tak pięknie wyglądającą w promieniach zachodzącego słońca, po czym dołączył do walczących. Pozostałe krojeny odwróciły się w stronę nowych przeciwników. Na to tylko czekali okrążeni przez nie wędrowcy, rzucając się do panicznej ucieczki. Koty nie zwróciły na to uwagi. Ich nienawistne spojrzenia przeszywały na wylot członków drużyny. Nastała chwila pełna napięcia i wyczekiwania. W tym czasie Glok zdążył utkać wątek dla swojego zaklęcia i zasypał krojeny gradem lodowych pocisków, a pocisk wystrzelony przez Sigurtha utkwił w szyi jednego z drapieżców. Pozostali zaczęli się wycofywać, ale w tym momencie najemnicy przypuścili wściekłą szarżę. Maczuga Zaikona rozgniotła łeb kota, ukazując wnętrze czaszki. Krojeny były bez szans... Kolejne ciosy eliminowały je z morderczą precyzją. Po kilku chwilach walka była skończona. Troll podszedł do jednej ze swych ofiar i trącił ją ostrym zakończeniem maczugi. Zrobił to jednak na tyle mocno, że z jednego z oczodołów wypłynęła jego zawartość. Towarzysze przyglądali się temu zajęciu z niesmakiem. Zaikon popatrzył na nich i stwierdził z wrodzoną brutalnością:
- Machniesz kota pac, pac w oko i wypłynie wraz z posoką... - Po tych słowach wybuchnął śmiechem i kościanym nożem zaczął zdejmować skóry z zabitych. W tym czasie do drużyny podeszli uratowani wędrowcy.
- Dziękujemy! Nie wiemy, jak się wam odwdzięczymy! Chwała Chorrolisowi! - wołali jeden przez drugiego. Sigurth uspokoił ich gestem i zapytał:
- Kim jesteście? I dlaczego podróżujecie tylko we dwóch, bez bagaży, wierzchowców?
- Czy wasz mocodawca to Ontar Kraloff? - dorzucił naiwnie Zaikon. Krasnoludy spojrzały na niego zdziwione. - Spokojnie, wszystko sobie wyjaśnimy - rzekł jeden z nich. - Najpierw jednak odnajdziemy nasze wierzchowce. Nie jesteśmy tak szaleni, żeby podróżować piechotą przez dzikie ostępy tego kraju - tu spostrzegł swój nietakt. - Może wspólnie rozbijemy obóz?...
- Zaczekajcie! A co z Wilfim? - zapytał Cobb, drugi krasnolud w drużynie. Do nieruchomego ciała błyskawicznie podleciała Areena, wietrzniacka Iluzjonistka i przytknęła dwa palce lewej dłoni do szyi leżącego. Po chwili jej towarzysze usłyszeli cichy szloch.
- Nie... Nie żyje... - zdołała w końcu wyszeptać przez łzy.
ˇ
Noc była ciepła, jak na środek marca, toteż Glokowi niespecjalnie chciało się spać.
Był też zbyt przygnębiony wypadkami minionego dnia. Ledwie wyruszyli z Wielkiego Targu, a już stracili jednego z członków drużyny. - "Jego grób zazieleni się niedługo soczystą trawą" - westchnął smutno. Niepokoiła go także napięta atmosfera panująca w kompanii. Zwłaszcza postawa trolla mogła okazać się destrukcyjna. Jego zachowanie wobec wietrzniaczki, elfa i obu dotychczas krasnoludów pod znakiem zapytania stawiało trwałość drużyny. I o ile pierwszego dnia konflikty wśród jej członków ledwie się rysowały, o tyle teraz, w obliczu pierwszej porażki, urastały do niebezpiecznych rozmiarów. Mistrz Żywiołów wiedział, że prędzej czy później będzie musiał się tym zająć. Tymczasem jego umysł zaprzątała inna sprawa. Rozważał wieści, jakie usłyszał od uratowanych krasnoludów. Według ich słów, w górach na południowym wschodzie znajdowało się ukryte miasto - kaer, które jego mieszkańcy nazywają Asgardem. Chociaż Pogrom teoretycznie zakończył się wiele lat temu, miasto dopiero przed kilkoma miesiącami otworzyło się na świat. Throal, co zrozumiałe, jako pierwszy nawiązał kontakty handlowe i dyplomatyczne z Asgardem. Wędrowcy okazali się być wysłannikami króla Varulusa III, prowadzącymi tajne rokowania. Jak opowiadali, rozmowy zakończyły się sukcesem - miasto w ciągu dwóch tygodni miało wysłać swych przedstawicieli do Bethabel, aby tam uroczyście przystąpić do Konfederacji Throalu.
Obsydianin miał wielką ochotę odwiedzić to miejsce, tym bardziej, że niejasne wskazówki Kraloffa pozwalały przypuszczać, iż posłańcy zaginęli gdzieś w tej okolicy.
- Trzeba udać się do tego Asgardu... - pomyślał, patrząc na otrzymaną od krasnoludów pieczęć królewską - Kto wie, może tym razem Duch, Który Przenika Wszystko okaże nam swoją łaskę?...
ˇ
Od rozstania z krasnoludami minęła już cała doba, a drużyna w dalszym ciągu podążała na południowy wschód, przedzierając się wśród skalnych rumowisk. Wędrowcy musieli minąć niewysoki acz rozległy masyw górski, ciągnący się daleko ku południu. Ufni we własne siły, postanowili jednak przejść na przełaj, wdrapując się na szczyt przeszkody. Jednakże przyroda nie rozpieszczała tych, którym wypadło wędrować przez góry. Okolica była wyjątkowo nieprzyjazna, nawet rośliny z rzadka tylko porastały strome zbocza. Mozolna wspinaczka kosztowała podróżników sporo zdrowia, a przecież mogła kosztować ich życie...
Zdarzyło się bowiem, że wędrowcy stanęli pod niemalże pionową, wysoką na jakieś dwieście stóp skalną ścianą. Sytuacja przedstawiała się niewesoło. Wietrzniaczka szybko podjęła decyzję i po chwili znalazła się na szczycie wzniesienia, używając swych skrzydeł. Spojrzała na towarzyszy, wyglądających z tej wysokości na małych i słabych. Następnie sfrunęła w dół, oglądając dokładnie zbocze. Kiedy znalazła się na dole, kompani obrzucili ją zazdrosnymi spojrzeniami.
- Ty potrafisz latać, ale my będziemy musieli się wspinać - stwierdził ponuro Cobb.
- Myślę, że nawet takie ciamajdy jak wy dadzą sobie radę! - odparła Areena, spoglądając na obu obsydian i śmiejąc się jednocześnie. - Zbocze jest w miarę łatwe do pokonania, a od połowy jest coraz łagodniejsze. Poza tym, wiatr i woda wyżłobiły w nim wiele zagłębień. Czekam na górze! - zawołała i błyskawicznie uniosła się na dużą wysokość.
- Wracaj tu natychmiast! - rozkazujące brzmienie głosu Sigurtha sprawiło, że Iluzjonistka zawróciła w pół drogi, obrzucając t'skranga podejrzliwym spojrzeniem. Ten zdjął plecak i wyjął z niego duży zwój lśniącej, jasnozielonej liny. Podając wietrzniaczce, rzekł:
- Zawiąż ją tak, żeby luźny koniec zwisał na wysokości naszych głów.
Cobb spojrzał na niego zdumiony i wyszeptał drżącym głosem:
- Chyba... Chyba nie masz zamiaru...
- Mam - przerwał mu mało subtelnie Sigurth. - Dajcie swoje liny, to może uda mi się je połączyć tak, żeby wystarczyły na całą wysokość ściany. - Przenosząc wzrok z jednego towarzysza na drugiego, Łucznik zrozumiał powagę sytuacji:
- Nie macie liny?... - pytanie zawisło w powietrzu niczym krzyk rozpaczy. Pierwszy odpowiedział Valdur, a przepraszający ton jego głosu nie wróżył tym razem nic dobrego:
- Mało która lina utrzyma obsydianina. Poza tym nikt nie przypuszczał, że będziemy musieli się wspinać...
- A więc nie macie... - ogon t'skranga przestał się w tym momencie kołysać i zawisnął nieruchomo nad jego lewym ramieniem. Źrenice zwęziły się, a cała postać jakby zamarła. Wreszcie nastąpił wybuch:
- Idioci! Kretyni! Jak można wybierać się na wyprawę i nie wziąć ze sobą liny! Imbecyle!
Towarzysze spojrzeli po sobie smutno. Wtem Sigurth powstrzymał kolejne cisnące mu się na usta przekleństwa, a z jego na wpół przymkniętych warg dobył się ledwo słyszalny syk:
- T'sleetha - t'sleethi - Faron wzdrygnął się na dźwięk tego języka, ale zachęcony nagłą zmianą w zachowaniu Łucznika postanowił jakoś go udobruchać:
- Nie wiedzieliśmy, że...
- Shustal! - przerwał mu t'skrang. Jednakże w jego głosie nie słychać było gniewu. W końcu dał znać Areenie, żeby wykonała jego polecenie. Po chwili nad ich głowami zwisał koniec liny. Sigurth chwycił ją oburącz i mocno pociągnął, stwierdzając, że jest wystarczająco dobrze przywiązana. Popatrzył na kompanów i rzekł:
- Ta lina utrzyma nawet grzmotorożca, o obsydianinie nie wspominając.
