|
Żelazne skrzydła plugawego anioła
Niebo. Miejsce, w którym każdy powinien być szczęśliwy. Żadnych obowiązków, żadnych zmartwień. Tak się nam wszystkim wydaje, jednak i tu panują ustalone przez Boga reguły. Reguły obowiązujące tak człowieka jak i anioła. Sąd boski rozstrzyga każdy nawet najmniejszy spór i surowo każe winnych. Jeden z aniołów stanął właśnie przed jego nieomylnym obliczem.
- Czy przyznajesz się Sadybie do zarzuconego ci czynu? - zapytał surowym głosem przewodniczący anielskiego trybunału.
- Jeżeli miłość do drugiego anioła jest przestępstwem to z całą pewnością jestem winien. -odpowiedział pewnym głosem.
- Wiesz dobrze, że tak!!! - krzyknął. - Dlaczego więc to zrobiłeś?!
Oskarżony dumnie podniósł głowę. Spojrzał w stronę tłumu, który przyglądał się całemu zajściu. Odszukał między nimi swoją wybrankę. Anielica o krótkich białych włosach. Jedna z najpiękniejszych w całym niebie. Smutek jaki gościł teraz na jej twarzy rozpalił w nim jeszcze większą wolę walki w obronie ich miłości. Kochał ją. Była dla niego światłem, które zagościło wreszcie w jego szarym życiu. Wszystkie te spędzone z nią chwile przepływały mu przed oczyma. Nie pozwoli aby ich rozdzielono. Nie przeżyłby tego.
- Dlaczego więc ludziom wolno kochać, a nam nie? - zapytał Sadyb.
Przewodniczący uderzył z całej siły rękami w oparcia tronu, na którym siedział.
- Ponieważ Bóg tak każe!!! - rzucił gniewnie - Nie można sprzeciwiać się jego woli!!! On wie najlepiej co wolno, a czego nie wolno!!!
- Skąd Bóg może wiedzieć co jest dla mnie dobre? Kocham ją i tylko to się liczy. Teraz jestem szczęśliwy. Dlaczego chcecie mi to szczęście odebrać?
- Rozmowa z tobą Sadybie nie ma sensu - powiedział przewodniczący wstając z tronu. - Wskaż więc swą wybrankę niech i ona się wypowie.
Sadyb pewny tego, że jego ukochana poprze go w tej sprawie. Uśmiechnął się i wskazał ręką najpiękniejszą z tłumu gapiów. Spojrzenie wszystkich powędrowało w kierunku wskazanym przez oskarżonego.
- Więc to ty, Tinwe? - zapytał przewodniczący - Przyznajesz się do uczucia miłości względem tego tu obecnego Sadyba?
Wszystkie oczy skierowane były w stronę pięknej anielicy i czekały z niecierpliwością na jej odpowiedź. Tinwe wysunęła się z szeregu.
- Nie przyznaję się do niczego. Nie znam tego anioła - powiedziała patrząc prosto w oczy oskarżonego.
Słowa, które wypowiedziała zraniły Sadyba mocniej niż pchnięcie miecza prosto w serce. Nogi ugięły mu się z wrażenia. Jego ukochana wyparła się ich miłości. Ogarnął go tak wielki żal, że nie mógł nawet spojrzeć w jej kierunku. Tinwe zaś odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem odeszła. Nikt nie zauważył łez spływających jej po policzkach.
- Sadybie - zaczął lekko zdezorientowany przewodniczący - dlaczego nie wskazałeś swojej wybranki?
- Ponieważ... nie ma jej tutaj. Odrzuciła moją miłość. To ja się w niej zakochałem. Ona nie odwzajemnia mojej miłości... jest niewinna.
Z każdym wypowiadanym zdaniem rósł w nim gniew i bunt przeciw zasadom istniejącego świata. Zapragnął niszczyć i plądrować. Wiedział już do kogo uda się po pomoc...
Przewodniczący usiadł na tronie.
