Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: DraVi ::::

Woda z mitologii



ROZDZIAŁ1: Gdy się człowiek spieszy...

Obudziłem się gwałtownie. Zawsze tak reaguję na mój okropny budzik. Jest to jedna z kilku rzeczy których najbardziej nie lubię. Wyłączyłem go i spojrzałem na zegarek. Za godzinę do szkoły.
To kupa czasu - pomyślałem. Więc spokojnie się umyłem, ubrałem i coś zjadłem...
Co? Za pięć wpół do ósmej? Wielki Skocie! Już tak późno?
Porwałem plecak i wybiegłem z domu niczym struś pędziwiatr.
Biegłem tak szybko,że w pewnym momencie straciłem równowagę i upadłem.
Powoli otworzyłem oczy i... zobaczyłem ciemność!
Ciemność widzę! Widzę ciemność - przypomniałem sobie kadr z filmu "Seksmisja". Wokół mnie panowały prawdziwie egipskie ciemności, tylko nade mną świeciło słabe światło, którego źródła nie mogłem dostrzec.
- No proszę, kogo my tu mamy. Jakiś frajer...- odezwał się czyjś głos.
Rozejrzałem się, wokoło, ale nikogo nie zobaczyłem.
- Pokaż się natychmiast! - krzyknąłem. W odległości około 5 metrów ode mnie ukazał się starszy chłopak, na oko 17 lat, w chitonie i sandałach firmy "Atletic", które miały skrzydełka, dzięki którym unosił się w powietrzu.
Pomyślałem: czego to człowiek nie wymyśli...no, ale jak są podpaski ze skrzydełkami to chyba do sandałów nie ma się czego czepiać.
- Gdzie jesteśmy?- spytałem.
- Witaj w Hadesie.-powiedział chłopak z dumą.
- Super - mruknąłem pod nosem.
- Podoba się?
- Raczej nie przyjadę tu na wakacje. Co tu robisz?
- Chcę się założyć.
- O co?
- Ścigamy się do góry Olimp. Jeśli dobiegniesz pierwszy wrócisz do domu.
- A jeśli nie?
- To zostaniesz tu na zawsze, frajerze!
- Super - mruknąłem pod nosem.
- No to zaczynamy! - krzyknął, przeleciał mi nad głową i znikł w ciemnościach.
Ruszyłem w kierunku w którym odleciał. Po jakimś czasie zauważyłem rzekę. Przy brzegu stała biała łódka z niebieskim napisem "Bols". W niej siedział jakiś facet.
Rzeka Styks, a to pewnie Charon, ale inaczej to sobie wyobrażałem.
Przewoźnik siedział na burcie i ciągnął z butelki.
- Przepraszam pana, którędy do wyjścia?
- Cco? Yup (czknięcie) Ja nie wiem. - jechało od niego wódką - Ja mogę cię przewieść przez rzekę za jednego euro.- powiedział i opróżnił do dna trzymaną butelkę.
Przyznam ,że zrobiło to na mnie duże wrażenie, no ale jak ma się tak nudną pracę to trzeba się jakoś rozerwać, nie?
- Euro? A nie obola? - spytałem.
- Człowieku! - tu na chwilę przerwał bo dotarło do niego że butelka jest pusta i zanurzył ją w rzece, po czym pociągnął z niej zdrowo.
Rzeka wódki - pomyślałem - fajna praca, jestem ciekaw jaką trzeba mieć specjalizację aby dostać taki etat.
- Świat idzie naprzód - kontynuował Charon - trzeba iść z duchem czasu! Więc płać albo płacz.
Zacząłem przetrząsać kieszenie w nadziei, że nie wydałem wczoraj wszystkiego na chipsy i że przyjmie monety polskie. Niestety tego drugiego nie mogłem sprawdzić gdyż nie miałem przy sobie ani grosza!
- Więc nie masz szmalu! Więc cię stąd przepędzę! Cerber bierz go!!!
Nagle tuż za sobą usłyszałem złowrogie warczenie psa. Mimowolnie odwróciłem głowę i spostrzegłem że za mną stoi czarny pies, o trzech, szczerzących kły na mnie głowach. Był dwa razy większy ode mnie.
- Wielki Skocie! - powiedziałem i wziąłem nogi za pas.
Tym razem biegłem szybciej niż struś braci Warnerów.
Już brakło mi tchu. Już zwalniałem. Gdy nagle usłyszałem:
- JIIIIIII HAAAAA - i nagle coś spadło na środkową głowę Cerbera.
Był to jakiś człowiek ubrany w skórę lwa . Cerber zaczął się szamotać próbując zwalić jeźdźca.
- Wskakuj - krzyknął i wysunął rękę w moją stronę.
Zdziwiło mnie to, z jaką łatwością udało mu się wrzucić mnie na grzbiet psa.
- NO TO JAZDA!!! - krzyknął.
Cerber zaczął biec przed siebie jak opętany ale sytuacja wydawała się być opanowana więc spytałem nieśmiało.
- Ale ty nie jesteś tarzan?
- O nie... Jestem Herkules i właśnie wypełniam swoje dwunaste zadanie, a tą skórę zrobiłem sobie z lwa którego nie imała się żadna broń, więc zagłodziłem drania. A ty jak się nazywasz?
- O przepraszam. Jestem Weber. Kostek Weber i znalazłem się tu przypadkiem. A na czym polega to zadanie?
- Mam zawieść tego psiaczka do pewnego króla.
Psiaczka... psy powinno się trzymać w kagańcach, a tak swoją drogą to jestem ciekaw, jak taki kaganiec dla niego by wyglądał.
Galopowaliśmy tak chyba z pół godziny kiedy w końcu wydostaliśmy się z Hadesu przez jakąś jaskinię i trzeba było pomyśleć jak zatrzymać psa.
- Przecież nie wyskoczę mu pod paszczę ani nie dogonię - tłumaczył się Herkules.
Wtem przyszedł mi do głowy dziwny pomysł ale pomyślałem, że warto spróbować. Mianowicie włączyłem muzyczki z zegarka, strasznie tandetne ale...
Ale poskutkowało. Pies po chwili leżał na ziemi i smacznie spał.
Czytało się Harego Pottera - pomyślałem z dumą.
- Dobra robota - powiedział Herkules.
- Następnym razem zanim na coś wejdziesz upewnij się że wiesz, jak zejść.
Rozbiliśmy obóz na polanie. Na kolację był paprykarz szczeciński w puszce firmy "Pandora". Z jakiegoś powodu wolałem go nie otwierać.

