Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: NoNameMan ::::

Imię



[poniższy tekst jest dość obszerny (a właściwie największy w dotychczasowej historii kącika :) więc wprowadziłem małe ułatwienie - podzieliłem go na trzy części. Aby przenieść się do odpowiedniej, kliknij w link poniżej... - M. Saint]


część 2

część 3




Część 1

Iskry buchnęły w górę. Dało się słyszeć głuchy trzask polan zajmujących się od ognia. Ciemność otaczająca polanę, znów musiała czmychnąć w głąb lasu, ale wiedziała, że wcześniej czy później to ona będzie górą i ogarnie ich swoim mrocznym całunem. Niech no tylko te ciepłe świecidełka stracą swoją moc.
- Dość. - burknął jakiś niewyraźny, gardłowy głos.
- Coś ty, na łeb upadł? Jak nie dołożę więcej, to zgaśnie.
- Kurwa, Bedu, wyluzuj. Dokładałeś już dziesięć minut temu.
- Podobnie zresztą jak przed dwudziestoma i trzydziestoma minutami. - wybełkotał siedzący tuż przy ogniu chłopak z do połowy pełną butelką taniego wina, śmierdzącego jak wywar z tygodniowych skarpet.
- Nie no, ja rozumiem, że Mały krwawi z dupy, bo on tak zawsze. Ale żeby i ty, Paweł? - powiedział Bedu i jakby na znak dezaprobaty umieścił kolejny kawał drewna w palenisku, wyrzucając w górę kolejną falę jarzących się niczym świetliki iskier.
- Jak nie przestaniesz, to przypalisz mi podeszwy. - mówiąc to Paweł padł prawie nieprzytomny.
- Poza tym może nie starczyć do rana. - zauważył Krzysiek, zwany również Małym.
- No i odmrozimy sobie fiuty. - wymamrotał jeszcze Paweł, po czym jego głowa, nie mając już energii na walkę z nieubłaganą siłą grawitacji, wyrżnęła o warstwę leśnej ściółki, a donośnie chrapanie świadczyło o tym, iż chłopak pogrążył się w głębokim, alkoholowym śnie.
- Słyszałeś? - jęknął Krzysiek. - Już starczy.
-No dobra, dobra. - wymruczał raczej niż powiedział Bedu. Po chwili, gdy upewnił się, że nikt go nie usłyszy, pod nosem dorzucił: - Judasz.
Zrezygnowany i zły, że nie daje się mu dobrze bawić, Bedu chwiejnym krokiem udał się w kierunku koca, na którym czekała na niego jego dziewczyna.
Nasz bohater przyglądał się tej scenie z niejakim rozbawieniem, gdyż sam nie należał wtedy się do ludzi zbyt trzeźwych, a poza tym lubił przysłuchiwać się przekomarzaniom swoich znajomych. Wiedział, że rano, gdy mózg zacznie puchnąć i próbować wyskoczyć z czaszki, a organizm będzie domagać się uzupełnienia rozregulowanego poziomu płynów, mało komu te utarczki pozostaną w pamięci i wszystko będzie w porządku. Po chwili przestał o tym myśleć, gdyż bardziej zajmowało go trzymanie w swych ramionach siedzącej przed nim dziewczyny. Czuł, jak się w niego wtula i cieszył się, że może być dla niej oparciem. Spotykali się co prawda dopiero od kilku tygodni, ale zawsze radował się na spotkanie z NIĄ.
Niedaleko polany był staw, nad który w gorące, letnie weekendy zjeżdżały się całe rodziny z rozwrzeszczanymi i szczającymi do wody bachorami, biegającymi za nimi matkami i ojcami sfrustrowanymi całotygodniową harówą i użeraniem się z szefostwem w pracy. Na dodatek, zamiast oddawać się kontemplacji nic nie robienia, musieli parzyć sobie dłonie podczas smażenia kiełbasek na dymiącym i wiecznie niedomytym grillu. Przez całe wakacje pojawiały się też tam tabuny młodzieży, przeważnie obnażonych i obsolariowanych blond-lasek oraz napakowanych mięśniaków popisujących się przed nimi co bardziej wymyślnymi sposobami na wskoczenie do wody z pobliskiej skoczni. Nie raz też, po zmroku, część samochodów zostawała i można było zobaczyć jak para młodych ludzi sprawdza wytrzymałość ich amortyzatorów.
Jednak ekipa, na której skupiamy teraz uwagę, znalazła sobie miejsce po przeciwległej stronie w stosunku do zaludnionej plaży. Tam, gdzie urzędowali, pełno było tataraków, a dno muliste i nieprzyjemne w dotyku. Gdy człowiek po takim chodził, miał wrażenie, że tapla się w gównie, a ono zaraz go wciągnie lub w najlepszym wypadku unieruchomi. Pomimo takich niedogodności zażywali tam kąpieli. Trzeba jednak zaznaczyć, że nigdy na trzeźwo. Dlaczego? Bo wtedy nie zwraca się uwagi na to, po czym się chodzi, a i woda wydaje się być jakaś mniej gęsta, przez co człowiek nie męczy się zbytnio podczas pływania.
Oprócz naszego bohatera i jego dziewczyny, jednego gościa pokonanego przez Piaskowego Dziadka, drugiego, który właśnie toczył z nim batalię i Beda mizdrzącego się z Nową na kocu bliżej cienia, przy ogniu siedział jeszcze Stachu, Cris oraz Gregor ze swoją lubą, której właśnie udowadniał najsilniejszym mięśniem ciała co do niej czuje. Żadne z nich nie wyglądało, by było w pełni świadome otaczającej ich rzeczywistości, o czym świadczył pokaźny stos puszek i butelek na brzegu polany. Gdyby przyszedł tam jeden z tych kloszardów, co to po nocach wybierają różne surowce wtórne ze śmietników na nie przeznaczonych, a potem pchają się ze swoim łupem do skupu, by móc zaopatrzyć się w sklepie "owocowym" w "wisienki" bądź "malinki", to zapewne stwierdziłby, że trafił mu się niezły fart. Istne El Dorado!
- Ej! - zagadnął Cris.
- Co? - zapytał Stachu.
- Wino się kończy. Chujowo.
- Ja tam mam dobrze.
- A ja, kurwa, nie.
Oczywiście, stwierdzenie to było równie prawdziwe jak obietnice przedwyborcze dowolnej partii politycznej. Cris był narżnięty jak mało kto w tym towarzystwie, ale nie zwracał na to chyba uwagi. Wciąż było mu mało.
Zwrócił uwagę na Pawła, który swoim chrapaniem mógł nawet diabła wypędzić z lasu i najpewniej już to zrobił. Nie interesował się jednak osobnikiem, który leżał w pozycji horyzontalnej z głową odchyloną nieco do tyłu, a tym, co ten dzierżył w ręce. Pchany nie wiadomo jakim instynktem, włożywszy w to ogromne pokłady energii, oderwał się od ziemi i smagany wyczuwalnymi tylko dla siebie podmuchami wiatru dotarł do swego obecnego celu. Chwycił butelkę, powąchał, skrzywił się w obrzydzeniu, po czym, wzruszywszy ramionami, pociągnął solidny łyk.
- Jemu i tak już się na nic nie zda. - powiedział zapewne chcąc usprawiedliwić się przed wszystkimi. - Lepiej wypić, bo szkło nasiąka. - uśmiechnął się i wziął następny łyk. - Kurwa, jak ktoś może pić takie gówno.
- No nie? Nie ma to jak stary, dobry siarkofrut. - przytaknął Stachu.
- Ja i tak się dziwię, że wy możecie pić te mózgojeby. - powiedziała Pati wychodząc z zarośli. Wracała właśnie z kąpieli.
- A ty to się lepiej nie odzywaj, ty burżuju jeden! - zaśmiał się Cris.
- No właśnie. Kto to widział wydawać 12 złotych na wino?! - przytaknął mu Stachu. - Za tyle masz trzy naleweczki. A poza tym to... - mówiąc to zaczął cały drżeć, jakby nagle znalazł się na kole podbiegunowym - ...fermentowało. Na to hasło wszyscy wykrzywili twarze i wystawili języki na znak dezaprobaty.
- No właśnie. Spójrz na nich, jakie mają piękne włosy dzięki stałym dostawom siarki. - powiedział nasz bohater. - A i tak nie ma to jak browarki.
- W mordę, następny! - wykrzyknął Cris. - Gdyby nie to, że piłeś dziś tego swojego dziadkowego samogona, wykluczyłbym cię z Bractwa Winiarzy. Zresztą, i tak jesteś tam na specjalnych przywilejach. Powiedziawszy to, przyłożył sobie flaszkę do ust i wypił całą jej zawartość. Na jego facjacie, jeszcze w trakcie spożywania wina, wykwitł tępy uśmiech, oczy rozwarły się szeroko i można było przysiąc, że jeszcze odrobina, a wyskoczyłyby z orbit. Z tym komicznym wyrazem twarzy i butelką w ustach wyciągnął się za wznak jak był długi, rozkładając się niczym gwiazda.
- O w mordę. Ale czad. - westchnął i odpłynął w sobie tylko znane rejony własnej świadomości.
- Hej, Stachu, chodź, pogramy sobie Metallicę. - zaproponował Mały po chwili ciszy.
- Ech, no dobra. - powiedział ze zniecierpliwieniem słyszanym dla każdego, oprócz oczywistego adresata tych słów. Drogi czytelniku, nie myśl, że Stachu nie jest fanem Metallici bądź nie lubi takiego rodzaju muzyki. Wprost przeciwnie, uwielbia ją. Tylko, że gdybyś wiedział, na czym polega granie jakichkolwiek utworów w ich wykonaniu, to też byś nigdy więcej tego nie chciał słyszeć.
Z ust Małego zaczęły wydobywać się nieokreślone dźwięki, które próbował modulować by brzmiały jak riffy gitarowe, a jego ręce naśladowały ruchy dłoni przemieszczających się po gryfie. Mimo iż ledwo się trzymał, nigdy nie pomijał żadnego taktu. Stachu buczał jak bas, ale robił to bez przekonania, najwyraźniej chcąc, by ta oryginalna interpretacja "For whom the bell tolls" skończyła się jak najszybciej. Punkt kulminacyjny nadszedł w momencie, gdy Mały zaczął wypiskiwać z siebie solówkę. Gdy skończył, odchylił się do tyłu, po czym znalazł się w objęciach Morfeusza.
- Hej, chłopaki, macie talent. Może wydacie płytę? - ironizowała Pati.
- Bez komentarza. - powiedział Stachu, choć jego twarz mówiła: "Zamknij się".
Wielką zagadką życia jest to, dlaczego zrzuca na nas nieprzyjemne doznania w najmniej odpowiednich momentach. Czyżby nie mogło z tym poczekać? To właśnie pomyślał nasz bohater, zwany od teraz Marek, choć nie jest to jego prawdziwe imię, gdy poczuł morze śliny wzbierające w jego ustach. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co to zwiastuje.
- Zaraz wracam. - chciał szepnąć na ucho swojej dziewczynie, ale mało brakło, a by ją opluł.
Ruszył w kierunku lasu. Czuł napływające fale mdłości zaćmiewające jego umysł. W brzuchu kłębiło mu się stado jadowitych węży, zmieniających się w szalejące pająki aż do łaskoczących motylków. Gdy usiadł na pniaku nie opodal tafli jeziora i spojrzał w gwiazdy, miał wrażenie, że ruch trochę mu pomógł i jest z nim już lepiej. Pooddycham jeszcze przez chwilę i wszystko mi przejdzie, pomyślał. Zaczął przyglądać się ciałom niebieskim mrugającym do niego z nieba. Zdawało mu się, że część z nich naśmiewa się z niego, inne zaś błyskały do niego z kokieterią godną dziwki wyuczonej w swym fachu, zachwalającej w ten sposób swoje wdzięki i usługi.
Od zawsze interesował go kosmos, to, co w nim jest i czy istnieje tam jeszcze jakieś życie. Jego cichym marzeniem było zostać astronautą i jako drugi Polak znaleźć się w kosmosie, tym razem bez tych kłamliwych ideologicznych frazesów, jakie serwowali społeczeństwu komuniści przy starcie Hermaszewskiego. Często wyobrażał sobie przeciążenia, jakie musi znosić ludzki organizm gdy pokonuje "prędkość ucieczki" z naszej planety. Niestety, w tym wypadku było to najgorsze, co mogło mu przyjść do głowy.
W momencie, gdy oczami wyobraźni jego moduł kosmiczny odrywał się od głównego silnika startowego, fala mdłości, jaka zalała mu mózg, przywróciła go brutalnie do rzeczywistości, której przyglądał się teraz zgięty w pół, z oczami pełnymi łez i uczuciem ogromnego niesmaku w przełyku. Jego rzeczywistość była teraz ledwie widoczna, ale za to czuł jej ohydny, wdzierający się do nozdrzy, słodkawy zapach i w tej samej chwili, to, co miał jeszcze w sobie, zdecydowało zobaczyć, jak jest teraz na zewnętrz.
Zdawało mu się, że wyrzygał już wszystko, co mógł i jeżeli to jeszcze nie koniec, to po raz pierwszy w życiu będzie mógł się przyjrzeć własnym wnętrznościom. Na szczęście, jego organizm nie dawał mu żadnych oznak, jakoby miało się coś takiego wydarzyć w najbliższej przyszłości.
Mimo, iż czuł się lepiej, to nie wracał jeszcze do ogniska. Jak zawsze, gdy przytrafiło mu się coś takiego, miał do siebie wyrzuty sumienia. Znowu wypiłeś za dużo! Znów nie znałeś umiaru! I jak ty teraz wyglądasz? Jak jakiś menel śpiący w śmietniku! Cuchnie od ciebie jak od zdechłego psa! Masz szczęście, że się nie obhaftałeś! Dałeś dupy, nie ma co, ale dobrze ci tak!
Siedział tak, bijąc się z myślami, aż końcu zdecydował, że już pora wracać, bo reszta może zacząć się przejmować, że długo nie wraca. Co prawda było to mało prawdopodobne, jednak nie należał do tych, co lubią przyprawiać innym zmartwień.
Wolnym tempem ruszył w kierunku tlącego się światła. Nie wiedział czemu, ale skojarzyło mu się to z tym światełkiem na końcu tunelu, o którym mówi wielu ludzi po przebyciu śmierci klinicznej. W drodze powrotnej kopnął Pawła w żebra, by sprawdzić, czy ten ma chociaż jakieś przebłyski świadomości. Gdy usłyszał coś na kształt beknięcia i chłopak przewrócił się na bok, machając ręką jakby odganiał chmarę natrętnych owadów, doszedł do wniosku, że wszystko w porządku.
Wokół ogniska panowała cisza. Wszyscy, którzy jeszcze nie spali, siedzieli wokół podrygującego, rysującego niesamowite, fantastyczne cienie ognia i milczeli, wpatrując się w niego, jakby szukali tam odpowiedzi na wszelkie problemy trapiące świat. Mimo, iż miny mieli harde, widać było, że jeszcze trochę i oni też padną. Nic zresztą dziwnego. Kto nie byłby wycieńczony po takich baletach? W myślach był tylko na siebie zły, że teraz to ONA była dla niego oparciem, a nie on dla niej.

* * *

- Powiedzieć mu?
- Na razie nie. Zobaczmy, czy sytuacja ulegnie poprawie. Może coś się zmieni.
-Wierzysz w to?
- Mówiąc szczerze, to nie. Ale dajmy się temu rozwinąć samemu.
- A może nie powinniśmy?
- Kto wie? Może...