- Sadybie, skazuję cię na wieczne wygnanie z Królestwa Niebieskiego. Od tej pory nie masz prawa przekroczyć bram niebios. - odparł spokojnym głosem - Straże, wyrzucić go i powiadomcie klucznika żeby go więcej nie wpuszczał.
***
Sadyb ciężko podniósł się z twardej jałowej ziemi. Określenie "wywalony na zbity pysk" było tu całkowicie na miejscu. Strażnicy nie byli zbyt uprzejmi. Zrozumiał jednak, że dzięki temu doznaniu odkrył w sobie gorszą stronę, bardziej mroczną. Nie był w stanie powstrzymać gniewu, jaki w nim rósł. Zazdrość o przywileje jakie Bóg dał ludziom budziła w nim chęć mordu całego rodzaju ludzkiego. Wie do kogo się udać. On na pewno pomoże mu się zemścić. Szatan będzie jego sprzymierzeńcem...
***
Piekło. Miejsce gdzie trafiają najgorsi grzesznicy. Tu ogień nienawiści nigdy nie przygasa. Sadyb przystanął i nasłuchiwał. Jęki torturowanych dusz ludzkich podobały się mu. Mógłby się tu zaklimatyzować. Poczuł, że właśnie tu powinien być jego dom. Zdał sobie sprawę, że w jednej chwili z dobrego miłosiernego anioła stał się kimś okrutnym, bez sumienia, niezdolny do jakiejkolwiek litości. Energia rozpierała jego ciało. Czuł się dumny z tego, że wyzwolił się spod władzy boskiej. Nie wróci tam już nigdy. Nie będzie błagał o przebaczenie. Zostanie tutaj.
Ktoś stanął za jego plecami. Poczuł zapach palonego ludzkiego mięsa. Odwrócił się i zobaczył przystojnego wysokiego mężczyznę o kruczoczarnych włosach. W jego spojrzeniu było coś dzikiego i nieokrzesanego.
- Witam - powiedział uśmiechając się. - Co sprowadza anioła w moje skromne progi? Czyżby znudziło ci się życie w niebie?
- Ty tym wszystkim rządzisz? - zapytał Sadyb z nutką pogardy w głosie.
- Właśnie ja - zakręcił się w kółko - a nie wyglądam?
Przybysz roześmiał się. Nie był to normalny chichot, przypominał bardziej śmiech mordercy w chwili, gdy dopada swą ofiarę.
- Przyszedłem złożyć ci ofertę - odparł spokojnie anioł.
- Oo..., a jakaż to oferta? - mężczyzna widocznie się ożywił.
- Pomożesz mi dostać się na ziemię, a ja w zamian zabiję dla ciebie tylu ludzi ilu zechcesz. Ich dusze powierzę tobie. Będziesz mógł je tutaj gnębić, torturować czy co tam zechcesz.
- Hmm... kusząca propozycja - Szatan podrapał się po brodzie - ale przecież jeżeli nawet się tam dostaniesz, to Bóg nie pozwoli ci tak bezkarnie zabijać ludzi.
- To już mój problem. Jakaś część zginie zanim Bóg mnie powstrzyma.
Diabeł okrążył Sadyba oglądając przy tym każdy szczegół jego budowy; wreszcie ponownie stanął naprzeciwko niego.
- Wiesz o tym, że Bóg po takim "wybryku" skarze cię na wieczne tortury bądź w najlepszym wypadku na unicestwienie? Podejmiesz takie ryzyko? - zapytał.
- Podejmę każde ryzyko by zemścić się na ludziach. - z przekonaniem odpowiedział Sadyb.
- Nie wiem co kieruje twoją nienawiścią i nie obchodzi mnie to - spojrzał prosto w oczy anioła - ale ci pomogę. To może być interesujące - machnął ręką w geście przywołania. - Chodź za mną.
Sadyb usłuchał i ruszył za nim. Szli po wykładanej ludzkimi czaszkami ścieżce. Czerwona od krwi ziemia drżała pod nogami jak gdyby pod całym piekłem pulsowało olbrzymie serce, które napędza cały ten chory mechanizm. Stanęli na skraju wielkiej przepaści. Poniżej rozpościerał się widok na niezliczone kilogramy bulgoczącej lawy. Gdzieniegdzie widać było jakby sylwetki ludzi z podniesionymi rękami w geście rozpaczy.