ROZDZIAŁ 2: Złoto do kwadratu

Następny dzień był okropny. Obudziłem się jak zwykle zmęczony i na dodatek wstałem chyba lewą nogą, bo miałem zły humor i bolały mnie zęby. Jakby tego było mało musieliśmy się rozstać z Herkulesem. Więc maszerowałem smętnie dalej w kierunku góry Olimp. Wędrowałem właśnie przez jakiś las, kiedy usłyszałem w oddali ciągły krzyk. Narastał... zbliżał się do mnie. Rozglądałem się wokoło, ale niczego nie zauważyłem. Krzyk był już tak blisko ,że zamknąłem oczy. Nagle coś spadło z hukiem obok mnie. Powoli otworzyłem jedno oko. Na ziemi leżał jakiś facet ze sztucznymi skrzydłami przyczepionymi do ramion. Skrzydła były stopione. Do tuniki miał przyczepiony identyfikator: "IKAR - McDonald`s dostawy lotnicze".
Super. Tylko od kiedy McDonald`s dowozi jedzenie do domu?
Nagle przeleciał obok mnie Hermes i ujrzawszy Ikara powiedział:
- Skrzydła montuje się na butach! Frajerze! - i odleciał.
Cóż, biedny Ikar, ale to jego wina, że używał wosku; przecież mógł użyć "Kropelki" czy "Super gluta", to niewiele kosztuje...
Zdarzenie to przygnębiło mnie jeszcze bardziej... A na dodatek te zęby. Ale to nie był zły dzień tylko dla mnie.
Spotkałem po drodze Sfinksa który zadał mi taką zagadkę:
W czerwonej stajni trzydzieści białych koni
Kłapie, tupie a czasem ze strachu dzwoni

