|
Vaeille część czwarta
Na niewielkiej polanie, w samym sercu lasu, paliło się ognisko. Gdzieś w oddali szumiała
Rammafer i był to jedyny odgłos dochodzący z uśpionej puszczy. Płomienie tańczyły swobodnie
po palenisku, wokół którego siedzieli kobieta i trzej mężczyźni. Najstarszy z nich opierał
się o pień powalonego niegdyś przez piorun drzewa i zdawał się nie przejmować niczym poza
liśćmi kołysanymi przez lekki wiatr. Pozostali dwaj natomiast tkwili w miejscu ze
spuszczonymi głowami, zerkając tylko raz po raz na towarzyszy. Każdy myślał o tym samym
- o dzisiejszych zdarzeniach w Gairze. Uciekając cały czas, od wczesnego popołudnia do
zmierzchu, zdążyli oddalić się od miasta. Teraz, kiedy zapadła noc, wreszcie mieli okazję
odpocząć. Nikt nie odzywał się nawet słowem, jakby czekając, aż rozmowę rozpocznie ktoś
inny. Rozmawiać było bowiem o czym.
Pierwsza odezwała się Ariel.
- Myślę, że należą nam się wyjaśnienia. - Nie musiała kierować swej wypowiedzi; wszyscy
dobrze wiedzieli kim miała być tłumacząca się osoba.
Sandor skrzywił się, chcąc jakby wyrazić swe zdanie samą tylko mimiką twarzy. Wiedział
jednak, że to nie wystarczy, składał więc naprędce wcześniej ułożone fragmenty
usprawiedliwienia. Przede wszystkim żałował tego, co zrobił. Dał się wyprowadzić z równowagi
zdecydowanie zbyt łatwo i odsłonił się całkowicie przed towarzyszami. Gdyby chociaż udało
mu się doprowadzić sprawę do końca... Nie, pomyślał, to byłoby jeszcze gorsze. Nie mógł
sobie pozwolić na taki ruch. Nie teraz i nie tutaj.
- Co tu dużo mówić, poniosło mnie - zaczął zgodnie z prawdą.
- Trochę to mało powiedziane - skwitował Rios, nie spuszczając wzroku z koron drzew.
- Rzeczywiście, mało - mruknęła Ariel. - To wszystko?
Sandor nie mówił nic przez chwilę, zbierając myśli. Właściwie mógł próbować kłamać, ale
Neil i tak zapewne powiedziałby prawdę. Spojrzał na niego. Siedział na razie spokojnie,
uważnie przysłuchując się rozmowie.
- Nie - odpowiedział wreszcie. - Ten s... - w porę ugryzł się w język - Neil powiedział,
że Zoltan rozwalił Fortar, a ja zwyczajnie nie wytrzymałem.
Ariel i Rios spojrzeli na Cethana.
- Może powiesz nam, co się z tobą działo przez te dni? - zapytała kobieta, zostawiając
przesłuchiwanego na moment w spokoju.
Neil odpowiedział na to pytanie w miarę swych możliwości. Nie trwało to długo, bowiem
i nie było o czym mówić; pominął niepotrzebne szczegóły, zachował dla siebie również
wszelkie własne odczucia, przede wszystkim w stosunku do Lan. Kiedy skończył, głos ponownie
zabrała Ariel.
- Skoro tak się sprawy mają, to należałoby powiedzieć ci, jaką rolę odgrywasz w całej
tej historii. Wiesz już, że zabiłeś władcę Brennu. Musisz zatem wiedzieć, że działałeś
z polecenia króla Viedmara, władcy Sylluru, sąsiedniego państwa. Dokonałeś zamachu razem
z Zoltanem Szekeresem, który, jak mówisz, zniszczył Fortar. Niestety, jesteś jedynym, który
tak twierdzi. Wszyscy ci, którym udało się przeżyć ten pożar, zgodnie wskazują ciebie jako
sprawcę. Wygląda na to, że twoja nowa znajoma wprowadziła cię w błąd.
Cethan zaniemówił, powoli układając nowe fakty w swej pamięci. To właściwie jest
logiczne, przemknęło mu przez umysł. Istotnie, wyjaśniało to parę spraw, lecz przynosiło
nowe problemy, pytania i niewiadome.