- Skacz - nakazał Szatan.
- Zwariowałeś?! - wrzasnął Sadyb.
- Skacz mówię, bo inaczej ci nie pomogę - powtórzył polecenie tym razem z większym naciskiem.
Anioł zawahał się. Nabrał pewnych wątpliwości co do intencji Diabła. Odsunął się od krawędzi. Nie był pewny co się stanie, gdy tam skoczy. Czy nie zostanie tam na zawsze. Namyślał się chwilkę, po czym zamknął oczy i skoczył w przepaść.
Szatan stojąc na skraju przepaści uśmiechał się. Czekał na swojego anioła. Zaraz powinien pokazać się w odmienionej postaci. Lawa zabulgotała z większym impetem. Ziemia pod nogami Diabła leciutko zadrżała.
- Już czas - pomyślał. - Zaraz powinien tu być.
Chwilę później całym piekłem wstrząsnęła ogromna eksplozja. Wszystkie dusze zamarły w oczekiwaniu na dalszy ciąg wydarzeń. Z lawy wyłoniła się postać o żelaznych skrzydłach. Była ogromna, miała co najmniej cztery metry wysokości. Jej ręce i nogi szerokie jak pnie drzew, naszpikowane kawałkami metalu, drżały z wysiłku. Z pleców wyrastały długie bicze przypominające ogromne ogony węży. Głowa pozbawiona włosów była prawie w całości obita metalem. Jedynie twarz miała nienaruszony stan. Skóra koloru dobrze przysmażonego mięsa pękała w niektórych miejscach, nie mogąc pomieścić masy mięśni.
Przemieniony Sadyb staną naprzeciwko Szatana. Nie mógł uwierzyć w to, co stało się z jego ciałem. Czuł, że w tej chwili może zburzyć jednym ciosem największy wieżowiec.
- No no... moje oczekiwania przerosły efekt - zachwycał się Diabeł. - Teraz możesz już ruszyć na ziemię i dokonać swojej zemsty. Tylko pamiętaj, że każdego, kogo zabijesz, poświęcasz mojej opiece.
- Gdzie mam iść? - wymruczał grubym basem Sadyb.
- Ach tak, przecież ty nie wiesz, gdzie jest brama do świata ludzi.
Szatan pstryknął palcami i w chwilę później pojawił się malutki demon. Miał może z pół metra wzrostu. Wyglądał śmiesznie, stojąc obok Sadyba. Syn i ojciec z piekła rodem.
- On cię zaprowadzi - powiedział Diabeł - szerokiej drogi i przynieś mi jak najwięcej niewinnych duszyczek.
***
Sadyb stanął naprzeciwko wielkiej pozłacanej bramy. Czuł podniecenie wywołane bliskością przejścia, które prowadziło do świata ludzi. Spojrzał na liliputka. Postanowił wypróbować swoją siłę.
- To tu? - zapytał dla pewności.
- Tak panie - odpowiedział piskliwym głosem demon - mogę już iść?
- Nigdzie nie pójdziesz - powiedział Sadyb, po czym wziął liliputa w dłoń i rzucił nim w bramę.
Po demonie została jedynie czerwona plama i wnętrzności przyklejone do jednej z pozłacanych ozdób. Teraz czuł, że jest gotowy by sprostać zadaniu. Po przemianie stracił ostatnie resztki litości i miłosierdzia. Teraz jest niepokonany. Zniszczy całą ziemię i nikt go nie powstrzyma. NIKT!!! Otworzył bramę i ruszył w sam środek jasności, która kryła się po drugiej stronie.