Właściwie to nie znałem odpowiedzi a cały czas bolały mnie zęby, więc spytałem gdzie je mogę wyleczyć. Sfinks słysząc to wskoczył do przepaści i się zabił.
Biedaczyna ,chyba też miał zły dzień ale żeby się zaraz zabijać? Tylko co ja mu takiego powiedziałem? Kontynuując podróż zobaczyłem wielką kolejkę; jakby sprzedawali śledzie za pół ceny. Prowadziła ona do ogrodu Hysperyd, którego strzegł stugłowy smok. Kolejka była długa ale poruszała się szybko, bo smok przyjmował 33 interesantów naraz.
Nadeszła moja kolej. Trzy smocze głowy zbliżyły się do mnie.
- Imię i nazwisko?- spytała pierwsza.
- Weber. Kostek Weber.
- Po co pan przybył? - zapytała druga głowa.
- Idę na górę Olimp. Pozwolicie mi przejść? Bardzo mi na tym zależy.
Głowy zaczęły rozmawiać między sobą:
- Jak Franek? Przepuścimy go? - spytała druga głowa pierwszej.
- No nie wiem, Janek. Co sądzisz Panek?
- Ćwir, ćwir ,jestem świr.- odezwała się trzecia głowa.
- Czy on się kiedyś wyleczy? - skomentował Janek. - No dobra, możesz przejść.
- Wielkie dzięki!
Wszedłem do środka przez bramę.
Gdyby nie to ,że odjęło mi mowę, pewnie bym krzyknął:
Wielki Skocie! Jak tu pięknie!
Pięknie zadbane ,dojrzałe jabłonie rozciągały się aż po horyzont. Tu i ówdzie przechadzali się jacyś ludzie również podziwiający ogród. Jednak miałem wrażenie, że coś jest tu nie tak. Podszedłem do najbliższego drzewa i przyjrzałem mu się z bliska.
- Piękne, co? - odezwał się jakiś głos za moimi plecami.
Natychmiast się obróciłem i ujrzałem starszego, mile wyglądającego pana.
- Są z czystego złota. Chcesz? Weź sobie jedno na pamiątkę.
- Dziękuję - zerwałem jedno, jak się okazało bardzo ciężkie, "jabłko".
- A tak przy okazji to nie miałbyś może czegoś do jedzenia dla starszego pana? - spytał uprzejmym głosem. Teraz do mnie dotarło, że skoro są tu tylko złote jabłka to wszyscy są bardzo głodni, więc zacząłem przeszukiwać tornister, by poczęstować czymś staruszka.
- Popatrzmy... matma... polak... ,a może chcesz trochę płatków Gold-flakes? -
I wyciągnąłem małą żółtą torebeczkę z płatkami.
- Gold-flakes - odezwał się staruszek głosem jakby zahipnotyzowanym.
- Gold-flakes - odezwali się ludzie wokół.
Nastała grobowa cisza. Usłyszałem komara przelatującego mi obok ucha. Załatwiłem go jedną ręką mówiąc mściwym tonem:
- Trzy tysiące jedenaście.
Nagle cały ogród krzyknął chórem:
- GOLD-FLAKES!!! - wszyscy zaczęli się kierować w moją stronę jak zombie.
Prędko wręczyłem staruszkowi torebeczkę i wziąłem nogi za pas tak szybko jak to tylko było możliwe.
To się nazywa kult jednostki.
Pozostawienie płatków poskutkowało ale nie do końca. Kilkoro ludzi goniło mnie przez cały ogród toteż z radością przyjąłem bramę wyjściową. Ale oni ścigali mię dalej. Teren prowadził teraz pod górę. Już straciłem nadzieję na pozbycie się pogoni gdy zobaczyłem przed sobą osiłka pchającego duży głaz pod górę. W głowie zaświtał mi pomysł...
- Przepraszam, czy mógłby mi pan pomóc?
Osiłek nawet nie dał sobie wytłumaczyć o co chodzi. Widocznie domyślił się co jest grane i poturlał głaz w kierunku pościgu. Na widok głazu zaczęli uciekać tak, że dałbym głowę iż kurzyło im się pod nogami. Co to był za widok! Nikt nie ucierpiał, ale był to przekonujący argument sugerujący, aby sobie poszli.
- HA!! A macie! - krzyknął uradowany osiłek - Syzyf jestem.
- Kostek. Dzięki za pomoc.
- Nie ma za co - tu mina mu spoważniała - Znowu muszę to pchać na górę. - powiedział jakby do siebie.
- Przepraszam... pomogę...
- Nie. Idź dalej.
- Dobrze - i odszedłem myśląc sobie w duchu:
Byłby świetny w kręgle.

ROZDZIAŁ 3: Strzelać każdy może...