- Kim w takim razie jesteście wy i czego chcecie ode mnie? - rzucił pierwsze z
planowanych pytań.
- Ja jestem Ariel Roden, to jest Rios Angelarde, a to Sandor Szekeres, brat Zoltana.
Pierwotnie mieliśmy spotkać się pod Królewskim Wzgórzem, na którym usytuowane jest Vaeille,
następnego dnia po zamachu. Nie zjawiłeś się ani ty, ani Zoltan, zjawili się natomiast
królewscy gwardziści i zabili całą naszą grupę z wyjątkiem nas oczywiście. Kiedy upewniliśmy
się, że waszej dwójki nie było wśród trupów, ruszyliśmy na południe, poszukując was.
Mieliśmy za zadanie doprowadzić was bezpiecznie przed oblicze zamierzającego sowicie was
wynagrodzić króla, lecz... cóż, sytuacja trochę się skomplikowała, jak sam widzisz.
- Dobrze, a kim był ten srebrnowłosy na rynku w Gairze?
- Dobre pytanie - podjęła Ariel. - Rios, ty chyba skądś go znałeś...
- To długa historia - uciął krótko Angelarde, sprawiający wrażenie nie mającego
najmniejszej ochoty na rozmowę. - Opowiem wam o tym, kiedy tylko będziemy w Magrat, dobrze?
Nikogo taka odpowiedź nie usatysfakcjonowała, lecz Ariel znała dobrze Riosa i wiedziała,
że jeśli nie chce czegoś powiedzieć, to nie powie, choćby nawet przypiekany ogniem. Neil
szykował natomiast następne pytanie.
- Skoro to ja zniszczyłem Fortar, to w jaki sposób to zrobiłem?
- Jeszcze parę minut temu miałam nadzieję, że sam nam to powiesz. Wyglądało to tak, jak
opisała to twoja znajoma, z tym że to nie był Zoltan, ale ty, jeśli wierzyć tym bladym
z przerażenia wieśniakom.
- To znaczy że nigdy wcześniej nie robiłem czegoś takiego, czy tak?
- Nie, przynajmniej odkąd się znamy. Czyli od dobrych paru lat - dodała po chwili.
* * *
Tak ogromnej komnaty mógł pozazdrościć każdy z przedstawicieli Wschodniej lub Zachodniej
Dynastii. Na ścianach umieszczono przekrój przez wszystkie dotychczasowe style malarskie
- wartości niektórych dzieł nie dało się zrównoważyć nawet tonami złota. Światło padające
przez olbrzymie okno nadawało nowej głębi ich barwom. Podłoga okazywała się czystym
marmurem, podgrzewanym przez system rur umieszczonych tuż pod płytami, dając wrażenie miłego
ciepła pod stopami. Umeblowanie komnaty wypadało w porównaniu do ogólnego wizerunku dość
słabo - olbrzymie regały zawierające tysiące często bezcennych ksiąg wyglądały niczym
obciosane pospolitą siekierą. Pod ścianą przeciwległą do niemniejszych od okna, potężnych
drzwi stało najzwyklejsze biurko, zupełnie nie pasujące do wystroju pomieszczenia.
Najwyższego Kapłana można było nazwać ekscentrycznym, biorąc pod uwagę zajmowane stanowisko,
lecz nie można było zarzucić mu niepraktyczności. Teraz siedział w fotelu przy biurku,
studiując jedną ze świętych Ksiąg - Księgę Proroctw. Wbrew temu, co powszechnie sądzono,
nie znał ani jej, ani pozostałych na pamięć, dlatego też spędzał sporo czasu szukając
potrzebnych mu w danym momencie fragmentów. Szczególnie ostatnio poświęcał temu zajęciu
wiele godzin. Nadchodziły czasy przełomowe i trzeba było przygotować się do nich należycie.
Rozległo się pukanie do drzwi. Kapłan nie odpowiedział, czekając aż gość sam wejdzie.
Po chwili w progu pojawił się niewysoki mężczyzna w podeszłym wieku, ubrany w szaty
biskupie. Ujrzawszy Najwyższego Kapłana zamknął powoli drzwi, których prawdopodobnie nie
dałoby się ruszyć, gdyby nie geniusz technika projektującego mechanizmy Katedry; geniusz
podwójny ściślej rzecz ujmując, gdyż ów człowiek nigdy nie wyjawiał tajemnic swych
wynalazków, zapewniając im oryginalność na długie lata.