Pierwszy podszedł do niej Valdur. Wstrzymała go jednak stanowcza postawa Gloka:
- Zaczekaj! Chyba wiem, jak ułatwić nam zadanie! - wyrzekłszy te słowa, zamknął oczy i zaczął tkać zaklęcie. Wreszcie dotknął ramienia Wojownika i powiedział:
- Idź. I niech Duch, Który Przenika Wszystko ma cię w swojej opiece.
Obsydianin rozpoczął wspinaczkę. Z początku powoli, z czasem szło mu to coraz sprawniej. W końcu dotarł do półki, obok której uwiązana była lina. Cobb spojrzał na niego z nabożną niemal czcią i ruszył w krótką, ale jakże niebezpieczną drogę. Także na niego Glok rzucił zaklęcie ułatwiające wspinaczkę. I tak, jeden po drugim, wędrowcy pięli się coraz wyżej i wyżej. Ostatni wspinał się Zaikon. Kiedy przebył dwie trzecie dystansu, węzeł rozluźnił się i zdumiony troll zaczął tracić wysokość. Towarzysze spoglądali z przerażeniem na supeł, ale nie byli w stanie nic zrobić. Jeszcze chwila, a węzeł całkiem by puścił, zrzucając Powietrznego Łupieżcę pięćdziesiąt stóp w dół. Wtem powietrze przeszył wysoki głos Iluzjonistki, a lina przestała się obniżać. Zdumiony Zaikon dokończył wspinaczkę. Na półce skalnej zwrócił się do krążącej wokół Areeny:
- Cokolwiek zrobiłaś... Dziękuję... - z trudem wydobył z siebie te słowa, ale na jego twarzy zagościł uśmiech. Do tej pory w obecności wietrzniaczki zawsze był ponury...
- Idziemy dalej - upomniał wszystkich elf.
Wędrowcy pokonali pozostały odcinek zbocza podobnie jak poprzedni. Kiedy wreszcie zatrzymali się na posiłek, słońce znajdowało się wysoko nad horyzontem. W przejrzystym powietrzu jak na dłoni widać było szczyty Gór Throalskich, w wielu miejscach pokryte jeszcze czapami śniegu. Poniżej rozciągały się łąki porośnięte soczystą trawą, a pod nimi lasy pełne bujnej roślinności, jakże innej niż ta, jaką można spotkać w dżungli Sewros. Widok ten napełnił serca poszukiwaczy otuchą i zachwycił do tego stopnia, że przedłużyli swój postój o kilka godzin. W końcu ruszyli w drogę w ku dolinom, a każdy z nich na długo zachował w pamięci obraz, jaki dane było mu oglądać...
ˇ
- To chyba tu - mruknął Glok, spoglądając na rozciągającą się u jego stóp wapienną dolinę.
- Nie widzę tutaj żadnego miasta - zripostował Faron, nie ukrywając zniecierpliwienia.
- Gdybyś słuchał tego, co mówili posłowie króla, wiedziałbyś, że przejście do Asgardu jest ukryte głęboko w dolinie - zganił go Valdur. - Musimy odnaleźć kanion prowadzący na wschód...
Spojrzeli po sobie. W okolicy mogły być dziesiątki takich kanionów...
- Spójrzcie! - powiedział Zaikon. - Tam! W dole! Widzę wiele postaci...
- Nie... Tam nikogo nie ma... - stwierdził Zbrojmistrz, wytężając wzrok we wskazanym kierunku.
- Idziemy - zadecydował Glok, całkowicie ignorując elfa. Ten ze zdziwieniem spojrzał na oddalających się towarzyszy. - Czekajcie! Idę z wami! - krzyknął i dołączył do reszty.
Grupa prowadzona przez trolla ostrożnie schodziła w głąb doliny.
Jednocześnie robiło się coraz ciemniej. Nie przeszkadzało to jednak przewodnikowi w dokładnym określeniu kierunku. Zdziwiło to Farona, który zapytał Valdura:
- Zarówno w dzień, jak i w nocy, najlepszy wzrok ze wszystkich Dawców Imion mają elfy. Więc jak to się dzieje, że Zaikon coś widzi, a ja nie?
- Gdybyś zapytał Gloka, powiedziałby ci, że on dostrzega energię życiową innych istot.
- A ty? Co o tym myślisz? - nie dawał za wygraną Zbrojmistrz.
- Ja? Myślę, że on wyczuwa ciepłą krew swych potencjalnych ofiar... - stwierdził Valdur, wykazując przy tym pewną niechęć do Powietrznych Łupieżców, znanych w całej Barsawii ze swej legendarnej wręcz żądzy mordu. Faron spojrzał na niego ze zdziwieniem i zamyślił się głęboko. Po kilku chwilach z tego stanu wyrwał go tubalny głos przewodnika:
- Są jakieś sto trollowych kroków przed nami.
Elf popatrzył przed siebie, ale gęste poszycie lasu utrudniało widzenie.
- Ilu ich jest? - zapytał.
- Około trzydziestu... Nic nie wskazuje na to, aby wiedzieli o naszej obecności... - odpowiedział Zaikon, zatrzymując się na moment.
- W takim razie idźmy w tej odległości za nimi - zadecydował Glok. - Na pewno podążają do Asgardu... - wyraził głośno swoją skrytą nadzieję. Po chwili cała grupa ruszyła wolnym krokiem za domniemanymi Asgardczykami.
Z minuty na minutę zachodzące słońce dawało coraz mniej światła. Na szczęście las przerzedzał się, umożliwiając tym samym wybranie dogodnego tempa. Miękkie poszycie tłumiło nawet ciężkie stąpanie obsydiańskich stóp. Nagle do uszu wędrowców dobiegł szum.
- Rzeka... albo wodospad - stwierdził Glok. Wtem Zaikon zatrzymał się i wykrzyknął:
- Zniknęli... - po czym zaczął biec. Po kilkudziesięciu krokach wybiegł na polanę, która oddzielała las od ściany skalnej, ciągnącej się wysoko w górę. Z lewej strony rozlewało się jezioro, zasilane nieustannie przez spadającą wodę. Ścigani jakby rozpłynęli się w powietrzu.
- To niemożliwe... - pokręcił głową Valdur. - Grupa Dawców Imion nie może tak po prostu zniknąć. Tu musi być jakieś przejście... - po chwili rozległ się dźwięk opukiwanej ściany.
- To potrwa - stwierdziła markotnie Areena.
- Potrwa, jeżeli mu nie pomożemy - odparł Zaikon i zabrał się do pracy. Iluzjonistka tylko wzruszyła wątłymi ramionami i spojrzała na ślady wielu stóp, wydeptane w promieniu wielu kroków. W końcu i ona wzięła się za szukanie przejścia.
Starania towarzyszy z uwagą obserwował Glok. Intuicja Mistrza Żywiołów podpowiadała mu, że ich wysiłki są nadaremne. Jego myśli powędrowały w kierunku ściany wody, za którą wyraźnie czuł obecność żywiołu powietrza. Zaciekawiony, podszedł do jeziora. Ze zdumieniem stwierdził, że przy brzegu, pod samym lustrem wody, leżą kamienne płyty prowadzące w stronę wodospadu. Obsydianin w lot poznał rozwiązanie całej zagadki.
- Dajcie spokój skałom! - wykrzyknął do kompanów. - Przyjrzyjcie się wodzie!
Sigurth ze zdumieniem spostrzegł, jak Glok wchodzi do jeziora i po chwili znika w jego ciemnych odmętach. Natychmiast zawołał pozostałych, którzy przybiegli w mgnieniu oka.
- Co jest...? - wydusił z siebie Cobb - Ten też przepadł?
- Jak kamień w wodę! - rozległ się śmiech Mistrza Żywiołów. - Tu jest przejście! - zawołał, wynurzając się z ciemności między wodospadem a skałą. - A pod lustrem wody znajduje się ścieżka!
Kierowani jego głosem, towarzysze jeden po drugim znikali w mrokach jeziora. Po chwili wszyscy stali obok siebie w ciasnym przejściu. Na dłoni Areeny pojawił się mały, blady płomień, który pozwolił drużynie na ogarnięcie sytuacji. Znajdowali się w skalnej grocie, mając za sobą wodospad, a przed sobą przejście prowadzące na wschód. Fala wilgotnego powietrza omiotła ich twarze, co jednoznacznie świadczyło, że istnieje drugie wyjście. Bez namysłu ruszyli przed siebie. Już po kilku krokach korytarz zaczął się powiększać do sporych rozmiarów, a także lekko podnosić się. Wędrowcy mieli teraz pod stopami równą, posypaną żwirem powierzchnię. Jednakże każdy krok, nawet najostrożniejszy, odbijał się echem od skał, a dźwięk wydawany przez skrzydełka Iluzjonistki przypominał szum wiatru w czasie nawałnicy. Światło na dłoni wietrzniaczki tworzyło ogromne, groteskowe cienie idących za nią postaci. Na ścianach wyryte były dziwne znaki, zapewne chroniące kaer przed Horrorami w czasie Pogromu.
