St. Anger

Chyba nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że "St.Anger" to jedna z najbardziej oczekiwanych płyt ostatnich lat. Wiązano z nią dość spore nadzieje, po długiej przerwie nikt tak naprawdę nie wiedział, co się muzycznie dzieje z Metallicą. I w końcu nadszedł dzień premiery nowej, studyjnej płyty Czterech Jeźdźców. Chyba czegoś takiego nie spodziewał się nikt. Dużo ludzi zdążyło spisać zespół na straty, bo aferzyści, bo rozkapryszone gwiazdy, bo nie grają już tak jak kiedyś. I nagle cały świat usłyszał, jak to wielu określiło, „zupełnie nową Metallicę”. Owszem, po paru pierwszych przesłuchaniach można odnieść wrażenie, ze to, co prezentuje Metallica na "St.Anger" to nowatorstwo, przełom, coś, czego nikt wcześniej nie grał. Ja bym się tu jednak nie do końca z tym zgodziła. Po głębszym wsłuchaniu się, to, co ja słyszę na "St.Anger" to dokładnie ta sama Metallica co kiedyś. Tylko dużo cięższa, dopracowana, dograna. Według mnie oni grają tę samą metallicową, własną odmianę thrashu, tylko, że jest ona doprowadzona niemalże do perfekcji, a może raczej - do jakiegoś ekstremum, ostateczności. Nie sądzę, by było możliwe, żeby zespół w prawie tym samym składzie, grający tak samo przez tyle lat, mający swój własny styl, mógł stworzyć coś co zupełnie odbiega od jego dotychczasowych dokonań. Nawet jeśli proces tworzenia był inny niż przy poprzednich płytach, nawet jeśli w samym zespole dużo się zmieniło, nie było to w stanie zupełnie odciąć zespół od swoich korzeni. Siłą rzeczy do tej „nowej” muzyki musiało się wkraść coś z dotychczasowej ich twórczości. Sławna podwójna stopa Larsa uderza od razu, nie jest niczym nowym, a jednak zaskakuje szybkością; ciężar brzmienia, niby taki jak zawsze, a jednak zdaje się wgniatać w fotel z większą siłą niż dotychczas; riffy - jak zwykle oryginalne, przemyślane, a jednak brzmią jakby... lepiej. Nie mówiąc już o samej długości kawałków, również zdającej się być "wyśrubowaną" do granic możliwości.

Jedyne, co może dziwić i trochę zniechęcać słuchacza to wokale. Niby James ten sam, głos ten sam a jednak potwornych fałszów nie można nie wychwycić. Wkradają się one tu i ówdzie, pozornie psując cały efekt. Ale czy zespół takiej klasy jak Metallica mógłby, tak naprawdę, pozwolić sobie na takie przeoczenie? Czy mógłby ot, tak, zostawić tę kwestię czy nawet, o zgrozo, starać się nie zauważyć, że coś jest nie tak? Nie sądzę. Wczytawszy się dokładnie w teksty, można zauważyć pewną zależność pomiędzy ich treścią a sposobem śpiewania Hetfielda. To nie bez znaczenia, że piosenki traktujące w głównej mierze o szaleństwie zostały zaśpiewane właśnie w taki, trochę "zniekształcony" sposób. Można zatem przypuszczać, iż te „fałsze” mogły zostać użyte celowo, jako dodatkowy instrument, czy raczej jako dodatkowy czynnik wzmagający cały klimat płyty.

Chyba właśnie w warstwie tekstowej "St.Anger" zaskakuje najbardziej. Szczerość autora oraz niezwykle wyraźne aluzje do wydarzeń z jego życia mogą miejscami aż dziwić. Już sama książeczka z tekstami wygląda inaczej - mniejszy format, tajemnicza okładka.. W środku nabazgrane teksty, zapiski, obrazki (oczywiście znajomym pismem J.H.). Całościowo sprawia to wrażenie jakiegoś niezwykłego pamiętnika, z przelanymi nań najskrytszymi przemyśleniami autora. Aż wstyd czytać...

Trudno jest odnaleźć to wszystko początkującemu słuchaczowi "St.Anger". Płyta ta może się na początku nie podobać, może też zdawać się być absolutnie nowatorską. Nie ukrywam, potrzeba trochę czasu żeby ją rozgryźć i przemyśleć całą jej zawartość. Ale w końcu dochodzi się do momentu, gdy emocje opadają, i jest już jasne - to co zostaje to nic innego jak stara, dobra Metallica. Tylko idąca z duchem czasu, mająca swoje lata i chcąca to wszystko wyrazić tak, jak potrafi najlepiej - a więc poprzez niesamowitą muzykę, klimat.. po prostu przez bycie sobą.

Leentje