<<< Słowem wstępu : Wasze wiersze : Wiersze wieszczów : Śpiewnik : Linki : Listy : Na do widzenia : AM >>>


<<< Cypis: "Mój krzyż" >>> 

„Ze wszystkiego co napisano, to tylko miłuje, co ktoś pisze własną krwią.”
                                                                   Friedrich Nietzsche

I tak oto stało się to co stać się musiało
Krzyż mój przez lata aż do dziś powstawał
Bowiem Siedem panien tego nadzwyczaj chciało
Nie wiedzieć czemu… Bom za mało im dawał?

Pierwsza gwoździe wbijać Radość poczęła
Dziś, w dniu kaźni, po długim rozstaniu Ją widzę
W kolorowym wianku z pogodnym uśmiechem
Tak to Jej, przyznaję, widzieć na oczy nie chciałem latami
Zbyt rozchwytywana była przez innych
Wiedziałem ze Jej oczy nigdy nie będą tylko moje
Jej prostota i szczerość złość we mnie nieogarnioną wzniecały
Jej jednak Jedynej w skrytości swego ducha się balem
A Ona doskonale o tym wiedziała….

Wkrótce druga do mej męki panna się przyłączyła
Jej imię nie trudno było przypomnieć sobie
Tak, To Przyjaźń we własnej skromnej osobie.
Byłem z Nią kiedyś, póki nie odczułem jej słabości
Choć życzyła mi jak najlepiej, to brak jej było
Tej bliskości wyjątkowej i tej mocy uczuć niezwykłej
Nie mogła być mi celem w życiu, jeno podporą
Za mało, Za daleko, Za słabo…

Oto i trzecia córka mitycznej Ewy chce ból ostateczny mi zadać
Wiedza mnie zaszczyciła w swej nędznej todze
Jej mogłem śmiać się w twarz, Zawsze okazywała się płytką
Poświęcałem Jej czas i zdrowie, a Ona powtarzała to samo wciąż
Nie miała w sobie duszy która mógłbym cenić ani wielbić
Zaprawdę głupcami są Ci którzy mówią Jej „Bezcenna”
Tak mało w sobie miała wartości życiowej i znaków
Nie chciała mnie docenić, ja nie doceniłem wiec Jej.

Tak oto Czwarta podła, młotek dzierżąc, dostojnie się zbliża
Tak ładnie wygląda pośród wszystkich innych
Tak promienieje od niej siła i mądrość nieskończona
Tak piękna, że aż niemożliwą zdaje się być Wiara
Ona to jednak królową mamienia i słów pustych jest
Ona żąda i bierze w zamian obietnice puste zostawiając
Ona by nie istniała gdyby nie wmówiła ludzkości siebie
Ona jest wewnątrz słaba i pusta nad nieskończoności skończenie
Jej jednak ludzie ufają widząc w niej siłę i zapomniane cnoty
Jej to wznoszą modły i siebie w ofiarę dając – śpiewają.
Jej to ja sam głupi zawierzyłem, póki pozornej głębi nie oświetliłem
Jej to jedynej w oczy bez strachu spojrzę i krzyknę: Wbijaj!

Tę zieloną suknie wszędzie poznam, oto Nadzieja wzrok we mnie wbija
W Jej to ramionach leżałem patrząc jak dzień za dniem obok mnie mija
Chciałem z Nią być choćby nawet kąsała mnie co dzień niczym jadowita żmija
Ale jak długo można w horyzont patrzyć i na Nic czekać?
Nauczyła mnie cierpliwości i chciała sztuki wiecznego czekania
Choć chciałem ofiarować Jej skarby mego za życia panowania
Nie byłem chyba godny przez Jej osobę mistyczną odratowania
Bo jak długo można w horyzont patrzyć i na Nic czekać?
Całe dni i noce słowem się nigdy nie odzywała
Aż do godziny odejścia która wkrótce nadejść miała
Wówczas to pierwszy i ostatni raz „Kochaj inną” powiedziała
Już dłużej nie mogłem w horyzont patrzyć i na Nic czekać.

