STARCRAFT
WIDMO ZAGŁADY CZ. III


     -Rozumiem. - odparł LeBlance. Odczekał do momentu, gdy stwór znajdzie się tuż przed Donaheyem i posłał w niego strumień
płomieni. Zergling rozdziawił paszczę chcąc wydać z siebie ostatni pisk, ale firebat nie pozwolił mu na to. Umieścił wylot
miotacza w otwartej gębie i ponownie odpalił wiązkę. Skóra na łbie zerglinga pociemniała od środka a gałki oczne zamieniły
się w dwie pomarszczone kuleczki. Stwór padł na podłogę martwy.
Rick podszedł do miejsca, w którym dojrzeli stwora. Na podłodze leżało ciało dwudziestokilkuletniego mężczyzny w
kombinezonie mechanika. Skóra z ponad połowy twarzy była powyszarpywana wraz z mięśniami, także na korpusie znajdował
się wygryziony otwór. Trzy kroki dalej znajdywało się kolejne ciało.
-Sukinsyny urządziły tu sobie spiżarnię. - stwierdził ponuro. Burt w tym czasie oglądał inne ciało, wciśnięte do połowy pod
kolano rury.
-Nie tylko spiżarnię. - dodał. - Spójrzcie na tego tu.
Skierował światło latarki dołączonej do snajperki na twarz trupa. Dwa dziwne, wężowate odrosty przebijały oba policzki,
trzeci znikał w pokrzywionych ustach. Skóra była śnieżnobiała i pokryta jakąś łuską. Otwarte oczy miały mętny, żółty kolor.
-Mutują załogę. - zorientował się Poe. - Cholerne gnidy.
-Z drugiej strony, to zwiększa szansę na to, że nasi żyją. - zauważył Jason. - No dobra. Nie rozdzielamy się. Systematycznie
sprawdzamy całą komorę aż ich znajdziemy. A następnym razem, jak coś będzie wam drgać, to nie reagujcie tak
spontanicznie.
Krążąc między rurami natykali się co i rusz na kolejne, nadżarte lub zabite podczas mutacji, ciała. Wśród nich byli także
ludzie z załogi posterunku. Nie obyło się też bez kolejnych spotkań z zerglingami, ale udawało się ich pozbyć bez większych
problemów. Tiffany i Vanessa tylko dwukrotnie musiały użyć swoich umiejętności, by załatać trochę mocniejsze zadrapania.
Przechodzili właśnie obok poprzecznego przewodu obwicie pokrytego fioletową płachtą, gdy dobiegł ich cichy jęk, dokładnie
zza żywej kurtyny. Jason wskazał na Donaheya, Wilkinsa i Gonsalesa po czym machnął lufą w stronę creepu. Rick i Hector od
razu rozstawili się na boki, osłaniając Burta, który uniósł tkankę w górę.
-To oni! - poinformował półszeptem podekscytowany.
-Rozetnij to gówno. - rozkazał Zakowsky. - I wyciągamy ich stamtąd.
Burt natychmiast i z ochotą przystąpił do wykonania rozkazu. W pół minuty wykroił w płachcie okienko dwa na dwa
metry. Za nią znajdowało się coś w rodzaju spiżarni, jeśli można to tak nazwać. Nisza miała jakieś trzy metry długości i pięć
szerokości. Wewnątrz creep pokrywał wszystkie ściany, podłogę i utworzony przez rurę sufit. W tym posłaniu z tkanki leżeli
Jonathan, Samuel i Lester. Byli niemal całkowicie zakryci. Wystawały tylko głowy, część korpusów, ręce Scully'ego i jedna
Leddisona oraz część nogi Barnesa. Widać było, że żyją bo wszyscy oddychali, ale żaden nie był przytomny.
-Rick i Hector cały czas nas osłaniacie. - wydał kolejny rozkaz kapitan. - Pozostali, wyciągamy ich z tego.