* * *

- Ała! - jęknęła Jolka.
- Co się stało?
- Skaleczyłam się w palec gdy otwierałam puszkę! Patrzcie! - wymachiwała Pawłowi zranionym palcem tuż przed nosem.
- No dobra, wyluzuj! Co ja, ślepy?
Nic nie mówiąc, Jolka sięgnęła do swojej torby i wyjęła z niej plaster.
- O w ciul! - powiedział Bedu. - Widzisz co ona ma?
- No. To na mniej obfite dni. - odparł Marek.
Wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem, nawet jego siostra, z której się właśnie naigrywał. Niektórzy tak rechotali, że stracili równowagę i z pozycji siedzącej przeszli w leżącą, dalej męcząc swoją przeponę.
Siedzieli w mieszkaniu Crisa na dziesiątym piętrze. Miał wolną chatę, bo jego rodzice wyjechali służbowo za granicę. Mieli wrócić dopiero za cztery dni. Będąc jedynym dzieckiem w domu, postanowił sobie, że co noc będzie tu balował ze znajomymi, bo nie chce siedzieć sam. Dziś było spokojniej niż poprzedniej nocy, bo sąsiedzi pogrozili mu wezwaniem policji, jeśli takie hałasy jak wczoraj się powtórzą.
Marek leżał na podłodze obejmując swoją dziewczynę i opierając głowę o ścianę, by móc widzieć całą resztę. Przysłuchiwali się dyskusji typowej dla każdego Polaka, który, gdy sobie popije, przeistacza się w eksperta w każdej materii, szczególnie polityce i sporcie.
- Mówię ci, te rządowe krwiopije chcą nas jeszcze bardziej oskubać zanim wypierdolą ich z tego rządu. Myślisz, że dlaczego nie ma zgody na podatek liniowy? - zapytał Mały.
- Ten podatek, to najgorsze, co mogłoby nas spotkać. Biedni jeszcze bardziej dostaliby po kieszeni. - zaoponował Kowal. - Teraz jest sprawiedliwie: bogaci płacą więcej, bo mają więcej, a biedni mniej, bo mają mniej.
- Gówno prawda! Biednym nie zrobiłoby to aż takiej wielkiej różnicy, a przy obecnej wysokości podatku dla kasiastych oni i tak nie płacą, bo mają swoje sposoby ma obejście przepisów. Dochodzi do tego, że dostają jeszcze zwroty i rekompensaty co do rzekomych nadpłat!
- I myślisz, że gdyby musieli dawać mniej, to by to robili?
- Dokładnie.
- To żyj dalej w... - Kowal nie dokończył, bo przerwał mu Paweł.
- Balcerowicz musi odejść! - wykrzyczał, śmiejąc się jakby powiedział jakiś naprawdę dobry kawał. Po chwili jego głowa znowu opierała się o szyję i nie zanosiło się na to, by w najbliższym czasie jej położenie miało ulec zmianie.
- To nie jedyna osoba, jaką trzeba by wymienić na tym zasranym zadupiu Europy, co się Polską zowie. - powiedział Marek, wtrąciwszy się po raz pierwszy do dyskusji.
- Na przykład? - zapytał Kowal z błyskiem w oku.
Nasz bohater chciał rzucić przykład z polskiego środowiska politycznego, ale nie miał akurat ochoty na dyskusję. Postanowił więc poprowadzić rozmowę na inne tory.
- Trenera naszej S-Kadry. - stwierdził.
- Masz na myśli Shit-Kadrę. - poprawił go Bedu.
- W zupełności się zgadzam! - powiedział Stachu, uaktywniający się zawsze gdy pojawia się temat sportu. - To, co ci szmaciarze pokazali w ostatnim meczu, nie można nawet nazwać futbolem! To było pierdolone ganianie za kawałkiem balonika owiniętego skórą, który był rozgrywany przez ludzi się na tym w miarę znających. Taki "Głupi Jaś" na dwadzieścia dwie osoby.
- Kurwa, nie rozumiem tego. Taki duży kraj jak nasz, a jedyni ludzie, których nie trzeba się wstydzić na arenie międzynarodowej, to Małysz i siatkarze, choć z tymi ostatnimi to też różnie bywa. Reszta to ciule. - powiedział Bedu.
- Nie przesadzaj. - sprzeciwił się Marek. - Mamy kilku dobrych piłkarzy, a poza tym nie zapominaj o naszych lekkoatletach.
- Gówno mnie oni obchodzą. Czekałem dziesięć lat na awans do mistrzostw świata, a te kutasy ośmieszyły siebie i wszystkich Polaków w tej Korei. - stwierdził Stachu. - Myślałem wtedy, że gorzej być nie może, ale myliłem się.
- Może kiedyś będzie lepiej. - westchnęła Pati mając nadzieję, że wkrótce skończą gadać o piłce nożnej.
- Jasne. Może jak znaturalizujemy jeszcze kilku bambusów. W końcu małpy z Afryki są bardziej zwinne od nas, zastałych i nieruchawych Europejczyków. Nie sposób nie być tak zwinnym, gdy zapierdala się przez cały dzień po drzewach w poszukiwaniu bananów. - powiedział Mały mając świadomość, że tylko ją tym zdenerwuje. Nie był w najlepszym nastroju, przerwano mu jego politykowanie, czego bardzo nie lubił, i miał ochotę się na kimś odegrać. Pati nie odparła. Rzuciła mu tylko nienawistne spojrzenie i opuściła pokój udając się na balkon.
- Gdyby więcej trenowali, a nie czekali aż ktoś zacznie za nich wygrywać, to może byłoby lepiej. - zauważył Stachu.
- A propos treningu. Może poćwiczymy "stałe fragmenty gry"? - zaproponował Cris.
- Doskonały pomysł.
- Tylko nie kurzyć mi tutaj. Won albo do kuchni, albo na balkon.
Pokój zaczął się wyludniać. Marek również chciał wstać i iść do reszty, bo mimo iż nie palił, to chciał wiedzieć jak potoczy się przerwana przed chwilą rozmowa. Poczuł, że ktoś go przytrzymuje. Obrócił się. To była ONA. Trzymała go za rękę, a gdy był naprzeciw niej, chwyciła jego wolną dłoń. Miała w oczach ten błysk, który tak bardzo lubił, bo zwiastował coś przyjemnego.
Znał go dobrze, bo zagościł w jej spojrzeniu już pierwszej spędzonej razem nocy. Przypadek sprawił, że znaleźli się sami w łóżku. Nocował w swoim domu pokaźną grupę ludzi, wracających z imprezy u kumpla, który nie mogąc zmieścić wszystkich swoich gości poprosił go, by wziął do siebie kilku. Marek nie widział przeszkód. Mieszkał niedaleko, miał duży dom i tolerancyjnych rodziców, więc nie powinno być problemów. Chciał, by cała ekipa spała w jednym pokoju, bo wtedy zawsze jest śmiesznie i raźniej. Zadziwiające, o czym ludzie potrafią rozmawiać podczas gdy wątroba neutralizuje etanol płynący w ich krwi.
Wyszło jednak inaczej, niż sobie planował. Znajomi, zamiast udać się do sporej jadalni z wygodnym łóżkiem, mogącym pomieścić nawet sześć osób, porozchodzili się po całym domu, sadowiąc się gdzie popadnie. Nie chciał nikogo do niczego zmuszać, więc poszedł do siebie.
Jego łóżko zdążył zająć już Paweł i żaden z argumentów zastosowanych przez Marka, od mówienia, poprzez szturchanie, polewanie wodą, klepanie po twarzy, na kopaniu po żebrach kończąc, nie przyniosły pożądanego efektu. Paweł jak spał, tak spał, uśmiechając się tylko do swoich fantazji. Marek dał za wygraną i poszedł do pokoju swojej siostry tam szukać jakiegoś miejsca na spoczynek.
W łóżku Jolki nie było jednak jego siostry, a dziewczyna, którą znał już wcześniej i zamienił kilka słów, ale zwrócił większą uwagę dopiero na balandze u kumpla. Zaczęło się od nieśmiałej rozmowy na jakieś błahe tematy. Szło mu lepiej, niż się spodziewał. Nie był mistrzem bajerowania, ale zdarzały mu się wyjątki. Osoba przed nim stojąca wydawała się sympatyczna i na tyle otwarta, że jakoś nie było problemu z nawiązaniem kontaktu. Zapewne rozmawialiby tak dalej, w pomieszczeniu przesiąkniętym wonią alkoholu, potu wymieszanego z różnymi rodzajami perfum i marihuany, pełnym hałasu tworzonego przez solidne głośniki dużej mocy dudniącymi kolejną basową melodię techno, w rytm której pląsali ludzie na posadzce salonu, gdyby nie zauważył kilku kolegów zmierzających w jego kierunku, zapewne z zamiarem porwania go na kolejnego browara.
- Może wyjdziemy na zewnątrz? Tam powinno być spokojniej niż tutaj.
Nie czekał na odpowiedź, tylko chwycił ją za rękę i ruszył w stronę otwartego wyjścia na taras. Pomimo tego, że był już nieco zamroczony, zauważył, że nie stawiała oporu i nawet odwzajemniła uścisk. Usadowiwszy się na ławce w głębi ogrodu zaczęli rozmowę. Mówi o wielu rzeczach i ich przytaczanie nie ma tutaj najmniejszego sensu. Szli również razem w drodze do jego domu, ale w pewnym momencie gdzieś mu zniknęła gdy już tam dotarli. Pomyślał, że znalazła sobie jakiś kąt i się położyła, więc nie będzie jej przeszkadzał. Nie spodziewał się jednak znaleźć jej w łóżku swojej siostry. Miał już wyjść, ale usłyszał jej cichy głos.
- Zostań. - powiedziała. - Przecież jest tu dość miejsca dla nas obojga.
Cóż, z takim argumentem kłócić się chyba nie można?
Zajął pozycję przy niej, ale w bezpiecznej odległości. Nie chciał, by pomyślała sobie o nim coś złego. Znów zaczęli rozmowę. Jej tematy dotyczyły wszystkiego, poczynając od ulubionych potraw, zabawnych historii z dzieciństwa, poglądów na temat religii, na wywodach kosmologicznych Marka kończąc. Przez cały czas dystans między nimi się zmniejszał. Patrzyli sobie w oczy. W jej spojrzeniu Marek dostrzegał coś, co domagało się, by zrobił coś, na co ona od dawna już czeka. I za każdym razem, gdy miał ten rozkaz wykonać, następowała chwila wahania, po której odstępował od swojego zamierzenia. Nie chciał, by pomyślała sobie, że jej nie szanuje lub coś w tym stylu. W pewnym momencie jednak nie wytrzymał, pomyślał sobie, że najwyżej dostanie po pysku i przybliżył do niej swoje usta. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast policzka, jej język wylądował w jego gardle i rozpoczął tam swoje dzikie harce.
Marek był w szoku. Nie dość, że nie spodziewał się takiego obrotu spraw, to po raz pierwszy w życiu całował się w ten sposób. Starał się jak mógł, naśladował jej ruchy, ale w podświadomości był przekonany, że ma go teraz za ostatniego palanta, że nie sprostał jej oczekiwaniom. Gdy już skończyli, a właściwie ona skończyła, patrzyli sobie przez chwilę w oczy, po czym odwróciła się do niego plecami, przysunęła bliżej i pozwoliła, by objął ją ręką. Ujęła jego dłoń. Poczuł, jak jej oddech się wyrównuje, co oznaczało, że zapada w sen.
Przez uchylone okno słyszał, jak na dworze ptaki zaczynają swe poranne koncerty. Ranek był coraz bliżej, o czym świadczyło też przerzedzanie się ciemności, które dotychczas panowały w pokoju. Leżała obok niego, śniąc coś teraz zapewne. Jemu jednak daleko było do odpoczynku, gdyż jego organizm w ciągu tych paru minut, podczas których trwał pocałunek, zdążył wyprodukować takie pokłady adrenaliny, że czuł się, jakby wypił z litr mocnej kawy i był w stanie przenosić góry. Oj nie, nie jego przeznaczeniem było zasnąć tej nocy.
Przez cały następny dzień męczyło go poczucie winy. Rano zamienili kilka zdawkowych zdań, po czym ona wyszła ze swoją koleżanką, która swoim marudzeniem zawsze drażniła go niemiłosiernie, a przez którą ją poznał. Nie lubił sprawiać ludziom przykrości, ale miał wrażenie, że tej nocy wykorzystał tą dziewczynę, bądź sprawił jej zawód. Był markotny, przez cały dzień szwendał się po znajomych byle mieć coś do roboty, ale to nie dawało mu ulgi. Jeden kumpel zabrał go nad wodę, by popatrzył sobie na laski, ale dziś jakoś nie znajdowały się one w kręgu jego zainteresowań. Gdy wylądował u Pati, z którą zawsze miał dobry kontakt, ta doradziła mu, by się z nią spotkał i porozmawiał, bo inaczej będzie go to dręczyło jeszcze mocniej. Ufał jej i jej radom, więc zrobił, co sugerowała. Jeszcze tego wieczora zobaczył się z nią. Przyniosło mu to trochę ulgi, ale nie wyjaśniło ani odrobinę sytuacji, w jakiej się znajdował. Nie wiedział, czy to, co wydarzyło się ostatniej nocy traktować jako fanaberię, jednorazowy wybryk, co jego kumple zwykli określać słowem tyle brutalnym, co adekwatnym: "chuć", czy też miało to znaczyć początek nowego etapu w jego życiu. Jak się potem okazało, chodziło o to drugie.
Mimo iż trzymała go za ręce, bez problemu zbliżył się do niej na odległość pozwalającą mu wyczuć ciepło jej oddechu. Chciał ją pocałować, ale ona zamiast tego pchnęła go z zadziwiającą siłą jak na swoją drobną budowę. Wylądował na łóżku, ona stanęła nad nim w geście tryumfu. Uśmiechnął się, chwycił za nogawkę spodni, szarpnął na tyle mocno, że straciła równowagę i upadła na niego. Jej głowa spoczywała mu na klatce piersiowej. Podciągnęła się wyżej, by zrównać się z jego twarzą.
- Ha, wygrałam! - powiedziała, a w jej oczach znów zobaczył ten piękny błysk i tym razem nie wahał się ani przez chwilę.
Gdy już skończyli, Marek wykorzystał chwilę tuż po pocałunku, w trakcie której człowiek wraca ze świata rozkoszy do normalnej rzeczywistości. Zrobił obrót niczym zapaśnik, i to teraz on był górą.
- A co powiesz na remis?
- Niech ci będzie. - odparła i cmoknęła go w usta. - Ale ze wskazaniem na mnie.
Był jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie.

* * *

Czytał książkę, gdy zadzwonił telefon.
- Słucham.
- Cześć Marek, tu Stachu.
- No, cześć. O co chodzi?
- Jak wyglądasz w niedzielę, powiedzmy, koło osiemnastej?
- W sumie to w poniedziałek muszę jechać na egzamin. Czy to coś ważnego?
- Wydaje mi się, że tak. Pati i ja musimy z tobą pogadać. - powiedział Stachu z wyczuwalną powagą w głosie.
- O, powiało grozą, czy mam się już bać? Coś przeskrobałem i chcecie mnie ukarać?
- Nie, nie o to chodzi. To nie jest rozmowa na telefon.
- No tak, w końcu rząd nas monitoruje, jak za komuny, tylko że teraz już o tym nie informuje formułką: "Rozmowa kontrolowana! Rozmowa kontrolowana!".
- Daj sobie spokój.
- No dobra już dobra, nie smęć tak. Jestem wtedy wolny. Jak nie nauczyłem się nic przez te lata, to w trzy dni tego sobie do łba nie wbiję. Gdzie?
- Tam, gdzie zawsze.
- Na tym zadupiu? Muszę załatwić sobie furę, bo ciąć tam z buta to mi się nie chce. Jak długo to potrwa?
- Nie wiem. To zależy od ciebie.
- W porządku. To niech będzie: w niedzielę, o osiemnastej, tam, gdzie zawsze. Skoro nie chcesz powiedzieć o co chodzi przez telefon, a umawiamy się na takim wypizdowie, to chyba wiem, co to za sprawa.
- Doprawdy? - Markowi zdawało się, że Stachu zadrżał na drugim końcu linii telefonicznej.
- Oczywiście. Albo chcecie mnie zabić i użyć mych wnętrzności do odprawienia czarnej mszy, albo macie zamiar dokonać na mnie zbiorowego gwałtu. Zarówno jedna, jak i druga perspektywa nie są dla mnie zbyt ciekawe. Choć, gdyby tylko Pati miała brać udział w gwałcie, to może byłbym gotowy do współpracy. - zaśmiał się do słuchawki.
- Muszę cię rozczarować. Opcja wykorzystania ciebie w celach seksualnych w ogóle nie była brana pod uwagę.
- Szkoda. A nie da się tego zmienić?
- Cóż, zobaczę, co da się zrobić.
Obydwaj, jak na jakiś znak, zaczęli rechotać. Co poradzić, że większość facetów, pomimo twierdzenia, iż jest opóźniona w rozwoju psychicznym w stosunku do kobiet o dwa lata, tak naprawdę nigdy nie dorasta?
- To jak, jesteśmy umówieni? - zapytał Stachu.
- Tak.
- Dam znać, jakby coś miało ulec zmianie i liczę na to samo z twojej strony.
- Nie ma sprawy. Do zobaczenia.
- Trzymaj się. Cześć!

