Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Neonate ::::

SABATINO (*)



Radkowi - za srebrnego Lexusa i kilka genialnych "samochodowych" pomysłów,
Kubie - bo jest przy mnie, choć pewnie skończę jak Luna,
I jeszcze komuś... Obyś nigdy nie musiał mnie oglądać w ten sposób...



Miasto, które nigdy nie śpi - właśnie tak wiele ludzi na całym świecie mówi o Nowym Jorku. Wielkie Jabłko, niekwestionowane centrum światowego życia. Ulice tętniące życiem przez całą dobę, kolorowe światła nocnych klubów, ogłuszająca muzyka dochodząca z monumentalnych budynków dyskotek. Kobieta pospiesznie biegnąca do domu by zdążyć na przygotowaną przez ukochanego męża kolację, staruszek dźwigający zakupy zrobione w całodobowym, grupka nastolatków wracających z pubu... Prostytutki, bezdomni ogrzewający się przy rozpalonym pod mostem niewielkim ognisku, radiowóz wolno przejeżdżający jedną z głównych ulic, zaspany taxówkarz próbujący złapać jakąś ciekawą stację radiową i mający nadzieję na, może ostatni tego dnia, dobrze płatny kurs, dwóch chłopaków prowadzących ledwo trzymającą się na nogach dziewczynę... Tak, Nowy Jork nigdy nie śpi. Victor wiedział, że Los Angeles wygląda identycznie...

***


Srebrny Lexus mknął pustą autostradą. Przez otwarte szyby słychać było dźwięki "She Is My Sin" Nightwish. Muzyka ulatywała gdzieś w noc, odbijała się od milionów gwiazd zawieszonych na niebie, które wydawało się być niczym innym, jak tylko wielką płachtą granatowego axamitu. Światła samochodu rozpraszały panującą naokoło ciemność. Victor wymacał komórkę leżącą na siedzeniu pasażera. Dochodziła północ. Zawsze sprawdzał godzinę na telefonie, chociaż zegar samochodowy był niesamowicie dokładny. Przyzwyczajenie, a jak kiedyś powiedział ktoś mądry: "Przyzwyczajenie to nasza druga natura". To trochę tak, jak z kupowaniem papierosów zawsze w tym samym punkcie, czy codzienne przynoszenie do domu gazety, mimo, że tak naprawdę to już od dawna wcale się jej nie czyta. Takie nieszkodliwe dziwactwo.
W lusterku Victor dostrzegł śpiącą na tylnym siedzeniu Lunę. Uśmiechnął się do siebie myśląc, że jej pseudo nijak się miało do nocnej aktywności. Znał całą masę innych ludzi, których można by uznać za stworzenia lunarne, a Luna z całą pewnością do nich nie należała. Potrafiła usnąć dosłownie po wszystkim, tym samym kpiąc sobie w najlepsze z medycznych teorii na temat wszelkiego rodzaju środków pobudzających. Może to i dobrze, bo w dzień mogła bezproblemowo, świeża i wypoczęta, zmienić go za kółkiem, by odpoczął sobie po całonocnej jeździe. Robienie dłuższych postojów bez wątpienia nie należało do najlepszych pomysłów. Musieli jak najszybciej dotrzeć do dealera w Filadelfii, gdy tymczasem dopiero co minęli Pittsburgh. Victor pomyślał, że jak na trasę z leżącego na drugim końcu kontynentu Los Angeles to i tak bardzo dobrze. Pomyślał sobie także bardzo niepochlebnie o policji Miasta Aniołów, która przymykając jednego z jego "współpracowników" zmusiła go do podróży przez kilka stanów. Shit happends, jak to powiedział ktoś trochę mniej mądry.
Tak, Luna z pewnością mogłaby poprowadzić samochód za dnia. Mogłaby, gdyby tu była...

***


- Spóźniłeś się - Tony nie był w najlepszym humorze - Znowu.
- Daj spokój. - Victor bezceremonialnie wpakował się na przednie siedzenie zielonego minivana. - Masz towar?
- Pierwsza klasa. A ty, masz go jako pierwszy w mieście. Świeżutko sprowadzony, numero uno na zachodnim wybrzeżu.
- Powiadasz...?
- Czy ja cię kiedyś okłamałem?
- Straciłem rachubę.
- Victor!
- No dobrze, dobrze. Kasę dostaniesz tak, jak się umawialiśmy. Walizka moja, dzięki. Zadzwoń jeszcze do Maxa, wyjaśni ci wszystko o następnej dostawie.
- Tylko bez numerów.
- Czy ja cię kiedyś okłamałem?

