*** Summoning - "Let mortal heroes sing your fame" ***
Tolkien jest wielki. To wiedzą chyba wszyscy. O tym, jaki wpływ wywarł i nadal wywiera na różne dziedziny sztuki, też chyba nie muszę wspominać. I również nie ominęło to muzyki. Właśnie na cześć Mistrza fantasty dwójka Austriaków (Silenius i Protector) na początku lat 90. założyła zespół Summoning. Początkowo grali oni surowy black z klawiszami, jednak już na drugiej płycie zmienili styli, który rozwijają do dnia dzisiejszego. I w tym momencie pojawia się problem - jaki rodzaj muzyki wykonują Przyzwani? Ja, ponieważ bardzo lubię szufladki, nazwałbym go epickim metalem.
Większość utworów z powodzeniem mogłoby uchodzić za hymny Gondoru tudzież innej fortecy Śródziemia. W przeciwieństwie do poprzednich płyt Summoning, muzycy postanowili zwiększyć nacisk na klawisze i syntezatory, a zmniejszyć na gitary, które pełnią raczej rolę drugorzędną. Również Protector złagodził i zwolnił grę automatu perkusyjnego. Pewnie wielu pomyśli sobie, że wyszedł z tego strasznie nudny gniot, ale nic bardziej mylnego. Klawisze znakomicie podnoszą klimat kompozycji, budują monumentalne partie, a czasami zastępują inne instrumenty, na przykład średniowiecze trąby. Cała płyta jest bardzo spójna i nie ma na niej słabych kawałków. Jeżeli komuś spodoba się jeden utwór, całą płytę również polubi.
Częścią wokalną albumu zajmują się oboje członkowie zespołu w równym stopniu. Panowie mają dosyć podobny głos pośredni między "delikatnym" growlem, a czystym śpiewem. Jedynym wyjątkiem jest wspaniały męski chór w arcygenialnym utworze "Farewell". Teksy również inspirowane są literaturą Tolkiena i opowiadają między innymi o chwale królów (The Mountain King's Return), potędze elfów ("Farewell"), lub są po prostu fragmentami powieści Mistrza ("A New Power Is Rising").
Oprócz muzyki na uwagę zasługuje ładna wkładka, w której znajdują się zdjęcia muzyków (oczywiście wyglądają tak, żeby ich nikt nie rozpoznał) oraz piękne krajobrazy gór i lasów, rodem z opowieści fantasty, wykonane prze niejakiego Marka Harrisona.
Pozostaje mi teraz polecić tę płytę konkretnym odbiorcom, ale tak naprawdę nie wiem komu.... Jest to tak oryginalna muzyka, że niewiele ma wspólnego z blackiem, deathem, thrashem, heavy, power, gotykiem czy jakimkolwiek innym rodzajem metalu i rocka. Myślę, że nieważne czego słuchasz na co dzień, ale jeśli masz bogatą wyobraźnie, lubisz fantasty lub pasjonuje Cię średniowiecze, na pewno urzeknie Cię magia i piękno tego albumu. Nie wiem czy nie wystawiłem tej dziesiątki zbyt pochopnie, ale czas pokaże...
10/10