* * *

To była jej druga robota na tych wakacjach. Drugi raz w pubie leżącym w samym sercu miasta. Z pierwszej knajpy wyleciała za, jak jej powiedziano, małą dynamikę w obsłudze i niską komunikatywność z klientami. Gówno prawda. Po prostu, pojawiła się panienka o atrakcyjniejszym wyglądzie. A wiadomo, że nic nie przyciąga rządnych dobrego piwa i jeszcze lepszych widoków samców, jak skąpo odziana blond-idiotka podskakująca i śmiejąca się gdy ją klepnąć bądź uszczypnąć w tyłek. Ona w życiu by sobie na coś takiego nie pozwoliła, więc pewnie i tak by ją stamtąd wywalili, bo zdzieliłaby w pysk każdego, kto choćby spróbował jej dotknąć. Nie miała pracy, ale przynajmniej zachowała honor. Zresztą, wcale nie była brzydka. Mogła się podobać, tylko jej typ urody odbiegał od ogólnie przyjętego.
Stała teraz w progu swojego nowego miejsca zatrudnienia. Był gorący, słoneczny dzień. Ledwo minęło południe, a powietrze już teraz było ciężkie, utrudniało oddychanie, podobnie jak żar lejący się z nieba. Nie chciała przebywać na zewnątrz, bo ogródek i tak był pusty, a lokal w środku nie był tak skąpany w świetle, panowała w nim przyjemna, niepowtarzalna atmosfera, a przede wszystkim, klimatyzator pracował tam na pełnych obrotach. Dlatego uciekała co chwilę do środka, by dać sobie odetchnąć, po czym znów wracała na swoje stanowisko, by wypatrywać klienta, który o tej porze i tak nie powinien się tu pojawić. Trzeba być nienormalnym, by w taki upał łazić po mieście.
Znów schowała się do lokalu, odetchnęła świeżym powietrzem, wyszła i zauważyła jakiegoś idiotę, który wbrew prawom logiki siedział przy jednym ze stolików. Gdyby był biznesmenem, ubranym w białą koszulę z krawatem, trzymającym przy sobie czarną, skórzaną aktówkę, to by nie była taka zdziwiona. Pewnie przyszedłby tu na spotkanie z klientem bądź chciał wypić kawkę przed poważnymi negocjacjami, mogącymi zaważyć na jego karierze. Jednak zarówno ubiór, jak i plecak chłopaka nie wskazywały na to, że pasuje on do powyższego opisu. Co prawda klient, to klient, ale była na niego zła, bo po przyjęciu zamówienia nie będzie mogła tak często wchodzić do pubu. A nuż ukradnie kufel? W najlepszym wypadku musiałaby pokryć koszta nowej szklanki, w najgorszym znów szukałaby sposobu na zarobienie pieniędzy potrzebnych na wymarzony wyjazd na Mazury.
- Co podać? - zapytała nieznajomego z promiennym uśmiechem na ustach.
- Bombardiera. Jest w promocji, tak jak pisze?
- Tak, oczywiście. Coś jeszcze?
- Nie, na razie dziękuję.
Złożyła zamówienie u barmana. Kurwa, pomyślała, nie dość, że mnie wymęczy, to jeszcze skąpiec jakiś z niego! Choć trudno mu się dziwić. Ceny piwa odstraszają stąd rzesze napalonych facetów, ale od czasu do czasu pojawia się kilkudniowa obniżka, a wtedy każdy chce skorzystać.
- Płaci pan od razu, czy później. - zapytała kładąc przed nim kufel z ciemnozłotym napojem.
- Od razu. - odparł i wyjął z kieszeni banknot dziesięciozłotowy.
- Zaraz przyniosę resztę.
No cóż, żegnaj przyjemny chłodku, przemknęło po jej umyśle, gdy oddawała mu resztę.
Zaczęła rozglądać się po rynku. Przechadzały się po nim gromady różnych ludzi, każdy podążał w sobie tylko znanym kierunku, by załatwić sobie tylko znaną sprawę. Obserwowała, jak dwóch policjantów podchodzi, by przegonić żula popijającego sobie coś z butelki owiniętej papierem. Nie słyszała słów, ale była przekonana, że dojdzie do kłótni, gdyż podstarzały mężczyzna z długą siwą brodą, w brudnych ciuchach i przetartych butach zaczął coś gestykulować, a jego poorana zmarszczkami i ciemna od mieszanki brudu z opalenizną twarz przybrała jeszcze mocniejszy, krwisty wręcz odcień. Domyślając się zakończenia tej sytuacji, zaczęła sobie szukać następnej osoby, której mogłaby się poprzyglądać. Jednak ani otyła kobieta, której aż nazbyt widoczne wałki tłuszczu przelewały się w przyciasnej czerwonej bluzce, ani podstarzałe małżeństwo, siedzące w cieniu na ławce i dokarmiające gołębie, ani kurier gnający na rowerze z wypchanym plecakiem, ani para idących za ręce młodych ludzi rozmawiających najwyraźniej o czymś, co sprawiało im przyjemność, czy też taksówkarz z czołem zroszonym potem i oczami zasłoniętymi lustrzanymi szkłami okularów przeciwsłonecznych, stojący w korku ulicznym i klnący na czym świat stoi - nic nie przykuwało jej uwagi. Wszystko to już gdzieś widziała. Ot, po prostu kolejny, nudny i schematyczny dzień, jakich wiele w naszym życiu.
Westchnęła i zahaczyła wzrokiem o chłopaka, któremu niedawno podała piwo. W jego wyglądzie nie było nic, czym miałby się wybijać spośród wielu innych, podobnych mu młodych ludzi, którzy tu kiedyś przesiadywali i będą przesiadywać. Koszula w kratę, kilkudniowy zarost, krótkie włosy, okulary. Zapewne nie zawracałaby sobie nim głowy, gdyby nie to, co zobaczyła za oprawkami trzymającymi na jego nosie szkła korekcyjne.
To spojrzenie...
Ten wzrok był lodowaty. Nie dało się dostrzec w nim ani krzty życia. Pomimo przejmującego gorąca poczuła jak wstrząsnął nią dreszcz, podobny do tego, który czujesz, gdy ktoś wylewa na ciebie kubeł zimnej wody. Chciała się odwrócić, ale coś jej nie pozwalało.
Patrzył przed siebie, jakby koncentrował się na czymś, ale wiedziała, że wcale tak nie jest. Takie spojrzenie charakteryzuje ludzi, którzy tak naprawdę nie zwracają uwagi na to, co dzieje się dookoła. Oni spoglądają wtedy w dal, w sobie tylko znane rejony czasu i przestrzeni, przeszywają wszystko, co napotkają na swojej drodze. Takie oczy, szklące się, niewidzące, są typowe dla ludzi, którzy mają przed sobą jakąś poważną decyzję albo szukają rozwiązania jakiegoś skomplikowanego problemu.
Nie wiadomo ile by tak jeszcze stała, wpatrując się w niego, gdyby nie pojawił się następny klient. - Kawę, proszę. - powiedział elegancki biznesmen, ubrany w drogą niebieską koszulę, gdy do niego podeszła. Jego beznamiętny ton sugerował, że było to polecenie, a nie prośba.
- Już przynoszę. - odparła uprzejmie, choć nie znosiła tego typu ludzi.
Gdy zmierzała do wnętrza lokalu kątem oka zerknęła w stronę milczącego chłopaka, gdy ten odkładał do połowy już opróżniony kufel. Nagle, jakby wyczuł skupione na nim spojrzenie, popatrzył w jej kierunku. Coś ścisnęło ją w żołądku i przyspieszyła kroku.
W trakcie oczekiwania na zaparzenie się wody zaczęła zastanawiać się nad swoim osobliwym zachowaniem. Co się z nią dzieje? Przecież to ktoś obcy, nic dla niej nie znaczący. Nie wie nawet jak się nazywa. Może na kogoś czeka? Nie, nie wygląda na to. Spoglądałby na zegarek i rozglądał się z podenerwowaniem, tymczasem ani razu nie sprawdził godziny, a jeżeli odwracał gdzieś głowę, to ona tego nie widziała. Podejrzewała, że jeżeli to robił, to był to ruch tak leniwy i powolny, iż nie zdradzał on chęci zobaczenia, czy coś dzieje się w okolicy, a był raczej spowodowany koniecznością rozruszania zdrętwiałej szyi. A może ma jakiś problem? Już w szkole zdarzało się, że ludzie rozmawiali z nią o tym, co ich gryzie, a ona po prostu ich słuchała. Rzadko udzielała rad, bo najczęściej chodziło o możliwość wygadania się, zrzucenia ciężaru, który człowiek dławi w sobie. W trakcie pracy, zarówno na tych, jak i poprzednich wakacjach, bywało już, że obcy, siedzący samotnie i podpici faceci wylewali jej swoje żale. Wystarczyło takiego zagadnąć, zadać proste pytanie w stylu: "Jak leci?" albo "Coś się stało?", a można było posłuchać, jak jednych powyrzucano z pracy ze względu na wiek, drugich zostawiła żona i zabrała dzieci, innym zaś dziewczyny zachodziły w ciążę bądź zdychał im kanarek. Tylko że ten chłopak nie wyglądał na zbyt rozmownego. Od ludzi, którzy chcą się z czegoś zwierzyć emanuje swoista aura, w jego wypadku zaś w ogóle jej nie wyczuwała. Choć nie zaszkodzi spróbować. Byleby tylko nie patrzył jej w oczy.
Postawiła spodek, filiżankę z czarnym, aromatycznym napojem, cukierniczkę i dzbanuszek ze skondensowanym mleczkiem do kawy przed biznesmenem, wyglądającym na sfrustrowanego koniecznością tak długiego oczekiwania na zamówienie. No cóż, pomyślała, na jakość trzeba poczekać, a jak ci się tak bardzo spieszy, trzeba było skoczyć do McDonalda czy innego fastfooda i tam poprosić o to gówno, co oni leją do tych tandetnych, papierowych kubków, dupku. Poczęstowała go uroczym uśmiechem i skasowała należność.
Odwróciła się w kierunku chłopaka. Siedział tak, jak poprzednio, nieruchomy niczym spiżowy posąg. Już miała zamiar odsunąć sobie krzesło, dosiąść się i zagadnąć, gdy znów popatrzył jej prosto w oczy. Puste spojrzenie nagle nabrało ostrości, zobaczyła w nim błysk, który w tej chwili mógł oznaczać wszystko.
Przystanęła zaskoczona niespodziewaną przemianą. Poczuła się zdezorientowana, jak osoba, która wychodzi z dworca kolejowego do zupełnie sobie nieznanego miasta. Gdy zauważyła szyderczy uśmiech wpełzający mu na twarz miała wrażenie, że pod jego wpływem straciła głos, a powietrze zamarło w płucach i nie będzie miało zamiaru wyjść.
Jakiś zniekształcony głos z oddali wezwał jej imię.
Odwróciła się do tyłu, bo zdawało się jej, że stamtąd pochodził, choć pewności w tej chwili nie miała. Otrząsnęła się, wyrwana ze swoistego transu. Zdawało się jej, że była w tym stanie Bóg wie jak długo, a tymczasem całe zajście trwało kilka sekund. Nerwowy biznesmen dopiero wsypywał cukier do pełnej filiżanki.
- Wszystko w porządku? - zapytał Adam, dostawca beczek z piwem. - Masz jakiś dziwny wyraz twarzy. Źle się czujesz?
- Nie, dobrze się czuję. Nic się nie stało.
- Na pewno, wszystko w porządku?
- Tak. - odparła, potakując głową by utwierdzić go w tym przekonaniu.
- To dobrze. - powiedział, robiąc przerwę by jeszcze się jej przyjrzeć, po czym kontynuował. - Zaparkowałem z tyłu i wtoczyłem już towar na zaplecze. Chodź potwierdzić odbiór.
Skinęła mu głową i udali się do lokalu. Rzuciła jeszcze po drodze ukradkowe spojrzenie na chłopaka, który znów patrzył się tam, gdzie poprzednio i zachowywał się, jakby przed chwilą nic się nie stało, a cała zaistniała sytuacja była tylko iluzją, omamem stworzonym przez jej zmęczony duchotą umysł.
I znów ten przyjemny, relaksujący chłód.
- Podpisz tutaj... i tutaj... - Adam przesuwał długopisem po formularzu. Starał się być rzeczowy i konkretny, choć wiedziała, że jeszcze chwila, a wszystko mu się poplącze. Tak to już bywa, gdy ktoś bardzo stara się zaimponować drugiej osobie albo zachowuje się jak ktoś, kim naprawdę nie jest.
- Dzięki. - powiedział gdy już skończyła stawiać parafki. - Teraz jeszcze data i godzina.
Wpisała datę, po czym zerknęła na stary sprężynowy zegar ścienny, pamiętający jeszcze czasy wiktoriańskie. Mimo iż trzeba go było często nakręcać, co nie należało do najlżejszych czynności, to gdy był dobrze ustawiony nigdy nie tracił ani sekundy. Szkoda, że faceci nie są tak punktualni jak ten rupieć, pomyślała. Strzałki na tarczy wskazywały trzynastą dwadzieścia dziewięć, a po chwili, poprzedzony ledwie słyszalnym szczęknięciem mechanizmu wewnętrznego, rozległ się pojedynczy, metaliczny dźwięk gongu.
- To tyle. - powiedział Adam i zamknął teczkę. - Do zobaczenia!
- Cześć.
Dostawca wszedł za ladę, klepnął barmana na pożegnanie i udał się w kierunku tylnego wyjścia. Na odchodnym puścił w jej kierunku szelmowski uśmieszek, ale ona już go nie widziała.
Wyszła na ogródek. Nie było już tak gorąco, dało czuć się lekkie podmuchy powietrza. Biznesmen pił właśnie z filiżanki i próbował zapanować nad trzepoczącą się w jego ręce gazetą. W niewybrednych słowach ujął to, co myśli na temat takiej pogody. Chłopaka nie było. Jego stolik stał pusty, ale spływające jeszcze po kuflu resztki piany sugerowały, że odszedł stąd niedawno. Był przynajmniej na tyle porządny, by nie skorzystać z okazji i nie zakosić tego kawałka szkła.
Zaczęła sprzątać stolik, zbierając wszystko na tacę. Popielniczka była czysta. Nie pali, pomyślała uśmiechając się do siebie, chce umrzeć zdrowo. Następnie chwyciła kufel a potem podniosła papierowy wafel, na którym przez cały czas spoczywał. Nie byłoby w tym kawałku przetworzonego drewna nic szczególnego, gdyby nie napis, jaki na nim widniał, a którego wcześniej nie było. Pismo, choć czytelne, było koślawe i zdradzało, że cała informacja tworzona była w pośpiechu.
Zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu autora tego tekstu. Dostrzegła go, gdy miał skręcić w jedną z wielu uliczek odchodzących od tego przepięknego, niedawno odrestaurowanego rynku. Trudno powiedzieć, czy wyczuł jej spojrzenie, czy też zrobił to z własnej woli, ale odwrócił się i popatrzył jej prosto w oczy. To, co w nich zobaczyła, było jednocześnie fascynujące i przerażające.
Uśmiechnął się do niej, ale tym razem bez cienia goryczy bądź złośliwości. To był jeden z tych szczerych uśmiechów wdzięczności. Dziękował jej za to, że się do niego nie odezwała. Machnął jeszcze ręką i zniknął za rogiem. Los miał nie pozwolić im spotkać się kiedykolwiek więcej.

część 1

część 3




Część 2

- No dobra, więc co to za poważna sprawa, w związku z którą ściągnęliście mnie tutaj? Przeskrobałem coś?
- Nie, ty nic nie zrobiłeś... - westchnęła Pati.
- Więc o co chodzi? - zapytał Marek zniecierpliwiony takim owijaniem w bawełnę.
Nie podobało mu się to. Wolał walenie prosto z mostu, bo przecież jeżeli ma się coś powiedzieć, to i tak się to zrobi, więc po co wszystko niepotrzebnie przeciągać? A tak, wytwarza się nerwowa atmosfera, człowieka zaczyna ściskać w żołądku w oczekiwaniu na cios. Ciekawe, dlaczego takie ciosy otrzymuje się najczęściej od przyjaciół?
- Cholera... jakby ci to powiedzieć... Pati..? - jąkał się Stachu.
Zapadła chwila ciszy, trwająca zaledwie moment, ale dla Marka ciągnąca się jak pociąg towarowy pełen węgla, jadący z prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę. To tylko jeden z dowodów, ukazujący jak względne potrafi być poczucie czasu.
- Chodzi o Crisa i no wiesz... NIĄ. - powiedziała Pati, stoczywszy wcześniej bitwę z samą sobą.
Więc jednak, miał rację. Nie wiedział dlaczego, ale właśnie coś takiego przeczuwał. Był o tym przeświadczony już w momencie, gdy wsiadał do samochodu, by udać się na to spotkanie. Każdy z nas ma w sobie podświadomy, wewnętrzny głos, który potrafi podpowiedzieć nam czego będzie dotyczył problem. Mimo to nie traktował jego podszeptów poważnie. Pewnie dlatego, że im nie wierzył, bądź nie chciał im uwierzyć. Teraz jednak padł ostatni bastion jego ułudy i choć będzie starał się go jeszcze bronić, to i tak wiedział, że twierdza jest już zdobyta.
- Co z nimi? - zapytał nie zdradzając swojego zdenerwowania.
- Pamiętasz ostatnie ognisko?
- Powiedzmy, choć są pewne momenty, które chciałbym wymazać.
- Gdy odszedłeś na bok, oni poszeptali sobie coś i wyszli poza krąg światła. - stwierdził Stachu.
- No i co?
- Posłuchaj. - powiedziała Pati. - Mam z Crisem taką umowę, że jak któreś z nas zacznie robić coś głupiego, to drugie go z tego wyciągnie. Pomyślałam, że coś takiego może się zdarzyć, bo wiesz w jakim stanie był Cris, a ona też na najtrzeźwiejszą nie wyglądała. Poprosiłam Stacha, by poszedł ze mną. Znaleźliśmy ich zaledwie parę metrów od polanki, gdy leżeli na ziemi. A właściwie, to leżała ona na nim.
- Robili coś jeszcze?
- No, wiesz... - Pati odwróciła od niego wzrok, a Stachu patrzył w ziemię, przyglądając się, jak dwie mrówki walczą ze sobą o okruch chleba.
- Skoro już zaczęliście, to dokończcie. I prosiłbym o nazywanie rzeczy po imieniu. Lizali się, macali się? - zapytał ze spokojem Marek.
Jego rozmówcy wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym popatrzyli się na niego nic nie mówiąc. To zapewne miało oznaczać "tak", choć nie był o tym do końca przekonany. Teraz nie czas na wyciąganie wniosków, pomyślał, najpierw zbierz jak najwięcej informacji.
- Rozmawiałam już o tym z Crisem i powiedział mi, że taka sytuacja to już nie pierwszy przypadek. To zdarzało się już wcześniej. Nie wiem z czyjej inicjatywy, bo tego mi już nie wyjaśnił, ale na ognisku wyglądało to tak, jakby ona wykorzystywała to, że jest zalany.
- Dlaczego mi to mówicie?
- Bo na początku myśleliśmy, że problem rozwiąże się sam. Pati podczas rozmowy z Crisem kazała mu pomówić o tym z NIĄ. On oczywiście się zgodził, ale wiesz jak to z nim jest. Mówi jedno, robi drugie. Zapewne ma nadzieję, że uda mu się wszystko przeczekać nie musząc nic załatwiać. Taki już jego sposób na życie: urżnąć się, a potem mówić, że nic się nie pamięta, by uniknąć odpowiedzialności i w razie czego mieć alibi.
- Mogli się tak sobie razem zabawiać wcześniej, to nie nasza sprawa. Ale od kiedy jesteście razem takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. To po prostu pierdolone chamstwo z ich strony. - rzuciła Pati, najwyraźniej mocno zaangażowana w całą sprawę, bo inaczej by nie przeklinała. To nie było w jej stylu.
- Dlatego też postanowiliśmy zainterweniować. Na niej nam nie zależy, ledwo ją znamy. Chodzi nam o ciebie. Powiedzieliśmy ci o tym tylko dlatego, bo nie chcemy, byś cierpiał. Załatw to jak najszybciej, a będzie mniej bolało. - stwierdził Stachu.
Marek milczał. Podnosząc z pobliskiej kupki uschłe liście miażdżył je na drobniutkie kawałeczki. Próbował sobie poukładać wszystko, co przed chwilą usłyszał. W jego głowie zaczął pojawiać się pewien obraz i, zapewniam, nie był to piękny widok.
- Zobaczę co da się zrobić.
- Jeśli się nie przyzna lub poczujesz, że coś kręci, to jej nie wierz. To oznacza, że bezczelnie cię okłamuje. - powiedziała Pati. - My nie mamy po cię okłamywać. Nic by nam to nie dało.
- To wszystko? - zapytał Marek, bo nie chciał już tam siedzieć.
- Tak. - odparł Stachu. - Wiedz, że jakby co, to masz nas.
- Wiem. - westchnął. - Podwieźć was?
- Dobra.
Wsiedli do zaparkowanego niedaleko samochodu. Jazda odbywała się w ciszy.
- Trzymaj się. Powodzenia! - rzucił Stachu idąc w stronę swojego domu.
Marek skinął mu głową, wrzucił pierwszy bieg i ruszył w stronę osiedla, na którym mieszkała Pati. Miał już dość słuchania hałasów wydawanych przez silnik i włączył radio. Na żadnej stacji nie leciało nic ciekawego, tylko dyskotekowa sieczka ze słodkimi głosikami silikonowych panienek powtarzających w kółko kilka słów albo jakieś stare, dawno już osłuchane przeboje. Mierziło go, że coś znośnego można było usłyszeć dopiero w okolicach północy. Potrzebował teraz głośnej muzyki jak rzadko kiedy, ale odtwarzacz kaset, jak na złość, popsuł się dwa dni temu.
Zerknął na Pati. Siedziała obok, na siedzeniu pasażera, i patrzyła się niewidzącym wzrokiem w bok, przez otwarte okno. Wiatr torował sobie drogę między pasmami jej długich, kręcących się kasztanowych włosów.
Po dziesięciu minutach zatrzymał się pod jej klatką.
- Jak się czujesz? - zapytała.
- Bywało lepiej.
- Przepraszam... przepraszam, że ci to powiedziałam.
- Nic się nie stało. - odparł po chwili Marek, dopiero teraz zrozumiawszy, jak jej musiało być z tym ciężko, że ją to też bolało. - Wiesz przecież, że wolę mieć pełną świadomość tego, co się dzieje wokół, niż samego siebie oszukiwać. To do niczego nie prowadzi. Nie przejmuj się. Poradzę sobie.
- Tylko że ja w razie czego mam się jeszcze do kogo przytulić, utonąć w ramionach i zapomnieć o tym brutalnym świecie. Ale pamiętaj, że jakby co, to możesz na mnie liczyć. Zawsze.
- Wiesz, że to nie to samo.
- Wiem. - przyznała. - Ale lepsze to, niż nic.
- W sumie masz rację.
- Muszę już iść. Pa!
- Cześć.
Wysiadła z samochodu, odeszła kawałek i odwróciła się, by mu pomachać na pożegnanie. Uśmiechnął się do niej w odpowiedzi na ten gest i ruszył w sobie tylko znanym kierunku. Był to najsmutniejszy uśmiech, jaki Pati widziała w swoim życiu.

