Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Martakop1 ::::

Groza



To opowiadanie dedykuję moim Rodzicom, którzy pozwalają, by takie chore pomysły rodziły się w moim umyśle. Dziękuję wam Drodzy Rodzice za możliwość swobodnego myślenia, samodzielnego wyciągania wniosków, często zresztą błędnych, a w szczególności dziękuję wam za pozwolenie mi na przeróżne herezje wiedząc, że sama prawdopodobnie dojdę do jakiś tam prawd, i za nie negowanie istnienia rzeczy w które ja wierzę a wy nie. I dziękuję za cierpliwość.

To opowiadanie jest wytworem chorej wyobraźni i nie ma na celu obrażania czyichkolwiek uczuć religijnych. To się po prostu wymyśliło :)







Wraz z 24 grudnia nadeszła groza. Na świat spłynęło nienazwane zło. Lecz jak to zwykle bywa w takich sytuacjach wiele czasu musiało upłynąć, by ludzie zdążyli zdać sobie sprawę z tego, co się dzieje.

***

Już od rana cała rodzina krzątała się po domu. Tyle było rzeczy do zrobienia. Rodzice przygotowywali prezenty. Dzieci wyciągały swoje laurki. No i trzeba było posprzątać. Ciasto zrobić. Roboty było co niemiara. Mimo, że nikomu nic się robić nie chciało. Radosny nastrój, który zwykle panował podczas przygotowań do wigilii Świąt Bożego Narodzenia zastąpiły nowe, nieznane uczucia. Napięcie niewiadomego pochodzenia opanowało już cały dom. Wszyscy spoglądali na siebie nieżyczliwie. Uroczysta kolacja też nie była tak uroczysta jak zwykle. Nikt nie wyrażał zadowolenia z podarków. W głowach domowników rodziły się sprzeczne uczucia. Miło, ze coś dostałem, ale czemu to takie brzydkie, bezużyteczne, czemu bardziej się nie postarał, czemu to nie jest coś droższego. Bardzo szybko skończyli świętowanie. Nikogo to już nie bawiło.
Nie wiedzieli, iż nie tylko u nich tak potoczyła się wigilia. Nie wiedzieli, że na całym świecie ludzie zaczynają myśleć tak samo...

***

Wielu ludzi bało się. Nie byli wściekli na innych, nie nienawidzili. Bo prostu się bali. Oni pierwsi poczuli, że coś nadchodzi. Coś, co pochłonie cały świat.

***

Katarzyna siedziała zapłakana w swoim pokoju. Nie rozumiała, co się stało. Boże Narodzenie zawsze było dla niej chwilą integracji z rodziną. Nie była do końca chrześcijanką. Znaczy, nie interesowały ją kwestie wiary. Święta były dla niej po prostu okresem spotkań z rodziną. Uwielbiała je.
Nie rozumiała, co się stało. Tak nagle. Cala rodzina zaczęła wyciągać dawne brudy. Niepotrzebnie. Były święta, czas wybaczania i miłosierdzia. A raczej powinien to być taki czas. Dyskusja zamieniła się w ognista kłótnię. Słowa, jakie padały, wbijały się w jej świadomość niczym włócznie. Nie chciała, aby tak było. Pragnęła jedynie normalnych świąt. Tym nie było jednak pisane nastać. Kolacja szybko się skończyła. Rodzina odeszła, każdy w swoją stronę, potwornie na siebie obrażeni.
Siedząc w łóżku przykryta ciepłą puchową kołdrą zastanawiała się, co doprowadziło do tak brzemiennej w skutki kłótni. I wtedy ujrzała Jego. Stał przy zakratowanym oknie i przyglądał się jej ze smutnym uśmiechem. Biła od niego melancholia. Był to bardzo materialny smutek. Lecz nienawiść, jaka ogarniała ziemię wydawała mu się obca w tym momencie. Był piękny. Katarzyna długo nie mogła zrozumieć, jaka istota jej się objawiła. Gdy zrozumiała, że ma przed sobą anioła, ten jakby szykował się już do odejścia. Chcąc go zatrzymać wyszła spod pierzyn i podeszła doń. Anioł wydawał się być poruszony. Spoglądał na nią pięknymi, mrocznymi oczyma. Dopiero spoglądając w te oczy, człowiek rozumiał, jak wygląda czerń. Oczy, które zawsze pozostają zimne i dziwne jak bezkresne, mroczne tunele. Nie przerażały jednak.
Jego czarna jak noc tunika powiewała przy podmuchach mroźnego wiatru zza otwartego okna. Najdziwniejsze były jednak jego skrzydła. Według stereotypów powinny być białe lub srebrne. Jednak skrzydła Smutnego Anioła były wielkie i czarne niczym krucze. Postać sama w sobie była ogromna. Osiągała przynajmniej dwa metry. Razem ze skrzydłami anioł wydawał się zajmować większą część niewielkiej przestrzeni pokoiku.
Jego włosy, niezwykle długie, także kruczoczarne, zostały związane z tyłu czarną wstęgą. Katarzyna wbrew woli wyobraziła sobie, jak pięknie wyglądałyby rozpuszczone kołysząc się na wietrze.
Anioł sposobił się do lotu, a dziewczyna wiedziała, że wyleci mimo krat na oknach. Lecz przecież musiała znać odpowiedzi.
- Kim jesteś... panie?- Dodała po chwili.
- Kim ja jestem?- Zapytał cudownym melodyjnym głosem, był ostry, lecz jednocześnie czysty, nieskalany żadną nieczystością ni chorobą.- Ja? Ja jestem nikim, moja droga. Już od wieków.
Katarzyna nie zdążyła zadać kolejnego pytania. Smutny Anioł wyleciał, a okno natychmiast się zamknęło. Dziewczyna podejrzewała, że wcale nie musiało być otwarte. Odrobinę uspokojona jego istnieniem poszła spać. Sen nie przywiał jej ani radosnych wizji ani znaczenia słów anioła. Miała koszmary. Jako i jej świat.