Po tułaczki życiowej krótkim czasie w Miłości się zakochałem.
Nie mogło wszak być inaczej, tyle się o Niej nasłyszałem i oczytałem.
I wówczas gdy Ją ujrzałem na wzgórzu serc ludzkich wątpliwości nie miałem
Tak piękna w Swej dostojności, że ust jej słodkości oprzeć się nie umiałem
Zastąpiła mi wszystko i wszystkich, chciałem oddać Jej to co posiadałem
I tak to noc za nocą, zachód słońca za zachodem, bez umiaru się w Niej miłowałem.
Jednakże coś… Gdy Jej wprost w oczy spoglądałem i jak skarbu największego dotykałem
Gdy w świetle księżyca skąpani byliśmy sami i ja o wszystko pytałem
Wtedy to okazało się, że im dłużej się znamy i im bardziej Ją poznawałem
Tym bardziej Jej ideał tracę bezpowrotnie… wówczas samotnie płakałem.
Zwyczajnymi mi się stały nasze wspólnie spędzone dni i noce
Zwyczajne stały się nagle nasze pocałunki we dni i noce
Zwyczajne nasze miłosne uniesienia, a nawet spotkania dniami i nocami
Zwyczajną Ona mi się stała gdy na Nią patrzyłem dniami i nocami…
Zwyczajna i codzienna Miłość…
Nie mogłem dłużej i nie chciałem, bo czułem, że Ją co dzień ranić w serce będę
Dlatego właśnie postanowiłem, że samotnym na wieki już będę.
Chciałem Jej bólu i cierpienia oszczędzić, a Ona w czerwonej sukni
Gwoździe kary przybijać dziś w me ramiona będzie.
Tak jak wtedy gdy z żalem od Niej odchodziłem, tak dziś mnie raniąc
W Tobie Bez Ciebie – szepnie cicho.

A oto Jej Siostra już się zbliża by zasłużoną karę mi zaaplikować
Podchodzi teraz jak wtedy na wzgórzu w promieniu jutrzenki moich myśli
Wtedy powiedziała – Odnajdę w Tobie siłę, tylko mi zaufaj – zaufałem.
Nienawiść stała się mą drogą i wszelkim światłem… drogowskazem
Nie okłamała mnie, odrzuciłem od siebie wiele słabości… wrażliwości
Miejsce po nich mocą i potęgą nieczułości czy hardości wypełniłem.
Wybudowałem sobie pomnik kosztem innych… bliskich i dalekich
Samotność nie doskwierała mi, byłem wszak pełen dumy i mocy
Wszak miejsce uczuć wypełniłem do granic otchłanią mroczną i pustą.
Minął czas kiedy zrozumiałem, że nie takiej ciemności i sensu szukam.
Nienawiść stała się moją, cóż z tego skoro nawet Jej nienawidziłem.
Sam dla siebie musiałem stać się obiektem nienawidzenia
Opróżniłem bowiem świat ze wszystkich i wszystkiego – ich znienawidziłem.
Zakładnikiem swojego mroku się stałem, brakło latarni choćby czarne światło dającej.
Uciekać musiałem w najgłębsze zakamarki duszy,
Której dotychczas nie strawił Jej ogień.
Wtedy Nienawiść zemstę mi przyobiecała z błyskawicami w oczach
Dziś te błyskawice do krzyża mnie mają przybić… i przybiły.

I tak doszło do tego, iż teraz widzę Je na Golgocie razem,
Widzę te Siedem Cór które cierpienie wbiły w to moje wątle ciało.
Czuję, że to już koniec, że żadnej Ósmej już nie będzie
Wiem ze sam jestem swojej samotności winien – głupiec.
Zabrakło mi Słońca kiedy stałem nad rozpaczy przepaścią…
Koniec wdziera się do mych myśli, tworzy swoje obrazy zagłady.
Teraz, w srebrze Księżyca widzę krzyże tych, których zabiłem
Mordercą Życia własnego i wielu niewinnych jestem
Spoglądam jeszcze sił ostatkiem ku tym Siedmiu Sędzinom.
Wydały już wyrok…
Prawdziwy i Słuszny…
Jedyny i Nieodwołalny…
Mądry i Sprawiedliwy…
Ostateczny…
Ale oto Luna rozbłysła światłem Ciemności wszelakiej
Oto na wzgórze moich krzyży nowa postać wkracza
Jej Ciemna wśród Ciemnych suknia swobodnie na Matkę Ziemie opada
Piękna i Majestatyczna… róża w jej rękach spoczywa o kolcach błyszczących
Twarz jej skryta w Mroku Mroków, a włosy oplatają tę Marę Mistyczności.
Siedem ze strachem na Nią patrzy… wzrok odsuwają… siły tracą.
Oto Ona stoi już przede mną, czuję Jej oddech na zmęczonej twarzy
„Choć do mnie, choć ze mną, w moich objęciach wszystko to znajdziesz
Co każda z Nich z osobna z serca i duszy swej Ci dawała.
Ja Ci dam Pełnie w Pełni, Życie w Życiu i Namiętność w Namiętności.”

Wtedy dotknąłem ostrza Kwiatu Jej Miłości,
Krew zabarwiła wnętrze rośliny czyniąc ją Najczerwieńszą z Czerwonych.
Krzyż i więzy w sekundzie uniesienia spłonęły
Siedem uciekło w popłochu przed potęga mej Oblubienicy
Słońce spaliło się, a Księżyc spadł gdzieś daleko.
I tak odeszliśmy stamtąd razem Krwią na wieki połączeni
„Jak Ci na imię, moja Ty Ósma?”
„Ostateczność… Śmierć.”
„Wiedziałem.”
 

<<< poprzednia strona                                                          następna strona >>>

<<< Periodyk Poetycki, numer 2, świąteczny 2003 : periodyk-poetycki@pf.pl >>>