Kapłan podniósł wzrok znad Księgi i poczekał, aż gość zajmie miejsce przed biurkiem.
- Z jakimi wiadomościami przychodzisz do mnie, biskupie? - zapytał.
- Ze złymi, Wasza Eminencjo. Poszukiwany, będąc już w mieście, wymknął się, uciekając
w niewiadomym jak dotychczas kierunku.
- Kiedy to się stało?
- Wczoraj, wczesnym popołudniem.
- Dlaczego więc dowiaduję się o tym dopiero teraz? - Najwyższy Kapłan zamknął Księgę
i wstał, by odłożyć ją na swe miejsce w jednym z olbrzymich regałów.
- Ponieważ Lan dopiero teraz zameldowała nam o tym wydarzeniu, Wasza Eminencjo.
Kapłan zatrzymał się, spoglądając na biskupa.
- Proszę natychmiast ją tu sprowadzić. Niech przyjdzie razem z Christianem - powiedział
po chwili namysłu.
- Oczywiście, Eminencjo. - Biskup pospiesznie wyszedł z komnaty. Doskonale wiedział,
że Najwyższy Kapłan był wściekły, choć zupełnie nie dawał tego po sobie poznać. Wiedział
również, do czego jest on zdolny, dlatego wolał jak najszybciej przenieść ciężar
odpowiedzialności na barki kogoś innego.
* * *
Wielka Katedra nie była jedynie świątynią; pełniła również inne funkcje, jak choćby
mieszkalną lub obronną. Olbrzymia budowla w rzeczywistości stanowiła połączenie kilku,
a może nawet kilkunastu mniejszych budynków, przy czym pospolici ludzie mieli dostęp
tylko do samej świątyni, położonej na najniższych kondygnacjach. Na jej skrzydłach
znajdowały się natomiast kwatery kapłanów i żołnierzy, bowiem Najwyższy Kapłan miał swą
własną armię, utrzymywaną "na wszelki wypadek" już od wieków.
We wschodnim skrzydle swoją kwaterę miała Lan. Pojedyncze pomieszczenie bardziej
przypominało więzienną celę, lecz dziewczyna nigdy się tym nie przejmowała, gdyż nie
spędzała tu więcej czasu niż kilkanaście godzin. Znajdowało się tu stare łóżko z brudną
pościelą, nędzny, drewniany stół i takie same krzesło. Pokój oświetlany był przez lampę
naftową zawieszaną przy suficie.
Lan spała. Po tym jak Baltazar przeniósł ją gdzieś w góry nieopodal miasta, powrót
zajął jej cały dzień, teraz zaś regenerowała swe mocno nadwątlone siły odpoczywając.
Nie uradował jej zatem widok strażnika otwierającego drzwi i proszącego o udanie się
na spotkanie z Najwyższym Kapłanem. Wstała leniwie, przetarła oczy i podążyła powoli za
żołnierzem.
Nie, nie bała się. Wielu w jej przypadku najprawdopodobniej trzęsłyby się nogi ze
strachu, lecz ona nie miała się czego obawiać. Znała swoją wartość i wiedziała, że nie
mogli się jej pozbyć. Mimo to nie miała ochoty na to spotkanie. Najwyższy Kapłan, nawet
jeśli nie przerażał, to wywoływał nieprzyjemne uczucie u swojego rozmówcy, tak jak każdy
człowiek odwołujący się do przemocy psychicznej w odpowiednich momentach.
Mijali kolejne szeregi drzwi, pokonywali kolejne dziesiątki schodów, zanim wreszcie
dotarli do celu. Siedziba Kapłana mieściła się na jednej z wyższych kondygnacji, lecz
nie na najwyższej, tak by nad komnatami można było umieścić kilka dodatkowych metrów
muru zapewniających jeszcze lepszą ochronę. Pozostałe ściany, jak też podłoga, były grubsze
od swych odpowiedników w innych częściach budowli, choć w porównaniu do sufitu zaoszczędzono
nieco budulca.
