Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Paweł Wojewnik ::::

Mars i jego tajemnice



Zapiski z dziennika pokładowego

Zacząłem rekrutować załogę. Oprócz Thora, mojego drugiego pilota potrzebowałem jeszcze dwóch ludzi do załadunku i rozładunku. Znalazłem nadających się do tego ludzi. Niezbyt bystry Murzyn, ale za to bardzo silny, nadawał się do tego zadania idealnie. Mówiliśmy na niego Bulldog, z racji jego wyglądu. Drugim był chudy i niski człowieczek w okularach na nosie i siwych włosach. Kazał mówić na siebie Old. Postanowiłem, że Mechanik jest mi potrzebny na równi z pracownikiem fizycznym. Tych dwóch powinno mi wystarczyć, a w razie czego, Thor pomoże Bulldogowi z rozładunkiem.
Po załadowaniu towaru ruszyliśmy w przestrzeń. Muszę tu zaznaczyć, że zleceniodawca pragnął pozostać anonimowy, oraz że ładunek pozostanie jego tajemnicą. Umowa stanowiła, że załoga pojazdu nie może wiedzieć co przewozi. Stąd też tak wysoka zapłata. 100 000 kredytów. Na domiar złego Zleceniodawca uparł się na dostawę w ciągu trzech tygodni. Mój okręt jako jedyny potrafił tego dokonać. Było to jednak zadanie ciężkie. Ciężkie, co nie znaczy niewykonalne.

10 lipca 2098
Kapitan okrętu gwiezdnego Vulture
Killian Darkwater




Dzisiaj nareszcie ukazała nam się ta przeklęta planeta. Trochę nam się spieszyło. Za bardzo. Silniki podczas wchodzenia w atmosferę szlag trafił. Cudem udało mi się skierować Vulture'a na (w miarę) miękkie podłoże. Na pustynię. To ponad 10 tys. mil od Osady. Nie należało się tym jednak przejmować. Nasz łazik był przystosowany do takiej podróży. Skafandry w ładowni były gotowe do wyjścia w atmosferę nieprzystosowaną do naszych wymogów. Tym się nie przejmowałem. Bardziej martwiłem się, czy dam radę wylądować. Postanowiłem w końcu obudzić Thora. Nawet jeśli nie przeżyjemy, to raźniej umierać w towarzystwie.
Thor wyszedł zaspany, w slipach, i popatrzył dziwnie na iluminator i wskaźnik wysokości, po czym już bez śladów snu rzucił się do konsoli nawigacyjnej.
- Zostaw. Nic nie da. - powiedziałem.
- Co? Jak to? Przecież lecimy...
- Nie mamy silników - przerwałem mu - możemy tylko się modlić...
- Killian...
- Co?
- Ja nie wierzę w Boga.
- To masz przesrane.
Obaj się roześmieliśmy. To był dobry sposób na rozładowanie napięcia.
Postanowiłem nie budzić tamtych dwóch. Niech umierają nie wiedząc o tym.
Gdy sytuacja zaczęła stawać się krytyczna, jeden z silników zaczął warczeć i syczeć, by po kilku sekundach buchnąć parą. Ten silnik sam z siebie zaczął działać. Tak po prostu. Nie zastanawiałem się długo nad tą szansą. Zdążyłem krzyknąć Thor - silnik, a obaj siedzieliśmy, każdy za swoją konsolą. Z jednym silnikiem mogłem spróbować szczęścia. Mógłbym nawet dolecieć do Osady, gdyby nie strach, że silnik siądzie ponownie. Postanowiłem lądować na pustyni. Po minucie napełnionej strachem i stresem udało mi się osadzić dziób maszyny w miękkim piasku Marsa. Cała rufa jednak była zmiażdżona. Ładownia także.
- Kapitanie - Bulldog wbiegł do kokpitu - Olda przygniotły skrzynie. Nie mogłem się do niego dostać.
- Szlag - rzucił Thor - jest stracony. Musimy siebie ratować.
- Łazik sprawny? - spytałem.
- Tak jest kapitanie - odpowiedział Bulldog.
- Dobra. Pomyślmy, jak wydostać stąd nasze tyłki w jednym kawałku.