***

Gdy świat się obudził nic już nie był takie samo. Na ulicach toczyła się jedna wielka walka. Ludzie ginęli. Bez względu na wiek i płeć wszyscy brali udział w tej wojnie. Nie było wygranych. W tej bitwie wszyscy ponosili klęskę. Jedynie nieliczni oparli się zgubnemu wpływowi CZEGOŚ. Ci chronili się w domach.

***

Gdy Katarzyna się obudziła, czuła się źle. Jej zaledwie 16-letni umysł rozumiał, że wydarzyło się coś złego. Wystarczyło spojrzeć za okno, by dowiedzieć się, na jak wielką skalę. Bała się. Ona jedyna z całej rodziny pozostała sobą. Czuła się jak w jakimś kiczowatym horrorze. A w nim ulice i rzeki spływały krwią, a ona zdaje się jako jedyna nie pomagała jej przelewać. Na stole leżał nóż. Jakby czekał. No cóż, oglądając dreszczowce zawsze sądziła, że samobójstwo jest najlepszą drogą. I wtedy ponownie ujrzała Jego. Uśmiech całkowicie znikł z jego twarzy, jego miejsce zajęła troska.
- Po co, maleńka? - Zapytał smutno anioł.- Po co chcesz oddalić się w niebyt, maleńka? Nadszedł czas, w którym śmierć to przegrana. Pamiętaj o tym, maleńka.
Zapytał i odszedł. Lecz nóż przestał być kuszący. Jedna droga ucieczki została odcięta, stwierdziła sarkastycznie Katarzyna. Trzeba poszukać innej. No a anioł poleciał.

***

Ci, którzy rozumieli wagę sytuacji błagali Boga o pomoc. Wręcz gardła zdzierali w modlitwach. Bóg jak zwykle zamiast ogromnego miłosierdzia okazał ogromną ignorancję.
Nic nie zostało zmienione.