***
Tinwe siedziała płacząc oparta o pień drzewa. Zdradziła swojego ukochanego. Nie mogła postąpić inaczej. Wygnali by i ją, gdyby przyznała się do miłości. Tęskniła jednak za nim. Chciała ujrzeć go jeszcze raz i wytłumaczyć swoje postępowanie. Ocierając łzy ruszyła w stronę miasta Anaroch, siedziby aniołów. Miasto to zbudowane było specjalnie dla nich i żaden człowiek nie mógł tam wejść.
Przechodząc przez bramę usłyszała zaniepokojone głosy strażników.
- Dlaczego tak szepczecie? - zapytała.
- Nie słyszałaś? - odparł zdziwiony strażnik - jakaś bestia szaleje na Ziemi. Podobno to sługus Szatana.
Tinwe zaniepokoiła się. Odczuła dziwną pewność, iż ta bestia jest jej ukochanym.
- Nie, to nie możliwe - pomyślała - przecież on nie jest żadną bestią. Nikt nie pomyliłby anioła z potworem.
Postanowiła to jednak sprawdzić, tak na wszelki wypadek. Ruszyła brukowaną uliczką w stronę głównego budynku miasta. Zastała tam starszyznę obradującą nad sposobem pozbycia się uciążliwego przybysza.
- Powinniśmy powiadomić o tym Boga. On rozstrzygnie co należy z tym zrobić - zaproponował jeden z aniołów.
- Nie. Powinniśmy wysłać kogoś kto zabije tego potwora. Bóg i tak ma zbyt dużo obowiązków. Załatwmy raz coś sami - rzucił drugi.
Tinwe szukała wzrokiem "ekranu", na którym można by obejrzeć obraz z ziemi. Ominęła ostrożnie starszyznę i udała się do drugiego pomieszczenia. Była to niewielka kapliczka. Na samym środku stało coś w rodzaju lustra o ramie z błękitnej kości. To był właśnie wizjer. Przyjrzała się obrazowi, jaki widniał na tafli "ekranu". Ukazywał ogromnego potwora o żelaznych skrzydłach, który w obecnej chwili burzył jakiś dom. Odetchnęła z ulgą. To nie jest jej kochanek. W chwili, gdy miała już skierować wzrok w stronę wyjścia, potwór odwrócił głowę tak, że można było zobaczyć jego twarz. Wzdrygnęła się. Był to Sadyb. Jego rysy nie zmieniły się, choć teraz wygięte były w grymasie nienawiści. Łzy napłynęły jej do oczu. To ona doprowadziła go do takiego stanu. Gdyby wtedy przyznała się do tego co czuje, wszystko potoczyłoby się inaczej. Teraz musi zakończyć to, co rozpoczęła. W kufrze na końcu kapliczki trzymano sztylet unicestwienia. Tylko nim można zabić anioła. Naznaczony przez krew Boga może być śmiercionośną bronią w niepowołanych rękach, dlatego pilnuje go zawsze dwóch wartowników. W tej jednak chwili strażnicy obecni są na zebraniu starszyzny. Tinwe otworzyła kufer i wyciągnęła zawinięty w skórę sztylet. Piękne srebrne ostrze zalśniło w świetle pochodni oświetlających kapliczkę. Na ostrzu wypisano runicznym pismem słowo "Bóg". Na dnie kufra leżała "Księga Tajemnic Anielskich". Przekartkowała ją do strony, na której opisano miejsce umieszczenia bramy prowadzącej do świata ludzi. Wydarła kartkę z opisem i schowała ją wraz z sztyletem do rękawa koszuli i spokojnie wyszła z budynku. Musi odnaleźć tą bramę i zakończyć cierpienia ukochanego.
***
Sadyb uderzył pięścią w okno pobliskiego budynku. Poczekał chwilę i tak jak się spodziewał z wejściowych drzwi wyłoniła się grupka ludzi. Złapał kobietę, która wybiegła pierwsza i zmiażdżył jej głowę jednym szybkim uderzeniem. Krew spływająca mu z dłoni kapała miarowo na zielony trawnik. Myśl o rzezi jaką z chwilę urządzi wprowadziła go w stan morderczej ekstazy. Ludzie w popłochu uciekali z ulic niewielkiego miasteczka w którym się znalazł. Większość uciekała do swoich domów z zamiarem schronienia się tam.