Łazik rzeczywiście był sprawny. Tyle, że Old nie żył. Gdybyśmy od razu do niego poszli, może wydostalibyśmy go. Ja jednak jak zwykle zwlekałem. Teraz wiem, że to wszystko była moja wina. Gdybym nie przyjął zamówienia, nie znaleźlibyśmy się w tak rozpaczliwym położeniu. Mogłem handlować z kolonią na Księżycu.
Nagle skojarzyłem jeden fakt. Człowiek, który zlecił transport pochodził z Księżyca. Postanowiłem to sprawdzić.
- Thor, pomóż Bulldogowi uruchomić łazik, ja tymczasem wydostanę z kokpitu co tylko się da. Może uda nam się przeżyć.
Pobiegłem do sterowni i uruchomiłem terminal. Moje podejrzenia zaczynały się sprawdzać. Transport zlecił przywódca Księżycowego Frontu Wyzwolenia. To znaczy, że nie mogłem zwrócić się po pomoc do ambasady Ziemi po dotarciu do Osady. Szlag. Nie zrozumcie mnie źle; ja życzę mieszkańcom Srebrnego Globu jak najlepiej. Ale gdyby Księżyc ogłosił niepodległość to rozpoczęłaby się wojna. Wojna źle wpływa na stosunki handlowe.
Odłączyłem terminal od Dysku Głównego, po czym włożyłem go do torby podróżnej. Przyda się też jakaś broń. Miałem w szufladzie mój wierny colt Smith & Wesson 38. Przez te wszystkie lata nawet raz z niego nie strzelałem. Mam nadzieję, że nie będę musiał teraz.
Gdy wyszedłem na zewnątrz, łazik był gotowy do drogi, a silnik warczał równomiernie, jak gdyby zapraszając do jazdy.
- Szefie, wszystko gotowe do drogi - zameldował Thor.
- OK. Let's move on. - powiedziałem.
Podróż miała trwać kilka godzin, jednak tuż po wyruszeniu rozpętała się burza piaskowa. Silnik się zatarł i o dalszej podróży mogliśmy jedynie pomarzyć. Można było wprawdzie naprawić silnik, ale Old został na pokładzie Sępa. Tym samym wracaliśmy do punktu wyjścia.
Kazałem chłopakom włożyć skafandry i zachrzanialiśmy na piechotę. Po kilku godzinach podróży zabłądziłem. Moi ludzie zdali się całkowicie na mnie, a ja ich zawiodłem. Kompas nie działał, a ja szedłem uparcie dalej, w kierunku, który zdawał się być południem. Nie był.
Dwa dni wędrówki na głodowych racjach żywnościowych, a ja nadal nie wiedziałem, gdzie jesteśmy. Gdybyśmy chociaż wrócili do łazika, to moglibyśmy zabrać żywność, a zostawić cały ten zbędny balast.

Dzisiaj zostawiliśmy pod jaskiniami cały niepotrzebny sprzęt. Zabrałem tylko przenośny terminal z dziennikiem pokładowym. Dziennik zmienił się w mój pamiętnik.