- Popatrzcie tylko... - mruknął Glok. - Wydaje mi się, że to obsydiańska robota...
Spojrzenia wszystkich powędrowały ku nieco topornie ciosanym runom.
- Bez wątpienia... - wtrącił się Valdur. - Ten znak oznacza siłę, a tamten to ideogram obrazujący obsydianina. Czujesz to? - zapytał nagle. - Gdzieś w pobliżu znajduje się żywogłaz! - Mistrz Żywiołów milczącą przytaknął skinieniem głowy. Uradowani obsydianie przyspieszyli kroku. Korytarz zaczął skręcać nieco na południe.
- Zbliżamy się do wyjścia - szepnął Faron, ściskając w dłoniach berdysz. - Starajcie się być cicho...
Po przejściu jeszcze stu kroków wędrowcy wyszli na otwartą przestrzeń.
Ich oczom ukazało się potężne miasto, o zachodu wsparte o skalną ścianę. Bliski pełni księżyc jasno oświetlał dumną bramę leżącą na południe od wyjścia z tunelu. Ułożona z białych kamieni droga zachęcała, aby nią podążyć.
- Niesamowite... - wyszeptał Cobb, spoglądając na wspaniałe mury wysokości trzydziestu stóp, otaczające miasto z trzech stron. - Asgard... - z nabożną czcią wypowiedział to Imię, które stało się dla niego symbolem siły i potęgi.
W tej jednak chwili od bramy dało się usłyszeć nawoływania i szczęk oręża, a po chwili także tupot nóg. W ciągu kilkudziesięciu uderzeń serca grupę otoczył szczelny kordon straży. Każdy z piętnastu orków dzierżył oburącz miecz o złotej rękojeści. Wszyscy byli wysocy i mocarnie zbudowani. Nawet Zaikon musiał przyznać, że walka nie wchodzi w grę. W końcu jeden ze strażników przemówił:
- Kim jesteście i jak tu trafiliście?
- Uratowaliśmy wysłanników króla Varulusa, którzy w podzięce wskazali nam położenie Asgardu. Oto dowód - rzekł Glok, pokazując otrzymany od krasnoludów glejt. Zielone oczy orka rozszerzyły się, kiedy umysł pracował w poszukiwaniu słabego punktu tej odpowiedzi.
- W porządku - powiedział wreszcie. - Zaprowadzę was do burmistrza. On zdecyduje, co z wami zrobić. - Po tych słowach oddział orków rozluźnił szyk, lecz nadal stał blisko drużyny. Idąc w kierunku bramy, Faron zanotował słuchem wyraz szacunku, jaki dali orkowie, kiedy Zaikon przechodził obok ich wodza. Te półtorej stopy różnicy wywarło na nich spore wrażenie. Zbrojmistrz zwrócił także uwagę na broń dowódcy, dużo krótszą niż pozostałych, ponadto zdobioną drogimi kamieniami. Te inkrustacje coś mu przypominały, tylko co...?
IV. Miasto w dolinie
Było grubo po dwudziestej, kiedy przybysze wyszli z budynku Rady.
Asmodeus von Grossenberg pozostał sam w komnacie, wolno analizując otrzymane informacje. Nie przypuszczał, że na drodze unii z Throalem stanie Natura. Nie był przesądny, ale też nie mógł ignorować podobnych zdarzeń. Istniała też druga strona medalu. Wyrokiem Losu - burmistrz nie wierzył w Pasje - w okolicy znaleźli się śmiałkowie, którzy uratowali przymierze z Varulusem.
- Przypadek... Światem rządzi przypadek. Lub też... Przeznaczenie... - podsumował Asmodeus.
ˇ
Spotkanie w Ratuszu nie przyniosło rozwiązania zagadki. Valdur wiedział, że od początku nie posunęli się nawet o krok. Co prawda burmistrz mówił coś o plemieniu orków i wielkich ogniskach na zachodzie, ale ta informacja nie wnosiła wiele... - No, może z wyjątkiem kierunku. - poprawił się w myślach Wojownik. Mimo, że Grossenberg pozwolił im zostać w Asgardzie jak długo chcą, a nawet obiecał znalezienie kwater i zapewnienie żywności, drużyna nie zamierzała tu zostawać. Chcieli opuścić miasto nazajutrz o świcie, ale w tym momencie nie marzyli o niczym innym niż ciepły posiłek w miłej, przytulnej karczmie. Garuth, dowódca straży, polecił im "Królewskiego Łososia". Tam też postanowili się udać.
W budynku było wielu Dawców Imion. Valdura zaskoczył fakt, że byli tu przedstawiciele wszystkich ośmiu ras. Nie wiedział, że kaer był wspólną inicjatywą tych wszystkich, którzy z różnych powodów nie mogli powrócić do swych domów i tam schronić się przed Horrorami. Miejsce zostało wybrane w porozumieniu z bractwem obsydianów, które miało tu swoją siedzibę. Właśnie oni najbardziej interesowali Wojownika. Miał on nadzieję, że po raz pierwszy od wielu miesięcy będzie mógł odbyć rytuał śnienia w obecności żywogłazu. Zapewne podobną nadzieję żywił Glok, który w swym krótkim życiu nie brał udziału w tym rytuale poza macierzystym bractwem. Rozmyślania Valdura przerwało wejście wiekowego obsydianina, który powoli zbliżył się do stołu, przy którym siedzieli. Po chwili cała trójka pogrążyła się w cichej rozmowie.
ˇ
Zupełnie inny przebieg miała rozmowa w innej części sali. Tam prym wiódł Zaikon Egzekutor, próbujący przekonać zgromadzonych, że jest najwyższym Dawcą Imion w całej Barsawii. Talent krasomówczy nie szedł u niego w parze ze wzrostem, więc słuchacze od czasu do czasu wyrażali powątpiewanie. Rozzłoszczony Powietrzny Łupieżca w końcu wstał i ryknął na całe gardło, zahaczając przy tym rogami o sufit. Ta demonstracja potęgi natychmiast usunęła wątpliwości zebranych. Nawet obsydianie zaszczycili zdarzenie swoją uwagą, ale tylko na moment. Zadowolony z wrażenia, jaki zrobił na obecnych, Zaikon usiadł i kazał sobie podać kufel piwa. To samo uczynił też Cobb.
Około dziewiątej do karczmy wszedł Garuth i natychmiast przysiadł się do pijących. Zachęceni przykładem szanowanego obywatela, inni także usiedli bliżej. Ktoś zaoferował piwo dla wszystkich, ktoś następny zrobił to zaraz po opróżnieniu dzbanów. Mieszkańcy Asgardu nie mieli dotąd gości ze świata zewnętrznego, tym chętniej więc okazywali przybyszom swoją hojność, im bardziej nieprawdopodobne ci pletli bzdury.
- Pewnego razu w Wielkim Targu kupiłam magiczny pierścień! - opowiadała Areena, usiłując powstrzymać czkawkę. - Zawsze, gdy miałam go palcu, zbierało się na deszcz. Zawsze! Ale nigdy nie padało. I kiedy pewnej nocy zasnęłam na świeżym powietrzu, rano obudziłam się przemoczona do suchej nitki! I wyrzuciłam go w cholerę!!! Cha! Cha! Cha! - rozbawieni słuchacze zawtórowali rechotem. - Cha! Cha! Cha! Nikt nie zwrócił uwagi na ciche wyjście obsydianów. Szczerze mówiąc, i tak nikogo to nie interesowało...
Zabawa trwała w najlepsze. Po czwartej kolejce niektórzy zaczęli się chwiać, innym plątały się języki. Po szóstej kilku słabeuszy wyszło chwiejnym krokiem z karczmy. Reszta przyjęła to gwizdami i przekleństwami. W końcu pewna kobieta zaczęła flirtować z Faronem, ale brutalny cios Garutha znokautował ją zanim do czegokolwiek doszło:
- Tu się chleje!!! - krzyknął - A nie zadaje z ludzkimi samicami!!! Słyszysz, przyjacielu? -
Zbrojmistrz był wyraźnie zawiedziony takim obrotem sprawy. Po ósmej kolejce na placu boju pozostali tylko najtwardsi. Nawet Sigurth wywrócił się i padł nieprzytomny. Garuth wraz z Zaikonem namówili jakiegoś orka do wypicia piwa z dodatkiem ostromiętu , co skończyło się dla niego rozstrojem przewodu pokarmowego. Mocno pijany kapitan straży zaczął w końcu bełkotać o swoim królewskim pochodzeniu, ale mało kto był jeszcze w stanie go zrozumieć. Prawdę mówiąc, mało kto był w stanie zrozumieć cokolwiek. Dziesiąta kolejka przerosła możliwości nawet najbardziej zaprawionych zawodników. W końcu wszyscy zasnęli - na stołach, krzesłach, podłodze - słowem, gdzie tylko się dało...
ˇ
Następnego dnia wielu co bardziej szanowanych obywateli Asgardu obudziło się z potwornym bólem głowy. Miasto lotem błyskawicy obiegła wieść o nocnej popijawie w "Królewskim Łososiu". Na szczęście obyło się bez ofiar śmiertelnych. Większość uczestników libacji była na nogach już około południa, co można uważać za prawdziwy wyczyn. Niektórych trzeba było jednak budzić brutalnymi metodami:
- Wstawaj, mały padalcu!!! Mieliśmy ruszyć o świcie!!! - wrzeszczał Zaikon do ucha śpiącego krasnoluda, choć sam obudził się kwadrans wcześniej, podobnie zresztą jak Faron, Sigurth i Areena.