- Idioci - pomyślał - tylko ułatwiacie mi zadanie. Zabiję was wszystkich.
Szaleńczo zaśmiał się i sięgnął po kilkuletnią dziewczynkę, która akurat przebiegała między jego nogami. Spojrzał w jej zapłakane oczy. Mogła mieć najwyżej 7-8 lat. Zamachnął się i w chwili gdy miał przejechać głową dziecka po ścianie budynku jak zapałką po drasce usłyszał czyjś głos.
- Zostaw ją!!! - wrzasnął.
Postawił dziewczynkę na ziemi i powoli obrócił się w stronę, z której dobiegał znajomy mu głos. Ujrzał anielicę o krótkich białych włosach. Łzy powoli spływały po jej policzkach. Sadyb w jednej chwili zapragnął ją przytulić i pocieszyć, nie chciał żeby płakała. W głowie pośpiesznie szukał jej imienia. Nie mógł sobie przypomnieć...
- To ja, Tinwe - powiedziała jakby w odpowiedzi na jego nieme pytanie - pamiętasz mnie?
Tinwe... już pamięta. To z nią spędził najszczęśliwsze chwile w niebie. To ją kocha. Łza szczęścia zakręciła się w jego oku. Znowu są razem. Nie chce już być taki okrutny. Nie chce już mordować byleby ona została razem z nim.
Ukląkł i przytulił się do niej. Tinwe zacisnęła mocno dłoń na rękojeści sztyletu. Zapłakała spazmatycznie z bólu i rozpaczy. Wykonała nieznaczny ruch w tył by zadać szybkie, czyste cięcie i w chwili gdy sztylet miał zagłębić się w ciele Sadyba ktoś powstrzymał jej rękę. Odwróciła głowę by spojrzeć na przybysza. W pierwszej chwili zobaczyła jedynie zarys wysokiej postaci. Nie widziała zbyt wiele poprzez łzy. Przetarła ręką twarz i przyjrzała się uważniej. Przystojny mężczyzna o blond włosach uśmiechał się do niej.
- Kim jesteś? - zapytała roztrzęsionym głosem.
- Nazywają mnie Gabriel - odparł - przysyła mnie Bóg.
Tinwe poczuła jak pęka w niej serce. Teraz zabiorą jej ukochanego i sam Bóg tylko wie co z nim zrobią. Właśnie, sam Bóg...
- Nie bój się - powiedział spokojnym głosem przybysz - przynoszę dobre nowiny. Pan mój widząc jak wielka jest wasza miłość pozwoli wam tu zostać...
- Ale przecież to wbrew regułom - przerwała mu.
- ... reguły są po to by je zmieniać - uśmiechnął się - więc pozwoli wam tu zostać i pielęgnować waszą miłość - dokończył.
- Tu? - zapytał Sadyb - na Ziemi. Przecież jesteśmy aniołami.
- No właśnie chciałem to wytłumaczyć, ale wy ciągłe wpychacie mi się w słowo - skarcił ich. - Pozwoli wam tu zostać pod warunkiem, że przemieni was w ludzi.
Sadyb spojrzał w oczy swojej ukochanej i bez słów wiedział, że podjęła już decyzję.
- Zostajemy tu - stwierdził - jako ludzie.
Gabriel podniósł głowę ku niebu. Kilka słów spłynęło z jego ust w niezrozumiałym dla nich języku. Dokonał przemiany i zniknął. Jeszcze przez krótką chwilę można było ujrzeć jego uśmiech. Dwójka zakochanych w sobie ludzi wstała z ziemi i po raz pierwszy bezkarnie ich usta zjednoczył pocałunek. Gdzieś wysoko w niebie dobry Bóg śmiał się.
Wtedy dłoń twą wziąłem w dłonie moje,
w oczach naszych wieczny blask zaświecił
i przez świat obłąkany od wojen
szliśmy razem jak dwoje dzieci.
Konstanty Ildefons Gałczyński
Berserker
berserker@xl.wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|