Jest bardzo źle. Kończy nam się pożywienie i co gorsza - tlen jest na rezerwie. Jeszcze dwa - trzy dni i całkowicie się wyczerpie. Musimy znaleźć jakąś osadę. Chociażby kryjówkę przemytników.
Dotarliśmy do Jaskiń. To znaczy, że nieco na wschód jest Osada. Gdybym miał kompas...
Postanowiłem wejść do środka. Nie wiem w zasadzie po co. Może liczyłem, że odnajdę tam jakieś extractory tlenu? Kazałem Thorowi czekać, a Bulldogowi ubezpieczać moje tyły. Thor był moim przyjacielem, nie chciałem, żeby coś mu się stało. Nie zrozumcie mnie źle. Traktowałem go jak syna. Towarzyszył mi od początku kariery. Zaczynałem jako młody przemytnik. Przez kilka lat wysługiwali się mną mafiozi. Ja jednak byłem wytrzymały. Przetrwałem i postanowiłem złamać monopol mafii na przemycanie broni na Księżyc. Ścigano mnie. Nawet w tej chwili ciąży nade mną kilka tysięcy kredytów nagrody. Złapano mnie na Srebrnym Globie i umieszczono w tamtejszym więzieniu. To był horror. Ciężka praca w kopalniach Petry i słabe (czy może żadne) warunki sanitarne sprawiały, że człowiekowi odechciewało się żyć. Wtedy poznałem Thora. Ten chłopak podtrzymywał mnie przy życiu, a gdy zachorowałem na gruźlicę, kupował i przemycał dla mnie leki. Gdyby go złapano dostałby drugi wyrok, jednak to się dla niego nie liczyło. Ja wyszedłem po sześciu latach odsiadki, za sprawą mojego przyjaciela w rządzie Księżyca, który załatwił mi koncesję u Wolnych Handlarzy. Po wyjściu na wolność wyprosiłem u niego wstawiennictwo za Thorem, a on się zgodził. Thor odsiedział jeszcze rok, po czym wyszedł. Pierwszą osobą jaka na niego czekała byłem ja, natomiast pierwszą rzeczą jaką Thor ujrzał była umowa o zatrudnieniu nawigatora. Muszę tu zaznaczyć, że Thor był przemytnikiem. Na Księżycu tylko takich sadzają. Posada nie wzięła się więc "z nieba". To był już trzeci nasz wspólny lot. Nie powinien tak się skończyć.
Kilka lat temu, gdy zakładano Osadę znaleziono w pobliżu tych jaskiń szkielet, do złudzenia przypominający ludzki. Nie miał prawa pojawić się tu żaden inny człowiek, poza pionierami. Ci jednak znaleźli tu ciało. Może było to tak jak z Ameryką i Wikingami? Liczyłem, że znajdę w tych jaskiniach jakąś kryjówkę. Może nawet bazę.
W pierwszych korytarzach była tylko ciemność. W głębszych znalazłem kolejne ciała. Osadnicy widocznie bali się zapuścić tak głęboko w Jaskinie. Nie dziwię im się. Gdyby nie konieczność, to ja również omijałbym to miejsce z daleka.
W czasie wędrówki straciłem rachubę czasu. Nie wiedziałem czy jest dzień, czy noc. A co gorsza nie mogłem połączyć się z Thorem. Nachodziły mnie czarne myśli, ale Bulldog skutecznie je wyeliminował jednym stwierdzeniem. Szefie, Thor to mocny chłop i nie zabiłoby go żadne dzikie zwierzę, a jedyne co mogło mu się przytrafić, to rozhermetyzowanie kombinezonu. Ale mówię - Thor jest mocny. Tak Bulldog mnie pocieszył.
Te jaskinie były naprawdę niesamowite. Niesamowite i przerażające. Ja naprawdę bałem się, będąc wewnątrz. Cały czas, im głębiej - tym intensywniej czułem na sobie czyjś wzrok. Im głębiej, tym bardziej intensywnie się we mnie wpatrywał. To było przerażające.
Nagle, z zadumy wyrwał mnie przeciągły skowyt i mlaśnięcie. Tak jakby człowiek został rozdarty na dwoje. W kilka sekund później mój skafander został pokryty od stóp do głowy krwią i osoczem.