- Co? Gdzie? Za ile? - dopytywał się zaspany Cobb. W końcu troll stracił cierpliwość i wyniósł go z karczmy, rzucając na ulicę, ku wielkiej uciesze przechodniów. Tak potraktowany krasnolud w końcu wstał i zaczął iść w przypadkowo wybranym kierunku.
- Dokąd?!? - ryknął Zaikon. - Mieliśmy spotkać się z ago'al przy południowej bramie miasta. - Chodź za mną! - dodał, po czym zabrał resztę rzeczy i wszyscy podążyli na wyznaczone miejsce, ciągnąc za sobą skacowanego Cobba.
Po dziesięciu minutach doszli na miejsce. Obaj obsydianie siedzieli obok koszar straży, leniwie popijając coś z kufli. Na ten widok t'skrang poczuł jak żołądek pragnie wyfrunąć mu przez gardło.
- Witajcie! - rzekł Glok. - Jemy właśnie śniadanie. Chcecie się przyłączyć?
Zdumiony Zaikon spojrzał na nich spod oka i zapytał niepewnie:
- Nie jesteście wściekli?
- Nie... Bo czymże jest kilka godzin wobec wieczności? - stwierdził filozoficznie Valdur. Zaraz potem wszyscy zabrali się do jedzenia. Kiedy wreszcie wyszli przez południową bramę, słońce wisiało już wysoko na niebie.
Widok za bramą wprawił ich w osłupienie. Przestrzeń wokół usiana była mozaiką pól, łąk i sadów. To korzystny mikroklimat i żyzne gleby sprawiały, że pomimo swych niewielkich wymiarów kotlina była w stanie zapewnić swym mieszkańcom wszystko, czego potrzebowali. Wiele pól przeznaczono na winnice, a także plantacje tytoniu i chmielu.
ˇˇˇ
Tu Horgon urwał.
- Renarze! - zawołał i spojrzał na karczmarza.
- Już podaję! - odrzekł ten domyślnie i przyniósł do połowy opróżnioną butelkę wina. Trubadur ujął ją w dłonie i pokazał zebranym.
- Ten wspaniały trunek pochodzi właśnie z Asgardu, który do dziś słynie w całej Barsawii jako producent najlepszych win. Te grona zostały zebrane właśnie w roku, w którym rozgrywa się ta historia - powiedział egzaltowanym głosem. - Przypatrzcie się uważnie, albowiem macie do czynienia z częścią legendy! - zakrzyknął na koniec, po czym nalał sobie do kielicha i wypił powoli rubinowy napój. Przepłukawszy tym sposobem gardło, powrócił do opowiadania.
ˇˇˇ
Droga pod kątem prostym skręcała na zachód. Wędrowcy daleko przed sobą widzieli okazałą bramę wjazdową do kotliny, zbudowaną między potężnymi ścianami wąskiego kanionu. Właśnie o tym miejscu opowiadali throalscy posłowie. Białe baszty wyglądały nieco niepozornie na tle gór, ale z bliska robiły niesamowite wrażenie.
- Nic dziwnego, że miasto oparło się Horrorom. - pomyślał Glok. Jako Mistrz Żywiołów bezbłędnie wyczuwał bijącą od skał potęgę. Wiedział, że w okolicy znajduje się mnóstwo esencji żywiołu ziemi.
W czasie śnienia poznał historię Asgardu. Pomimo częstych ataków Horrorów, magiczne zabezpieczenia skutecznie ochroniły miasto podczas Pogromu. Obsydianin zdziwił się tylko, że zapora zbudowana z esencji powietrza i wody, pod postacią burzy osłaniająca miasto od góry, okazała się równie wytrzymała. Glok nie był co prawda wyspecjalizowany w magii ziemi, ale ten właśnie żywioł był mu najbliższy. Symbolizował przecież trwałość i niezmienność, cechy tak bliskie każdemu obsydianinowi. Glok czuł się w tym miejscu wspaniale, wiedział jednak, iż mają zadanie do wykonania. Pragnął tu wrócić, tym bardziej, że obiecał to Nivarowi, Starszemu bractwa.
- Zaczekajcie! - krzyk z oddali przerwał rozmyślania Mistrza Żywiołów. Od strony miasta podążał ku nim Garuth.
- Zaczekajcie! - powtórzył głośno ork. Drużyna zwolniła, pozwalając mu się dogonić. Kiedy zbliżył się na kilkanaście kroków, Valdur wybuchnął śmiechem:
- Przyjacielu! Czyżbyś i ty wypił wczoraj zbyt wiele? - mówiąc to, popatrzył znacząco na mniejszych kompanów. Garuth stropił się nieznacznie, po czym odrzekł:
- Zapomnijmy o tym. Chciałbym iść z wami. - Jego ciemnozielone oczy przewiercały ich na wylot.
- W porządku - niespodziewanie nawet dla siebie powiedział Glok. Towarzysze w milczeniu pokiwali głowami. Po chwili cała ósemka ruszyła w drogę.
V. W drodze do celu
Szli jeszcze długo po tym, jak słońce schowało się za horyzontem. Chcieli dojść do traktu biegnącego z północy na południe i w jego pobliżu dopiero rozbić obóz. Garuth namawiał ich, żeby nazajutrz podążyć na południowy zachód.
Zaikon słuchał wywodów orka i zastanawiał się, co tak naprawdę kieruje jego postępowaniem. Troll jak przez mgłę pamiętał opowiadanie Asgardczyka o królewskim pochodzeniu rodu Jassilanthe - rodu, z którego ork się wywodził. Miał jednak zbyt mało wiadomości, żeby powiązać tę opowieść i fakt przyłączenia się Asgardczyka do ich drużyny. Praktyczny umysł Powietrznego Łupieżcy nie był w stanie stworzyć jakiejś szalonej teorii. Zaikon postanowił więc wydobyć z Garutha prawdę.
- Po co właściwie wędrujesz z nami? - zapytał niby od niechcenia w trakcie kolacji.
- Chcę przyłączyć się do mych braci... - odpowiedział zagadkowo ork. Wszyscy spojrzeli na niego zdumionym wzrokiem.
- Dwa dni drogi stąd przebywa plemię Długich Kłów - wyjaśnił. - Pragnę poznać u nich ścieżkę Kawalerzysty.
- A co to ma wspólnego z nami? - przerwał mu mało subtelnie Faron, który w trakcie podróży gdzieś zatracił swoje nienaganne maniery.
- No cóż... - zamyślił się ork. - Jeżeli wasza przesyłka zaginęła w tej okolicy, to zapewne padła łupem nomadów. Myślę, że nie byłoby problemów z jej odkupieniem. - dodał po chwili, spokojnie dogryzając suchara...
Wędrowcy wstali nazajutrz o świcie. Po śniadaniu ruszyli w ustalonym kierunku, prowadzeni przez Garutha. Po zachodniej stronie szlaku zagłębili się w dżunglę Sewros, w tym miejscu jeszcze nie tak trudną do przebycia. Rzadkie poszycie nie utrudniało zbytnio marszu w normalnym tempie, jednakże drużyna starała się znaleźć jakiś trakt. Około południa podróżnicy natrafili na ślady obozowiska. Garuth wstrzymał pochód, a sam podszedł bliżej, starając się nie zadeptać tropów. Pogorzelisko miało jakieś trzy stopy średnicy. W pobliżu walały się resztki jedzenia.
- Orkowi nomadzi - stwierdził Garuth. Valdur wyczuł wahanie w jego głosie. - Nie tylko - mruknął z przekonaniem. - Samo ognisko jest zbyt małe, żeby rozpalili je orkowie. Poza tym w okolicy nie ma wody. Kto jak kto, ale nomadzi znają się na rzeczy. Dlatego myślę, że to nie oni - swój wywód podsumował dość odważnym wnioskiem.
- Więc kto? - zapytał Sigurth.
- Wysłannicy Kraloffa - stwierdził nieoczekiwanie Glok. Towarzysze obrzucili go podejrzliwymi spojrzeniami.
- Mogę to sprawdzić, ale potrzebuję kilku godzin czasu - tym zdaniem Mistrz Żywiołów ubiegł ich pytania. - Wy w tym czasie przeszukajcie okolicę - powiedział głosem brzmiącym zbyt władczo, żeby jakiekolwiek dyskusje miały sens. Chcąc nie chcąc, kompani pozostawili Gloka samego.
Obsydianin usiadł spokojnie na ziemi i głęboko odetchnął. Jego umysł przemierzał przestrzeń wokół w poszukiwaniu istot zwanych powszechnie żywiołakami. Po kilku chwilach napotkał potężnego ducha, zamieszkującego pobliski dąb. Glok postanowił po krótkim wahaniu nawiązać kontakt.
- Potężny duchu! Zechciej proszę oświecić ciemnego Dawcę Imion, aby mógł lepiej głosić chwałę żywiołu drewna!
- Nie ściemniaj. Czego chcesz?