Podzielili się po dwoje. Wilkins z Robertsem podnosili Jona, Zakowsky i Poe Sama a Scully'emu pomagali Goethke i
leBlance. Wydostanie człowieka z creepu okazało się nie być takie proste, jak myśleli. Tkanka zacisnęła się mocno wokół ciał
i ściągała je do podłogi. Dodatkowo okienko, w którym stali Donahey i Gonsales, zmniejszało się powoli.
-Jean, przypal krawędzie tego gówna, żeby przestało rosnąć. - zasugerował Rick. Francuz na chwilę puścił Scully'ego, który
natychmiast na powrót upadł. Gdy leBlance opiekł kwadratowe przejście wkoło, plazma cofnęła się o kilka centymetrów.
-Może przypalę też tego śmiecia na podłodze. - zaproponował. - Jest szansa, że szybciej puści.
-Próbuj. - zgodził się Jason. Firebat posłał smugę ognia w poprzek podłogi. Poczerniały creep rozerwał się na dwie połowy.
Jean palił dalej, gdy nagle za jego plecami rozległa się seria z Gaussa. Obrócił się raptownie, ale na podłodze leżały już tylko
podziurawione, krwawiące zwłoki zerglinga.
-Nie ma za co. - oświadczył Gonsales. - Podpalaj dalej.
Gdy zacisk założony przez zergów puścił, uwolnienie trójki mężczyzn przestało być problemem. Jako pierwszy
wyswobodzony został Barnes. Jason i Stephen wynosili go na zewnątrz, gdy za ich plecami rozległ się krzyk zaskoczenia
Burta.
-Jezu, kapitanie! Niech pan na to spojrzy.
Jason odwrócił się natychmiast. Wilkins razem z porucznikiem Robertsem trzymali Jona, którego ręce przewiesili sobie
przez ramiona. Prawa nogawka i jednocześnie noga starszego szeregowego kończyły się nagle w miejscu gdzie powinno
znajdować się kolano. Strzępy materiału wokół miejsca, w którym kończyna została urwana, zdążyły zabarwić się na
czerwono od spływającej krwi, która zaczęła obficie broczyć zaraz po tym, jak uścisk creepu rozluźnił się. Jej krople niemal
ciągłą strugą uderzały o podłogę. Zakowsky'emu zmiękły kolana. Oparł się o ścianę i ciężko przysiadł.
-Vanessa. - wypowiedział łamiącym się głosem. - Zrób coś z nim, żeby tak nie krwawił.
-To nie pana wina, kapitanie. - powiedział Roberts, który kucnął obok niego i położył mu rękę na ramieniu. - Nic nie mogliśmy
zrobić.
-Co ja powiem mojej siostrze? - tym samym tonem spytał dowódca. - Przecież jestem pieprzonym kapitanem. Powinienem
przewidzieć, że to zbyt niebezpieczne wysyłać tu takie małe, zaledwie czteroosobowe grupki.
-Najważniejsze, że on przeżyje. - wtrąciła Vanessa, która skończyła opatrywać rannego. - Zabezpieczyłam to dość dobrze,
żeby wytrzymało nawet przez dobę. Do tego czasu zdążymy wrócić na Shakuras.
Jason podniósł się i próbował stwarzać pozory spokojności. Humor miał co prawda parszywy, poza tym zdawał sobie
sprawę, że wśród rannych nie ma Simpsona, którego najpewniej już więcej nie zobaczy, ale zdawał sobie także sprawę z tego,
że jego wybuch rozpaczy już dostatecznie zepsuł morale oddziału. Tiffany miała nawet łzy w oczach. Nie mógł sobie pozwolić
na więcej chwil słabości.
-Pozostali też są ranni?
-Kilka powierzchownych obrażeń, którymi już się zajęłam. - odparła Tiffany, wycierając oczy. - Poza tym Sam ma rozpruty
bok a Scully stłuczenie głowy, ale nie powinno to utrudniać im poruszania się.