* * *

Wszystko było już przygotowane. Był przekonany, że przewidział wszystkie możliwe scenariusze. Teraz pozostawała tylko realizacja. Najtrudniejszy punkt jego planu, dziecka zrodzonego z żalu i goryczy, podsycanego agresją wobec niesprawiedliwego świata. Dlaczego właśnie on? Dlaczego to zawsze jemu komplikuje się życie? Inni nie mają takich problemów jak on. Oczywiście, jego tok rozumowania był błędny, ale tak właśnie widzi rzeczywistość ktoś, kto został przez nią skrzywdzony. A wtedy przestaje liczyć się wszystko, ważne jest tylko zranione JA, miotające się rozpaczliwie, chcące odegrać się na otoczeniu. By poczuć choć trochę ulgi. By pokazać przed samym sobą, że umie walczyć o swoje racje. By zatracić się w otchłani nienawiści.
Zdawał sobie sprawę, że jego pomysł nie jest ani wyszukany, ani ambitny. Tym nie mniej wymagał dużych umiejętności aktorskich i stalowych nerwów, czyli czegoś, czego nigdy nie miał w nadmiarze. Przekonał się o tym już wiele razy gdy był zmuszony lub próbował nie mówić prawdy. Nie potrafił zełgać bez pokazania, że właśnie to czyni, bo albo śmiał się przy tym, albo twarz nabiegała mu krwią tak, aż czuł jej pulsowanie w uszach. Tylko w nielicznych wypadkach potrafił utrzymać nerwy na wodzy i kłamał wtedy bez mrugnięcia okiem. Miał nadzieję, że dziś uda mu się zapanować nad sobą. Przynajmniej do pewnego momentu.
Wziął głęboki oddech, zupełnie jakby miał zanurzyć się pod wodę i po chwili, bez pośpiechu, wypuścił powietrze nosem.
Jego umysł mówił mu, że już czas działać. Teraz albo nigdy.
Chwycił plecak spoczywający na tylnim siedzeniu, wysiadł z samochodu i zatrzasnął drzwi. Przekręcił klucz i dało się słyszeć cichy dźwięk wydawany przez centralny zamek. Spojrzał jeszcze do środka by sprawdzić, czy nie zostawił nic, co mogłoby zachęcić kogoś do forsowania szyby i grzebania wewnątrz. Z ulgą stwierdził, że nie było tam nic takiego. Radio ukrył w schowku, wzmacniacz zakrył czarną blaszką specjalnie wyprofilowaną w tym celu, plecak miał na ramieniu, telefon i dokumenty w kieszeni. Jedyne, co mogło teraz stanąć mu na przeszkodzie, to kradzież samego auta. Mimo, iż było to mało prawdopodobne, to poczuł ten nieprzyjemny ścisk w żołądku, sugerujący, że jak wróci, to wozu już nie będzie. Los lubi płatać takie figle, gdy wie, że coś nam jest potrzebne. A on bardzo potrzebował tego samochodu. Bez niego musiałby wszystko zarzucić albo improwizować. I jedno i drugie mu nie pasowało: pierwsze, bo nie znosił nie kończyć czegoś, co już zaczął, drugie zaś, tak jak kłamanie, przychodziło mu z wielkim trudem.
Odegnał od siebie złe myśli i ruszył w kierunku miejsca, w którym umówili się, by dziś się zalać. Pewności siebie dodała mu świadomość, że już niedługo będzie po wszystkim, a on otworzy nowy rozdział w księdze swojego życia. Uśmiechnął się do tego pomysłu, choć podświadomie wiedział, że jest to śmiech przez łzy.

* * *

Najpierw usłyszał ich głosy, radosne okrzyki i śmiechy. Mimo, że z trudem wychwytywał całe słowa i ich brzmienie było niewyraźne, to dzięki nim wiedział, kto już tam jest.
Wśród licznej grupy znajomych była też tam jego dziewczyna. Przyszła tak, jak się umawiali. Parę godzin temu powiedział jej przez telefon, by na niego nie czekała i poszła z całą resztą, bo on ma jeszcze pojechać do babci na obiad. Nie wiedziała, że niecałe trzy lata temu rzucał pożegnalną grudkę ziemi na wieko trumny zawierającej ciało jego babki, leżącej w dwumetrowym dole. Niektórzy uważają szarganie pamięci po zmarłych za profanację, Marek jednak do nich nie należał. Kochał swoją babcię, ciepło, jakie wokół siebie roztaczała, jej otwartą, szczerą i prostolinijną duszę oraz potrawy, które przyrządzała mu, gdy do niej przychodził w odwiedziny. Nie wydawało mu się jednak, by zmarłym przeszkadzało to, że mogą przysłużyć się żyjącym w ten czy inny sposób. W końcu dla nich już nic nie ma znaczenia, prawda?
Przystanął, ale tylko na moment, gdy do jego uszu dotarł pewien specyficzny śmiech. Tylko jedna osoba potrafiła śmiać się w taki charakterystyczny, rechoczący i zaraźliwy sposób. A więc Cris też tam jest, pomyślał. To w niczym nie przeszkadza. I na niego przyjdzie pora.
Byli w parku znajdującym się na obrzeżach miasta. Przy licznych wejściach można było spotkać handlarzy nikomu niepotrzebnymi drobiazgami w stylu wiatraczków, baloników i plastikowych zabawek oraz sprzedawców waty cukrowej, kukurydzy lub lodów. W środku tygodnia biznes szedł marnie, ale za to przekupnie odbijali to sobie w weekendy, kiedy alejki zalewały tłumy ludzi. Powodem takiej sytuacji nie była jednak możliwość obcowania z przyrodą, choć trafiali się tu i przybywający w tym celu, a ogromny plac zabaw znajdujący się w sercu parku. Zjeżdżały się tu całe rodziny, by dać wyszaleć się swoim wiecznie niezadowolonym pociechom, a przy okazji wypić piwko i ponarzekać ze znajomymi jakie to podatki wysokie, płace niskie, rząd nieudolny, młodzież zdemoralizowana i w ogóle świat już nie taki, jak kiedyś.
W weekendy park należał do rodzin, w środku tygodnia królowali tam zakochani, spacerujący przytuleni do siebie po alejkach, aktywni ruchowo, czyli biegacze i rowerzyści, pijaczki wysypiające się na ławkach i hulaszcza przyszłość narodu. Na przedstawicieli dwóch pierwszych grup można było natknąć się również w "dni szczytu", choć byli wtedy reprezentowani mniej licznie, pozostali zaś musieli sobie znaleźć inne miejsca, gdyż wtedy zwiększała się aktywność przedstawicieli Straży Miejskiej patrolujących te tereny.
Ich teren znajdował się na wschodnim krańcu parku, tuż za linią drzew. Był to kawałek pola, na którym rosła trawa i gdzieniegdzie pnące się ku górze chwasty czy inne chabazie, których nazw nie znał i wcale go nie interesowały. Do wygniecionego i wydeptanego z czasem kręgu prowadziła wąska ścieżka stworzona w ten sam sposób. Niedaleko była droga asfaltowa prowadząca do jednego z wejść, ale było ono już od lat zamknięte i rzadko kiedy przejeżdżało tamtędy jakieś auto. Innymi słowy, znaleźli zakątek mający właściwie same zalety: słońce tam nie prażyło, bo po południu chowało się za linią wysokich drzew, zarówno żule jak i patrolujący na co dzień funkcjonariusze z czystego lenistwa nie zapuszczali się na tak dalekie obszary, a każdy, kto się jednak zapuścił na te tereny, nie przeszkadzał bawiącej się młodzieży. W końcu młodość musi się wyszumieć, więc po co jej przeszkadzać, skoro można mieć z tego powodu nieprzyjemności? Jedynymi mankamentami tej lokacji były okresowo żrące jak dzikie komary i spora odległość od miasta. No, ale czego się nie robi, gdy w perspektywie tak dobra zabawa?
Wyłonił się z krzaków okalających ścieżkę przy wtórze potężnego beknięcia. Impreza trwała w najlepsze. Towarzystwo siedziało bądź leżało na kocach rozłożonych na trawie. W pewnym promieniu od tego skupiska ludzi walały się puste butelki, puszki i paczki po papierosach. Dziwił się, że jeszcze nigdy nie wybuchł tu pożar.
Pierwszy zauważył go Bedu, siedzący w objęciach Nowej.
- Się masz Marek! - krzyknął.
- Witam! - odpowiedział.
Podszedł w kierunku swojej dziewczyny, przykucnął i pocałował w usta. Zaraz potem zaczął rundkę po znajomych, witając się z każdym z nich. Niektórzy zauważyli jego obecność dopiero gdy ich szturchnął. Po zakończeniu części grzecznościowej usadowił się koło NIEJ i objął ją ramieniem.
- No, w końcu przylazłeś! - rzucił mu siedzący naprzeciwko Cris. - Za coś takiego musisz mnie, jako naczelnemu wodzowi Bractwa Winiarzy odpalić coś, cokolwiek masz, byle miało alkohol.
- Nie dziś. - odparł Marek.
- Dlaczego?
- Bo dziś w pełni potwierdzam w nim swoją obecność, zarzucając warunkowość przynależności. Pamiętasz co mówi regulamin?
- Że każdy, kto chce być w pełni członkiem Bractwa Winiarzy musi wypić jedno wino, o cenie nie przekraczającej pięciu złotych i pojemności co najmniej siedmiu dziesiątych litra, w przeciągu dziesięciu minut i nie porzygać się w ciągu następnej godziny. - wyrecytował Cris na jednym oddechu.
- No, to wara od mojego napoju. - powiedział Marek wyciągając z plecaka butelkę wina dobrze im znanej marki "Żona prezydenta", więc nie musiał pokazywać paragonu ze sklepu, by potwierdzić cenę. Na etykiecie widniała gruba, półnaga kobieta z ogromnymi piersiami, promiennym uśmiechem na twarzy i wisienkami wiszącymi na uszach. Za szklaną powłoką przelewał się napój o głębokim krwistym odcieniu.
- Chryste, tylko nie wiśnia! - jęknął Stachu.
- Nie marudź. - powiedziała Megi. - Wszyscy dobrze znamy twoją historię o tym, jak to cię nalewka wiśniowa trzymała przez całą noc w kiblu. I nie chcemy tego słuchać po raz kolejny. Twoje traumatyczne przeżycia to twoja sprawa.
- A może spróbowałbyś zwalczyć w końcu swój lęk? - zapytał obejmujący ją Kowal. - W końcu najlepszym sposobem na pokonanie własnych strachów jest stawienie im czoła.
- Te, Kowal, to może zerwiesz się ze smyczy, na jakiej trzyma cię Megi i sobie trochę pohasasz? - zaśmiał się Mały.
- Co ty pieprzysz? Ona w niczym mnie nie krępuje. Jestem wolny niczym ptak.
- Gdybyś był wolny niczym ptak to zaglądałbyś też do innych gniazdek. - rzucił Gregor z uśmiechem. Dziś był bez dziewczyny, więc mógł sobie pozwolić na takie komentarze. Gdy nie ma kota, to myszy harcują.
- Racja. - zauważył Stachu. - A tak, to jesteś raczej jak kanarek w klatce. Niby to puszczają cię, byś polatał trochę po domu, ale okien nigdy ci nie otworzą, bo pofruniesz i nie wrócisz.
- Wiesz co, Stachu? - zagadnęła Megi czerwona z wściekłości. - Chuj ci w dupę! Wy wszyscy spierdalajcie! Nie odzywam się do was! - wykrzyczała i wstała. - Chodź, misiu, i tak mieliśmy już iść.
- Ale... - próbował bronić się Kowal, ale ona spiorunowała go wzrokiem.
- Mama prosiła, bym jeszcze coś załatwiła. Pomożesz mi, prawda? - ostatnie słowo wysyczała przez zęby jak jadowity wąż.
- Tak. - odparł Kowal po chwili. - Na razie, chłopaki. Do zobaczenia!
- Nieprędko. - burknęła Megi pod nosem, ale nikt tego nie usłyszał. Nigdy nie lubiła tych jego znajomych. Działali jej na nerwy i cały czas z niej się nabijali. Nie robili tego otwarcie, ale była przekonana, że tak właśnie jest. Nie cierpiała, gdy wytykali jej błędy lub ułomności, choć sama ich nie dostrzegała, za to perwersyjną przyjemność sprawiało jej pokazywanie tym ludziom jacy są głupi i ograniczeni.
Opuścili ich odprowadzani szyderczymi śmiechami i dźwiękami naśladującymi wycie i szczekanie psów, wydawanymi jednak tylko przez tych, którzy mieli już dość jej humorów albo byli na tyle pijani, że robili to, co reszta. Innymi słowy hałasowało prawie całe towarzystwo. Do wyjątków należeli Pati i jej chłopak, którzy w tym czasie gdzieś się oddalili, Bedu ze swoją oblubienicą oraz dziewczyna Marka.
- Coś mi się zdaje, że Kowal nie za szybko będzie znów mógł ćwiczyć z nami swoją wątrobę. - powiedział Mały śmiejąc się jeszcze.
- A propos picia, nie miałeś przypadkiem czegoś zrobić? - zapytał Cris naszego bohatera.
- Pamiętam co miałem zrobić. Czekałem tylko aż ta scenka dobiegnie końca.
- No, to wal.
- Ale uważaj. - dodał Paweł przeciągając sylaby. - Piłem niedawno podobne. Tam na etykiecie była murzynka, co zamiast cycków miała dwie brzoskwinie. Smakowało jak guma.
- Jaka? - zapytał Mały. - Do żucia?
- Nie, raczej jak kondom lub opona.
- Bełt był?
- Kurwa, nie obrażaj mnie. Od wczoraj mnie znasz?
- No dobra, nieważne. - niecierpliwił się Cris. - Chuj mnie to teraz obchodzi. No, dawaj, Marek. Od teraz liczę czas.
- Się robi.
Marek odkręcił butelkę i wziął łyka, którym opróżnił jedną dziesiątą flaszki, krzywiąc się przy tym jakby wypił właśnie szklankę soku z cytryn. Nie znosił win siarkowych, w skład których wchodziła połowa Tablicy Mendelejewa, choć zdarzało mu się ich napić. Nigdy jednak nie wypił sam całego i to w tak krótkim czasie. W jego wypadku groziło to pawiem zanim by jeszcze skończył. No ale cóż, jak trzeba, to trzeba. Jako wyznawca zasady "Raz, a dobrze" wolał wziąć nalewkę na kilka "stalowych łyków" niż męczyć się z nią drobnymi pociągnięciami.
- No, no, ostro zaczynasz. - rzekł Stachu. - Uważaj, byś równie ostro nie skończył.
- Spokojnie, trenowałem. - odparł Marek nie podnosząc wzroku. Wyglądał, jakby walczył z własnym żołądkiem.
- Jasne. - rzucił Cris. - Pewnie dynamiczne zgięcie w pół na czas i rzyganie na odległość.
- Jeśli zrobią z tego dyscyplinę olimpijską, to medale mamy murowane - zaśmiał się Bedu.
- Cicho, cicho. - szepnął Paweł. - Nie widzicie, że się koncentruje?
- Jeszcze zaliczy falstart i po zawodach. - dodał Bedu.
- Dobra, starczy. - stwierdził Stachu. - Cris, licz mu czas.
Przestali skupiać na nim uwagę i wrócili do rozmów. Dotyczyły one sytuacji w szkole, żartów i zabawnych sytuacji, jakich byli ostatnio świadkami, filmów, które obejrzeli, bądź książek, które przeczytali. Pojawiły się też dywagacje teologiczne, które przeistoczyły się w spór o to, czy księża powinni pobierać słone opłaty za oferowane przez siebie usługi. Od czasu do czasu macali go kontrolnymi spojrzeniami, a Cris zerkał na zegarek i informował jak dużo czasu ma jeszcze w zapasie.
- To w takim razie jak chcesz zlikwidować koszty prowadzenia parafii? Nie mówiąc już o środkach potrzebnych do życia. - zapytała Pati, która zdążyła w tym czasie wrócić z przechadzki. - Przypominam, że Kościół nie jest finansowany z dotacji państwowych. Musi sam na siebie zarabiać.
- Ja mam pomysł jakby mogli to robić. - powiedział Mały. - Gdyby przy rozdawaniu opłatków maczali je w winie mszalnym, to ludzie chętniej chodziliby do kościoła, a to wiązałoby się ze wzrostem wpływów z tacy.
- Gdyby robili coś takiego, to chodziłbym co niedzielę. - stwierdził Cris.
- Albo mogliby otworzyć przykościelny sklepik monopolowy, w którym handlowaliby tym swoim winkiem. Mogłoby się nazywać "Krew Pana", a pod spodem byłby napis "Pijcie, a zbawienia dostąpicie!" - zasugerował Bedu.
- Czasem zadziwia mnie wasze poczucie humoru. - odparła Pati. - Nic już nie szanujecie?
- Jak nie jak tak? - rzekł Stachu.
- Właśnie! - dodał Paweł. - Wino na przykład szanujemy. Dobre wino nigdy nie jest złe!
- Jak już przy tym jesteśmy, to jak tam, Marek? - zapytał Cris.
- Bywało lepiej.
- Trzyma się. - dorzuciła jego dziewczyna obejmując go mocniej.
Marek skrzywił się, bo nacisnęła mu brzuch, ale dał radę wyszczerzyć się w kierunku znajomych. Wyglądał dobrze, choć w jego zachowaniu dostrzegalne było działanie alkoholu. Spojrzenie miał rozbiegane i odchylał się czasem od pionu. Przed nim były jeszcze dwa porządne łyki i trzy minuty czasu.
Tamci wrócili do, jak wydawało się Markowi, swojego ulubionego ostatnimi czasu tematu, czyli picia alkoholu i przygód z tym związanych. Wszyscy znali już te historie, ale jakimś cudem nigdy nie przestawały śmieszyć. Zawsze można było usłyszeć nieco wzbogaconą wersję opowieści, co ją dodatkowo uatrakcyjniało, ale przez to niektóre z nich z czasem wyewoluowały w coś zupełnie innego niż kiedyś. Marek, gdy temu się przysłuchiwał, dochodził do wniosku, że coś tu się kończy, wypala. Ludziom z trudem przechodziła rozmowa o czymś nowym, świeżym, czego jeszcze nie poruszali, więc wracali do wyidealizowanych obrazów dawnych dni. Kiedyś usłyszał, że młodość kończy się tam, gdzie zaczynają się wspomnienia. Myśl tę przełożył na swoich obecnych kompanów. Czasem miał ich już dość, nie chciał codziennie widzieć tych samych twarzy, słuchać tych samych zwrotów, męczyło go ich towarzystwo. Wtedy, by odpocząć od otoczenia i znaleźć chwilę wytchnienia, zostawał w domu, czytał, słuchał muzyki albo starał spotkać się z ludźmi, których dawno nie widział. Ta przerwa zawsze mu pomagała i czuł, że niedługo znów będzie musiał ją sobie zrobić, a bez NIEJ będzie to tym łatwiejsze.
Wziął przedostatni łyk i na twarzy pojawił mu się grymas obrzydzenia. Odczekał jeszcze minutę przysłuchując się technikom pędzenia wina, bimbru i innych alkoholi, jakie praktykowali, po czym jednym haustem opróżnił flaszkę do końca.
- Kurwa, nie sądziłem, że ci się uda. - powiedział Bedu.
- Cris, ile miał jeszcze czasu w zapasie? - zapytał Stachu.
- Czterdzieści jeden sekund. Nieźle. Teraz drugi etap. Dasz radę?
- Jak dałem radę wypić to gówno, to i godzinę je w sobie mogę potrzymać. Prawda, kochanie?
Cmoknął ją w usta i uśmiechnął się. Czuł od niej woń piwa, bo tylko to piła, ale wątpił, by była pijana. Nigdy nie piła dużo.
- Jak się czujesz? - zapytał Mały śmiejąc się. Przy jego gabarytach zadziwiające było, że potrafił upić się już trzema browarami.
- Myślałem, że będzie gorzej. - odparł Marek. - Smakuje paskudnie, ale przynajmniej dobra bomba za małe pieniądze, nie?
Powiedziawszy to położył się na wznak i zaczął przyglądać się chmurom płynącym po niebie. Leżał tak przez następne pół godziny, od czasu do czasu wtrącając swoje trzy grosze do rozmowy. Przez cały ten czas trzymała go za rękę. Odczuwał obrzydzenie do tego uścisku ale jednocześnie był smutny, bo miał go utracić. Bał się bólu z tym związanego, choć wiedział już, że nigdy nie jest on tak silny jak go sobie wyobrażamy, a pustkę, jaka w nas wtedy powstaje potrafimy szybko załatać. Tym niemniej żal pozostaje i mimo, że jest ukryty w głębi naszej duszy, zagłuszany krzykiem spraw codziennych, to zdarzają się chwile, gdy udaje mu się przebić grubą pokrywę lodu, pod jaką próbujemy go trzymać, a wtedy czyni straszliwe spustoszenie. W wypadku Marka były to sytuacje nieliczne i nawet gdy był z tego powodu przygnębiony, to starał się tego nie okazywać. Inną sprawą jest to, że nie zawsze mu wychodziło.
Poczuł ciężar zbierającego się od pewnego czasu ładunku w kroczu. Wstał, zachwiał się i nierównym krokiem udał się w stronę drzew, by tam ulżyć swojemu pęcherzowi. W końcu w dość krótkim czasie pochłonął sporą ilość płynu. Cóż, jak na razie wszystko w porządku. Byle tak dalej, pomyślał.
Wracając jego spojrzenie spotkało się z Pati. Patrzyła na niego z niedowierzaniem w oczach. Jej wzrok zdawał się pytać co też on wyrabia? Przecież nie znała go takim. Co prawda jego zachowanie nie odbiegało od normalnego, ale ona sprawiała wrażenie, jakby wyczuwała, że coś jest nie tak. Nadal szedł jak po polu minowym, jego oczy były rozbiegane, ale na moment, jedną newralgiczną chwilę, udało mu się pokazać, by się nie mieszała. Zauważył w jej spojrzeniu błysk przerażenia. Patrzyła na niego jeszcze przez chwilę i odwróciła głowę w kierunku zagadującej ją Nowej. Zrobiło mu się przykro, że ją tak potraktował, ale teraz było to konieczne. Niedługo wytłumaczy się i przeprosi. Tak, już niedługo.
Usiadł tuż za NIĄ, obejmując oboma udami tak, by mogła się o niego oprzeć.
Towarzystwo zaczęło grać w karty. Decyzją większości był to kent. Marka nie było przy podziałach na drużyny, więc mógł się tylko przyglądać pozostałym (Tu, czytelniku, pozwolę sobie na moment dygresji, by wyjaśnić, na czym gra ta polega. Jeśli znasz jej zasady, to przenieś się do następnego akapitu, bo nic nowego nie powiem, a jak nie, to brnij dalej. Gracze dobierają się w dwuosobowe drużyny. Najlepiej, gdyby zespołów było dwa lub trzy, bo w więcej rozgrywka staje się niewygodna. Gdy składy są już ustalone, zawodnicy rozchodzą się, by ustalić znaki, jakie będą pokazywać partnerom, gdy będą mieć tzw. "kenta". Może być to na przykład podrapanie się po czole lub odgarnięcie włosów. Gdy pokazujemy znak, partner musi powiedzieć "kent" i wtedy zdobywa się punkt. Trzeba jednak uważać, by przeciwnicy nie zorientowali się jak znak ten wygląda, bo jeśli powiedzą "stop kent", a ty lub twój partner go mieliście, to oni zyskują punkt. Jeśli się pomylili, wy zyskujecie punkt. A jak wygląda sama rozgrywka? Po ustaleniu znaków wszyscy siadają w kółku tak, by mieć kolegę z zespołu naprzeciwko siebie. Potem jedna z osób rozdaje karty, najlepiej od dziewiątek, każdemu po trzy, sobie zaś cztery. Ten, co rozdawał musi przekazać jedną ze swoich kart osobie siedzącej obok i tak dalej. Kierunek podawania jest dowolny, ale raz obranego nie można już zmieniać, a następnym rozdającym zostaje ten, kto pierwszy otrzymał kartę. Gdy przypadkiem karta wróci do osoby, która ją posłała, ta odkłada ją obok reszty talii i bierze następną z jej wierzchu. A jak wygląda "kent"? Są to trzy karty o tym samym kolorze, na przykład trzy kiery, lub o tej samej wartości, jak trzy króle. Pozostaje ustalić limit punktów, jakie trzeba zdobyć, by wygrać całą partię i dobrze się bawić!).
Przez następnych kilka minut przyglądał się grającym. Na początku próbował zorientować się jakie kto ma znaki i choć jego domysły często pokrywały się z prawdą, to szybko się tym znudził. Zaczął przysłuchiwać się luźnym rozmowom tych, co nie uczestniczyli w grze. Rozprawiali o wszystkim i o niczym. Fakt ten, mimo iż kiedyś nie zwróciłby na niego uwagi i był zgoła normalny, teraz wydawał się świadczyć o banalności, wręcz ograniczeniu tych ludzi. Zdał sobie sprawę, że spogląda na swoich znajomych z innej, krytycznej perspektywy, każda ich wada razi go w oczy jak słońce w zenicie, mierzi i omal nie wytrąca ze z trudem utrzymywanej równowagi. Nie wiedział, czy kiedyś uda mu się zmienić ten negatywny punkt widzenia. Po chwili doszedł do wniosku, że nie to jest teraz najważniejsze. Już czas, nie ma sensu z tym zwlekać.
Wstał. Gdyby na niego wtedy zerknęli, odnieśliby wrażenie, że wyglądał jak posępna, niema figura ze sztywnym spojrzeniem utkwionym na wieczność w tym samym punkcie. Ale nikt na niego nie patrzył.
- Niedługo wracam. - powiedział.
- Co jest? Odpadasz? - zapytał Cris nie odrywając wzroku od Pawła, grającego w drużynie przeciwnej.
- Nic z tych rzeczy. Chcę tylko pomówić z kimś na osobności.
- Aaa, rozumiemy. - stwierdził Mały z szyderczym uśmiechem na ustach. - Tylko pilnuj go, by nie oszukiwał.
- Ja bym proponował wysłanie niezależnego obserwatora z ramienia Bractwa Winiarzy. Ona nie jest obiektywna. - zaproponował Bedu.
- Ej, co to za biurokracja?! - zapytała. - Uszanowalibyście naszą prywatność.
- Spokojnie, jak mi nie ufają, to niech kogoś z nami poślą. - rzekł Marek, mając nadzieję, że jego mały fortel się powiedzie.
- No, dobra. - rzucił Cris po chwili namysłu. - Zresztą i tak zauważę czy bełtałeś. Oboje będziecie bladzi, jeśli idziecie robić to, co myślę. To byłaby straszna szkoda, gdyby ci się coś wymknęło w jej gardło.
Jego dziewczyna skrzywiła się, pokazała Crisowi język i chwyciła naszego bohatera za rękę, szturchając przy tym, by już się oddalili. Marek za to nic nie odparł na to jawne szyderstwo. Mięśnie twarzy mu drgnęły, spojrzenie zaogniło, ale powstrzymał się od riposty, reagując jedynie wymuszonym, sztucznym śmiechem. Nie wiedział dlaczego Cris to powiedział, czy z zazdrości, czy też z czystej złośliwości. W końcu nie raz już zdarzało mu się przeginać w swoich żartach, szczególnie zaś ostatnim czasem. Spokojnie, pomyślał, i na ciebie przyjdzie czas.