***

Katarzyna się załamała. Jedyna osoba od której jeszcze miała nadzieje na pomoc, zawiodła. Bóg nie odpowiedział na prośby jej i innych. Albo nie mógł, albo go to nie obchodziło. Chrześcijanie jak i zresztą ludzie innych wyznań modlący się przecież do podobnych, jeśli nie jednego boga nadal mieli nadzieję, że nie miał możliwości pomóc ludziom. Teraz siedziała w pokoju. Czekała. Miała nadzieję, że "jej" anioł wróci. Była to ostatnia szansa. Na zewnątrz było coraz gorzej. Kradzieże, morderstwa, gwałty były na porządku dziennym. Zakładano wręcz gildię "najlepszych". Mało pozostało ludzi, którzy oparli się swoim mrocznym stronom. Zwykle byli to artyści. Im było najłatwiej. Cynicy wśród nich stwierdzali, że niczego innego spodziewać się nie było można, że ktoś nareszcie wynalazł najlepszy sposób wytrzebienia wirusa, jakimi są ludzie. Po co męczyć się samemu. Przecież wystarczy odpowiednio pokierować kilkoma jednostkami i stworzyć klimat, a ludzie wybiją się sami. Tyle, że teraz ktoś działa na większą skalę niż Hitler i jego nazistowska banda. Teraz dużo mniej jest tych przeciwnych takiemu porządkowi rzeczy. I teraz nie ma nawet pozoru celowości w tym, co się dzieje.

***

Zapasy żywności zaczynały się kończyć, ponieważ nie było komu produkować czegokolwiek. Ludzie nie zarażeni nienawiścią (bo tak zaczęto nazywać tą chorobę) bali się wyjść z domów. Wydało się, iż nic już nie może ich uratować, że gatunek "ludzie" znika z powierzchni Ziemi.

***

Katarzyna długo czekała. Nie miała zresztą żadnego innego zajęcia. W domu na szczęście były jakieś przetwory i mrożonki. 16-latka wolała nie myśleć, co będzie, gdy się skończą. Smutnego Anioła poruszyła jej wytrzymałość i brak zepsucia we wnętrzu, bo zjawił się po dwóch dniach. Katarzyna właśnie kładła się spać, kiedy ujrzała go przed swoim łóżkiem. Stał nieruchomy jak skała i patrzył się na nią. Czekał. W końcu dziewczyna przemogła lęk i nieśmiałość i zadała pytanie.
- Proszę, powiedz mi tylko dlaczego? Jesteś aniołem, sługą Bożym, więc chyba wiesz? - Cisza nadal trwała. - Dlaczego na Boga tak się dzieje? Czemu On nie reaguje?
Cisza trwała jeszcze chwilę, Anioł wyraźnie zastanawiał się nad odpowiedzią.
- On nigdy nie interweniuje. - Z zadziwiającą ironią odpowiedział Smutny Anioł. - Jego to po prostu nie obchodzi. A dlaczego? Nie wiem! On zresztą chyba też nie! To nie jego sprawka!
- Więc czyja? Lucyfera?
- NIE! - Krzyknął Anioł. Katarzynie wydało się to bardzo dziwne. Dlaczego tak zbulwersowało go to pytanie? Tak czy owak Anioł odleciał i być może nie wróci. Dziewczyna miała jednak przeczucie, że gdy tylko minie mu złość, pojawi się ponownie.

***

Minął dzień i nastała noc. Poranek okazał się niezwykle szary i blady, co nie przeszkadzało ludziom taplać się w anarchii i wszelakich zboczeniach. Rankiem nastał zmierzch dla świata i ludzi.

***

Ci, którzy nadal nie poddali się CZEMUŚ pomału zostawali eliminowani. Nadal wznosili prośby do Boga o ratunek. Nadal byli ignorowani.
Ci, którzy nie mieli ani siły ani ochoty walczyć z CZYMŚ, dołączyli do jego poddanych. Po ulicach chodziły parady wychwalające nowy porządek rzeczy. Wszelkie świątynie dawnych i nowych Bogów zostały zniszczone. Równowaga została bezpowrotnie zachwiana. Zapanował chaos.