-Dobra. - Jason zachowywał się już całkiem normalnie. - Wygląda na to, że zostali potraktowani jakimś środkiem
usypiającym. Tiff, Vanessa, sprawdźcie, ile macie energii. Niech ta, u której wyjdzie więcej, rzuci na nich restoration.
Po szybkim porównaniu Tiffany uruchomiła odpowiedni moduł w urządzeniu medycznym. Błysk energii oplótł całą trójkę i
ci, mrugając oczyma, powoli wracali do przytomności. Scully podniósł się jako pierwszy. Zasalutował Zakowsky'emu na tyle
dobrze, na ile był w stanie i zameldował lekko przytłumionym głosem:
-Sir, z przykrością melduję, że wpadliśmy w zergowską pułapkę. Mamy straty w ludziach, poza tym starszy szeregowy
Leddison...
-Kurwa mać!! Moja noga! - wydarł się Jon, dając wszystkim do zrozumienia, że on też wie już o tym, co mu się przytrafiło.
Tiffany objęła go czule i położyła mu na ustach palec.
-Spokojnie, Jony, jakoś to będzie. A teraz, proszę cię, cicho. W koło roi się od tych bydlaków.
-To boli, Tiff. - wykrztusił Leddison, mimo woli łkając. - Boli jak cholera.
-Weź ze dwa stimpacki. To przez chwilę pomoże. - medyczka nadal obejmowała go ramieniem. - I, zanim się nie spojrzysz,
będziemy już z powrotem w domu.
Jason podszedł do niego. Starał się zachować spokojny wyraz twarzy, ale nie udało mu się ukryć udręki.
-Wybacz, Jony. - wykrztusił przepraszającym tonem. - Nie powinienem rozbijać grupy.
-Daj spokój, tatku. - odparł jego szwagier. - Jesteś naszym wodzem, a nie niańką. Poza tym, Brooke zawsze prosiła, żebyś
załatwił mi jakąś pracę w biurze. Teraz mam to zapewnione.
-U mnie też wszystko w porządku. - wtrącił sucho Barnes. - To znaczy prawie wszystko. - poprawił, przykładając rękę do
rozprutego boku. - Ja i Scully jesteśmy trochę poobijani, więc proponuję, żebyśmy to my dwoje pomogli iść Jonowi, a reszta
miała obie ręce na gnatach.
-To samo chciałem zaproponować. - zgodził się Zakowsky. - No dobra, te filtry wokół nas znajdują się mniej więcej w połowie
długości statku, żeby to, co pompują, nigdzie nie miało za daleko. To daje nam kawałek drogi do samego dziobu. Windy są
nieczynne a zejście szybem może być utrudnione z powodu rannych.
-Chyba nie chcesz nas tu zostawić? - parsknął Jon krztusząc się przy tym. Jason nie skomentował tej uwagi.
-Okienka w kajutach też odpadają. Może dziewczyny zdołałyby się przez nie przecisnąć...
-Vanessa chyba najpierw musiałaby sobie amputować co nieco. - wpadł w słowo Hector, znacząco patrząc na jej piersi.
Dziewczyna palnęła go w tył głowy.
-To nie jest pora do żartów, kretynie. - warknęła na niego. - Ani temat.
-Spokój. - Jason przerwał dyskusję równie nieprzyjemnym tonem. - I nie przerywać mi więcej, kiedy mówię. Nie zdziwiłbym
się, gdyby zergowie już się zorientowali, że odbiliśmy naszych. Zapewne zdają też sobie sprawę, że mamy tylko jedną drogę
wyjścia. Macie mieć oczy wkoło głowy a kiedy zauważycie coś podejrzanego, strzelać bez ostrzeżenia. A teraz idziemy, nim
coś zorganizują. Burt, Sam - włączacie wykrywacze ciepła i sprawdzacie drogę przed nami. Tim, prowadź.