Impreza trwała w najlepsze. Gdy Victor otworzył szklane drzwi tarasowe, rozbawione towarzystwo właśnie wrzucało do basenu jakiegoś kolesia, który z wielkim pluskiem i okrzykiem "Za wolność!" wpadł prosto na pływającego mniej więcej po środku wielkiego, dmuchanego delfina w kolorze, który przez "znawców tematu" zwany jest burdelowym różem.
- Victor! - Luna leżała na ogromnym hamaku ze szklaneczką jakiegoś kolorowego drinku w dłoni - Chodź do nas!
- Jesteś kompletnie naćpana! - Victor podszedł do Luny i gwałtownie potrząsnął ją za ramiona - Prosiłem cię przecież...
- Tak, tak...
- Przeginasz.
- Jasne, i kto to mówi. - Luna mało nie spadła z hamaka oblewając Victora drinkiem. Przez moment zapachniało grenadiną.
- Dobrze wiesz, że nie biorę. Przynajmniej nie tyle.
- Sam się zabijasz, pomagasz w tym innym... Co za różnica? Cokolwiek zrobisz, jesteś winien jednego zmarnowanego życia. Nie ma znaczenia, czyjego.
- Zamknij się...
Victor nie znosił takiego gadania. Luna po herze zawsze łapała strasznie filozoficzny klimat, a Victor od jej wywodów coś na wzór kaca moralnego. W końcu zaczynał się na nią wydzierać, a ona, dla poprawy samopoczucia brała coraz więcej, o co on z kolei miał do niej zawsze niesamowite pretensje, czego naturalną koleją rzeczy była mowa umoralniająca w wykonaniu naćpanej Luny. Błędne koło. W przebłyskach dobrej woli i całkowicie ludzkich uczuć myślał sobie, że może ona ma rację i, przynajmniej pośrednio, jest zwyczajnym mordercą, jednak takie myśli opuszczały go równie szybko, jak się pojawiały. Wszystko można sobie jakoś wytłumaczyć. Nikt przecież nikogo do niczego nie zmusza...
Wstał i odszedł w stronę domu pozostawiając osłupiałą taką reakcją dziewczynę. Przeszedł przez ogród obojętnie omijając bawiących się gości, sporadycznie odpowiadając na powitania i kobiece uśmiechy. Po chwili pełen oryginalnych obelg krzyk Luny zlał się z odgłosami imprezy i ulicznego ruchu.

***


Czasem widzisz kogoś nie wiedząc nawet, jak ważna może być dla ciebie ta chwila. Jedno słowo, rozmowa, która nie powinna mieć miejsca. Gest lub jakiś pozornie nieistotny drobiazg, który zapada w pamięć niemal na zawsze, a jego wspomnienie doprowadza jedynie do szału i bezgranicznego smutku pomieszanego z frustracją i bezradnością. Ten ostatni raz, wywołujący wyrzuty sumienia i poczucie winy, choć tak naprawdę wiemy, że nie zrobiliśmy absolutnie nic złego. Przynajmniej w tamtym momencie...
Victor zjechał z autostrady na niewielką stację benzynową. Luna nadal spała, tak cicho i spokojnie. Wyglądała niemal jak anioł, niemy stróż ludzkiej świadomości, tak eteryczny i niematerialny jak ostatnie ślady snu w pierwszych promieniach słońca, gdzieś na zanikającej granicy między prawdą, a światem zadziwiających iluzji.
Do jedynego dystrybutora z bezołowiową była nieznaczna kolejka. Wyłączył silnik, schował twarz w zmęczonych dłoniach.

***


Z niewielkiej lampki z miodowym abażurem sączyło się ciepłe światło. Dym papierosów mieszał się z dymem kadzidełek tworząc w pokoju mlecznobiałą, delikatną mgiełkę. Luna leżała na olbrzymim małżeńskim łożu przykryta jedynie satynową narzutką.
- Zimno mi.
Victor podszedł do niej okrywając ją puszystym białym kocem.
- Lepiej?
- Nie.
Objął ją w opiekuńczym geście i mocno przytulił do siebie. Odurzający zapach jej perfum mieszał się z cudowną wonią jej ciała i włosów.
Wciąż drżała z zimna, choć pokojowy termometr wskazywał ponad 20 stopni. Tuż pod sufitem obracał się miarowo drewniany wiatrak.
Victor podszedł do leżącej na niewielkim stoliku czarnej walizki. Szukał w niej czegoś przez chwilę, po czym wrócił do leżącej na łóżku Luny.
- Weź to. Inaczej ci się nieprędko poprawi.
Luna bez słowa wzięła od Victora strzykawkę. Już dawno nauczyła się radzić sobie ze swoimi stanami. Znalazła niezawodne remedium na wszystkie swoje problemy. Sposób na kilka godzin genialnego samopoczucia.
- Dzięki.
- To ostatni raz. Nie pozwolę ci się zabić.
Luna uśmiechnęła się tak, jakby rozmawiała z małym, wierzącym w Świętego Mikołaja dzieckiem.
- Sam w to nie wierzysz.
Emanowała niesamowitym spokojem i ciepłem. A Victor faktycznie już nie wierzył w utopijne ideały kontroli sytuacji.

