*** Opeth - "Damnation" ***


No, a tu mnie Opeth zdecydowanie zaskoczył. Jeszcze nie poznałem dobrze "Deliverence", a tu już nowy krążek na półkach sklepowych! "Damnation", bo o nim mowa, był nagrany w tym samym czasie, co poprzedni album, wyszedł natomiast nieco później.

A co mamy na tym krążku? Otóż, mamy rewolucję! Starzy słuchacze Szwedów z pewnością zauważą, że styl im się aż tak bardzo nie zmienił, zmieniła się natomiast forma przekazu. Nie mamy już tu ani trochę nawet growlu, szybkich riffów na elektryku, czy opętanicznego walenia w gary. Opeth zwolnił, to trzeba przyznać. Utowry są teraz tajemnicze, powolne, acz nie zawsze, również z odrobiną dawką niepokoju. Muzyka ta jest bardziej kojąca, bardziej jeszcze melancholijna, niż poprzednie, ale styl zmienił się niewiele. Jak dla mnie - sam miód. Materiał zgromadzony na płycie, to raptem kilka niezbyt długich (jak na Opeth oczywiście!) utworów, za to jakich! Można się autentycznie zapomnieć podczas słuchania. Tylko jedna mała wada: troszkę szybciej się nudzi, niż poprzednie nagarnia Szwedów, a to dlatego, że łatwiej się wsłuchać, a co za tym idzie szybciej można ten album poznać. No i tak okładka... jak już pisałem: domena Opeth. Szczerze polecam!

Ocena: 10/10


© Guedj <guedj@actionmag.prv.pl>