Porucznik szybko odtworzył w pamięci drogę do drugiego wyjścia. Pewnie prowadził grupę. Wilkins szedł tuż koło niego z
lunetką przy oku i rozglądał się wokół. Barnes, jako drugi wyposażony w broń snajperską, szedł z tyłu pomagając
Leddisonowi i w związku z tym obserwował, czy nic nie zachodzi ich od pleców.
-Złe nowiny, szefie. - odezwał się Burt, gdy byli już prawie przy drzwiach. - Bydło gromadzi się wokół wyjścia.
-Ile?
-Będzie ponad tuzin. - szybko sprawdził Wilkins. - I nie wszystko to kundle.
-Goethke, Poe. Wyciągnijcie z plecaków po jednym rozrywającym i prześlijcie to temu towarzystwu. - wydał rozkaz Jason.
Niemiec, zadowolony że dowódca zwrócił wreszcie na niego uwagę, natychmiast sięgnął do torby na ramieniu. Poe także się
nie ociągał.
-Daj nam znać, jak podejdziemy do nich na jakieś dwadzieścia pięć metrów. - zwrócił się do snajpera. Burt zgodził się
skinieniem głową.
-No dobra, jak dobrze liczę, to będzie gdzieś tu. - stwierdził, gdy zatrzymali się przy ukośnej, nagrzanej rurze.
-Rzucać, kapitanie? - spytał Niemiec skwapliwie.
-Poczekaj, aż wszyscy będą gotowi. - wstrzymał go Zakowsky. - Jak pierwsze uderzenie ich oszołomi, nie możemy czekać, aż
dojdą do siebie. Wpadamy w nich, wykańczamy niedobitków i spływamy na zewnątrz. Dziewczyny, byłbym wdzięczny,
gdybyście spróbowały otworzyć drzwi, jak my zajmiemy się strzelaniem.
-Dobra, Jason. - zgodziła się Vanessa. - O ile to nie są jakieś superciężkie kloce.
-Otwierają się lekko. - uspokoił ją Stephen. - Scully i Barnes, możliwie długo trzymajcie się z tyłu. Rzucamy, kapitanie.
Oba granaty niemal jednocześnie przeleciały nad rurą i eksplodowały pod drzwiami. Przez głośny huk przedarł się krótki
pisk kilku ginących stworzeń i w tym samym momencie marines ruszyli do ataku. Serie z Gaussów przerywał czasem huk
strzelby Poego albo snajperskich C-10. Zergowie, pomimo tego że co najmniej kilkoro z nich granaty rozszarpały na strzępy,
stawiali zaciekły opór. Pomijając hydraliski, które z zadziwiającą wytrzymałością przyjmowały na swój pancerz kolejne
naboje, także i zerglingi cięły jak oszalałe i dopiero magazynek władowany w łeb kładł je na podłogę. Jakby tego było mało,
ze wszystkich stron napływały coraz to nowe stwory.
-Vanessa, skarbie!!! - wrzasnął Jason, licząc, że jego głos przedrze się jakoś przez ogłuszający jazgot. - Nie chciałbym was
popędzać, ale gdybyście już otworzyły furtkę, byłbym naprawdę wdzięczny!!!
W ostatniej chwili dostrzegł "pieska" rzucającego się na niego z poziomej rury kanalizacyjnej i zestrzelił go, nim stwór
zdążył sięgnąć go pazurami. W miejsce ubitego stwora zjawiły się dwa następne. Sprawdził szybko ilość naboi w magazynku.
Zostały mu już tylko 34. Przymierzył dokładnie w czające się do skoku pokurcze. Jeden z nich zamarł w bezruchu na chwilę
przed skokiem i w tej samej chwili krótka seria przebiła mu płat czołowy. Znieruchomiały zergling spadł na podłogę. Z
magazynka Jasona uszło 7 kolejnych naboi. Ponownie spojrzał przez ramię. Medyczki kończyły właśnie rozsuwać drzwi.
-Taktyczny odwrót!!! - wydarł się ponownie. - Natychmiast!!!