* * *

- Co to?! - zapytała zaskoczona wskazując na samochód.
- Nie widać?
- Przyjechałeś tym tutaj?
- Chciałem cię zabrać na pierwszą przejażdżkę.
- Więc jednak zdałeś egzamin?
- To było małe, nic nie znaczące kłamstewko w dobrej intencji. Chciałem ci zrobić niespodziankę. - Nie jedyną tego wieczora, pomyślał. - Dokumenty dostałem gdy ty byłaś na wyjeździe. Nikt nie wie, że dostałem się tu samochodem. Wyobrażasz sobie ile by było sępów chętnych do przejechania się? Nie opędziłbym się od nich, a przecież dawno się nie widzieliśmy, chciałem pogadać z tobą na osobności. Wiesz przecież, że nie lubię poruszać naszego tematu przy innych. W końcu, gówno ich to obchodzi.
- Ale przecież piłeś. - zauważyła.
- Nie jestem aż tak trafiony jak ci się wydaje. Wsiadaj. - powiedział otwierając jej drzwi i robiąc zapraszający gest ręką.
- No, nie wiem. Jeszcze coś się nam stanie.
- Spokojnie, będę jechał bardzo ostrożnie. Poza tym, pojedziemy tylko kawałek. Przecież nie chcę zrobić ci krzywdy i uszkodzić staremu samochodu. Pokaże ci coś bardzo fajnego, jest niedaleko. To jak?
- W porządku, ale postaraj się nie wyjeżdżać na główną drogę i nie jechać szybciej jak pięćdziesiąt na godzinę, o ile nie będzie to konieczne.
- Jak sobie życzysz. - odparł z najszczerszym uśmiechem na jaki było go stać.
Wsiadła do środka. Zamknął za nią drzwi, po czym obszedł auto i usadowił się w swoim fotelu. Wkładając kluczyki do stacyjki spojrzał na nią.
Patrzyła przed siebie, z oczami wyrażającymi przerażenie. Bała się. Znalazła się w tej klatce na kołach wbrew własnej woli i miała nadzieję, że jak najszybciej ją opuści. Zastanawiała się czemu on to robi, czego może od niej chcieć. Przecież nie zdarzało mu się tak zachowywać. To do niego niepodobne. Czy nie prościej byłoby po prostu zapytać? Przecież i tak byli z dala od innych, mogli tu w spokoju porozmawiać bez narażania się na otrzymanie mandatu, stłuczkę, potrącenie kogoś bądź...
Nie dokończyła myśli, choć zdawała sobie sprawę co miało być następną tragiczną wizją wieńczącą dzisiejszy dzień. Ta myśl zagnieździła się w głębi umysłu, paraliżując i powodując nieprzyjemne uczucie w żołądku. Wrażenie to spotęgowało nagłe ryknięcie silnika, którego odpalenie przerwało jej dywagacje.
Zerknęła na Marka szukając odpowiedzi na jego zachowanie. Zobaczyła jedynie beznamiętne oblicze ze skoncentrowanym, nieobecnym spojrzenie utkwionym jakby gdzieś w oddali. Odwrócił się w jej kierunku. Uśmiechnął się w sposób demoniczny, jak ktoś, kto ma zamiar zrobić co złego i sprawi mu to ogromną satysfakcję. Jednak to nie uśmiech ją najbardziej przeraził, a jego oczy. Oczy, które pomimo emocji malującej się mu na twarzy nadal były nieobecne.
Wrzucił bieg.
Ruszył. O wiele dalej i o wiele szybciej niż obiecał.

