Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Neonate ::::

Na krawędzi
#4



"W tej ciemności nie wiedziałaś
Czy to płynie krew czy łzy"
(Closterkeller - "California")



"(...) Dzięki za wszystko. Serio. Jestem wdzięczna, ale nic więcej nie możesz dla mnie zrobić. Moje życie warte jest tyle, na ile sama oceniam jego wartość. (...) a ja sprzedałam się i to za pół darmo. Z praktyki zawodowej sam dobrze wiesz, jak trudno jest przestać nie cofając wskazówek zegara.
(...) No i jeszcze trzeba wiedzieć, że się tego chce. Posłuchaj mnie, ja tego nie wiem. Nie mam dla kogo żyć, samotność jest przykra, wiesz? Tak, mówiłam, że zawsze byłam sama, ale to nie to. To jest inne. Było, bo się zmienia. Ja się nie zmieniam. Ja się jedynie boję nawet samej siebie. (...)"

List Abigail doThomasa Carpentera,
terapeuty w Nowojorskim Centrum
Leczenia Uzależnień.

- Chyba do czegoś doszliśmy.
Zebranie zakończyło się po prawie pięciu godzinach kłótni i szarpania nerwów.
- Chyba?
- Chyba.
Damien miotał się po całym pokoju. Chodził okna do stołu i od stołu do biblioteczki. Siedzący w fotelu Thomas obserwował go z niepokojem.
- Nie rozumiem - stwierdził po chwili. - Przecież zostało ustalone...
- Nie - uciął Damien. - Co najwyżej jedynie podsumowane.
Na chwilę zapadła zupełna cisza. Jedynym dźwiękiem był odgłos pracy zawieszonego pod sufitem wiatraka.
- Wiesz, Thomas - kontynuował - dlaczego prosiłem cię o pozostanie?
- Domyślam się.
- To dobrze. To wiele ułatwi.

***

Było cieplej. Cudowne ciepło rozlewało się po całym ciele Abigail. Czuła się senna, całkowicie spokojna i bezpieczna. Szczęśliwa.
Uniosła dłonie. Na wysokości jej twarzy zamigotał niewielki ognik. Unosił się w powietrzu mieniąc się wieloma odcieniami błękitu. Podążając za jej wzrokiem popłynął w stronę zamkniętego okna. Przesunął się wzdłuż ram, zaplątał się gdzieś w koronkowych firankach, które zajęły się błękitnym ogniem.
- Ogień oczyszcza... - szepnęła.
W powietrzu zawirowało kilka kropel wody gasząc płonące firanki.
- Ale i niszczy...

***

- Byłem terapeutą w Nowojorskim Centrum Leczenia Uzależnień. - Thomas Carpeter raz po raz przerzucał leżące na biurku dokumenty. - Abigail trafiła do nas jakieś dwa lata temu. Uzależniona od heroiny piętnastolatka, która nie może sobie poradzić z własnym życiem... Uciekła ze szkoły przy klasztorze Sióstr Miłosierdzia w Maine.
- Przy okazji zamieniając go w ruinę, a internat w stertę płonących belek.
- Tak. Nie wiadomo, jak tego dokonała. Wyglądało to bardzo podobnie jak nasza kaplica: powybijane szyby, wszędzie szkło i kawałki zniszczonych rzeźb. Do czegoś takiego potrzeba ogromnej siły, to były marmurowe posągi... Jeździła po kraju, aż policja sprowadziła ją do domu matki, który, tak nawiasem mówiąc, także poszedł z dymem.
Damien usiadł w swoim fotelu odbierając od Thomasa plik dokumentów.
- Abrakadabra?
- Nie. Zwyczajne podpalenie. Policyjne akta tamtej sprawy mówią o podłożeniu ognia w pokoju jej matki, która zmarła z przedawkowania środków nasercowych.
Damien wydawał się być nieobecny. Jego wzrok utkwił w jakimś punkcie tuż ponad głową Thomasa.
- Na ostatniej mszy - zaczął powoli - została najwyższą kapłanką. Potem próbowała popełnić samobójstwo. To nie ma żadnego sensu, przecież właśnie tego chciała...
- To jeszcze nie wszystko, panie Damien - kontynuował Thomas - w dniu jej 15 urodzin jej ojciec popełnił samobójstwo.
- Powód?
- Trudno powiedzieć. Najprawdopodobniej nie wytrzymał stresu. Matka Abigail była bardzo wierząca, ale była także wyjątkowo trudnym babskiem. To ona wysłała Abigail do tego przeklętego klasztoru, ze względu na jej rzekome opętanie czy coś w tym stylu. Nigdzie nie można nic o tym znaleźć...
- Dzięki. - głos Damiena był spokojny - Jesteś wolny na dzisiaj...

