|
Śmierć w świetle błyskawicy
"Cóż powie - on? Co powie głos sumienia -
Ta zmora zmór, co za mną kroczy w ślad?"
Chamberlayne: "Pharronida".
Burza szalała na zewnątrz, a błyskawice raz po raz rozświetlały jasnym światłem pogrążony w mroku pokój. Panowała weń grobowa atmosfera, czarne meble, równie ciemne kotary przy łożu na którym pod grubym kocem spoczywała jakaś postać. Na jej twarz padał cień tworzony przez zasłonę przy oknie. Była to kobieta, staruszka. Na twarzy rysowały się zmarszczki. Jej siwe włosy sięgające po ramiona spoczywały na poduszce. Noc była ciepła. Deszcz dudnił o parapet i dach. Okno było lekko otwarte, lecz w pewnej chwili podmuch wiatru spowodował, że rozwarło się na oścież i uderzyło o drewnianą ścianę wydając przy tym przerażający dźwięk. Do pokoju wpadł wiatr, biała firanka szalała pod wpływem jego podmuchów, niemal dotykała sufitu.
W pomieszczeniu unosił się zapach wilgoci i pleśni. To była stara rudera, od lat nikt tu nie przeprowadzał remontów, drewno pod wpływem wilgoci gniło i niemile pachniało.
Właścicielka kilka lat temu straciła męża, nie wytrzymała psychicznie i stała się zamknięta w sobie. Kilka miesięcy później nie wykryta przez lekarzy wada wzroku dała o sobie znać. Operacja nie pomogła. Kobieta oślepła. Od ponad dwóch lat siedemdziesięcioletnia staruszka żyje w zupełnej ciemności. Zaszyła się w sobie, nie rozmawiała z nikim przez wiele tygodni. Ludzie nigdy nie widzieli by w tej ruderze paliło się światło. Bo i po co? Przecież ona nie widzi. Od czasu do czasu ktoś ujrzał w oknie postać w białej sukni maszerującą po pokoju. Szły pogłoski, że dom jest nawiedzony, nikt nie pamiętał o staruszce, która tam żyje. Dla nich umarła dawno temu.
Okno znów uderzyło o ścianę z całej siły. Staruszka tego nie słyszała, jej słuch też do najlepszych nie należał, do jednego ucha dźwięki w ogóle nie docierały, natomiast w drugim coś szeleściło. Nie poszła z tym do lekarza, bo i po co? Kolejna operacja która nic nie da? Ona należała do wymierającego gatunku. Po co utrzymywać słabych przy życiu? Ona się nie liczyła, była tylko jednostką, nikt nie płakałby na jej pogrzebie, nikt by jej nie wspominał. Była jak każdy z nas. Wszyscy wspominają tylko złych ludzi, kogo obchodzi, że jakiś człowiek uratował dziecko z tonącego wózka? Taki człowiek po tygodniu zostanie zapomniany, a jego wspomnienie zniknie wraz z kolejnymi potomkami.
Firanka szalała pod wpływem wiatru. W pewnej chwili na jej pofałdowanej powierzchni pojawiło się coś dziwnego. Było to widoczne gołym okiem. Na białej kratkowanej powierzchni pojawiła się twarz, jeśli można nazwać to twarzą. Przypominało to bardziej trupią czaszkę którą przyłożył ktoś do firanki od strony okna. Wyraźnie widać było dziury w których powinny znajdować się oczy. Podobnie było z nosem i szczęką. Na ową głowę założone było coś na kształt kaptura. Obok czerepu był jeszcze jakiś przedmiot, jakby ostrze. Twarz znikła z firanki tak szybko jak się pojawiała.
Okno po raz kolejny uderzyło z ogromną siłą o drewnianą ścianę. W tej samej chwili na niebie pojawiła się olbrzymia błyskawica i na ułamek sekundy rozjaśniła pokój. Dosłownie chwila jasności, a ujawniła tyle tajemnic tego strasznego miejsca. Jeden błysk udowodnił, że w pokoju prócz staruszki jest ktoś jeszcze. Postać zasiadała w dużym fotelu z twarzą schowaną w dłonie. Po pomieszczeniu rozniósł się jęk. Ze starszą kobietą w pomieszczeniu był mężczyzna, jej syn, którego nigdy nie kochała. Uważała go za kawał drania i bydlaka. Tak było w rzeczywistości. Handlował prochami, kiedyś zabił człowieka. Ale się zmienił, jej choroba odmieniła całe jego życie. Nie chciała pomocy od własnego syna, dlatego płakał. Zniszczył całe swoje życie. Przyszedł do niej teraz, kiedy jej życie... nie! Kiedy jej wegetacja dobiegała końca. Powtarzał sobie teraz w głowie "Ut ameris, amabilis esto"*.
Wstał z fotela i podszedł do okna. Zamknął je. Firanka opadła i tkwiła bez ruchu. Błysk ujawnił, że po jego policzkach spływają kolejne łzy. Podszedł pod łóżko. Przyłożył zewnętrzną stronę dłoni do jej policzka i klęknął przed łóżkiem.
- Mamo... - szepnął ze szczęściem w głosie - mamo, śpisz jeszcze?
Staruszka poczuła jego dotyk i przechyliła głowę w jego stronę.
- Mamusiu - powiedział troszkę głośniej - wybacz mi!
- Jest tu ktoś? - szepnęła staruszka nie słysząc co mówi do niej syn.
Jego nogi wyprostowały się. Chwycił w dłonie leżącą obok poduszkę i przycisnął jej do twarzy. Nie opierała się, chciała umrzeć.
Gdy poduszka tkwiła przy jej twarzy na niebie znów pojawiła się olbrzymia błyskawica. Jej światło przegnało na chwilkę mrok. Ta sekunda jasności ujawniła, że w pomieszczeniu był ktoś jeszcze. Za plecami mężczyzny przyciskającego poduszkę do twarzy staruszki stała dwumetrowa postać odziana w brązowe szmaty. Na głowie miała kaptur który zasłaniał twarz. W ręce dzierżyła olbrzymią kosę.
Kolejny błysk.
Postać szybkim ruchem uniosła kosę do góry i machnęła nią w dół.
Poduszka upadła na ziemię, a drzwi trzasnęły.
W ciemności było słychać kroki. Nagle okno otworzyło się z taką szybkością, że przy uderzeniu w ścianę szyba wypadła i rozbiła się na drewnianej podłodze. Firanka na chwilę skierowała się na zewnątrz pomieszczenia, a po chwili znów wróciła do pokoju.
Ciemność.
* "Jeżeli chcesz być kochanym, bądź godny miłości"
Winix
winix@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|