***

Katarzyna cicho łkała w swoim pokoju. Już nie martwiła się o koniec zapasów. Wiedziała, że nie ma szans na dotrwanie do tego momentu. Widziała te parady idiotów, orgie na ulicach, morderstwa tuż pod jej nosem. To nie było na jej nerwy. Teraz po prostu czekała, że przyjdą także po nią. Nikt jednak nie nadchodził. Po dość długim czasie ponownie zjawił się Smutny Anioł. Tym razem miał na swojej tunice piękną czarną kolczugę, a w dłoni czarny miecz. Jego włosy były rozwiane i straszne. W kilku miejscach widać było świeżą krew. Twarz miał jednak pozbawioną wściekłości, malował się na niej spokój świadczący o pogodzeniu się ze swoim losem. Odezwał się pierwszy - tym swoim ironicznym, acz łagodnym głosem.
- Jeszcze tu jesteś? Powinnaś już dawno gdzieś się ukryć! Musiałem zabijać by cię uratować, a ty siedzisz i czekasz na gwiazdkę z nieba?
- A dokąd miałabym uciekać? - Odpowiedziała dziewczyna. W jej głosie nie było już strachu, pozostała jedynie rezygnacja. - To był mój dom, a resztę świata ogarnęło Zło. Gdzie miałabym uciekać?
- Daleko z tego zepsutego miejsca... Katarzyno, daleko. - Anioł uśmiechnął się z rezygnacją. - Zresztą może masz rację, świat nie ma już szans. Ale teraz chodźmy stąd, nie chcę zabijać w twojej obronie. Żal mi tych ludzi, a w ich szaleństwie inaczej ich nie powstrzymam.
Po jego słowach świat zawirował i dziewczyna sama nie wiedząc jak znalazła się w jego ramionach, a on pochwycił ją i razem ulecieli, obrazowo mówiąc, w przestworza. Kiedy on w końcu przystanął, znajdowali się w lesie. Anioł puścił Katarzynę, a ta spokojnie usiadła na trawie.
- Czy teraz powiesz mi, kto spowodował to wszystko? - W oczach dziewczyny pojawiły się łzy. - I... dlaczego?
- Nie wiem! Pewien jestem, że ani Bóg, ani Szatan, ani już na pewno nie Lucyfer!
- Przecież Lucyfer jest Szatanem!
- Otóż nie, dziewczynko. JA JESTEM LUCYFER! Ja jestem "Niosącym Światło" "upadłym aniołem" - Tym razem on miał w oczach łzy. - Tylko, dlatego, ze chciałem wiedzieć! Po prostu wiedzieć. Czy to takie złe?!
- Aniele, powiedz mi, jaki w takim razie jest nasz Bóg?
- Bóg jest pyszny. Stworzył nas - Anioły i dał nam do wykonania zadania. Ja byłem dowódcą Jego armii, która zresztą nie była mu potrzebna. Nikt z nas nie wiedział, dlaczego i po co to robimy. Większość z nas ze ślepym zapałem wykonywała polecenia. Tu małe wyjaśnienie: Mnie nazywacie Szatanem, jednakże Szatan powstał dla zachowania równowagi, ja zostałem stworzony długo później. Kiedy na ziemi pojawili się ludzie, Bóg zapałał do nich niezrozumiałą miłością. Aby jednak sprawdzić, czy oni podzielają jego uczucie stworzył tą przeklętą jabłoń. Szatan, czy, jak wolisz, Diabeł postanowił to wykorzystać - skusił głupią Ewę by pokazać swą wyższość nad Bogiem, Ewa jednak dała jabłko Adamowi i gdy Bóg się o tym dowiedział, poniosła go duma i wyrzucił ich i resztę ludzi... tak, byli inni; Adam z Ewą przybyli po prostu przed nimi, z raju. Szatanowi też się jednak oberwało. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem samodzielnie. Doszedłem do wniosku, że to niesprawiedliwe wyrzucać ich z raju. Zapytałem się, więc Boga, dlaczego to zrobił. Nie udzielił mi odpowiedzi. Pytałem więc o sens naszej pracy, wydawało mi się, iż robimy to wszystko dla ludzi, którzy sami by sobie nie poradzili. Na to pytanie nie zareagował w ogóle. Uznając to za jakąś karę odszedłem. Później wymyślił sobie Aniołów Stróżów. Ja oczywiście do nich nie należałem. Minęło wiele czasu i Bóg zapomniał o ludziach. Kiedy któryś z nas mu o nich przypomniał, ludzi nie obchodził już Bóg. I Stwórca ponownie uniósł się pychą i zniszczył wszystkich prócz Noego, starego dewoty, i jego rodziny. Tego nie mogłem już znieść. Kochałem ludzi i zdawałem sobie sprawę, iż można to było załatwić inaczej. Podszedłem wtedy do Boga i powiedziałem, że odchodzę. Kiedy zapytał mnie z udawaną troską: dlaczego, stwierdziłem zgodnie z prawdą, iż ja muszę znać cel by robić coś, co w moim mniemaniu jest złe. Zapytał mnie jeszcze wtedy, czy gdyby tłumaczył mi, co i jak to bym został? Odpowiedziałem, że tak. On wtedy ruszył głową, a moje brązowe ciało stało się białe, zaś czerwone skrzydła i włosy czarne. Stałem się taki, jakiego widzisz mnie teraz. Nie mogąc znieść bezczynności wybierałem niektórych ludzi i opiekowałem się nimi. Bóg odsyłał wtedy swoich popleczników gdzie indziej. Wiedz także, że odszedłem sam! Później Bóg ponownie przestał przejmować się ludźmi zapominając, że tylko ich wiara w Niego trzyma Go przy życiu. Toczył bezsensowne boje z Szatanem, którego też po jakimś czasie znudzili ludzie. Zamiast do piekła czy nieba ludzie trafiali do innych wymiarów. Według mnie to dobrze dla nich. Teraz jakaś inna Siła zainteresowała się ludzkością, a ani Bóg, ani Szatan nie reagują.
- Reagujesz tylko ty, tak?
- Nie, zainteresowało się wami wielu innych Aniołów, pomagają oni niektórym, tak jak ja tobie. Oni także przestali pomagać Bogu.
- Co teraz ze mną będzie? - Zapytała Katarzyna przerażonym głosem.
- Zabiorę cię do któregoś z innych wymiarów. Ten jest już stracony dla was - ludzi. Nie bój się. Pomogę ci stawiać pierwsze kroki. Być może pozostanę do końca twego żywota. Wyrażasz zgodę, czy pragniesz pozostać na ziemi?
- Zgadzam się i dziękuję. Dziękuję Lucyferze!
- Nie ma, za co. - Oświadczył z krzywym uśmiechem Lucyfer.
"Upadły Anioł" złapał Katarzynę za rękę i razem zniknęli, by za jakiś czas pojawić się w innym miejscu w innym czasie.