- BULLDOG!!! - wydarłem się.
I nic. Tak jakby nigdy nie istniał ktoś taki. Zacząłem się nerwowo rozglądać, ale nic najwyraźniej nie zamierzało mnie zaatakować. Po półgodzinie zdałem sobie sprawę, że cokolwiek to było, już sobie poszło.
I nagle zrozumiałem co stało się z Thorem. Jednocześnie poczułem na sobie uważne spojrzenia. Już nie jedno. Dziesiątki czujnych spojrzeń. Miałem ochotę zacząć krzyczeć.
- Do diabła! Zabijcie mnie i nie męczcie więcej!!!
Zero odpowiedzi. Jak gdybym rzucał słowa w ciemność. Jakby nikogo tam nie było. Ale ja nadal czułem te spojrzenia. Teraz już setki.
Zacząłem biec przez jaskinię bez opamiętania. Nie zważałem na kierunek. Potknąłem się i zacząłem spadać w otchłań. Pogruchotany, ale zdrowy - zaświtał mi.
W oddali zobaczyłem tak zwane światełko w tunelu. Może to było to, czego przez cały ten czas szukałem. Jakaś kryjówka. Postanowiłem to sprawdzić.
Rzeczywiście. Pomieszczenie okazało się być wyposażone w minielektrownię, komputer starego typu i lampy świetlne.
Postanowiłem najpierw obejrzeć komputer. Starszy standard, ale mój terminal powinien pasować.
Przez następne kilka godzin próbowałem podłączyć terminal do komputera. I rzeczywiście udało mi się to. Trochę topornie i "na skrętkę", ale pasowało. Zacząłem odczytywać dane. Niektóre miały kompletnie nieznany format, ale inne były zapisane w standardzie Unii. Mogłem tam znaleźć coś ciekawego.
Znalazłem. To, co znalazłem jednak było tak niespodziewane, iż myślałem, że śnię.
Pozostawiony tu sprzęt, tak ludzki i normalny został pozostawiony przez obcą cywilizację.
Obcy, jednak nie byli tak bardzo obcy, jak mogło by się wydawać. Otóż oni - bagatela - stworzyli ludzi. Cały nasz gatunek. Według zapisków, naszym przodkom zagrażała jakaś siła, potężna siła, która mogłaby ich zabić. Cały gatunek. Obcy stanęli na bardzo wysokim szczeblu rozwojowym. Potrafili przekazać swoje DNA innym organizmom.
Gdy ich zagłada stała się oczywista i nieunikniona zapakowali DNA i wysłali je na Ziemię licząc, że chociaż mała ich część przetrwa. Więc oto jesteśmy.
To jednak nie wszystko. Nasi przodkowie przegrali batalię, a z tego co autor notatek tu pozostawił, jasno wnikało, że siła która ich zniszczyła, kiedy dowie się o naszym istnieniu... Cały gatunek został unicestwiony. Jest to dla mnie niewyobrażalne, jednakże możliwe.
Mars wyglądał kiedyś tak, jak Ziemia dzisiaj. To znaczy, że siła ta zniszczyła ekosystem Marsa. Żadne stworzenie nie może żyć bez tlenu.
Jest okropnie duszno. Zdałem sobie sprawę, że umieram. Kontrolka tlenu migała na czerwono, jakbym jeszcze miał jakąś szansę.
Moje czarne myśli przerwały mi rozważania na temat zagłady Przodków - jak Ich zacząłem w myślach nazywać. Przecież ludzie także dążą do zniszczenia swojego ekosystemu. A jeśli jest to spuścizna po Przodkach? Jeśli jest to nieuniknione? Ludzie muszą się dowiedzieć, co robią. Przy zagładzie ekosystemu extractory nie pomogą.
Nagle usłyszałem ludzkie głosy. Dużo ludzkich głosów. Zdawało mi się, że słyszę między nimi Thora. Uznałem, że to halucynacje i zacząłem usypiać. Ostatnią rzeczą, jaką ujrzałem, była wykrzywiona z bólu twarz mego towarzysza.


Paweł Wojewnik

killian_darkwater@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||