Zaraz za ostatnimi stopniami znajdowały się pierwsze drzwi chronione przez czterech
strażników. Ci, powiadomieni wcześniej o przybyciu Lan, przepuścili ją, zostawiając
jednocześnie akompaniującego jej żołnierza na zewnątrz. Dziewczyna przeszła następnie przez
krótki, lecz szeroki korytarz, kierując się do wrót na jego końcu. Otworzyła je i stanowczo
weszła do środka. To co została w środku, popsuło jej humor jeszcze bardziej. Oprócz
Najwyższego Kapłana, siedzącego swoim zwyczajem za biurkiem, w komnacie znajdował się
młody chłopak. Na oko mógł mieć trzynaście, czternaście lat. Nosił stare, pokryte licznymi
łatami ubrania. Spod krótkich, srebrnych włosów na każdego spoglądały pełne pewności siebie
błękitne oczy, poparte pełnym lekceważenia uśmieszkiem.
- Cześć, Lan! - przywitał ją z udawanym entuzjazmem. Dziewczyna podeszła do biurka,
stając obok chłopaka, lecz nie odwzajemniając jego powitania.
- O co chodzi? - zapytała wprost.
- Zawiodłaś mnie, moja droga. Drugi Mesjasz był tutaj, lecz pozwoliłaś mu uciec. Teraz
trzeba będzie go odszukać i przyprowadzić przed oblicze Boga. Widzę jednak, że nie można
powierzyć tak ważnej misji tylko tobie - stwierdził Najwyższy Kapłan. Lan przełknęła tę
uwagę bez słowa. - Dlatego też wysyłam wszystkich Aniołów z Gairy na poszukiwania
niezależnie od twoich działań, zaś do pomocy tobie przydzielam Christiana.
- Nie potrzebuję niczyjej pomocy. Poradzę sobie sama.
- Kiedyś na pewno, lecz wczoraj pokazałaś, że nie można polegać tylko i wyłącznie na
twojej sile...
- Dobrze - przerwała Lan - lecz chociaż niech to będzie ktoś inny. Ten gówniarz będzie
tylko przeszkadzał.
- No wiesz? - rzekł Christian z wyrzutem w głosie. Dziewczyna spojrzała na niego miotając
gromy wzrokiem.
- Znam układy między wami i dlatego uważam, że to właśnie z nim będziesz działała
najefektywniej, Lan. Wyruszajcie jak najszybciej, ponieważ niewiele czasu nam zostało.
- Mam jeszcze jedno pytanie, zanim wyjdę, Kapłanie. Znaleziono Baltazara lub Soarena?
- Nie, naturalnie. Będziesz miała okazję do rewanżu - odpowiedział.
- O ile zostawię coś dla ciebie - Christian mruknął pod nosem z nie ustępującym uśmiechem
na twarzy. Lan zignorowała go, wychodząc z komnaty. Chłopak zachichotał i miał już podążyć
za nią, gdy usłyszał ostatnie słowa Najwyższego Kapłana.
- Tylko bez zbędnych zabaw, Christianie. To bardzo ważna misja.
- Nie ma sprawy, staruszku - rzucił chłopak i wyszedł na korytarz, rozglądając się za
Lan.
* * *
Tuż po południu Ariel, Neil, Rios i Sandor dotarli w pobliże pierwszej wioski na swej
trasie. Zatrzymali się mniej więcej kilometr przed nią, nad małym leśnym strumykiem.
Pomimo tego, że słońce znajdowało się niemal w zenicie, w lesie było prawie ciemno - gęsto
rosnące drzewa odbierały niższym roślinom większość promieni słonecznych. W pobliżu,
poza wioską próżno było szukać jakichkolwiek oznak pobytu człowieka; w niektóre rejony
doliny Harras zwyczajnie się nie zapuszczano.
Ariel wysłała Riosa razem z Sandorem na rozpoznanie terenu; choć wioska nie grzeszyła
wielkością, wciąż można było się spodziewać ludzi niewygodnych, mogących wiedzieć coś
o listach gończych. Znajdowali się w końcu już spory kawałek od Gairy, a im dalej posuwali
się na północ, tym zwiększało się niebezpieczeństwo rozpoznania Cethana jako powszechnie
poszukiwanego zbrodniarza.