* * *

- Zwolnij! - krzyknęła sama nie wiedząc który już raz z kolei. Na początku były to tylko nieśmiałe uwagi, które z czasem przerodziły się z histeryczne wrzaski. Wszystko było w porządku do momentu, gdy wyjechali z terenu parku. Wypytywał ją o szczegóły wyjazdu, jak się bawiła i tym podobne, ale od wtedy zamilknął. Obiekty w przedniej szybie zaczęły zbliżać się coraz szybciej, a widok z boku rozmywać. Mknęli przez miasto wyprzedzając w niedozwolonych miejscach, wchodząc w zakręty z piskiem opon, hamując gwałtownie na światłach i narażając się na trąbienie i przekleństwa innych uczestników ruchu. Gdyby natknęli się na radiowóz z pewnością zostaliby zatrzymani, a jej koszmar by się skończył. Ale, jak zwykło się mówić, Policji nigdy nie ma tam, gdzie jest potrzebna.
W odpowiedzi na swój krzyk usłyszała jedynie ryk silnika. Ponownie.
- Boże! Zabijesz nas oboje! Co się z tobą dzieje?! Chryste, dlaczego wsiadałam do tego samochodu? Czułam, że coś jest źle, ale ci zaufałam. Jak możesz mi to robić?!
- Równie dobrze mógłbym zapytać ciebie o to samo.
Czekała na to, aż się w końcu odezwie, ale mimo to zaskoczył ją. Spokój, jaki bił z jego głosu wywołał u niej ciarki na plecach. Nie zdawała sobie sprawy, że jego nerwy są na granicy wytrzymałości, a opanowanie w każdej chwili może prysnąć niczym bańka mydlana.
- O czym ty gadasz?
- Doskonale zdajesz sobie sprawę o czym.
- To może mnie oświeć, bo nie wiem.
- Po co się tak emocjonować na zapas? Zaraz dojedziemy na miejsce.
- Jeśli dalej będziesz tak jechał, to jedynym miejscem do jakiego trafimy będzie kostnica miejska.
Zauważyła, że mocniej zacisnął ręce na kierownicy, a mięśnie jego twarzy napięły się tworząc na niej bardzo nieprzyjemny grymas. Chciał coś powiedzieć, ale walczył ze sobą, powstrzymywał język na wodzy. Nie wiedziała dlaczego to robił, ale obawiała się, że jeśli wyprowadzi go z równowagi, to może się to źle skończyć dla nich obojga. Postanowiła spuścić z tonu i trochę go uspokoić.
- Kochanie, zwolnij trochę. - powiedziała uspokajającym tonem. - Nie ma sensu tak pędzić. Gdziekolwiek nas wieziesz to i tak tam porozmawiamy. Nie ma znaczenia kiedy, wcześniej czy później. Jak będziesz dalej tak gazował, to w końcu komuś może stać się krzywda. - mówiąc to przed oczami stanął jej mały chłopczyk, który wybiegł nagle na przejście dla pieszych, a Marek wyminął go o kilka centymetrów. - Poza tym nie chcesz chyba, by gliniarze zgarnęli ci prawo jazdy tak wcześnie. Proszę cię, kochanie.
- Nie mów tak do mnie! - ryknął aż wgniotło ją siedzenie.
W oczach miał dwa żarzące się ogniki, które jednak zgasły równie szybko jak zapłonęły. Kolejne słowa stanęły mu już w gardle, chcąc wyrwać się na zewnątrz, przekazać światu swoje przesłanie pełne żalu i nienawiści. Nie pozwolił im jednak na to. Nie chciał, by to tak wyglądało. Mimo że czuł wobec niej obrzydzenie, nie chciał, by przez niego odchodziła od zmysłów. Jej głos był taki kojący i, choć nie miał zamiaru przyznać tego przed samym sobą, uspokoił go. Wewnątrz zaczęła grać mu nuta współczucia, każąca zakończyć to szaleństwo. Bądź co bądź kiedyś ją kochał i za nic w świecie by jej nie skrzywdził.
Nie! Pokaż jej! Pokaż tej dziwce, że nie można tobą pomiatać!
Potrząsnął głową. Myśli kotłowały mu się w głowie niczym rój wściekłych os. To jakaś paranoja! Jak ja ją przed chwilą nazwałem? Jezu, w życiu bym przecież tak nie zrobił, nawet jeśli to, co mówiła Pati i Stachu jest prawdą. Uspokój się! Daj jej szansę i nie przesądzaj sprawy. Najpierw poznaj jej wersję i dopiero wtedy osądź. Emocje to zły doradca.
Wziął głęboki oddech i wypuścił powietrze nosem.
Była w szoku. Nic już nie rozumiała z tego co się działo. Chciała uciec, wyskoczyć przez otwarte drzwi. Dopiero po chwili racjonalna część jej umysłu poinformowała ją, że zapewne byłaby to jej ostatnia czynność w tym życiu. Wtedy poczuła, że samochód zwalnia a silnik cichnie. Myślała, że już dotarli na miejsce, gdyż od momentu gdy się na nią wydarł miała spuszczoną głowę i nie wiedziała gdzie się znajdują. Ale auto wcale się nie zatrzymywało. Jechało dalej, ale z mniejszą prędkością. Więc jednak, pomyślała, usłuchał.
Podniosła głowę i popatrzyła na Marka. Nie był już taki zacięty, nerwowy. Wybuchnął, ale to mu pomogło. Rozejrzała się wokół, by zorientować się gdzie się znajdują i dopiero teraz zdała sobie sprawę dokąd zmierzają. Ta świadomość spowodowała, że zjeżyły się jej włosy na karku. Zawsze, gdy jechała tędy autobusem, w ogóle nie zwracała uwagi na szczegóły, które teraz zdawały się być wielkimi, wyniosłymi monumentami, chcącymi udowodnić jej jak wielki czyniła błąd okazując im lekceważenie. Rozpadający się dom zarośnięty wysokimi chaszczami, będący niczym czarna dziura wśród jaśniejących gwiazd, którymi były nowiutkie budynki postawione na przedmieściu przez nowobogackich, uciekających od zgiełku metropolii. Tablica oznaczająca koniec miasta. Trzy stare dęby stojące pośrodku pola oranego przez nowiutki traktor. Mały strumyk płynący pod mostem ze rdzewiejącymi barierkami. Ciągnące się wzdłuż drogi trakcja wysokiego napięcia i słupy telefoniczne. Dwa bociany w gnieździe na jednym z nich. Każdy element otoczenia zdawał się oskarżać ją o coś, o czym nie miała nawet świadomości, a zachodzące za plecami słońce nadawało temu mocy, otaczając wszystko czerwonawą poświatą. W oddali zaś ciemniały ciężkie chmury burzowe zmierzające w ich stronę. To wszystko zdawało się być złym omenem, zmierzchem czegoś pięknego, co już nigdy ma nie powrócić, zapowiedzią cierpienia i smutku. Tak, teraz ich cel był dla niej równie oczywisty, co przerażający.
Polana.
Byli tam już kilka razy, ale nigdy sami. Miejsce to było odosobnione, więc jeśli zamierzał jej coś zrobić, to nikt nie przyszedłby z pomocą. Choć wydawało się niemożliwe, by Marek, cokolwiek nim kierowało, był w stanie zrobić jej krzywdę, to podświadomie bała się jak nigdy dotąd. W końcu Marek już nie jednym dzisiaj zaskoczył. Zjechali na dobrze znaną im drogę. Przy skręcaniu Marek zahaczył podwoziem o krawężnik i dało się słyszeć jęk zgrzytającego metalu i ciche przekleństwo chłopaka, który w tym momencie wyobrażał sobie ojca narzekającego na jego brak wprawy i wyobraźni.
Zatrzymali się w końcu na polanie, pustej, cichej i zaśmieconej. Po środku czernił się ślad po palenisku, a przy linii drzew leżały niedawno porąbane kawałki drewna, w milczeniu czekające na wykonanie nieodwołalnego wyroku. Śmierć w płomieniach.
Zgasił silnik, uchylił okno, ale nie wysiadł. Nie odpiął nawet pasów bezpieczeństwa. Z głośników cicho przygrywał jakiś tandetny przebój tego lata, a w tle raz po raz rozchodził się coraz głośniejszy pomruk wyładowań elektrycznych, orających co wyższe obiekty wystające z ziemi.
- Dlaczego przywiozłeś mnie właśnie tutaj? - zapytała z nuta niepewności w głosie.
- Pamiętasz ostatnie ognisko tutaj?
- Tak, ale co to ma do rzeczy?
- Dobrze się bawiłaś? - zdawał się nie zwracać uwagi na to, co do niego mówi.
- Jak zawsze.
- Na pewno?
- Tak! O co ci chodzi?
- No tak, przecież musiałaś dobrze się bawić. Jak byłem, to miałaś kim się zajmować. Jak zniknąłem, to znalazłaś sobie kogo innego. Cris. Crisuś. Crisiątko. Śliczniutki, młody, zachlany chłopczyk żądny nowych wrażeń. Nie ma miejsca na nudę!
- Więc to ci leży na sercu? O to omal nas nie roztrzaskałeś na słupie czy innym drzewie?
- Coś w tym dziwnego?
- A żebyś, kurwa, wiedział, że tak! Przez całą drogę miałam serce w gardle, a to okazuje się, że idzie o coś takiego! Kto ci tego wszystkiego naopowiadał?
- Nie ty tu jesteś od zadawania pytań. - uciął spokojnym, ale zdecydowanym tonem, tak, że od razu zamilkła. - Powiedz mi jak to było.
- A co ty usłyszałeś?v - Nie zmuszaj mnie, bym się powtarzał. Najpierw chcę poznać twoją wersję.
- Jak chcesz. Ale albo ktoś ci strasznych bzdur nagadał, albo jesteś przesadnie zazdrosny.
- Proszę cię, po prostu mów. Wystarczy mi już bałaganu, jaki mam od pewnego czasu w głowie.
- Niech ci będzie. - westchnęła. - Nie mam nic do ukrycia. Gdy odszedłeś na bok, po chwili obudził się Cris.
Podpełznął do mnie i powiedział, że chciałby zapalić, ale z dala od ogniska. Pomogłam mu wstać, przerzuciłam jego rękę przez ramię i ruszyłam wzdłuż drogi. Ale po paru metrach on stracił równowagę, nie dałam rady go utrzymać i runęliśmy na ziemię. On padł na wznak, a ja wyłożyłam się na niego.
- I co dalej? - ponaglił Marek.
- Powiedział mi, że może byśmy się trochę zabawili, skoro ciebie chwilowo nie ma.
- A ty co na to?
- Buchnęłam mu śmiechem w twarz i już miałam z niego wstać, gdy obok pojawili się Pati i Stachu. Wyciągnęli go spode mnie, zerkając na mnie jakoś dziwnie. Gdy go dowlekli z powrotem do ogniska nikt już się nie odzywał. Po jakimś czasie wróciłeś ty. Koniec historii.
- Nie taką wersję znam.
- A jaką? Kto mógł ci opowiedzieć inną? Na pewno nie Cris, bo pewnie nic z wtedy nie pamięta, albo nie chce pamiętać. Ja ci nie powiedziałam, bo to był nic nie znaczący incydent. Pozostają więc jedyni świadkowie tego zdarzenia. Czy mam rację? To byli Pati i Stachu? Zresztą, po co pytam. To oczywiste. Nikt inny nie mógł o tym wiedzieć, bo reszta była tak zapijaczona bądź zajęta sobą, że nie widzieli co się dzieje.
Odwrócił się w jej stronę, wbijając w nią swój lodowaty wzrok.
- Słyszałem, że to ty się do niego kleiłaś. Że właziłaś na niego, chcąc wykorzystać to w jakim stanie się znajduje. Że wkładałaś mu ręce pod koszulkę, do spodni. Że swoim językiem szukałaś jego.
W jej oczach błysnęła jakaś iskra. Nie wiedział czy była to łza czy też odbicie błyskawicy. A może jedno z drugim? Grzmoty były coraz głośniejsze.
- Powiedziałam ci przecież jak było. Nie wierzysz mi?
- Teraz sam już nie wiem komu wierzyć.
- No to masz problem. - powiedziała i odwróciła od niego głowę. Spojrzenie utkwiła w jakimś nieokreślonym punkcie gdzieś w oddali. Pierwsze krople zaczęły roztrzaskiwać się o przednią szybę, czyniąc świat na zewnątrz coraz bardziej niewyraźnym, rozmytym. Marek zamknął okno.
W samochodzie znowu zapanowała cisza, ta z gatunku nieznośnych, wywołanych napięciem, gdy nadmiar emocji powoduje niemożliwość wysłowienia się. Cisza, która swoim głuchym piskiem wdziera się do uszu, brnie do umysłu i pokazuje mu jak bardzo jest ograniczony. Z czasem dźwięk ten zastępowała naturalna, monotonna symfonia wygrywana przez gęstniejący deszcz.
Czas płynął, a oni milczeli.
- Chcesz jechać do domu? - zapytał w końcu Marek.
- Tak. - westchnęła po chwili.
Bez słowa uruchomił silnik. Wrzucił pierwszy bieg i przed puszczeniem sprzęgła mocniej docisnął pedał gazu. Silnik ryknął, a gdy zwolnił sprzęgło opony zaszurały w miejscu na mokrym podłożu, chlapiąc błotem po drzwiach auta. Moment potem wóz ruszył. Przy wyjeździe na drogę znowu zahaczył podwoziem o krawężnik przy wtórze głośnego zgrzytu. Kurwa, pomyślał, znowu! Ojciec mnie zjebie jak nic. Wszystko przez ten cholerny deszcz. Nie miało się kiedy rozpadać!
Włączył wycieraczki na najwyższe obroty, ale to niewiele pomogło. Ulewa była tak silna, że nie nadążały z oczyszczaniem szyby. Co jakiś czas czuł, jak znosi go na prawo, a winą za to obarczał mokrą nawierzchnię. Ona również to czuła, ale według niej przyczyna leżała gdzie indziej.
- Nadal jesteś pijany. Jedź ostrożniej. Zresztą, jak zgarnie cię Policja, to będziesz miał nauczkę. - powiedziała, a w myślach życzyła sobie, by właśnie tak się stało. Nie dlatego, że chciała by miał nieprzyjemności, choć biorąc jego stan pod uwagę, to te były nieuniknione, ale by bezpiecznie dotarli do domu. To, że odbyłoby się to przy asyście stróżów prawa nie miało dla niej żadnego znaczenia.
Na jej słowa odpowiedział swoim typowym, cynicznym uśmieszkiem, co zdziwiło ją i zdenerwowało zarazem.

* * *

Moment później serce zabiło jej szybciej, gdy na stacji benzynowej zobaczyła niewyraźny spory kształt przy którym krzątała się postać odziana w jaskrawożółtą kamizelkę. Miała nadzieję, że nie są to robotnicy drogowi, tylko ludzie mający zakończyć jej koszmar. Uradowała się, choć nie pokazała tego Markowi, gdy na górze bryłowatego kształtu zabłysnęły niebieskie i czerwone koguty, a jaskrawy człowiek pomaczał na nich czerwonym lizakiem. Dzięki ci, Boże, pomyślała, już po wszystkim. Momentalnie jednak uszła z niej cała radość i padł na nią cień strachu. A co jak nie zatrzyma się i zacznie uciekać?
Ale Marek daleki był od zapewniania brukowcom tematu na pierwszą stronę, którym byłby opis pościgu, jaki odbył się wczorajszego wieczora na terenie miasta i zakończył czołowym zderzeniem, w którym zginęli wszyscy uczestnicy wypadku. Wyobraził sobie nawet zdjęcie, na którym widnieje strzaskane auto i jego mózg rozsmarowany na desce rozdzielczej albo na ulicy. Po chwili wrócił do rzeczywistości i posłusznie zjechał na pobocze tuż obok radiowozu. Uchylił okno.
- Dobry wieczór, panie władzo. W czym mogę pomóc? - zapytał z uśmiechem na twarzy.
- Dokumenty i dowód rejestracyjny poproszę. - powiedział funkcjonariusz bez emocji. Był przemoczony do suchej nitki i sfrustrowany koniecznością stania tutaj, na deszczu. Wczoraj zamienił się z kumplem, bo chciał jutro wyjechać na weekend, by w ciszy i spokoju połowić sobie ryby. Teraz był przekonany, że pewnie nic z tego nie będzie, bo wstrząsały nim fale dreszczy i czuł, że ma gorączkę. Niech chuj strzeli meteorologów i tego kutasa, co to się do mnie teraz szczerzy.
- Czyżbym coś przeskrobał?
- Nie, to rutynowa kontrola. Proszę poczekać. - rzucił policjant i ruszył w kierunku radiowozu.
Wszedł do środka i podał kolegom dokumenty, by przekazali dane do centrali i sprawdzili zarówno kierowcę jak i samochód. Wolną chwilę wykorzystał grzejąc się kubkiem gorącej kawy i kanapką z szynką, jaką tego popołudnia zrobiła mu żona. Wredne babsko, pomyślał, zawsze robi mi takie samo żarcie i nie dosładza kawy. Jak ja z nią wytrzymuję?
- Masz, Jureczku. - powiedział Marian, jego szef na dziś i jednocześnie osoba, jakiej najbardziej nienawidził. To on parę lat temu sprzątnął mu sprzed nosa tę funkcję, wyciągając na światło dzienne kilka brudnych spraw Jurka z przeszłości, kiedy ludzie, stojąc w gigantycznej kolejce za czymkolwiek, nie wyobrażali sobie, że kiedyś będą mogli chodzić do hipermarketów i kupować czego dusza zapragnie nie musząc nawet mieć kartek na produkty. To przez niego musiał teraz tracić zdrowie na zewnątrz, podczas gdy on grzał sobie dupę na przednim siedzeniu. Jurek był przekonany, że do teraz sobie z niego szydzi. A najbardziej wkurzało go, gdy zwracał się do niego tą protekcjonalną formą, jakby był jakimś debilem. - Chłopak i jego fura są czyści. Sprawdź jeszcze czy nic sobie nie popił i wracaj na drogę.
- Się robi. - Kurwa, przecież wiem, że trzeba go sprawdzić. Za kogo ty mnie masz, ty kutasie pierdolony?! Poczekaj no, jeszcze się odegram, skurwysynu.
Jurek podszedł do auta Marka. Ten uchylił szybę.
- I jak? Wszystko w porządku?
- Tak. Prosiłbym jeszcze by dmuchnął pan w alkomat.
- Czy to konieczne?
- Tak.
- Niech tam będzie. - powiedział chłopak za kierownicą. - Dawaj pan ten patent.
Marek chwycił ustnik wargami i zaczął dmuchać. Po wykonaniu tej czynności oddał funkcjonariuszowi alkomat. Ten popatrzył na wynik, skrzywił się, po czym oddał Markowi karteczkę z wydrukiem jego wyniku.
- Proszę jechać ostrożnie, łatwo wpaść w poślizg. - powiedział policjant.
- Dziękuję za radę i życzę miłego dnia.
Stróż prawa nie odpowiedział. Odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę drogi by wypatrywać następnego pojazdu do zgarnięcia. Chciał dzisiaj komuś wlepić mandat, bo to poprawiłoby mu trochę humor. Miał nadzieję zatrzymać ciężarówkę, bo te przeważnie nie spełniają norm transportowych bądź ich kierowcy są podpici. Oczekiwanie na łatwy łup umilał sobie obmyślaniem planu zemsty na tym ćwoku, Marianie. Może myślałby o czym innym gdyby spojrzał na dziewczynę, która siedziała obok chłopaka w sprawdzonym przed chwilą samochodzie. Zobaczyłby na jej twarzy wyraz niepomiernego zdziwienia, namalowany szeroko otwartymi oczyma i ustami wykrzywionymi w grymasie niemego krzyku o pomoc.
- Jak..? Co..? Nie..? - dukała gdy ruszyli w dalszą drogę.
- Nie wierzysz, to sama sprawdź. - powiedział Marek i podał jej karteczkę z wynikiem.
- Nie wierzę. Ta maszynka musiała być popsuta. Oszukiwałeś!
- Trudno jest oszukać na tym teście, a ja tego nie potrafię.
- To jakim cudem masz zero przecinek zero dwa promila we krwi?! Przecież sama widziałam jak obalasz butelkę wina! Nie mogłeś tak szybko wytrzeźwieć!
Stanęli na skrzyżowaniu, a Marek wykorzystał to, by odwrócić się w jej kierunku i chuchnąć w twarz. Nie dowierzała własnemu węchowi.
- Dobry soczek wiśniowy, prawda? - zapytał z tym swoim szelmowskim uśmieszkiem, który po chwili zniknął z jego twarzy - Czy twoim zdaniem byłbym w stanie wypić samemu całe tanie wino? Proszę cię, od samego zapachu tego gówna rzygać mi się chce, a co dopiero to pić! Myślisz, że pchałbym się po pijaku za kierownicę? Nigdy w życiu! Jeszcze wyrządziłbym komuś krzywdę. Zresztą za krótko mam prawo jazdy by stracić je z powodu czegoś tak głupiego. Poza tym, nigdy bym nie rozmawiał z tobą na tak poważny temat pod wpływem alkoholu.
Zamarła, gdy skończył mówić i, nie doczekawszy się reakcji z jej strony, skupił się na kierowaniu. Nie mógł wiedzieć, że dopiero teraz dotarło do niej, że on wszystko to zaplanował, że całe to zajście nie było jedynie przypadkiem. Chryste, to jakaś paranoja, pomyślała. Wśród chaosu, jaki teraz panował w jej głowie, dała radę wychwycić jedną myśl, obraz, który zaświadczał, że to nie fikcja, nie sen na jawie. Wcześniej był to nic nie znaczący szczegół, detal, jakich wiele dostrzega się codziennie i nie zwraca uwagi. Przypomniała sobie, że gdy wyciągał dzisiaj butelkę z plecaka, ta miała zerwaną banderolę.