Ten rozkaz wszyscy przyjęli niezmiernie chętnie. Wycofywali się tyłem cały czas prując w napływającą na nich falę
wrogich jednostek.
-Burt, Hector, zluzujcie dziewczyny!!! - głośnym krzykiem wydał kolejny rozkaz Zakowsky. - Jean i Lester, zamknijcie mi to
przejście ścianą ognia!!!
Wilkins i Gonsales złapali za oba skrzydła drzwi z trudem utrzymywane przez Tiffany i Vanessę, które natychmiast po tym
cofnęły się w głąb korytarza. Firebaci przestawili miotacze na najgrubszą wiązkę i podpalili stos leżących na podłodze
wewnątrz komory ciał.
-Puśćcie! - Francuz zawołał do dwójki wstrzymującej do drzwi. Przy akompaniamencie trzaskających w ogniu zwłok wejście
zamknęło się z hukiem.
-Jacyś ciężej ranni? - skierował pierwsze pytanie do grupy dowódca.
-Raczej masa zadrapań i oparzeń, szefie. - odparł Rick po szybkim przyjrzeniu się grupie. Medyczki pośpiesznie usunęły
obrażenia i ruszyli dalej w stronę dzioba. Po drodze oględnie sprawdzali wszystkie mijane pomieszczenia, żeby nic ich nie
przypadkiem nie zaskoczyło. W którymś z kolejnych Donahey natknął się na zapowiedź kolejnego problemu. Tylna ściana
miała wyrwę szerokości pięciu metrów ciągnącą się pod sam sufit. W rozerwanej ścianie widać było poszarpane przewody a
między nimi walające się strzępy ludzkiego ciała.
-No dobra, lepiej tu nie wchodźcie, bo porzygać się idzie. - ostrzegł stojącą na korytarzu resztę grupy. - Jest tu prawa stopa,
ramię... trudno powiedzieć które, żuchwa, fragment czaszki, kilka żeber i... cholera, no po prostu rozpierdoliło go na drobne
kawałeczki!!! To zdecydowanie nie był kundel.
-Wystarczy, wychodź stamtąd. - uciął wywód Roberts. - Wiemy już, jak to wygląda. A jakby ktoś jeszcze był ciekawy, to
ewentualnie może tam zajrzeć.
Nikt nie był. Po kilku kolejnych krokach korytarz, którym się poruszali, zakończył się nagle rozsuwanymi drzwiami z
podpisem "MESA". Pod nimi leżało kolejne rozszarpane ciało. Skóra z twarzy była zerwana w osiemdziesięciu procentach,
odsłaniając pooraną ranami czaszkę z gałkami tkwiącymi wciąż w oczodołach. Między zaciśniętymi zębami było widać
fragment języka, najprawdopodobniej odgryzionego z przerażenia. Poskręcane jelita wyszarpnięte z wnętrza ciała wiły się na
nogach. Urwane podudzie tkwiło między obiema częściami drzwi nie pozwalając im się domknąć. Ze środka bił wywołujący
mdłości zapach juchy. Tiffany wyraźnie zbladła na twarzy, także Vanessa nie wyglądała najlepiej.
-Kurde, kapitanie. - mruknął Barnes lekko struchlałym tonem. - To nie wygląda zbyt ciekawie. Mam dziwne wrażenie, że to
naprawdę coś więcej niż zerglingi.
-Za nami są komory z pompami i silnikiem a innej drogi nie ma. - odparł Roberts oschle, nie dając dojść do słowa Jasonowi. -
Może nim zaczniesz panikować, zajrzysz do środka i sprawdzisz, czy coś tam jest? A może brak ci odwagi?
-Mówiłem do kapitana, sir. - równie nieprzyjemnie odparł szeregowiec. Jak dla niego, porucznik był raczej odpychający na co
dzień a kiedy łapał zły humor, stawał się po prostu nie do zniesienia. Starał się z nim wtedy nie dyskutować, ale niektórych
uwag po prostu nie mógł przemilczeć. Na szczęście tym razem kapitan był podobnego zdania co on.
