Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: UnionJack ::::

Opowieść wigilijna



Ostrzeżenie: to opowiadanie jest NAPRAWDĘ depresyjne. Jeśli masz dobry humor, lub pooczułeś/aś właśnie atmosferę świąt, śmiało wciskaj przycisk wstecz.


Drzwi skrzypnęły upiornie. Starzec, schyliwszy głowę, przekroczył z trudem próg swojej chatki. Odwrócił się i szybko - tak szybko, jak tylko mógł - zamknął za sobą drewniane drzwiczki. Starą, brudną szmatą uszczelnił wejście. Wejście do swojej małej chatki na skraju lasu.
Chatki! Czy można nazwać chatką barak, zimny i wrogi; pusty prócz skleconego z kilku desek, chyboczącego się stołu i jednoosobowego łóżka? Łóżka, gdzie materacem jest podłoga, a ciepłą pościelą zimny koc? Baraku, którego lokatorem, poza starcem jest cierpienie, głód i choroba? Nie można tego nazwać chatką, nie można nawet barakiem. Starzec nazywał to małym, kochanym domeczkiem.

* * *

Miał kiedyś rodzinę, bardzo dobrą rodzinę. Miał żonę i wspaniałą córkę. I miał kiedyś gdzie mieszkać.
Żonę kochał nad życie, bardzo ją kochał. Ale umarła. Pewnego dnia zasłabła gotując zupę. Lekarze stwierdzili wylew. Nie miał o to pretensji do Boga. Tak to już jest, ludzie umierają.
Córka nadal żyła. Ale nie wiedział gdzie. Dawno, dawno temu wyjechała na zachód. Często pisała. Że żyje jej się dobrze, że jak tylko zarobi weźmie go do siebie. I będą razem.
A potem listy przestały przychodzić.
Nie miał o to do niej pretensji. Na razie musi zarobić. A potem przyjedzie i zabierze go z tej cuchnącej, zimnej chaty na skraju umierającego lasu. I będą znowu razem.

* * *

Zastawiał swój wigilijny stół. Suchy chleb. Jajka, które dostał od jakiejś dobrej kobiety. Wodę z cmentarnego kranu w znalezionej gdzieś, plastikowej butelce. Nie miał dużo, ale nie skarżył się nikomu. Komu miałby się skarżyć? Przy stole były dwa miejsca wolne. Dla córki i dla niespodziewanego gościa, dla strudzonego wędrowca, który z nadzieją zapuka w drewniane drzwiczki tego małego, zimnego baraku na samym krańcu sosnowego, szumiącego posępnie lasu.

* * *

Właściwie mógłby iść do noclegowni w pobliskim Monarze. Właściwie nawet planował.
Ale dzieci na to patrzyły. Więc ludzie przyszli, byli bez grzechu, rzucili kamieniem. Wybili szyby. Wyłamali drzwi. Protestowali. Czego się nie robi dla dzieci?
I władze zadbały o dzieci. Monar zamknięto. Czego się nie robi dla ludzi?

* * *

Na zewnątrz tańczyły płatki śniegu.
Starzec siedział przy stole. Ręce położył przed sobą. Spracowane, pomarszczone, zgrubiałe. Zamknął oczy.
O czym myślał? O swojej kochanej żonie? Może o chwili, gdy córka przyjedzie i zabierze go do siebie. Może o wypadku, w którym stracił stopę. Po którym zwolnili go z kopalni. A może marzył o ciepłym, pożywnym rosole. Kiedyś tak bardzo lubił rosół.
Staruszek podniósł głowę i wpatrzył się w mały, czarny krzyżyk, który namalował kawałkiem węgla nad drzwiami swego małego mieszkania.

* * *

Odchodząc zabierz mnie,
proszę, weź mnie też.
Odchodząc zabierz mnie,
proszę, weź mnie też.

* * *

We wszystkich kościołach biły dzwony. Ludzie podnosili głowy, uśmiechali się do siebie, śpiewali.
Bóg się rodził. Wśród zwierzyny, w zimnym, ciemnym żłobie. Bo nie było dla Niego miejsca w gospodzie.
Staruszek umierał. W lodowatym, obskurnym baraku, wśród pluskiew, pcheł i wszy. Bo nigdzie nie było dla Niego miejsca.

* * *

Jestem lżejszy od fotografii,
z których będziesz mnie teraz wycinać.
Będę milczał -
- i tak jestem martwy.

* * *

Drzwi skrzypnęły cicho.
Starzec poczuł na swoim policzku ciepłe, delikatne muśnięcie. Otworzył oczy; jęknął w duchu.
Przed nim stała młoda kobieta, o czarnych, opadających na ramiona włosach i małym, kształtnym nosie. Oczy miała piwne, osta wyraziste, ramiona zgrabne. Była bosa, odziana w niebieską szatę. Ta falowała lekko, poruszana mroźnym podmuchem spod drzwi.
Starzec się uśmiechnął.
- Córeczko...
- Witaj tatku. - uśmiechnęła się pogodnie - długo kazałeś na siebie czekać.
- Taka... piękna... młoda...
- Nie, tatku. Nie młoda. Nie młoda... Martwa. Umarłam szesnaście lat temu. Niebieski, towarowy volkswagen. Po policzku starca popłynęła łza. Nie taka, jak te poprzednie, wstrzymywana, gorzka. Tym razem płakał ze szczęścia.
Bo ktoś wreszcie odpowiedzał dlaczego.
- Chodź, tatku. - podała mu rękę. - Na nas już pora.
Starzec złapał ją za rękę.
I zabrała go z tej cuchnącej, zimnej chaty. I byli znowu razem.


UnionJack

unionjack@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||