*** Opeth - "Deliverence" ***
Nowe wydawnictwo Szwedów ukazało się już dosyć dawno, o ile mnie pamięć nie myli, to w okolicach lutego (chyba). Ja sam osobiście na album nie czekałem, nie wiedziałem za bardzo, że Opeth ma w planach wydanie nowego krążka (newsów metalowych raczej nie przywykłem przeglądać), a tu, jak grom z jasnego nieba spada na mnie "Deliverence". Ile to już czasu minęło od genialnego Blackwater Park? Około dwóch lat chyba. Dla wszystkich wyczekujących na ten album: opłacało się czekać!
Z pewnością każdy, kto chodź trochę zapoznał się z muzyką Szwedów, wie, czego oczekiwać po nowym albumie. Nie mamy tu żadnej rewolucji. Opeth wytworzył własny, niepowtarzalny styl (wiem, że wielu recenzentów tak pisze o swoich zespołach, ale tutaj ten styl jest NA PRAWDĘ świetny, niepowtarzalny, etc.) i kontynuuje go nadal. Jak to wygląda? Kiedyś, przy okazji recenzji jednego z albumów tegoż zespołu Eld określił schemat muzyki w taki sposób: ogień, woda, znów ogień, ponownie woda. I tak to mniej więcej brzmi nadal. Zaczyna się od jakiejś ciekawej, ciężkiej partii na elektryku, z Mikaelem na growlu, po jakimś czasie wszystko ucicha dosłownie w jednej chwili. Zaczyna się piękne, melancholijne granie na akustyku, tym razem głos Mikaela zmienia się na czysty, jak łza, głęboki i poruszający. Opeth stworzył sobie właśnie taki schemat. Nie ma tu właściwie podziałów na zwrotki i refreny (no, czasem), praktycznie przez cały czas słyszymy coś innego. I taki też schemat utrzymuje kolejny już album.
A jak to wygląda w tym konkretnym wydawnictwie? Cóż, gitary jak zwykle genialne, akustyczna trochę uspokaja, aczkolwiek czuć gdzieś nutkę grozy. Jak zaczyna się ostrzejsze granie... cóż, tego po prostu nie da się opisać. Wokal Mikaela (IMHO najlepszy wokalista na scenie metalowej) jest po prostu miażdżący, riffy na gitarach często powolne, długie, czasem trochę szybsze solówki. Następnie czysty wokal przeplata się z kolei z 'ostrymi' gitarami. Na tym krążku jeszcze lepiej słychać jest perkusję, w utworze Deliverence jest pod koniec prawie
solówka na garach! No i ponownie mamy wcinający się w kilka miejsc fortepian. Co do klimatu, to jest on... hm... w muzyce jest zawarta taka pustka, niedola, zagubienie, zapomnienie. Lżejsze partie próbują to wszystko jakby ukoić, aczkolwiek wprowadzają jeszcze niepewność. (ja to tak odbieram) W teksty się nie wczytywałem, jak ktoś by chciał, to zapraszam na stronkę http://opeth.rockmetal.art.pl.
Przyjemnie jest posłuchać tego albumu samemu, w nocy. Domeną Szwedów stała się już chyba okładka. Tak jak w prawie wszystkich poprzednich wydawnictwach i tu mamy istny majstersztyk. Nie będę jej tu opisywał, Zobaczcie na ww. stronce. A grafiki w środku wkładki są jeszcze lepsze! Co ja tu będę się dłużej rozwodził, mamy tu wciąż ten sam, niezmiennie grający w tym samym stylu, ale cały czas ulepszany, genialny Opeth. Wierzcie mi, płyta JEST dobra. Można z pewnością ją nabyć, zamiast wyrzucać pieniądze na... co innego.
Ocena: 10/10