Ta odpowiedź zupełnie zbiła obsydianina z tropu. Duch zaśmiał się:
- Tak mówią orkowie. A więc, czego ode mnie oczekujesz?
- Chciałbym, o wielki duchu!, żebyś...
- Daj spokój tym "o wielki duchu!". Możesz mówić do mnie Oaktrimbar.
Glok nie wierzył własnym uszom. Na swojej drodze spotkał już wiele żywiołaków, ale żaden z nich nie zachowywał się w ten sposób. Nawet duchy powietrza nie były tak bezpośrednie.
- W porządku, Oaktrimbarze! - rzekł niepewnie. - Czy nie widziałeś może w okolicy grupy krasnoludów, jakieś... dwa tygodnie temu?
- Może widziałem, a może nie widziałem. Ta wiedza będzie cię sporo kosztowała...
Mistrz Żywiołów był przygotowany na podobne słowa.
- Słucham twojej propozycji... - rzekł bez zastanowienia.
- Dam ci woreczek żołędzi, a ty zasadzisz je wzdłuż traktu do Wielkiego Targu w równych odstępach. Musisz to zrobić w ciągu dwóch tygodni. Zgadzasz się, kamienny przyjacielu?
- Tak, Oaktrimbarze. Przystaję na te warunki.
- Cieszę się - rzekł duch. - A co do twej prośby - tak, widziałem trzynaście dni temu trzech krasnoludów. Rozbili obóz w miejscu, w którym stoisz. W nocy coś w nich wstąpiło i wymordowali się nawzajem, a leśni drapieżcy rozwlekli ich ciała po okolicy. Następnego dnia przyjechali orkowie i zabrali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Przykro mi, że niepotrzebnie się trudziliście... - zakończył z udawanym współczuciem. Po tych słowach Glok utracił kontakt z żywiołakiem. Kiedy otworzył oczy, obok niego leżał woreczek z żołędziami.
- Niesamowite... - pomyślał. - Czy to sen, żeby poszło aż tak łatwo?... Zwykle takie rokowania trwają wiele godzin
- Obsydianin dopiero teraz docenił styl życia orków. Dzięki nim zaoszczędził mnóstwo czasu...
W końcu Mistrz Żywiołów postanowił odszukać towarzyszy. Po jakimś czasie odnalazł ich nieopodal, przyglądających się w skupieniu porozrzucanym dokoła kościom.
- Tak szybko? - zapytał zdziwiony Valdur, po czym dodał: - Chyba coś mamy
Glok spojrzał na resztki. - To oni. Pozabijali się nawzajem. Dzień później na miejsce przybyli orkowie i zabrali łupy....
- Skąd wiesz? - zapytał z uznaniem Garuth.
- Mam swoje źródła. - odrzekł tajemniczo Glok.
- Barbarzyńcy... - wtrącił się Cobb - Mogli ich chociaż pochować.
- Racja - podchwycił Valdur. - Krasnoludzka tradycja nakazuje chować zmarłych. Bierzmy się do roboty.
Inni nie podzielali tego entuzjazmu, ale także zaczęli kopać dół. Po kwadransie wrzucili do niego resztki i zasypali.
- No dobra... - podsumował Zaikon. - Może byśmy w końcu coś zjedli?...
Po posiłku drużyna ruszyła w dalszą drogę. Garuth nadal prowadził ich leśnymi ostępami, ale po trzech godzinach marszu znalazł trakt biegnący na zachód. Od tej chwili szło im się o wiele łatwiej. O zmroku zatrzymali się na zasłużony odpoczynek.
Noc przebiegła spokojnie. Ranek zastał wędrowców mglisty i ponury, ale tuż po śniadaniu mgła zniknęła i pokazało się słońce. Ponownie wstąpili na szlak, najwyraźniej dość często użytkowany. Po godzinie natrafili na ślady kolejnego obozu. Tym razem to był obóz orków. Wypalony krąg ziemi o średnicy sześciu stóp i ułożone obok drewno świadczyły o tym najdobitniej.
- Hej! - zawołał Zaikon, który tradycyjnie oddalił się od reszty. - Tu jest rzeka!
Na dźwięk tego słowa oczy Sigurtha zapłonęły jasnym ogniem. T'skrang zaczął biec w kierunku potoku, w biegu zrzucając z siebie ubranie. Z radosnym okrzykiem minął zdumionego trolla i wskoczył do strumienia. Po chwili wynurzył się, wypluwając z ust strużkę wody.
- Juuuuuuuppppppiiiiiiii! - głos Łucznika wydał się towarzyszom inny niż zwykle. Reszta kompanii podążyła w kierunku rzeki. Wszyscy, z wyjątkiem Farona. Bystrooki elf długo przyglądał się pogorzelisku.
- Znalazłem coś!!! - krzyknął nagle donośnym głosem. Towarzysze, oprócz Sigurtha oczywiście, niespiesznie powrócili znad potoku. - Spójrzcie tu - rzekł Zbrojmistrz. - To odcisk skrzynki w popiele...
- Rzeczywiście... - powiedział smutno Cobb. Zaległa cisza. Nie po to podróżowali wiele dni, aby dowiedzieć się, że cel ich wędrówki nie istnieje. Posępną ciszę, jaka zaległa, przerywały jedynie odgłosy wydawane przez kąpiącego się t'skranga. Glok niepewnie pochylił się nad znaleziskiem.
- Tym razem drewno oparło się żywiołowi ognia - stwierdził. - Popiół pochodzi tylko z miejscowych gatunków roślinności, tak myślę... - dodał po chwili. - Moja teoria jest taka: Orkowie nie mogli otworzyć szkatułki, gdyż jest zabezpieczona zaklęciem. Czarem tak silnym, że nawet ogień nie mógł go przełamać. Zabrali ją więc ze sobą... Musimy znaleźć ich obóz... - Towarzysze spojrzeli po sobie.
- W sumie nic nowego - stwierdziła Areena. Valdur zmarszczył brwi - to znaczy zmarszczyłby, gdyby je posiadał. - To były tylko przypuszczenia - powiedział. - Teraz mamy pewność. - Reszta drużyny przytaknęła i razem udali się nad strumień. Tam napili się do woli, oczywiście powyżej miejsca, w którym kąpał się Sigurth, po czym ruszyli w dalszą drogę.
Przed południem słońce zaczęło prażyć mocniej niż któregokolwiek dnia podróży wcześniej. W powietrzu wyraźnie czuło się wiosnę. Temperatura podniosła się o kilka stopni. Właśnie wyparowały resztki porannej mgły, kiedy od wschodu rozległ się tętent koni.
- W krzaki! - krzyknął Faron i cała drużyna ukryła się w pobliskich zaroślach. Po chwili obok przemknął oddział orków na koniach. Dwudziestu jeźdźców dojechało do pobliskiego rozstaju dróg i tam skręciło w prawo. Zniknęli tak szybko jak się pojawili.
- Teraz wiemy, że to dobry kierunek - skwitował zdarzenie Garuth, próbując wygramolić się z kryjówki. Kiedy każdemu się to udało, podążyli szlakiem na północny zachód. Już po kilkunastu minutach wkroczyli w bardziej urozmaicony teren. Po obu stronach równina zaczęła przechodzić w łańcuch pagórków, a poziom gruntu wyraźnie się podnosił. Drogę znaczyły gęste ślady końskich kopyt. Wędrowcy już mieli zatrzymać się na obiad, kiedy niespodziewanie wkroczyli na rozległy płaskowyż.
Ich oczom ukazał się obóz orków - olbrzymie pole pełne namiotów. Wszędzie wokół krzątali się tubylcy - kobiety, mężczyźni, dzieci. Przybycie drużyny nie uszło uwadze straży. Nie minęło trzydzieści uderzeń serca, a na miejscu był już parol. Towarzysze w milczeniu patrzyli, jak dowódca zwraca się do Garutha w języku orków. Przełknęli jednak tę oczywistą zniewagę. Przysłuchiwali się rozmowie, ale niewiele zrozumieli. W końcu kapitan miejscowej straży machnął lekceważąco ręką i patrol odjechał.
- W porządku. - powiedział Garuth. - Możemy ruszać.
Ich cel znajdował się w środku obozu. Powoli mijali kolejne namioty, czujnie obserwowani przez mieszkańców.
VI. Płaskowyż mgieł
- To tu - mruknął Asgardczyk, kiedy stanęli przed dużym, zielonym namiotem. Glok jako pierwszy wszedł do środka, a za nim reszta kompanii. Uprzedzony o ich przybyciu kwatermistrz wstał i przywitał się z każdym z osobna w łamanym krasnoludzkim.
- Czym mogę służyć? - zapytał z tajonym uśmiechem, licząc zapewne na dobry zarobek.
Mistrz Żywiołów miał już się odezwać, kiedy do akcji wkroczył Faron:
- Dwa tygodnie temu jeden z waszych patroli natrafił w lesie na resztki obozowiska krasnoludów. Poszukujemy ich ekwipunku.
- Oczywiście - rzekł ork i po chwili przyniósł trzy miecze, ubrania podróżne, podstawowe sprzęty i skrzynkę z czarnego drewna... Towarzysze przełknęli ślinę, starając się nie patrzeć zbyt otwarcie na szkatułkę. Przedstawienie właśnie się zaczynało...