Neil rozsiadł się najwygodniej jak mógł, opierając się o stare, olbrzymie drzewo.
Zamknął oczy z silnym postanowieniem wykorzystania chwili wolnego czasu na krótką drzemkę.
Spać jednak nie mógł, zaś przez jego umysł przelatywały kolejno wydarzenia z minionych dni.
Pobudka w rzece, pobyt w leśniczówce, spotkanie z Alvarem, podróż do Gairy i ucieczka - to
wszystko przestało mieć jakiś sens w obliczu tego, czego dowiedział się ostatniej nocy.
On, zabójca króla jakimś cudem wyrywa się z rąk ścigających go gwardzistów, po czym
znika, Bóg jeden wie gdzie, na dziesięć dni (tyle właśnie wyszło mu po wyliczenia na
podstawie relacji Ariel), budząc się w jakiejś górskiej rzece oddalonej o kilometry od
cywilizacji, a od stolicy o sto kilkadziesiąt. Następnie ciągnięty jest z jednego miejsca
do drugiego, a teraz wraca niemal tą samą drogą. Miał już szczerze dosyć tego wszystkiego
i z ulgą przyjął poprzedniej nocy wiadomość, że wracają prosto do stolicy Sylluru, Margat,
pozostawiając poszukiwania Zoltana Szekeresa armii króla Viedmara. Sandorowi naturalnie
owa decyzja nie przypadła do gustu, lecz nie mógł pozwolić sobie na żadne dyskusje.
Ariel wróciła właśnie z krótkiego spaceru wzdłuż strumyka i zabierała się za
wypakowywanie prowiantu. Neil leżał pod drzewem i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego,
gdyby nie ledwo widoczna, błękitna aura go otaczająca. Odrzuciła pakunek i podeszła powoli
do niego. Kiedy zbliżyła się na odległość półtora metra, Cethan otworzył oczy. Były
całkowicie, jednolicie błękitne. Ariel, tknięta nagłym przeczuciem odskoczyła na bok.
Ułamek sekundy później tuż obok niej przemknęła ognista kula wielkości jej głowy. Neil
potrząsnął głową. Aura znikła, a on ziewnął i mruknął do siebie coś na temat krótkiego snu.
Chciał już wstać, gdy zobaczył Ariel siedzącą na ziemi z otwartymi ze zdziwienia ustami.
- Co to było? - wykrztusiła z siebie, zanim zdążył spytać się, o co jej chodzi.
- Ale co?
- Ten pocisk...
- Jaki pocisk?
Ariel podniosła się i zajrzała mu głęboko w oczy. Zastanawiała się parę sekund nad
odpowiedzią, podczas gdy Neil rzucał jej szczerze zdziwione spojrzenia.
- Ty chyba naprawdę nie masz kontroli nad tym, co robisz... Może rzeczywiście jesteś
w stanie zniszczyć całe miasto...
- O co ci chodzi? Niby jak mógłbym to zrobić?
- Bardzo się zmieniłeś, Neil. Nie jesteś już taki, jakim cię znałam.
- A gdzie tkwi różnica?
- Zamiast twardego, nie znającego strachu, radzącego sobie w każdej sytuacji mężczyzny
mam przed sobą zagubionego, składającego swoje życie w ręce ślepego losu biedaka, który
został obdarzony siłą przewyższającą ludzkie pojęcie, a o której istnieniu nic nie wie,
nie wspominając nawet o jej kontrolowaniu - odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy, po czym
odwróciła się, kierując się w stronę wioski.
- Gdzie idziesz? - zawołał za nią Neil. Ariel pokręciła głową, wzdychając.
- Przejść się.
- Jeszcze raz? - zapytał, lecz nie uzyskał od niej odpowiedzi. Po chwili znikła wśród
drzew, ponownie zostawiając go samego. Cethan wzruszył ramionami i oparł głowę o drzewo.
Zasnął w ciągu minuty.
Tym razem sny nawiedziły go obficie, lecz jak to ze snami bywa, wielu z nich nie
zapamiętał. Jeden jednak utkwił mu w pamięci.
Widział sam siebie, jakby znajdował się tuż obok. Stał, a może raczej lewitował pośród
niezmierzonego błękitu. Wokół niego zaczęły pojawiać się kłęby śnieżnobiałej mgły.