Przede mną rozciągały się bardzo wysokie góry Olimp. Nie był to widok napawający optymizmem.
Jak ja mam tam znaleźć siedzibę bogów?
Niedaleko na polanie zauważyłem sępa który... jadł trawę?
- Przepraszam... Myślałem, że sępy są mięsożerne.
- Jakbyś musiał jeść ciągle jedną i tą samą wątrobę, to też byś przerzucił na wegetarianizm - odpowiedział sęp, jakby było to oczywiste.
- A wiesz może, gdzie jest siedziba bogów?
- Tak ale tobie się nie uda tam dotrzeć.
- A może mógłbyś mnie podrzucić co? Proszę!
- No dobra, wskakuj - i po chwili szybowaliśmy ponad górami.
Sęp wysadził mnie przed czymś, co przypominało zamek i odleciał bez pożegnania. Ktoś zostawił pod wejściem łuk i strzałę. Już chciałem podejść gdy nagle ktoś się odezwał.
- No proszę, a jednak frajer tu dotarł - Hermes wylądował tuż za mną.
- Dotarłem tu pierwszy, więc odeślij mnie do domu.
- Naprawdę myślałeś, że wrócisz do domu? Ja nie mam takiej mocy - powiedział drwiącym tonem.
- Kłamałeś... Niech no cię dostanę!!! - próbowałem dać mu w szczękę, ale wzleciał w powietrze.
- Co mi zrobisz jak mnie złapiesz!? - i zaśmiał się przeraźliwie.
Wziąłem łuk. Napiąłem strzałę.
- Ten się śmieje kto się śmieję ostatni! - i wystrzeliłem.
Trafiłem go prosto w piętę, co było bezpośrednią przyczyną jego upadku na ziemię. Podszedłem do niego wolnym krokiem.
- Teraz nie jest ci tak wesoło.
- KURDUPEL!!! - krzyknął, aż echo odbiło po górach.
Dopiero kiedy ucichło, coś odezwało się zza chmur:
- Jestem Kupidyn, tato! Kupidyn! - z nieba leciał uskrzydlony bobas w Pampersie.
Miał łuk i kołczan dziwnie wyglądających strzał. Kiedy się zbliżył zauważyłem, że ma wąsy.
Jak te dzieci szybko dorastają.
- Załatw go! - krzyknął Hermes.
- Ale ja mam...
- STRZELAJ!!!
- Dobrze już, dobrze - i zaczął posyłać strzały w moim kierunku. Natychmiast schowałem się za najbliższym drzewem.
To się nazywają błyskawiczne zwroty akcji...
Nagle wpadłem na pomysł. Wybiegłem zza drzewa i biegłem niby chaotycznie aby zmylić strzały. W końcu stanąłem i powiedziałem:
- No strzelaj, ślepoto!
Kupidyn wystrzelił. Ja odskoczyłem w bok. Strzała trafiła Hermesa prosto w serce. Jak najszybciej schowałem się za drzewem, by mnie nie widział.
- Mój kochany synek! - powiedział milutkim głosikiem.
- O nie! - krzyknął kurdupel - Coś ty zrobił!?
Wniosek z tego taki, że miłość wcale nie jest ślepa, bo całkiem dobrze strzela z łuku.
- Co się tutaj dzieje? - pojawił się jakiś facet z błyskawicą w ręce. Nikt nie kwapił się z wyjaśnieniami.
- Hermes! Znowu męczysz śmiertelników? - tu spojrzał na mnie.
- Kochaniutki Zeusie. JA? Nigdy. - Miał strasznie słodki głos.
- PRECZ MI Z OCZU! - pstryknął, a Hermes z Kupidynem zniknęli.
- Nieźle nam tu namieszałeś - zwrócił się do mnie m- ale jestem ci wdzięczny.
- Za co?
- Od dawna chciałem tu piękniej zrobić ale nic mi nie wychodziło. A tobie się udało!
Rozejrzałem się i zrozumiałem o co mu chodziło. Miłosna moc strzał Kupidyna działała również na rośliny. Teraz było tu jak w ogrodzie botanicznym.
Dla miłości nie ma barier.
- Chcę ci podziękować. Czy mógłbym coś dla ciebie zrobić?
- Chciałbym wrócić do domu.
- Wystarczy, że przejdziesz tamten tunel - wskazał na jaskinię której, wcześniej nie zauważyłem.
- Dzięki - powiedziałem i wszedłem do jaskini. Było tu ciemno jak w... strasznie ciemno. Nagle stwierdziłem, że chodzę po torach. Usłyszałem gwizd i ujrzałem oślepiające światło kierujące się w moją stronę. To pociąg jechał prosto na mnie! Nie mając dokąd uciekać stałem i czekałem na spotkanie z przeznaczeniem. Pociąg był coraz bliżej i bliżej...
Obudziłem się gwałtownie. Zawsze tak reaguję na mój okropny budzik. Dzwoni tak jakby pociąg miał cię przejechać. Jest to jedna z kilku rzeczy których najbardziej nie lubię. Wyłączyłem go i spojrzałem na zegarek. Za godzinę do szkoły.
To kupa czasu. Ale nie należy go tracić.
Poczułem coś chłodnego w ręce. To było złote jabłko! Szybko się umyłem ,ubrałem... I mając pół godziny zapasu wyruszyłem do szkoły rozmyślając: czy to był sen? Nie zgadniecie jaką pracę domową dostaliśmy z polskiego!
"Opowiedz historię, która i Tobie mogła się zdarzyć podczas wędrówki po mitycznym świecie". Wiele osób narzekało, że nie ma o czym pisać, ale moje zdanie jest następujące:
O mitologio! Drżyj w posadach, bo oto nadchodzę! Ja! Satyryk z Wrocławia!!!


DraVi

kotweb@o2.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||