- Czy nie znaleźliście także wspaniale zdobionej rękojeści miecza? - spytał ostrożnie elf - Jeden z owych krasnoludów był Zbrojmistrzem w mojej kuźni w Wielkim Targu. Wykuwał tam Oręż Serca. Gildia chce odzyskać dzieło jego życia... - Faron poczuł w tym momencie, jak odpływa z niego część magicznej siły. W głowie pobrzmiewała mu ulubiona sentencja jego nauczyciela: "Kłamstwo to największy wróg Zbrojmistrza". Wiedział już, że nie jest w stanie kontynuować oszustwa. Na szczęście Areena przejrzała zamysły elfa:
- I jak? Macie rękojeść czy nie macie? - zapytała zniecierpliwionym głosem. Ork zadumał się głęboko, myśląc o dużych pieniądzach, jakie właśnie przeszły mu koło nosa.
- Przykro mi - westchnął - to wszystko, co przy nich znaleźliśmy... - wskazał na stertę przedmiotów. W końcu Iluzjonistka postanowiła przejść do zasadniczej części planu:
- Trudno, panowie - rzekła do towarzyszy. - Musimy jednak udowodnić Radzie Gildii, że naprawdę zlokalizowaliśmy ciało... Gruma... - wyrzekła z zadowoleniem wymyślone właśnie Imię. - Zanieśmy im coś, co będzie się z nim jednoznacznie kojarzyć, na przykład... tę skrzynkę z narzędziami. - Umysł wietrzniaczki pracował na przyspieszonych obrotach, próbując stworzyć na poczekaniu prawdopodobną historię. Wtem Mistrz Żywiołów podszedł do szkatułki i podniósł do góry. Wydała mu się zbyt ciężka, jak na swoje wymiary. Było dość prawdopodobne, że wewnątrz może znajdować się jakieś żelastwo.
- ... Tę skrzynkę z narzędziami - powtórzył z naciskiem słowa Areeny.
- Ile za nią chcesz? - włączył się Zaikon czując, że przedstawienie jest skończone.
- Trzysta srebrników - padła odpowiedź. Ork nie połapał się co prawda w mistyfikacji, ale wrodzona pazerność nakazała mu znacznie zawyżyć cenę.
- Nie jest warta nawet połowę tego! - warknął groźnie troll, po czym wycedził metalicznym głosem: - Sto i ani miedziaka więcej... - Kwatermistrz przeląkł się, słysząc ten ton, ale pewności siebie dodawał mu fakt, że w obozie są setki wojowników gotowych walczyć i zabijać na każde jego zawołanie.
- Dwieście - odparł patrząc gdzieś w podłogę. Twarz Powietrznego Łupieżcy pozostała niewzruszona.
- Sto - ork spojrzał na niego z rezygnacją i rzekł spokojnie: - Sto pięćdziesiąt.
- Zgoda - niespodziewanie wtrącił się Valdur, zapewne obawiając się rozlewu krwi. Zrobił to w ostatnim momencie, albowiem Zaikon właśnie zastanawiał się, w którym miejscu podłogi roztrzaskać łeb kwatermistrza. Troll spojrzał na Wojownika z wyrzutem i obróciwszy się na pięcie wyszedł z namiotu.
- Masz tu sto pięćdziesiąt i dawaj skrzynię - zadecydował Glok. Dokonali transakcji i wyszli na zewnątrz. Ork długo spoglądał na dziwnych przybyszów, nie mogąc opanować drżenia rąk.
Po kilkunastu krokach towarzysze dogonili Zaikona, który mruczał coś pod nosem. Rozchmurzył się nieco, widząc szkatułkę w dłoniach Mistrza Żywiołów. Wszyscy byli zadowoleni z pomyślnego zakończenia sprawy. Tylko Faron szedł zamyślony, nie potrafiąc zdobyć się na uśmiech w obliczu groźby kryzysu talentów. Wiedział, że sprzeniewierzył się jednej z doktryn swojej dyscypliny i będzie musiał to jakoś naprawić. Postanowił jednak zapomnieć o tym choć na chwilę, aby móc cieszyć się razem z innymi.
- Chodźmy coś zjeść - zaproponował Garuth i udał się w kierunku prowizorycznie urządzonej jadłodajni. Smaczny posiłek wprawił poszukiwaczy przygód w doskonały nastrój.
- Możemy wracać do Kraloffa - stwierdził Faron, który także poczuł się znacznie lepiej. Kiedy wypowiadał te słowa, do stołu podszedł niewysoki ork w żółtej kolczudze.
- Witajcie, przybysze! - zwrócił się do siedzących w poprawnym krasnoludzkim. - Nazywam się Mahdut. Chcę was poinformować, że wódz plemienia, Vorthar Jassilanthe, pragnie was zaprosić na wieczorną ucztę wydawaną z okazji jego urodzin. Odbędzie się ona po zmroku w Namiocie Zgromadzeń.
- Dziękujemy za zaproszenie. Stawimy się na tej uroczystości - odpowiedział Valdur tonem, który można by nazwać uprzejmym, gdyby nie jego niskie brzmienie. Posłaniec skinął głową i odszedł. Zaikon nie zwrócił nawet na to uwagi. Po jego głowie krążyły strzępy wspomnień ze sławetnej popijawy w "Królewskim Łososiu". - Czyżby Garuth także nazwał swój ród mianem Jassilanthe? - nie był pewny, ale ta myśl nie dawała mu spokoju.
- No to wspaniale - podsumował głośno.
ˇ
Tego wieczoru księżyc na niebie ukazał się w całej okazałości. Smugi bladego światła zalewały Namiot Zgromadzeń swym upiornym blaskiem. Powietrze przesycone było jakimś napięciem, które udzielało się także zebranym.
- Coś się szykuje - pomyślał Glok, patrząc na zajmujących miejsca orków. Także inni mieli złe przeczucia. Wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Na szczęście wszyscy członkowie drużyny siedzieli przy jednym stole, oprócz nich zajmowanym przez kilku dowódców armii plemienia i ich towarzyszki.
W końcu goście przestali się schodzić. Nie wszystkie jednak miejsca zostały zajęte... Zgromadzeni, niemal setka orków, nerwowo spoglądali w stronę stołu władcy i jego popleczników. W końcu wódz powstał i przemówił:
- Witam was tu zebranych i dziękuje za tak liczne przybycie - spojrzał na puste miejsca ze smutkiem, gdyż brakowało wielu wysokich oficerów jego wojska. - Jak wiecie, dzisiaj kończę trzydziesty rok życia i jednocześnie piętnasty rok panowania. Pragnę, abyście godnie uczcili ten niezwykły dzień. A więc jedzcie, pijcie i bawcie się! - swoje krótkie wystąpienie zakończył okrzykiem. Garuth szybko przetłumaczył ten fragment kompanom.
Orkom nie trzeba był powtarzać dwa razy. Wśród chóralnych okrzyków typu "Niech żyje Vorthar! i "Hurra!" dało się coraz głośniej słyszeć pobrzękiwanie naczyń i odgłosy łapczywego jedzenia. Orkom dzielnie sekundowali Zaikon Egzekutor i Sigurth "Wężowe Oko", natomiast elf, wietrzniaczka, krasnolud i dwaj obsydianie starali się zachować pozory przyzwoitości. Ze stołów w zastraszającym tempie zaczęły znikać kolejne potrawy. Gdy zgromadzeni zaspokoili pierwszy głód, na środek wystąpił stary bard, który donośnym głosem rozpoczął swą opowieść.
Historia ta opisywała czasy przed Pogromem, kiedy plemię Długich Zębów miało swojego króla. W owym czasie - jak głosił bard - każdy mieszkaniec królestwa był szczęśliwy i wolny od trosk. Atrybut władzy stanowiły dwa wspaniałe miecze. Na krótko przed rozpoczęciem Pogromu oba ostrza zaginęły, a królestwo upadło, nękane wewnętrznymi wstrząsami. Kiedy ork opowiadał o upadku Kardarothu, na sali zaległa głęboka cisza, przerywana tylko mlaskaniem Zaikona. Tę krótką chwilę wykorzystał Garuth, który streścił towarzyszom zasłyszaną historię. Nie zdradził się przy tym, że sam znał ją o wiele dokładniej...
Wtem bard podjął przerwany wątek:
- I kolejny rok czekamy, aby odnalazł się drugi miecz, albowiem pierwszy z nich znajduje się w posiadaniu naszego wodza. - Tu zwrócił się do Vorthara - Pokaż nam symbol dawnej świetności, abyśmy nie zapomnieli o minionych dniach chwały i potęgi! Daj nam nadzieję na powrót tych wspaniałych czasów, kiedy byliśmy ludem licznym jak gwiazdy na niebie i dumnym niczym Hrak Gron po wyzwoleniu!
- Tak! - wszyscy zwrócili się w stronę wyjścia, skąd dobiegał szyderczy głos. - Tak! Daj im nadzieję, albowiem dla ciebie nie ma już żadnej! - W tej chwili do namiotu wszedł potężnie zbudowany ork, sądząc po stroju - dowódca wojsk plemienia. Za nim kroczyli inni: kwatermistrz, wyżsi oficerowie, a także kapitan straży obozowej. Prowadzili oni wielu żołnierzy, gotowych w każdej chwili przelać krew współbraci. Vorthar zbladł, mierząc wzrokiem surowe twarze buntowników. Rzeczywiście nie było dla niego nadziei...
