"Słowo raz wypowiedziane, nie powraca."
Horacy
Quintus Horatius Flaccus nie miał talentu wróżbiarskiego, nie przewidział, że pisarze, poeci żyjący
dwadzieścia wieków później będą chcieli, by słowo napisane w ich dziele wróciło do nich najlepiej w postaci
pochlebnych recenzji w "Polityce", "Wprost" ewentualnie, żeby byli zadowoleni powrotem sentencji z cytatami ich
utworów w ustach prowadzącego jakiś popularny program.
Oczywiście, oprócz "pisarzy", którzy dopiero debiutowali są ludzie posiadający ugruntowaną pozycję na
rynku. Taka pozycja daje pewne obowiązki, no bo kogo można zapytać o debiut literacki Jana Pawła 2?
Oczywiście Miłosza (to taki katolik, co nie lubi księży) i dzięki takim sytuacją autor tomika "Głos biednych ludzi"
żyje w świadomości statystycznego nic nie czytającego Polaka. Niestety, wizerunek poety, który wypowiada się
poprzez ars poetica jest obcy plebejskiemu uczniowi, posiadającemu piątkę z polskiego, gdyż zachowuje się tak, jak
wymaga od niego polonistka.
Największą kategorię pisarzy stanowią ludzie, którym debiut utrudniają "ci co zaprzedali się systemowi", nie wierzę by jakikolwiek genialny poeta miał utrudniony dostęp do wydawcy. Część pisarzy żyje jeszcze w realiach sprzed '89 roku ("Jak to nie chcą kupować mojej książki? Przecież jest tam postać a la Giaur Byrona, nie brakuje też motywów zaczerpniętych z "Fausta" Goethego, a poza tym jestem genialnym pisarzem i oni (czytelnicy) się na mnie uwzięli", tak to z pewnością quasi poeci i quasi pisarze tłumaczą się przed wydawcą gdy ich dzieł nikt nie kupuje), a przecież są pisarze żyjący już w kapitalizmie, którzy zauważyli, że nie trzeba pisać dobrych książek - wystarczy być protegowanym jakiejś popularnej postaci, albo posiadać jakieś wyryte w pamięci czytelnika nazwisko.
Nie ukrywam, że chodzi mi tu o dwie kobiety polskiej literatury: Dorotę Masłowską i Joannę Chmielewską.
Pierwsza z nich to debiutantka, którą wypromował Robert Leszczyński (znany skądinąd z ksywy Sędzia
Dred) lansując jej książkę jako biblię naszych czasów, choć sama "Wojna
polska -ruska
pod flagą biało - czerwoną" jest knigą mym zdaniem o średniej wartości. Pani Masłowska jest symbolem protkecji: na początku była rekomendacja Świetlickiego na okładce (dlatego dzieło
to musiało przeczytać parę tysięcy jego fanów), lansowanie "Wojny" przez Leszczyńskiego (kolejne parę tysięcy
fanów Sędziego Dreda), wreszcie tendencyjne felietony Jerzego Pilcha w "Polityce" (parę tysięcy ludzi czytających
"Polityke"). Właśnie dlatego zdaniem krytyków pani Masłowska odniosła taki sukces, biorąc pod uwagę, że Nastohańba w wieku
17 lat zaczęła wysyłać swe pierwsze teksty do szefa wydawnictwa "Lampa I Iskra Boża" Pawła Dunina-
Wąsowicza", a jej pierwsza książka odniosła "sukces": 54 tysiące sprzedanych egzemplarzy dopiero dwa lata później.
Joanna Chmielewska jest przeciwieństwem pani Nastohańby, kobieta w sile wieku, napisała już książki, które stały
się bestsellerami, niestety, te dwie kobiety posiadają rzecz wspólną - książkę, która nie powinna być wydana.
Autorka "Romansu wszech czasów" postąpiła jak autorzy gier komputerowych: wziąć to, co podobało się wszystkim
z poprzednich książek, zmieszać, dodać nutkę nowości i wydać. Tak właśnie powstał "Babski Wieczór" (tytuł tej książki powinien brzmieć nieco inaczej: "Wyrzuć przed
przeczytaniem", gdyż po przeczytaniu tego dzieła zmieniłem zdanie o pani
Chmielewskiej). Osoby mi bliskie zastanawiają się, dlaczego nie napisałem o Katarzynie Grocholi i Manueli
Gretkowskiej? Autorka "Serca na temblaku" jest klonem Helen Fiedling, poza tym wydała ostatnio "Upoważnienie do szczęścia",
które zapewne nie zrobi takiej kariery, jak jej poprzednia książka. Manuela Gretkowska jest bliska mojemu sercu: wystąpiła u Kuby Wojewódzkiego, dawała mu dobre riposty na jego
pytania, ale jej najnowsza książka "Sceny z życia pozamałżeńskiego" jest to opowieść o "piątej wodzie po
erotycznych uniesieniach wyzwolonej pensjonarki".
Na końcu chciałbym przypomnieć przyszłym genialnym pisarzom, by liczyli się z czytelnikiem i pamiętali, że "nie należy lekceważyć drobnostek, bo od nich zależy doskonałość".
Piotr T. Biegasiewicz