część 1

część 2




Część 3

Mknął drogą w strugach deszczu. Sam. To go odprężało, pomagało opanować się, dać upust emocjom. Wyłączał wtedy radio i wsłuchiwał się pomruki silnika, mechanizmu zależnego od niego, nad którym miał pełną kontrolę. Czasem żałował, że podobnie nie jest z życiem, że nie jest się w stanie wszystkiego przewidzieć, ułożyć tak, jak samemu by się chciało. Choć, z drugiej strony, gdyby wszystko szło po naszej myśli, to byłoby nudno, nieprawdaż? Ulewa nie zelżała ani na moment. Nie przypominał sobie, by w ostatnim czasie padało tak mocno. Owszem, jak już, to bardzo krótko, ale to trwało już od dwóch godzin. Przez głowę przemknęło mu, że być może kontroluje pogodę? Nie, to niemożliwe. Jakby tak było, parę osób już dawno trafiłby grom z jasnego nieba.
Zastanawiał się nad tym, co spotkało go w ciągu ostatnich dni. Rozmowa z Pati i Stachem, cała ta szopka w parku, konfrontacja z NIĄ, kontrola na drodze, choć to wcale nie miało takiego znaczenia, no i w końcu to, jak się rozstali. Rozstali? A może rozeszli? Czy to był koniec, czy tylko kryzys? Wszystko było tak niejednoznaczne.
Jeszcze raz przypomniał sobie jak wyglądało ich pożegnanie.
Zajechał pod jej dom. Od rozmowy na skrzyżowaniu nie odzywali się do siebie. Był przekonany, że jak tylko się zatrzymają, to ona wysiądzie i trzaśnie drzwiami. Tak się jednak nie stało. Siedziała dalej, jakby na coś czekając. Poczuł, że powinien choć trochę wyjaśnić dlaczego zachowywał się w ten sposób. Zrobiło mu się jej żal, bo, bądź co bądź, ale wyrządził krzywdę ukochanej do niedawna osobie.
- Posłuchaj, przez parę ostatnich dni mam straszną sieczkę w głowie. Męczyłem się z tym i chciałem wyjaśnić wszystko jak najszybciej. Myślałem, że to będzie łatwe, zjadę cię z góry na dół i po sprawie, a tym czasem ty rzuciłaś nowe światło na to, co miało miejsce wtedy, na polanie. Teraz już... cholera... sam już nie wiem co mam myśleć na ten temat. Proszę, postaraj się mnie zrozumieć. Zostałem rzucony między młot a kowadło. Z jednej strony miałem świadectwo osób, które znam od dawna i które nie miały powodów, by mnie okłamywać i niszczyć nasz związek. Z drugiej strony mam twoje słowo, osoby, której powinienem ufać, a która mówi mi coś, co jest sprzeczne z pierwszą wersją.
Wyglądało na to, że chce coś powiedzieć, nabrała powietrza w płuca, ale zamiast słów usłyszał smutne westchnienie.
- Nie myśl, że ci nie ufam. Gdyby tak było, nie dałbym ci możliwości przedstawienia swojego punktu widzenia. - powiedział Marek, a po chwili dorzucił. - Eh, zamiast wszystko ułatwić to tylko namieszałaś. Teraz po prostu nie wiem komu mam wierzyć.
Nic nie odparła.
- Możesz siedzieć tu ile chcesz, nie będę cię wyganiał. Powiedziałem już wszystko, co chciałem. Przede mną jeszcze dużo myślenia zanim wydam ostateczny osąd. Potrzebuję czasu i samotności, by móc sobie wszystko poukładać. Dlatego, proszę cię, nie dzwoń do mnie. To ja się z tobą skontaktuję. Nie wiem kiedy to będzie. Może jutro, a może za tydzień? Nie wiem. Jeżeli nie będziesz chciała już więcej mnie widzieć - zrozumiem. Biorę na siebie pełną odpowiedzialność za to, co się dzisiaj stało i jestem w stanie ponieść konsekwencje. Nie oczekuję wybaczenia... Po tym wyznaniu zrobiło mu się nieco lżej na sercu. Na początku miał zamiar ją na końcu przeprosić, ale zrezygnował z tego. To byłaby niekonsekwencja z jego strony. Być może uczyni to za jakiś czas. A może nie zrobi tego wcale? Wszystko zależało od tego, jak poukłada sobie strzępki zdobytych informacji.
Otwarła drzwi i dźwięk ulewy stał się głośniejszy. Obróciła się w jego stronę. Nie wiedział, że wciąż czekała. Czekała, aż w końcu przyzna to, czego tak bardzo pragnęła. Tak bardzo chciała usłyszeć jak mówi, że... On jednak nie powiedział nic. Wśród strumieni zimnej, przenikliwej deszczówki cieknącej jej po twarzy zagubiła się ciepła, słona łza. Po chwili następna. I następna.
Obserwował jak idzie w kierunku ganku. Dystans, jaki miała do pokonania był niewielki, ale Markowi wydawało się, że jej marsz trwa nieskończoność. Myślał, że się jeszcze obróci. Nie zrobiła tego. Pomyślał, że może to i lepiej? Przynajmniej będę trochę bardziej obiektywny? Momentalnie wyśmiał sam siebie za to stwierdzenie. W końcu, jak możemy być obiektywni w sytuacji, która dotyczy bezpośrednio nas samych?
Wjechał w potężną kałużę, a samochodem szarpnęło w prawo tak ostro, że omal nie stracił nad nim panowania. Mało brakło i wyrżnąłby w krawężnik, co przy prędkości osiemdziesięciu kilometrów na godzinę skończyłoby się efektownym dachowaniem lub koziołkami, zakończonymi w ogródku jednego z mijanych domków jednorodzinnych. - Pierdolona w dupę pogoda! - zaczął kląć. - Kurwa mać wszystkich deszczy! Niech jasny chuj ją strzeli! Jakby na potwierdzenie jego słów, niebo rozdarła świetlista strzała, przemykając z jednej chmury do drugiej. Błysk oślepił go na chwilę, powodując feerię kwasowych barw przed oczyma. Dźwięk grzmotu wdarł mu się do uszu zaledwie sekundę potem.
- Dobra, dobra, kapuję! Kurwa, pokląć sobie nie można? - mruczał pod nosem, po chwili zaś dodał już nieco głośniej: - Hmmm, gadam sam do siebie i lżę zjawiska atmosferyczne, po czym te mi odpowiadają. Przynajmniej tak myślę. To mi wygląda na początkowe stadia utraty zmysłów. - wybuchnął śmiechem. Nie był to jednak rechot szaleńca, a raczej śmiech kogoś, kto próbuje się pocieszyć albo odpędzić prześladujące go myśli.
Już bez większych przeszkód udało mu się dojechać do swojego "pałacu przemyśleń". Było nim pobocze z metalową barierką, mającą chronić nieostrożnych kierowców przed stoczeniem się w dół stromego parowu tuż za nią. Dziwiło go to, że nikt przedsiębiorczy nie zmienił tego miejsca w taras widokowy z płatnymi lornetkami. Był jednak pewien, że po komercjalizacji zakątek ten straciłby cały swój urok i atmosferę.
Zgasił silnik, włączył światła pozycyjne by nikt go przypadkiem nie rąbnął, wziął głęboki wdech i popatrzył przed siebie. Długo trzymał powietrze w płucach, aż w końcu pozwolił mu uciec nozdrzami. Od razu poczuł się bardziej odprężony.
Widok roztaczający się przed jego oczami był przepiękny. Nie pamiętał który to już raz, ale najbardziej lubił przebywać tu nocą, bo wtedy panorama całego miasta była najokazalsza. Budynki, szare i ponure za dnia, w mroku nabierały nowego blasku, a brudne ulice ożywały mnogością kolorów. Niczym robaczki świętojańskie, pomykały po nich białe bądź czerwone świetliste punkciki, zmierzające w sobie tylko znanym kierunku. Marek zastanowił się, czy taki sam efekt osiągnięto by poprzez przyczepienie do mrówek różnokolorowych diod. Doszedł do wniosku, że to byłoby ciekawe, ale nie dawałoby takiego przyjemnego wrażenia, jakiego wtedy doświadczał. Starał się śledzić każdy świetlisty punkcik, wiedząc, że tak naprawdę jest to taki sam człowiek jak on, który ma swoje sprawy na głowie i nie jest świadomy tego, jak teraz widzi go Marek. Cały cudowny efekt wizualny potęgował ulewny, rozmazujący otoczenie deszcz oraz błyskawice, przetaczające się po całym widnokręgu i rozświetlające wszystko, jakby na ułamek sekundy dzień niespodziewanie pokonał noc. Nasz bohater czuł w tym coś mistycznego. Od zawsze fascynowały go pioruny, uwielbiał je obserwować ze zwiększonym poziomem adrenaliny we krwi, czując jednocześnie wobec nich podziw i prymitywny, atawistyczny strach. Wtedy zdawał sobie sprawę jak potężną siłą jest natura i jak mało w stosunku do niej znaczy człowiek.
Dobra, chłopie, pomyślał, nie po to tu przyjechałeś. Zajmij się tym teraz, by mieć to jak najszybciej z głowy. Rzucił jeszcze jedno świadome spojrzenie na świat, po czym przestał zwracać uwagę na to, co dzieje się dookoła. Rozpoczął analizę.
Wedle tego, co powiedziała Pati, ONA kłamie. Tylko czy tak wygląda ktoś, kto łże? Nie wydaje mi się. Albo jest tak dobrą aktorką i dała radę mnie oszukać, albo jej żal był szczery. Ale przecież Pati nie miała powodów by doprowadzać do mojego rozstania z NIĄ. Ma przecież swojego chłopa i widać, że jest im ze sobą dobrze. Chyba, że pomagałaby Stachowi. Nie, to niemożliwe. Nie zrobiłaby mi tego. Stachu nie wykazywał objawów zainteresowania NIĄ, poza tym już od dłuższego czasu poluje na pewną panienkę ze swojej szkoły, a jeśli przypadkiem miał ochotę na mnie, to by się rozczarował. Nie, oni by mnie nie oszukali, musieli mówić prawdę. To oznaczałoby, że ONA jednak kłamie. No dobra, ale pozostaje podstawowe pytanie PO CO miała by to robić? Przecież, jeśli to rzeczywiście trwa już od dłuższego czasu, mogła równie dobrze od samego początku związać się z Crisem lub odejść ode mnie, a tego nie zrobiła. Dla niej bez sensu byłoby jednoczesne utrzymywanie naszego związku i romansowanie z nim. Przecież nie jesteśmy małżeństwem, zmiana partnera to nie taki problem. Po co się oszukiwać? Zresztą, to, jak reagowała na moje zarzuty, na wszystko, co mówiłem, ten smutek w oczach, żal, dezorientacja, zrezygnowanie świadczą o tym, że ona też nie kłamała. Tak cierpieć potrafi tylko ktoś, kto naprawdę kocha. Ale skoro zarówno Pati ze Stachem jak i ONA mówią prawdę, to nasuwa się sprzeczność. Kurwa, wszystko przez ten kretyński incydent! Zaraz, a może tu leży pies pogrzebany? Pati mówiła, że ściągali JĄ z Crisa w, jak to określiła, "jednoznacznej sytuacji". ONA zaś, że została przez niego przewrócona, a Pati i Stachu pojawili się akurat wtedy, gdy siedziała na nim i śmiała mu się w twarz z propozycji, jaką jej złożył. Boże, przecież to takie proste! Jak mogłem być tak ślepy i nie skojarzyć tak ewidentnych faktów?! Chryste, co ja najlepszego zrobiłem?! Muszę do niej jechać, przeprosić, powiedzieć, że to był po prostu splot złych okoliczności, źle zinterpretowana sytuacja, że nikt nie ponosi za to winy oprócz mnie...

* * *

- Dawaj, Andre, podkręć muzę! Więcej czadu, kurwa!
- I gaz do dechy!
- Się robi, ziomy!
Andre od niedawna posiadał prawo jazdy, ale, jeszcze zanim je zdobył, miał już wprawę w prowadzeniu auta, zdobytą podczas jazd z ojcem po pustym parkingu koło stadionu i podrzędnych dróżkach pod miastem. A przynajmniej tak myślał.
Jak tylko pochwalił się zdaniem egzaminu, kumple od razu zwietrzyli dobrą zabawę i naciągnęli go, by wziął auto od starego, bo swojego jeszcze nie miał. Gdy nie uzyskał pozwolenia koledzy zaczęli na niego krzywo patrzeć i puszczać teksty w stylu: "No co ty, postarałbyś się bardziej." , "Myśleliśmy, że jesteś bardziej wyluzowany.", "Postaw się staremu, co ci będzie, kurwa, dyktował, co masz robić?!", aż w końcu padła propozycja, by po prostu zakosił kluczyki. Andre nie był przekonany do tego pomysłu, nie był w zbyt napiętych stosunkach z rodzicami, a taki incydent na pewno by je popsuł. Z początku stawiał opór, ale gdy poczuł się odtrącany z grupy postanowił się przełamać. W końcu, czego nie robi się dla kumpli? Przecież oni zrobiliby to samo dla niego, prawda? Jak dobrze pójdzie, to może starzy nawet się nie zorientują? Są tak zajęci swoimi sprawami i pracą, że nie zwracają nawet uwagi czy jest w domu, czy nie.
W ten oto sposób szalał teraz ze swoimi ziomkami po mało uczęszczanych drogach wokół miasta. Od momentu gdy zaczął padać deszcz w jego poczynania wkradła się nerwowość, bo nigdy wcześniej nie jeździł w takich warunkach. Z czasem uspokoił się jednak i nabrał pewności siebie.
- Ja-ja-ja-ja-jazdaaaa! - zawtórowali na całe gardła gościowi ryczącemu z potężnych głośników.
- Chłopie, te głośniki są total rozpierdol!
- Kurwa, Andre, ale masz zajebistą furę!
- Jesteś spoko ziom, nie ma co!
- Się rozumie! - odpowiadał Andre. Cieszył się, że jest podziwiany przez kolegów. W ten sposób zwracał na siebie ich uwagę. Był od nich o wiele bogatszy, mieszkał w wystawnym domu, niedaleko obskurnego, komunistycznego blokowiska, na którym żyli wszyscy jego znajomi. Jego rodzicom udało się dorobić podczas przemian, jakie nastąpiły po roku 1989. Zapewniali mu wszystko, dach nad głową, nowoczesny sprzęt, modne ubrania, pełną lodówkę, ba, gdyby poprosił, to nawet dziwkę by mu załatwili. W końcu to już dorosły chłopak i ma swoje potrzeby. Dziewczynę też w końcu sobie znajdzie, a póki co, to czemu miałby walić konia pod prysznicem, czy gdzie tam lubi to robić i wypaczać sobie psychikę, bądź pieprzyć się z jakimiś niepewnymi, stojącymi przy szosie zasyfiałymi lafiryndami, skoro może mieć ekskluzywną panienkę? Przecież jeszcze, nie daj Boże, zostanie pedałem czy innym zboczeńcem lub złapie jakieś choróbsko! Cóż wtedy ludzie powiedzą? Takie właśnie było podejście jego rodziców do wszelkich spraw. Innymi słowy, dawali mu wszystko, czego tylko dusza zapragnie, oprócz najważniejszego - zainteresowania i miłości.
- Masz, Andre, ściągnij bucha!
- Dobra, trzymaj kierownicę.
Przejął gorącą lufkę od Kosy, który swoją ksywkę zawdzięczał temu, że zawsze gdy grali w piłkę on miał na koncie najwięcej fauli. Oczywiście, on sam uważał, że jego bezpardonowe wejścia są zgodne z przepisami i nie raz kończyli mecz nie tylko z sińcami na nogach, ale także poobijanymi twarzami.
- O, stary, mega zioło. - powiedział, a właściwie wykaszlał Andre, gdy nie był już w stanie utrzymać gryzącego dymu w płucach. - Dobra, dawaj kółko z powrotem.
Po chwili zaczęło go ogarniać to przyjemne, nie towarzyszące niczemu innemu uczucie. Miał wrażenie, że staje się lżejszy, jego ruchy są bardziej płynne, problemy mają proste rozwiązania, a świat nabiera nowych barw. Tak, kochał ten stan. Dzięki niemu znów mógł cieszyć się życiem.
- Pociągnij sobie jeszcze! - nalegał Kosa. - To dobry shit, brat przywiózł mi z Holandii.
- Ja-ja-ja-ja-jazdaaaa! - huknęło z głośników.
Znowu dał Kosie kierownicę do potrzymania. Nie raz już widział, jak chłopaki bawią się w ten sposób. Jeden gazuje, hamuje i zmienia biegi, a drugi trzyma kierownicę jedną ręką. Zawsze była przy tym kupa śmiechu.
Do nozdrzy uderzył ten intensywny, słodki zapach, który tak bardzo lubił. Kojarzył mu się z przyjemnymi chwilami jego życia. Tak było aż do wtedy. Do zakrętu.

* * *

Z rozmyślań wyrwał go nagły błysk. Nie była to jednak, jak mu się wydawało, błyskawica, która uderzyła gdzieś niedaleko. W końcu wokół niego rósł las i Matka Natura miała w co strzelać piorunami. Jednak to nie jej sprawką było chwilowe oślepienie Marka. Zrobiły to reflektory nadjeżdżającego zza zakrętu samochodu, odbijające się w lusterku wstecznym.