W tym momencie jeden z niższych oficerów zakrzyknął:
- Zdrada!!! Rozkaż, panie, a wytniemy rebeliantów w pień!
Oprócz niego wstało jeszcze kilkunastu niższych stopniem dowódców i członkowie rady plemienia. Reszta zebranych wyraźnie się wahała, być może dlatego, że nie mieli oni broni.
- Zapamiętam to sobie! - sapnął wyraźnie rozłoszczony takim obrotem sprawy dowódca buntu, patrząc na ową garstkę śmiałków, gotową do końca bronić swego wodza. Nagle powietrze przeszył głośny trzask miażdżonej kości. Wszyscy z zaskoczeniem spojrzeli na Zaikona, który pałaszował właśnie kolejnego kurczaka, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji... Reszta drużyny także ignorowała wydarzenie, nie mając pewności co do jego charakteru. Dopiero Garuth cichym głosem objaśnił im, że właśnie są świadkami buntu.
Na twarzy orka pojawił się grymas gniewu, ale tym razem udało mu się zachować zimną krew. Z morderczym uśmiechem patrzył, jak dwudziestka wiernych Vortharowi staje u jego boku. Reszta przybrała postawę biernego oczekiwania.
- Tylko tylu? - zapytał szyderczo. Nie przypuszczał, żeby wódz i jego ludzie poddali się bez walki. - Gińcie więc! - zawołał i powoli zaczął zbliżać się do stołów. Biesiadnicy z przerażeniem w oczach odsuwali się na boki.
Wtem rozległ się odgłos odkładanego kufla, a z gardła Zaikona wydobyło się potężne beknięcie. Tego orkowi było już za wiele.
- Wynoście się stąd! - wrzasnął do trolla i jego towarzyszy. - Ty - wskazał na Garutha - zabieraj się! To nie wasza walka! - Dla wzmocnienia efektu podszedł do ich stołu i popatrzył groźnie. W tym czasie jego żołnierze zajmowali pozycje między stolikami. Nagle powietrze przeszył dźwięk przypominający czkawkę... Tak, z całą pewnością była to czkawka. To doprowadziło orka do białej gorączki.
- Przestaniesz wreszcie!?! - wydarł się Zaikonowi nad uchem.
- Kto śmie przeszkadzać mi w jedzeniu!?! - ryknął Powietrzny Łupieżca na całe gardło, po czym błyskawicznie grzmotnął przywódcę rebelii pięścią w klatkę piersiową. Siła ciosu odrzuciła tego ostatniego na kilka metrów.
- Jakem Zaikon Egzekutor, nie będę tolerował żadnych buntów skierowanych przeciwko temu wspaniałemu władcy, który zaprosił mnie i mych kompanów na tę ucztę! - mówiąc to wstał i popatrzył na buntowników.
- Wypieprzać, gnojki! Won!!! - wydobył ukrytą pod obszernym płaszczem maczugę i zakręcił nią młyńca nad głową. Vorthar postanowił wykorzystać ten niesamowity dar Losu.
- Do ataku!!! - krzyknął, dobywając wspaniały miecz i kierując go w stronę wrogów.
Faron drgnął, widząc inkrustowaną drogimi kamieniami złotą rękojeść. - Wiem... - pomyślał na głos, a wyraz zrozumienia pojawił się na jego twarzy. W tym momencie broń Vorthara zaczęła lśnić jasnym, błękitnym płomieniem, co wprawiło wszystkich w zdumienie.
- Do ataku!!! Za Kardaroth!!! - ryknął Garuth, ściskając jednorącz klingę, która wyglądała, a nawet zachowywała się jak ostrze wodza Długich Zębów. Spojrzenia obecnych powędrowały ku obu mieczom, ale w tej chwili rebelianci przystąpili do ataku. Ich proste umysły zasugerowały się tym, że setka to dużo więcej niż trzydziestka.
Nieuzbrojeni uczestnicy biesiady w popłochu zaczęli opuszczać namiot, prowadzeni przez Areenę, która sztyletem rozcięła ścianę. Niektórzy mieli wystarczającą oleju w głowie, żeby udać się po wierne wodzowi oddziały... A wewnątrz walka trwała już w najlepsze. Zaikon z piętnem szaleństwa w oczach odszukał wzrokiem tego, który przerwał mu posiłek. Morderczy uśmiech zagościł na jego twarzy, kiedy maczuga dosięgła lekko ogłuszonego przeciwnika, niemal strącając mu głowę z ramion.
- Aaaaargh!!! - z ust trolla wydobył się triumfalny ryk. Buntownicy, nie zrażeni szybką śmiercią jednego ze swych przywódców, zaczęli okrążać wodza i jego żołnierzy.
- Ustawcie się w półkolu! - krzyczał Valdur, usiłując zaprowadzić porządek wśród obrońców. - Jest ich zbyt wielu!!! - wołał. Obrońcy niechętnie usłuchali rozkazu Wojownika, ale widać było, że podobna strategia przynosi rezultaty. Napastnicy musieli atakować w linii i walczyć jeden na jednego, a w takiej walce prym wiedli Vorthar i Garuth. Ich bliźniacze ostrza wycinały głębokie wyrwy w szeregach buntowników. Raz po raz któryś z nich padał na ziemię, plamiąc podłogę strugami szkarłatu. Ale i wśród obrońców nie obyło się bez ofiar...
Na prawej flance napastnicy przypuścili w końcu wściekły szturm, pragnąc szybko przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. W porę dostrzegając niebezpieczeństwo, Valdur skrzyknął drużynę i wyruszył na odsiecz. Obsydianin pierwszy wbił się w linie wroga, wywijając wspaniałym, kamiennym mieczem dwuręcznym. Natychmiast pozbawił życiu dwóch głupców, którzy mieli czelność stanąć mu na drodze. Jego pchnięcia i parady szybko przerzedziły szeregi nieprzyjaciela. Dzielnie wspomagali go troll i elf, co chwila ujawniający niebywały szermierczy talent. W krótkich odstępach czasu na buntowników spadał także grad lodowych pocisków Gloka i strzał Sigurtha. Wrzaski konających udowadniały, że i one trafiały celu...
Wtem z lewej strony rozległ się okrzyk triumfu, kiedy wśród walczących pojawili się kwatermistrz i kapitan straży. Obaj w mgnieniu oka poczynili straszliwe spustoszenie. Po chwili już tylko kilku obrońców, prowadzonych przez Cobba, dzielnie stawiało im opór. Widząc groźną sytuację, Mistrz Żywiołów posłał na prawą flankę ostatnią serię pocisków, ujął w dłonie miecz i zaatakował nacierających. Valdur dostrzegł kątem oka, jak Glok szarżuje na obu mistrzów wojennego rzemiosła i natychmiast pospieszył mu z pomocą, przedzierając się przez centrum defensywy.
Jego śmiały atak dał garstce obrońców chwilę wytchnienia.
- Musimy przedrzeć się do wyjścia!!! - krzyknął Garuth w stronę Wojownika i rozpłatał kolejnego przeciwnika. Błękitne ostrze przeszło przez zbroję orka niczym przez masło... Valdur spojrzał na Gloka i z przerażeniem stwierdził, że ten samotnie walczy z wieloma buntownikami. Rzucił się tam wymachując mieczem na oślep. Właśnie broń kwatermistrza zawisła niebezpiecznie nad głową Mistrza Żywiołów, kiedy zabłąkany cios Valdura strącił lżejszą klingę orka. Glok jednocześnie ciął z boku. Broń wypadła z niewprawnej ręki, ale uderzenie było piekielnie silne. Krew jasnym strumieniem popłynęła z ust kwatermistrza, kiedy osuwał się bezwładnie na ziemię, niemal rozcięty wpół. Bezbronny obsydianin zaczął się wycofywać, ale sztych kapitana straży dosięgnął jego lewego ramienia. Nie namyślając się wiele, Mistrz Żywiołów grzmotnął przeciwnika pięścią w twarz. Zachęcony powodzeniem rzucił się na ogłuszonego wroga, przygniatając go swym ciałem. W tej chwili poczuł uderzenie w głowę i stracił przytomność.
- Glok!!! - zawył Valdur rozpaczliwie i w furii rzucił się na nieprzyjaciół, nie zważając na ich liczebną przewagę. Kamienny miecz miażdżył czaszki i łamał kręgosłupy do chwili, kiedy wokół zrobiło się pusto. Mocno przetrzebieni buntownicy poczuli wreszcie respekt i odstąpili od Wojownika. Wtedy obsydianin odrzucił broń i uklęknął przy nieprzytomnym towarzyszu. Obok leżało też bezwładne ciało Cobba...
Na prawej flance sytuacja była jeszcze gorsza. Co prawda maczuga Zaikona raz po raz spadała na głowy wrogów, ale tych ostatnich nie ubywało. W końcu któryś cios chybił i Powietrznego Łupieżcę dosięgło cięcie przez klatkę piersiową. Troll zatoczył się do tyłu, a przed niechybną śmiercią uratowało go zdecydowane wejście Farona między czterech przeciwników. Elf, zbryzgany krwią niczym demon wojny, z zabójczą celnością rozdzielał kolejne ciosy. Po chwili wokół niego zostało już tylko dwóch wrogów. Następne uderzenie chybiło jednak celu, a napastnicy zdążyli się przegrupować. - Dwóch na dziesięciu... - zanotował w umyśle Zbrojmistrz.