***

- Anastazja? Anastazja, to ty?
- Abigail!
Niewiele wyższa od Abigail dziewczyna z burzą rudych loków cicho przekręciła klucz w zamku.
- Jak się czujesz? - spytała.
- Świetnie. - Abigail leżała na swoim łóżku obserwując cienie na suficie. - Wyspałam się...
Anastazja usiadła no łóżku i objęła Abigail.
- Przechodzisz do umbry... - stwierdziła sarkastycznie. - Prosiliśmy cię...
Abigail nie odpowiedziała. Przymknęła oczy.
- Jak tu weszłaś? - spytała po chwili.
- Normalnie. Damien prosił, by z tobą posiedzieć. Martwimy się...
- Gdzie on jest? - Abigail próbowała wstać, ale Anastazja powstrzymała ją opiekuńczym gestem.
- Spokojnie. Zebranie rady - odwróciła głowę w stronę okna. - Co ty znowu robiłaś z tymi ognikami?
Abigail uśmiechnęła się. Wydawała się całkowicie odpłynąć.
- Cholera... Abigail, obudź się - Anastazja lekko potrząsnęła leżącą na łóżku dziewczyną - nie pozwolę w taki sposób umrzeć swojej jedynej przyjaciółce!
- Spokojnie... Jeszcze nie teraz...

***

"(...) Kot. Kot mieszkał w pokoju nr 12. W tej ciemności widziałam tylko jego złote oczy. Drapał. Czułam niesamowity ból. Pamiętam, że po herze już tak nie bolało... I pamiętam, że już nie bałam się ciemności (...). (...) i wtedy dostałam ten list. Tata nie żyje... Zostawiłeś mnie... Dlaczego?! Proszę, wróć i zabierz mnie do siebie... (...) bo to nie jest to, czego chcę. Pragnę stąd wyjść, nie jestem opętana! Nie wiem, jak to się dzieje... (...)

***

- Damien...
- Anastazja. Co z Abigail?
- Naćpana. Zanim usnęła, pytała o ciebie... Co czytasz?
- Tylko spójrz...
Damien podał Anastazji wielką xięgę, która wyglądała na coś w rodzaju Encyklopedii Medycyny Niekonwencjonalnej i Zjawisk - Które - Nie - Wiemy - Jakiego - Leczenia - Wymagają.
- Spójrz na piąty akapit - wskazał jej ręką punkt na stronie - czytaj.
- "Niektóre tragiczne wydarzenia są w stanie wyzwolić w ludziach umiejętności, nad którymi nie zawsze można zapanować. Jest to swoisty mechanizm obronny przed zadawanym cierpieniem i może być niebezpieczny, gdyż jego moc zależy przede wszystkim od nasilenia strachu, nagromadzonej nienawiści i chęci zniszczenia..." Co to za brednie? Myślisz, że Abigail...
- Dokładnie.
- Daj spokój. - Anastazja odłożyła na biurko opasłe tomisko - przecież ona w pełni kontroluje te swoje ogniki.
- Ogniki tak. Ale nie jestem pewien, czy to jest wszystko...

***

- Nie chcę wciąż tu wracać...
Abigail stała na czerwonym dywanie biegnącym prosto w stronę rzeźbionego ołtarza. W katedrze panował półmrok i nieprzyjemny chłód.
- Nie wracasz.
- Proszę, zostaw mnie...
- Abigail.
Usiadła na podłodze i zaczęła płakać. Łzy miały dziwnie metaliczny smak.
- To nie miało tak być! - krzyknęła - Obiecałeś mi!
- I dotrzymam słowa. Znasz zasady. Zobaczysz się z ojcem, ale jeszcze nie teraz. Wszystko jest na dobrej drodze. Masz siłę, by zmienić naprawdę wiele.
- Nie chcę niczego zmieniać!
- Milcz!
Mocne uderzenie w twarz całkowicie wytrąciło Abigail z równowagi. Cała się trzęsła, słowa stawały się niewyraźnym bełkotem.
- Damien nie takiego ciebie wyznaje! To głupie!
Donośny śmiech wypełnił całą katedrę.
- Nie takiego mnie? I o to właśnie chodzi.

***

Telefon.
- Jak sprawy?
- Niewiele się dowiedziałem. Ograniczyli się raczej do Stana Watsona.
- To w zasadzie dobrze. Niczego nie podejrzewają. Policja zajęła się już naszym pismakiem.
- Czy jego śmierć była konieczna?
- To oczywiste. Cel uświęca środki. Zemsta za niepochlebny artykuł, ktoś za to zgnije w więzieniu... To już trzy katedry. Już niedługo. A ta mała jest niezastąpiona. Pilnuj jej.
- Tak, panie. Ciężko ją było tu odnaleźć...
- Tym bardziej. Jesteśmy już naprawdę blisko, a jej umiejętności bardzo nam pomagają. Piękne ma sny...
- Panie?
- Tak?
- A co z nią będzie później?
- Zabijesz ją. Wierzę w pana, panie Carpenter.


Neonate

toreador@tenbit.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||