-No dobra, Tim. - zwrócił się do porucznika. - Widzę, że nerwy zaczynają ci puszczać, więc może na minutę przystaniemy i
zapalisz sobie papieroska albo co? Sam jest ranny i raczej niezbyt nadaje się do zwiadu.
Roberts westchnął i zrobił minę zdradzającą zmieszanie:
-Proszę mi wybaczyć, kapitanie. - jak zwykle przy osobach trzecich nie zwrócił się do Zakowsky'ego po imieniu ani nazwisku.
- Chyba faktycznie zaczynam trochę głupieć.
-Przeprosiny przyjęte. - stwierdził Jason. - No dobra. Hector, kapralu Goethke, rzućcie okiem, czy nic nie czai się za
drzwiami.
Kapral z zadowoleniem, wynikającym z tego że dowódca zwrócił się do niego z zadaniem, podszedł do drzwi. Gonsales
ruszył się z miejsca bez entuzjazmu. Poczekał, aż Niemiec uchyli drzwi lufą, i wychylił się za nim, cały czas trzymając palec
tuż przy spuście ściskanego w rękach Gaussa. Pomieszczenie miało kształt półpierścienia, dlatego nie widział go w całości, ale
na widocznym obszarze nie dostrzegał wrogich stworzeń. W zasięgu jego wzroku były tylko połamane stoły i krzesła a między
nimi jeszcze kilka pokiereszowanych ciał. Przeciwległa ściana z drugim wejściem znajdowała się mniej więcej dwadzieścia
metrów dalej. Wydawało mu się natomiast że coś słyszy. Położył palec na nosie i sam wstrzymał na chwilę oddech. Zza
któregoś z rogów dobiegł go dźwięk przypominający mu psa pożerającego kości. Cofnął się do środka.
-Żadnego bydlaka nie widać - zameldował dowódcy - ale nie ma wątpliwości, że coś tam jest. Z tego, co słyszałem, to
trafiliśmy akurat na jego obiad, więc dobrze byłoby przejść tak, żeby nie przeszkodzić mu w posiłku.
-Słuszna uwaga. - zgodził się Jason. - Szerokość dwadzieścia metrów, zgadza się?
Hector potwierdził skinieniem głowy.
-Idziemy powoli. - Zakowsky wydał rozkaz grupie. - Musicie jednocześnie patrzeć pod nogi i pilnować, czy nic was nie
atakuje. Jon, dasz radę?
-Jak mam być szczery to diabli wiedzą. - odparł Leddison. - Jestem przyzwyczajony do chodzenia na dwóch nogach.
-Musimy zaryzykować odrobinę hałasu. Razem ze Scullym i Samem idziecie jako trzeci, zaraz za mną i porucznikiem, po was
dziewczyny. Reszta ma być gotowa na osłanianie nam tyłków. Tim, w razie gdyby po drugiej stronie coś czekało, pamiętaj, że
jesteśmy jedyną strażą przednią.
-Bez przesady, sir. - próbował dyskutować Barnes. - My jeszcze żyjemy, bądź co bądź.
-Zamknij się, Sam. - uciszył go Jason, ale w jego tonie nie dało się wyczuć żadnej agresji. - Od teraz bezwzględna cisza.
Wchodzimy.
Porucznik lekko naparł na drzwi lewą ręką i te otworzyły się bez problemu. Ostrożnym tempem kierował się w stronę
wyjścia na drugi korytarz. Dłuższym krokiem przestąpił nad kilkoma puszkami po konserwach zebranymi w stos, ominął
leżący w poprzek blat stołu, butem odsunął kilka prętów z nóg od krzeseł tworzących małą blokadę na jego drodze. Szykował
się właśnie do usunięcia dwóch siedzeń opartych o ścianę tuż przy progu, gdy za nim rozległ się głośny brzęk. Stalowa puszka,
przypadkiem kopnięta przez Jona, odbiła się od nogi kapitana i trafiła w metalową podstawę krzesła. Jason syknął z nerwów i
przeładował broń. Ciche chrupanie przerodziło się w ogłuszający ryk i przy akompaniamencie trzęsących podłogą dudniących
stąpnięć wroga bestia ruszyła na nich. Zakowsky nieomal zaniemówił.