Na środku sytuacja także nie była dobra. Tu walczyli już tylko wsparci o siebie plecami Garuth i Vorthar. - Niesamowite... - szepnął Zaikon. - Czyżby rany się ich nie imały? - to spostrzeżenie dodało mu nieco otuchy i Powietrzny Łupieżca wydobył z siebie potężny okrzyk bojowy.
- Ku chwale Thystoniusa!!! - w słyszących te słowa obrońców wstąpił nowy duch. Nawet Valdur powstał i odszukał swoją broń. Nagle stała się rzecz dziwna - obsydianin uniósł się na kilka cali w powietrze i na tej wysokości zaszarżował. W ciągu paru uderzeń serca wykonał skomplikowaną sekwencję akrobatycznych ruchów, pozbawiając życia dwóch przeciwników. To znacznie osłabiło morale pozostałych trzydziestu buntowników, którzy wycofali się na moment. To dało czas poszukiwaczom przygód, żeby się przegrupować. Po chwili stali wokół nieprzytomnego Gloka. Nagle wszyscy popatrzyli na Zaikona. Krew w jego ranie na piersi zabulgotała, a po cięciu pozostał tylko niewielki ślad. To ostatecznie złamało ducha napastników...
Wtem Valdur zakrzyknął: - Za mną! - i poprowadził drużynę w szyku klinowym.
Na jego łagodnej zazwyczaj twarzy zagościł gniew. Opętańczy ryk obsydianina nie wróżył orkom nic dobrego. Niesieni siłą własnej złości i mocą Thystoniusa, przybysze wbili się w szeregi wroga. Wojownik czuł jeszcze, jak karma wije się po jego wzorcu. Pokrzepiony jej wpływem zgruchotał klatkę piersiową najbliższego nieprzyjaciela. Skrzydła wzięli na siebie Garuth i Vorthar. Ostrza ich mieczy cięły precyzyjnie pod wszystkimi kątami, skutecznie eliminując kolejnych wrogów. Podłoga wokół zalana była morzem rdzawej posoki, a wszędzie walały się odcięte kończyny i wyprute narządy wewnętrzne.
Wtem Faron poczuł, jak opuszcza go moc. To samo zaobserwowali inni. Tylko niesieni rozpędem rozproszyli nieprzyjaciół. Kilku z nich próbowało wymknąć się z namiotu, ale tych dosięgła karząca ręka Egzekutora. Faron natomiast wdał się w pojedynek z trzema orkami, którzy kierowali się w stronę nieprzytomnego Gloka. Blokada, zamach! Zostało dwóch. Kilka kroków dalej Valdur stawiał opór czwórce wyjątkowo zdeterminowanych przeciwników. Nagle poczuł, jak opada na ziemię. To uratował go przed cięciem z boku, ale jednocześnie poślizgnął się na mokrej ziemi. Padając, rozpłatał na pół jednego z wrogów. Równocześnie dwa ostrza zagłębiły się w jego umięśnionych udach. Odsiecz nadeszła w samą porę. Pokrwawiony Sigurth w mgnieniu oka rozprawił się z bezbronnymi orkami i zaatakował pozostałych, wymachując zdobytym na wrogu mieczem. Valdur dostrzegł, jak dwóch przeciwników powala Farona. Ten, leżąc, wbił topór w brzuch jednego z nich. Wojownik ujął swój miecz za klingę i ostatnim wysiłkiem słabnącego ramienia rzucił go w nieprzyjaciela, po czym zapadł w głęboką ciemność...
ˇ
Oddziały wierne Vortharowi przybyły na miejsce po kilku minutach. Młody dowódca nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Wszędzie leżały zmasakrowane trupy orków. W całym namiocie zalegała po kostki krew, w której odbijały się płomienie pochodni. W rogu siedzieli dwaj orkowie, dysząc ciężko po walce. Szkarłatna posoka wypływała z ich licznych ran.
- Medyka - wychrypiał jeden z nich. Dowódca rozpoznał głos wodza i natychmiast wybiegł w noc, nieomal wywracając się na czyimś jelicie...
ˇ
Po kilku dniach drużyna była gotowa do podróży powrotnej. Miejscowi medycy spisali się na medal, wyrywając przybyszów z objęć Śmierci. Jako jedyna bez szwanku z potyczki wyszła Areena, która uratowała wielu bezbronnych orków. Najdłużej trwała rekonwalescencja Gloka - potężny cios w głowę sprawił, że dopiero po czterech dniach obsydianin mógł poruszać się o własnych siłach. Piątego dnia po stłumieniu buntu Vorthar i Garuth uroczyście proklamowali odrodzenie Królestwa Kardaroth. Vorthar przyjął tytuł króla, a że nie miał potomków, jego następcą miał zostać Garuth. Ten ostatni już dzień po bitwie wysłał gońca do Asgardu, aby powiadomić swoich ziomków o radosnym wydarzeniu. Podejrzewał, że wielu orków będzie chciało zamieszkać w Kardaroth, gdzie ich przodkowie wiedli przed Pogromem szczęśliwy żywot.
Jassilanthe szybko pokazał, że będzie dobrym władcą. Pierwszą decyzją króla było pochowanie buntowników we wspólnym grobie daleko na zachodzie. Poległym obrońcom, a wśród nich i Cobbowi, wyprawiono natomiast wspaniały pogrzeb, na którym wspominano ich bohaterski czyn. W końcu drużyna opuściła obóz orków, żegnana wiwatami i okrzykami na swoją cześć. Być może poszukiwacze przygód chcieli zostać w tym miejscu, ale mieli przecież pewne zobowiązania...
Epilog
Tego dnia Ontar Kraloff jak zwykle siedział w swoim gabinecie, niepewnie spoglądając na mapę Barsawii. - To już cztery tygodnie... - ta myśl nie dawała mu spokoju. Nagle rozległo się pukanie do drzwi, dużo bardziej energiczne niż zazwyczaj, i do pokoju wszedł stary Johannes.
- Panie! Wrócili! - zawołał, nie kryjąc radości. Kraloff zaniemówił z wrażenia, szybko odzyskał jednak głos: - Wołaj ich tutaj! - Johannes zbiegł na dół niczym rześki dwudziestolatek. Był z siebie naprawdę dumny. To on ich wynajął!
Po chwili w gabinecie Ontara zrobiło się tłoczno.
- Oto przesyłka! - zawołał radośnie Glok, wyjmując skrzynkę z plecaka. Kupiec podszedł do szafki i wyjął z niej osiem uprzednio przygotowanych mieszków. Dopiero teraz spostrzegł, że powróciła tylko szóstka...
- Oto wasza zapłata! - odrzekł smutno. Zaikon natychmiast wysypał zawartość sakiewki na stół i przeliczył. - Pięćdziesiąt sztuk złota - szepnął z niedowierzaniem. - Zasłużyliście - odpowiedział kupiec.
- Czy można wiedzieć, co jest w szkatułce? - zapytał ostrożnie Sigurth. Krasnolud spojrzał na niego i wydobył z szuflady kryształowy kluczyk. Zamek ustąpił bez żadnych problemów.
W środku na miękkim materiale leżało mnóstwo złotych monet. Kupiec wyjął je i położył na stole. Zdarł też zielone obicie. Na samym spodzie leżała moneta złotego koloru. Jej gładka powierzchnia wzmacniała i odbijała światło. Czuć było od niej niesamowitą moc. Wszyscy patrzyli na nią jak urzeczeni.
- Orichalk! - wykrzyknął w końcu Faron.
- Tak. Orichalk - szepnął Kraloff. - Dziękuję, przyjaciele...
ˇ
- Nie mogę uwierzyć, że koło nosa przeszło nam tyle złota! - raz po raz powtarzał Faron. Jego zachowanie zaczęło w końcu nużyć kompanów.
- Nie narzekaj! - zganił go niespodziewanie Zaikon. Towarzysze spojrzeli na niego zaskoczeni. - I tak się obłowiliśmy - stwierdził z rozbrajającym uśmiechem, po czym dodał:
- To jak, idziemy na piwo?...
ˇ
Była już późna noc, gdy Horgon skończył swą opowieść. W jej trakcie nikt nie wyszedł, nikt nie zasnął - wszyscy w skupieniu słuchali słów Trubadura. Po ostatnich słowach rozległa się burza oklasków. Tak sugestywne zakończenie sprawiło, że wszyscy rzucili się wręcz do kontuaru, zamawiając wielkie ilości złocistego napoju. Renar spojrzał na orka z wdzięcznością - dawną nie miał takiego utargu. Horgon ogarnął wzrokiem salę i nagle zapragnął stać się zwykłym, szarym Dawcą Imion. Nabrał powietrza w płuca i przekrzyczał gwar:
- Karczmarzu! Piwa!
Krasnolud ze zdumieniem spełnił prośbę Trubadura. Popijając trunek wśród innych, Horgon po raz pierwszy od wielu, wielu lat poczuł się naprawdę szczęśliwy...
Kane