***

W raju do Boga podszedł orszak aniołów. Bóg jak zwykle zignorował ich i to, co mówili. Obmyślał nową taktykę w wojnie z Szatanem. Anioły były bardzo zmartwione. Kiedy wreszcie udało im się zwrócić uwagę Boga, oznajmiły mu, iż ludzie giną. Bóg z typową dla siebie ignorancją stwierdził, że zawsze ginęli. Dopiero po dłuższym czasie zauważył, że jego idealny raj zaczyna blednąć. Zwrócił uwaga na to, iż On, a także jego anioły stają się przeźroczyste. I wtedy pojawił się w raju po raz pierwszy od milionów wieków Lucyfer. Bóg ze zwycięskim wyrazem twarzy zwrócił się do niego z pytaniem: czy ma on zamiar wrócić do Stworzyciela. Lucyfer zaczął się śmiać. - Czy nie widzisz Boże, co się dzieje? Przestajesz istnieć! Pozwoliłeś, by ludzie zginęli zabijając sami siebie, pozwoliłeś by Coś przejęło nad nimi władzę. Nie interweniowałeś, gdy Coś zamknęło bramy niebios i piekieł. Skazałeś swoje owieczki na nicość! Jedynie ja i mi podobni ocaliliśmy garstkę ludzi i porozsyłaliśmy ich po wymiarach. Tam i dla nas znalazło się miejsce. A ty "Boże" straciłeś wszystkich swoich wyznawców. Nie ma nikogo, kto by pamiętał o Tobie. Nareszcie nadeszła sprawiedliwość! TY I SZATAN PRZESTAJECIE ISTNIEĆ! - Oznajmił Lucyfer i wrócił do Katarzyny.

Bóg spojrzał smutnie na niedobitki rasy ludzkiej konających na ziemi, westchnął i zamilkł czekając. Wraz z ostatnim tchnieniem ostatniego człowieka Ziemia przestała istnieć. Tak umierają wymiary.

Być może kiedyś na ziemię powróci życie. My obserwujący jej powolną śmierć z daleka mamy nadzieję, iż istoty jakie ją zamieszkają nie popełnią błędów ludzi. Mamy nadzieję, iż nikt nigdy nie stworzy ponownie Boga.


Martakop1

martakop1@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||