* * *

Dwa słabe, czerwone punkty wyskoczyły zza zakrętu.
Andremu zdawało się, że czas zwolnił swój bieg. Zarówno widok zbliżających się świateł wstecznych jakiegoś samochodu jak i samo to wrażenie były dla niego tak piorunujące, że przez ułamek sekundy był zdezorientowany, nie wiedział co ma robić. Inni zdawali się tego nie widzieć, nie zwracali uwagi, że prują właśnie komuś prosto w tył. Rechotali sobie w najlepsze.
Jakiś podświadomy impuls pozwolił mu przerwać jego impas, czy też, jak to mówili między sobą, "zawieszkę". Upuścił lufkę i zapalniczkę na podłogę, przez co cały towar rozsypał się pod jego nogami, po czym strącił rękę Kosy z kierownicy, próbując desperackim szarpnięciem uniknąć wypadku.
Za późno.
- Co ty...?! - zdążył jeszcze powiedzieć Kosa, chcąc opierdolić Andrego za marnowanie trawy, gdy popatrzył przed siebie. - O, kurwa.
Siła odśrodkowa wychyliła ich w prawo. Moment potem poczuli potężne uderzenie, połączone z dźwiękiem zgrzytającego, gniecionego metalu i ciężkim, basowym buczeniem cichnących głośników. W twarz strzeliły im poduszki powietrzne, chroniąc ich przed impetem kolizji.
- Jezu! Ja pierdolę!
- Kurwa, moja ręka!
- Jestem cały! Ha, ha, jestem cały!
- Andre, żyjesz?
Andre żył. Był o tym przekonany, nie mogło być inaczej. Utwierdzało go w tym to, że docierają do niego wszystkie bodźce. Przez moment myślał, że jednak umarł, bo miał czerń przed oczami, która okazała się być poduszką powietrzną. Ktoś włączył wewnętrzną lampkę. Widział przerażone oczy swoich kumpli. O dziwo, wyglądało na to, że nie odnieśli poważniejszych obrażeń prócz zadrapań lub stłuczeń. Jeden tylko trzymał się za rękę.
- Złamana? - zapytał.
- Nie, chyba tylko skręciłem nadgarstek, ale boli jak sam skurwysyn.
- Ja pierdolę, ale boli mnie ramię. - powiedział Kosa. - No, Andre, kurwa, nie ma co. Nigdy nie sądziłem, że pasy są do czegoś potrzebne.
- No, dobrze, że kazałeś nam je zapiąć.
- Stara by mnie pewnie nie poznała, gdybym wypierdolił przez przednią szybę. Z gęby miałbym krwawą sałatkę.
- Wiele gorzej byś nie wyglądał. Masz tyle pryszczy, że kojarzysz mi się z truskawką.
Zaczęli się chichrać.
- Wydupiaj, kutasie!
Andre nie przysłuchiwał się ich kłótni. Nadal dochodził do siebie. Dopiero teraz zaczął czuć ból w obojczyku i promieniujące ciepło, które wyciekało mu z okolicy skroni i spływało po lewym policzku. Dotknął się i popatrzył na palce. Krew.
Sięgnął do schowka i wyjął latarkę, po czym odpiął pas bezpieczeństwa. Otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz, w słabnący już deszcz, by sprawdzić jak wyglądają uszkodzenia. Kumple, zbyt zajęci naśmiewaniem się z siebie i porównywaniem do warzyw oraz owoców, nie zwrócili na ten fakt uwagi. Zupełnie jakby nic się nie stało. Zniszczenia były mniejsze niż się tego obawiał. Cały zderzak był strzaskany, podobnie jak cała lewa strona samochodu od przodu do koła. Lewy reflektor przestał istnieć, ale osłona prawego była tylko pęknięta. Podobnie było z resztą przodu i maską, które były mocno pogniecione i powyginane, ale uszkodzenia nie wyglądały na tyle poważnie, by uniemożliwić dalszą jazdę. Nie wiedział jakim cudem, ale przednia szyba pozostała nie tknięta.
Dziękował Bogu, że ojciec wykosztował się na tak bezpieczne auto.
Mimo to, coś go drażniło. Był to dźwięk, z początku w ogóle nie przykuwający uwagi, grający gdzieś w oddali, ale z czasem przybierający na sile, rozbrzmiewając coraz głośniejszym echem w jego głowie.
- Co to, kurwa, jest?! - mruknął do siebie.
Wytężył zmysły. Oświecenie spłynęło jak grom z jasnego nieba.
Klakson.
Popatrzył w kierunku miejsca, gdzie spodziewał się zobaczyć samochód, w który uderzył. Pewnie zaraz wysiądzie z niego zdenerwowany kierowca, chcący w sposób dosadny pokazać mu, jak bardzo jest wściekły. Ale auta nie było. Przed nim była jedynie powyginana barierka, której przerwane ramiona były wyciągnięte w kierunku przepaści, zastygłe w agonalnym geście, niczym ręce kogoś, kto próbował coś złapać, ale mu się nie udało.
Z przerażeniem podszedł do krawędzi stoku, z głębi którego dochodził ten straszliwy dźwięk. Andre poświecił latarką w dół i zobaczył zmasakrowany samochód, który staczając się musiał zahaczyć o kilka drzew, aż w końcu wkomponował się w jedno z nich, zmieniając cały przód w harmonijkę. Widok ten skojarzył mu się ze zmiętym kawałkiem papieru lub resorakiem zmiażdżonym przez ciężarówkę, których w szczenięcych latach wiele podkładał na drodze koło osiedla.
Mrok nocy rozświetliła błyskawica, w świetle której Adi przez chwilę widział rękę wystającą przez wybitą szybę. Kończyna miała otwarte złamanie i od przedramienia w dół dyndała jeszcze na boki, wraz z pokrwawioną dłonią, zastygłą w spazmatycznym, nienaturalnym geście.
Andre momentalnie odwrócił się w przeciwnym kierunku, padł na kolana i zwymiotował. Gdy już skończył, podniósł się i, nie bacząc na to, że jest cały umorusany mieszanką błota i jeszcze ciepłych rzygowin, popędził w kierunku swojego pojazdu.
- Stary, co jest? - zapytał go Kosa, gdy wsiadł do środka i zaczął próbować uruchomić silnik.
- Co z tym drugim?
- Nic. - odparł głucho Andre.
- Jedziemy?
- Tak.
- Ale przecież... - próbował protestować siedzący z tyłu Maniek, mając przebłysk świadomości.
- Ja pierdolę, ja jadę! - krzyczał Andre z obłędem w oczach. - Chcecie, to wysiadajcie! Ja tu nie zostaję!
- No cóż, panowie, spierdalamy! - zarechotał Kosa. Po chwili pozostali mu zawtórowali.
Tylko Andremu nie było do śmiechu. Nie obchodziło go, że krew cieknie mu z czoła. Nie zastanawiał się nad tym jak wytłumaczy stan swój i samochodu. Nie obchodziły go konsekwencje, jakie niewątpliwie poniesie. Jedyne, o czym wtedy myślał, to znaleźć się jak najdalej od tamtego przeklętego miejsca, od tego głuchego, przeciągłego jęku klaksonu. Ale jego przeznaczeniem nie było uciec. Co prawda, gdy ma się wpływowych rodziców z odpowiednimi znajomościami można uniknąć odpowiedzialności za swój czyn, ale nie zagłuszy się w ten sposób głosu sumienia. Nie prawiło mu ono kazań, nie nastręczało rozterek moralnych. Jego sumienie zmieniło się w TEN dźwięk. Dźwięk martwego klaksonu, który miał go prześladować już na zawsze, odbijając się echem w każdej sekundzie egzystencji, błąkając się po czeluściach świadomości do momentu, gdy zapadnie cisza. Wtedy hałas ten nawiedzał go ze wzmożoną siłą, doprowadzając do obłędu. Jednak jeszcze gorszy był widok tej upiornej, trupiobladej, pokrwawionej ręki, która w snach wyciągała swe zmasakrowane palce w jego kierunku. Próbował uciekać, ale nogi miał wtedy jak z betonu, nie mógł się ruszyć. Próbował bronić się rękoma, ale te nie reagowały na jego wolę. Próbował krzyczeć, wołać o pomoc, ale z otwartego gardła wydobywał się tylko szary, słodkawy dym. A ręka zmierzała ku niemu, chwytała za szyję i ściągała w dół, by zobaczył, czego narobił i poniósł karę. Czuł, jak miażdży mu szyję, ale zawsze budził się moment przed własną śmiercią, zlany zimnym potem i z sercem bijącym jak oszalałe. Można zatem stwierdzić, że wprawdzie Andre nie doświadczył ludzkiej sprawiedliwości, ale za to nękała go ta inna, o wiele potężniejsza - jego własna.

* * *

Błysk.
Uderzenie.
Hałas.
Co się dzieje?
Gwałtowne szarpnięcia.
Przeszywający ból w przedramieniu.
Czy to już koniec?
Tak. Chyba tak. Nie sądziłem, że tak to będzie wyglądało.

* * *

Gdy miał niespełna pięć lat, jego rodziną wstrząsnęła straszna tragedia. Jego młodsza siostra zmarła z powodu schorzenia serca, przeżywszy nieco ponad cztery miesiące.
Mimo, że zdarzyło się to czternaście lat temu, czas nie zdołał zatrzeć w jego pamięci obrazu, jaki się w niej wyrył tamtego dnia.
Byli u babci. Jego rodzice, druga siostra, babcia z dziadkiem, wujek z ciocią, wszyscy. Oczekiwali na telefon z kliniki dziecięcej w Warszawie. Atmosfera była tak gęsta, że niemal dało się ją krajać nożem. Nawet taki bachor, jakim był wtedy, wyczuwał panujące napięcie, choć go nie rozumiał. Drażniła go wszechobecna cisza, podenerwowanie domowników, którzy nie chcieli się nim zająć, a przecież jemu się nudziło.
W końcu dało się słyszeć miarowe brzdękanie starego aparatu telefonicznego. Cały świat zamarł.
Mama podniosła słuchawkę. Potaknęła kilka razy głową. W pewnym momencie zauważył, że ugięła się, zachwiało nią, jakby ktoś zarzucił jej na plecy ogromny ciężar. Łzy popłynęły jej po policzkach, żłobiąc zagłębienia w jej gładkiej, zawsze uśmiechniętej i życzliwej twarzy. Stojący obok ojciec objął mamę, która zaczęła wypłakiwać mu się w ramię i przejął od niej słuchawkę.
- Dziś w nocy? - zapytał. - Tak. Dobrze. Dobrze. Oczywiście, jutro się zgłoszę. Do widzenia.
Rozłączył się i mocniej przytulił swoją żonę. Jak rozmawiał z lekarzem był twardy, konkretny. Można było odnieść wrażenie, że go to nie porusza. Błędne wrażenie. Gdy tylko odwiesił słuchawkę na widełki i on zaszlochał cicho. Jego ojciec zawsze twierdził, że prawdziwy mężczyzna nie boi się okazywać emocji, nie boi się płaczu.
Dla Marka kolory straciły swoją moc. Patrzył, jak wszyscy podchodzą do jego matki i obejmują ją w geście solidarności z jej żałobą. Każdy miał zaczerwienione oczy, jakby przestał przed chwilą kroić cebulę. On również zbliżył się do mamy i przytulił się. Położyła mu rękę na głowie i przejechała po policzku. Nie zwróciła uwagi, że te były suche. Marek nie ronił łez i to nie dlatego, że nie szkoda mu było jego siostrzyczki i nie współczuł mamie. Przeżywał to tak jak każdy, kto był wtedy u babci. Po prostu nie wiedział jak ma płakać po kimś, kogo w życiu nie widział na oczy.
Jak myślisz, czytelniku - jak jej było na imię?

* * *

- Marek , możesz pożyczyć mi zeszyt?
- Pewnie, nie ma problemu.
- Na pewno go nie potrzebujesz?
- Nie, na pewno.
- Dzięki. - rzuciła z uśmiechem nieduża dziewczyna o słodkim głosie. Marek podkochiwał się w niej już od pewnego czasu, ale swoje uczucia zachowywał dla siebie. Co prawda, wydawało mu się, że widzi u niej oznaki zainteresowania jego osobą, ale zawsze potrafił to sobie wyperswadować. Nasz umysł często bywa naszym największym wrogiem.
- Cholera, co z tego, że to przepiszę, jeśli nic nie rozumiem. - powiedziała.
- Jak chcesz, to mogę ci wytłumaczyć. - zaproponował Marek jakby od niechcenia, ale miał ogromną nadzieję, że się zgodzi.
- Naprawdę mógłbyś?
- Gdybym nie mógł, to bym się nie oferował.
- Świetnie, tylko kiedy? Sprawdzian już za dwa dni.
- Możemy pójść do mnie po lekcjach, to ci na spokojnie wytłumaczę.
- Nie chcę robić problemu. Nie lepiej w szkole?
- Daj spokój, jaki problem. W szkole co przerwę jest hałas i moje tłumaczenia nic by ci nie dały. Poza tym, siostra jest na "zielonej szkole", a starzy późno wracają.
- To w porządku. Dziękuję ci bardzo, jesteś kochany! - powiedziała, po czym rzuciła mu się na szyję i cmoknęła w policzek. Zamurowało go.
- To do jutra! Pa! - pomachała na pożegnanie.
- Cześć. - odparł wciąż zdezorientowany.
Stał tak jeszcze przez chwilę. Kto wie, pomyślał, może jednak? Wybadam sytuację, a potem się zobaczy. Uśmiechnął się. W jego klasie były jeszcze dwie dziewczyny o jej imieniu, ale żadna nie zwracała na siebie uwagi tak jak ona. Była istnym wulkanem radosnej, pozytywnej energii, zawsze gotowa by kogoś pocieszyć. Tak, zobaczymy jutro. Ale nic z tego nie wyniknęło. Brakło mu odwagi by posunąć się dalej. Przepuścił wtedy swoją okazję na szczęście. Nie był to pierwszy taki przypadek. Ale los był na tyle łaskaw, by w przyszłości dać mu jeszcze jedną szansę. Jak myślisz - jak ta koleżanka miała na imię?

* * *

Marek siedział przy stoliku w jednym z pubów na rynku. Sączył piwo i rozmyślał nad gnębiącym go problemem. Jak to rozwiązać? Kurwa, że też zawsze mi przytrafiają się takie rzeczy. Na dodatek jeszcze ta upierdliwa barmanka. Ciągle się na mnie gapi. Czego ona chce?
W pewnym momencie podszedł do niej jakiś mężczyzna i zagadnął. Gdy usłyszał jej imię, twarz wykrzywił mu szyderczy, złośliwy uśmiech. Tylko dlaczego? Przecież to tylko imię, takie jak każde inne? A może to właśnie o to imię chodzi? Nie, bez przesady. To bez sensu.
Zaciekawiło go jak musiał wyglądać gdy kelnerka spojrzała na niego. Wyglądała jakby zamarła spetryfikowana lub miała chwilową zaćmę. Moment potem ocknęła się i weszła z tym mężczyzną do baru. Marek wrócił do swoich rozważań, biorąc jeden z ostatnich łyków trochę już ciepłego, ale nadal smacznego złocistego napoju. Wszystko miał już ułożone, przemyślane, więc dla zabicia czasu, pozostałego mu do odjazdu pociągu, zaczął bawić się wafelkiem piwnym i wtedy spłynął na niego osobliwy pomysł. Pogrzebał w plecaku i wyjął długopis. Przelał myśl pośpiesznie gryzmoląc na kawałku zwilgotniałego, kolorowego kartonu. Udało się, nie widziała tego.
Pociągnął ostatni łyk i odłożył pusty kufel, z resztkami białej piany ściekającej po jego ściankach, na przed chwilą zapisany wafel.
Wstał i poszedł w kierunku stacji kolejowej. Gdy miał zniknąć za rogiem, obejrzał się, by zobaczyć czy jakoś zareagowała na treść wiadomości, o ile w ogóle zwróciła na nią uwagę i przeczytała. Nie przeliczył się. Stała tam ze zdziwieniem w oczach. Uśmiechnął się, machnął ręką i ruszył dalej. Pomyślał o tym, co napisał: "Siedząc tutaj obmyślałem plan zemsty na niewiernej dziewczynie. Dziękuję za miłą obsługę i pozdrawiam!:)", po czym stwierdził, że jest idiotą.
Jak myślisz - jak barmanka miała na imię?

* * *

Były też inne obrazy, sceny, wydarzenia. Widok dzieci bawiących się w przedszkolu. Znajomi z podstawówki. Gabinet lekarski i badania kardiologiczne. Ludzie mijani na ulicy, ich liczne grupy i pojedyncze osoby, zastygłe w najróżniejszych sytuacjach, przelatujące mu przed oczyma niczym zdjęcia wrzucone na taśmę filmową. Co to wszystko znaczy? Dlaczego widzę właśnie to? Nie potrafił znaleźć wspólnego mianownika dla tych wizji.
I wtedy go olśniło.
IMIĘ.
Był tego pewien.
To ONO.
To była JEGO wina. Dopiero teraz zauważył, iż prześladowało go od kiedy sięgał pamięcią. Był z nim związany jakąś wypaczoną więzią, chorym przeznaczeniem. Dlaczego, nie wiedział. Nie mógł inaczej wytłumaczyć sobie faktu, że większość, zarówno kluczowych jak i zupełnie mu nie znanych, obojętnych, osób z jego życia nosiła to samo imię. A może to był tylko przypadek, zrządzenie losu, jego perwersyjny żart?
Przed oczami stanęła ONA. Tak, ONA też nosiła to imię. Jej wesoła twarz patrzyła na niego zalotnie. Nie taką ją widział po raz ostatni. Przez nią się tu dzisiaj znalazł, ale miał świadomość, że po części jest to wina wszystkich ludzi. Nie miał do nich żalu. Najwyraźniej tak miało być.
Znów pomyślał o NIEJ. Uśmiechnęła się do niego. On odpowiedział tym samym.
- Ko... - nie dane mu było dokończyć.
W chwili, gdy to mówił, samochód, kończąc swój agonalny lot, wbił się w drzewo. Marek uderzył czerepem w kierownicę z takim impetem, że jego szyja nie wytrzymała i kręgi zadziałały na rdzeń kręgowy niczym naturalna gilotyna, rwąc go na kawałki. Zgodnie z prawami fizyki, jego bezwładna już głowa odbiła się jeszcze, palnęła w zagłówek, po czym opadła na z powrotem na kierownicę wciskając klakson. Z rozbitego czoła i otwartych ust popłynęła szkarłatna, gęsta ciecz, mieszając się z błotem, deszczem, liśćmi i innymi elementami ściółki, które zdążyły nacieknąć do wraku pojazdu, stalowej trumny, w której spoczęło zmaltretowane ciało Marka. Deszcz padał dalej, zniekształcając niesiony przez wiatr jęk klaksonu. W oddali strzelił piorun.
Do zniszczonego samochodu wleciała przemoczona sójka z zamiarem przeczekania tego okropnego deszczu. Popatrzyła swoimi czarnymi ślepkami w niewidzące, puste oczy jakiejś ogromnej istoty. Ta nie dawała znaku życia, więc ptaszek wskoczył jej na głowę i z włosów uwił sobie tymczasowe schronienie, dające choć trochę ochrony przed chłodem.
A jak brzmiało to tajemnicze IMIĘ? To, czytelniku, już twoja sprawa jakie sobie tam wstawisz. W końcu to wszystko zależy od ciebie. A przynajmniej tak ci się wydaje...


NoNameMan

nonameman@tlen.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||