Próbowały objąć go w całości, lecz jakaś niewidzialna siła niczym tarcza osłoniła go,
odpychając chmury. Kiedy ostatnie resztki mgły opadły, pojawił się przed nim czarny
prostokąt. W dotyku okazał się doskonale gładki i zimny. Po chwili Neil ujrzał pod nim
dwie niewielkie dziurki, w które wetknięto dwie dziwnie gładkie linki, zrobione z materiału,
jakiego nie widział wcześniej w życiu. Zakończone były czymś w rodzaju rylca pokrytego
cienką warstwą przezroczystej mazi.
Neil widział siebie samego biorącego obie linki do ręki, ostre końce przytykając do
skroni, a następnie wkładając powoli do środka głowy na głębokość dwóch, może trzech
centymetrów. Wszystko obyło się bez bólu lub krwi. Na prostokącie pojawił się obraz, wpierw
niewyraźny, lecz nabierający z każdą sekundą ostrości. Cethan rozpoznał zamek w Vaeille.
W myślach mimochodem zaczął porównywać go z Wielką Katedrą w Gairze i w tym samym momencie
zamiast zamku ujrzał rzeczoną świątynię. Spróbował więc pomyśleć o Fortar, a obraz
zmienił się, pokazując miasto wraz ze swoją wieżą kościelną. Wizerunek zdecydowanie
pochodził sprzed pożaru. Nagle uwagę Neila skupił jeden szczegół - poruszające się kropki.
Nim jeszcze zdążył się zastanowić nad ich pochodzeniem, uzyskał zbliżenie. Kropki okazały
się żywymi ludźmi. Cethan patrzył nie, jak dotąd sądził, na obraz, lecz na prawdziwy świat
z perspektywy lotu ptaka.
W tej samej chwili obok niego pojawiły się ustawione w rzędach kolejne, bliźniaczo
podobne czarne ekrany z identycznymi wtyczkami. Za nimi zaś stał jakiś człowiek, którego
Neil nie potrafił jednak dostrzec przez pierwsze sekundy. W momencie, gdy go ujrzał,
wszystko znikło. Obudził się.
Tuż nad sobą zobaczył nachylającą się ku niemu postać. W jej ręku błysnęło ostrze
sztyletu. Nim zdążył zorientować się w sytuacji, zobaczył swą rękę chwytającą dłoń
napastnika. Zdał sobie sprawę, że z jakiegoś powodu stracił kontrolę nad własnym ciałem.
Tak jak we śnie, siedział teraz obok i jedyne, co mógł zrobić, to przyglądać się. Zobaczył,
jak wytrąca nóż z ręki niedoszłego zabójcy, który podniósł teraz głowę, dając się rozpoznać.
Neil bez trudu poznał Alvara, który cofał się teraz powoli, klnąc do siebie i trzymając
się za przegub dłoni.
- Żeby cię cholera...! - krzyknął na głos. - Wystarczy, że zostałem upokorzony raz!
O jeden raz za dużo! - Neil zobaczył, jak Hernan wyjmuje zza pasa dwa kolejne sztylety,
z zamiarem rzucenia ich w jego stronę.
- Masz zupełną rację - usłyszał siebie mówiącego w tym samym momencie.
Potem zobaczył tylko oślepiający błysk. Kiedy po kilkunastu sekundach odzyskał wzrok,
był znowu w swoim ciele, mając nad nim pełną kontrolę. Na ręce poczuł dziwne ciepło.
Podniósł swą zaciśniętą pięść do góry i z przerażeniem stwierdził, że cała, prawie po
łokieć, jest czerwona od krwi. Obejrzał się za siebie, by ujrzeć niemal rozerwane na pół,
bezwładne ciało Alvara, które zamiast klatki piersiowej miało dziurę wielkości rozłożonej
dłoni. Maluteńką polanę wypełnił zapach świeżej krwi, a trawa powoli nabierała szkarłatnej
barwy. Neil usiadł z wrażenia, nie mając najmniejszego pojęcia, co ze sobą zrobić. Na niebie
niewielkie dotąd obłoki skupiały się, tworząc powoli chmurę burzową.
Scooter Fox
scooter_fox@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|