***


- Do pełna?
Głos pracownika stacji benzynowej wyrwał go z zamyślenia.
- Tak.
- Piękna noc na podróż. Ech, wsiadłbym za kółko i odjechał stąd gdzieś w okolice Florydy, nie sądzi pan? A tu tylko praca, praca, praca... Tak się przyzwyczaiłem, że już nawet smrodu benzyny nie czuję...
Victor nie słuchał. Patrzył się gdzieś przed siebie nie widząc, na co właściwie.
- OK., siedemnaście dwadzieścia.
Zapłacił, sprawiając facetowi wielką radość oschłym "zatrzymaj resztę". Dla niektórych ludzi drobiazgi znaczyły tak wiele. Nic nie jest na tyle trywialne, by nie było dla kogoś prawdziwym szczęściem... Żałował, że nie zrozumiał tego odpowiednio wcześniej...

***


- Luna?
Odpowiedziała mu cisza. Z jednego z pomieszczeń dochodziły dźwięki "Otherside" Red Hotów. Wszędzie było ciemno, tylko nad stolikiem przy łóżku żarzyło się kadzidełko o zapachu opium.
- Luna? - ponowił pytanie - Jesteś tu?
Znowu nic. Przez chwilę pomyślał, że może nie ma jej w domu, jednak szybko odrzucił takie rozwiązanie. Zbyt wyraźnie czuł zapach jej perfum.
- No, jesteś. Hej, co to za numery? - uśmiechnął się z ulgą na widok wychodzącej z łazienki Luny - I od kiedy to kąpiesz się po ciemku?
Nie odpowiedziała. Stała nieruchomo, oparta o framugę drzwi z oczami utkwionymi w jakiś niewidzialny punkt ponad głową Victora. Zdawała się być całkowicie nieobecna. Podszedł do niej próbując ją przytulić, ale zamiast ciepłego dotyku jej ciała napotkał jedynie ścianę.
Po chwili zobaczył Lunę siedzącą na kanapie.
- Ej, co jest?!
Stał w miejscu bojąc się wykonać jakikolwiek, najmniejszy nawet ruch. Był czysty, nie miała prawa być wytworem jego wyobraźni, tak przynajmniej mu się wydawało. Wyglądała całkiem normalnie, a mimo to bał się jej. Coś było nie tak, nie wiedział tylko jeszcze, co.
Luna nic nie mówiła. Siedziała tam i patrzyła na niego zupełnie nieobecnym wzrokiem. Uśmiechała się smutno, jakby ze współczuciem. Po chwili odwróciła głowę zwracając oczy w stronę otwartych drzwi łazienki.
- Kochanie?
Victor próbował mówić do niej, chociaż coś mu mówiło, że i tak nie odpowie. Podążając za jej wzrokiem, nadal ją obserwując wszedł do łazienki i mało się stracił przytomności.
W wannie pełnej wody i pachnącej piany leżała Luna, z głową odrzuconą do tyłu i mokrymi włosami poprzylepianymi do lśniących kroplami wody kafelków. W prawym przedramieniu nadal tkwiła strzykawka z mlecznobiałego plastiku.

Nic nie widział. Zamykając jej oczy płakał jak nigdy przedtem. Przytulił ją i usnął klęcząc w kałuży wody z waniliowym płynem do kąpieli.

***


- Będziemy razem zawsze, prawda?
- Na zawsze. Choćby nie wiem co.
- Victor? Kocham cię.
- Ja ciebie bardziej. I dam ci wszystko, czego zapragniesz...

***


Srebrny Lexus mknął pustą autostradą. Przez otwarte szyby słychać było dźwięki "Gone With The Sin" HIMa. Muzyka ulatywała gdzieś w noc, odbijała się od milionów gwiazd zawieszonych na niebie, które wydawało się być niczym innym, jak tylko wielką płachtą granatowego axamitu. Światła samochodu rozpraszały panującą naokoło ciemność. Victor wymacał komórkę leżącą na siedzeniu pasażera. Było po drugiej. We wstecznym lusterku nadal widział zarys delikatnej sylwetki śpiącej Luny.

Wiele myślał. Miłość wcale nie jest taka prosta, jak kiedyś przypuszczał. To nie tylko bezgraniczne, wspaniałe uczucie, ale i o wiele większy ból, który powinien przeminąć pozostawiając wspomnienie i uczucie pokonania własnych słabości. To powiedzenie "nie" dla dobra ukochanej osoby. Tylko, że czasem dokumentnie zaślepieni nie zauważamy momentu, kiedy powinniśmy wykonać pierwszy ruch. Nie zauważamy momentu, kiedy powinien przyjść koniec czegoś, co jest początkiem o wiele tragiczniejszego końca. Zdani wyłącznie na siebie, z niemym przyzwoleniem lub zwyczajnym brakiem sprzeciwu kogoś nam bliskiego, pogrążamy się coraz bardziej nie wiedząc, że są drogi, z których się nie wraca...

"Jeśli odbiera się nam tych, których kochamy, możemy przedłużyć ich życie tylko nadal ich kochając. Domy trawi pożar, ludzie umierają, prawdziwa miłość jest wieczna..."
("Kruk")






*SABATINO to według wierzeń ludów Mezopotamii urodzeni w sobotę ludzie, którzy widzą duchy i mają wpływ na Wampiry.


Neonate

toreador@tenbit.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||