-To niemożliwe. - szepnął tylko. - Tu jest za mało miejsca...
Ogromny, masywny ultralisk o lekko fioletowawym pancerzu gęsto nakrapianym zbrązowiałą krwią wychynął zza rogu.
Szarżował jak byk, z pochyloną głową, a jego dwa potężne kły bez przerwy wachlowały powietrze przed łbem.
-My tego nie przeżyjemy... - jęknął Donahey. Jason widział, że Rickowi nerwy lekko puściły i że może dramatyzować, ale
wiedział też, że tym razem szeregowiec może mieć rację i że jego wróżba może okazać się przerażająco prawdziwa. Mimo to
wolał nie prowokować losu. Pośpiesznie wymierzył odpowiedni łuk i wystrzelił granat. Trafił bestię w prawe przednie ramię i
wywołany eksplozją płomień przepełzł po jej grzbiecie, ale mimo tego, że w pancerzu pojawiła się głęboka krwawiąca wyrwa,
ultralisk nie zatrzymywał się. Na szczęście reszta oddziału także doszła do siebie po chwilowym szoku i powietrze wypełniły
odgłosy serii z Gaussów przemieszanych z C-10kami i obrzynem Poego.
-Scully i Jean, nie próbujcie do niego podchodzić!! - głośnym krzykiem wydał rozkaz Jason. - Wszyscy wycofują się zaraz za
nami!!!
Wybiegł z mesy ramię w ramię z Timothym. Trzy zerglingi wybijające się spod podłogi przyjęli niemal z radością.
Wykończenie kundli w porównaniu z ultralem tuż za nimi nie było absolutnie niczym kłopotliwym. Za ich plecami wystrzały
stawały się coraz głośniejsze - medyczki oraz ranni byli już w środku i teraz reszta oddziału się wycofywała. Nie można było
też nie usłyszeć coraz agresywniejszych warknięć bestii. Dopadła już grupy i powietrze wypełnił smród palonego mięsa.
LeBlance i Scully, który mimo tego że był ranny cofnął się do wroga, nie oszczędzali miotaczy. W momencie gdy większość
była już w środku i tylko Ricka oraz dwóch firebatów dzieliło od wyjścia jeszcze te kilkadziesiąt centymetrów, ultralisk w
końcu trafił skutecznie. Powietrze przeszył obrzydliwy dźwięk rozrywanego mięsa a na ścianach pojawiła się nagle krwista
mozaika. Jean wleciał do korytarza jak bezwładna kukiełka, w locie uderzając w dwie najbliższe osoby. Upadł na podłogę
jakieś pięć metrów od wejścia. Wokół niego w zastraszającym tempie rosła kałuża krwi. Kawał skóry i tkanki z prawej strony
brzucha został bezpowrotnie wyszarpnięty i teraz w tym miejscu ziała odkryta rana.
Ultralisk wyrwał uszkodzone wcześniej drzwi, próbując wejść do środka i dobić swoją ofiarę. Szczęśliwie korytarz o
wymiarach cztery na cztery metry okazał się dla niego trochę za mały. Bestia zdawała się tego nie dostrzegać, cały czas
napierając cielskiem na ścianę i tnąc powietrze kłami. Z lewego cały czas skapywały kropelki krwi. Hector zareagował
pierwszy, niemal natychmiast po tym, jak leBlance upadł na ziemię. Przymierzył w okolice oka i otworzył ogień. Wszyscy ci,
których nikt inny nie zasłaniał, zrobili to samo i instynkt samozachowawczy zmusił ultraliska do wycofania się. Gonsales
zamierzał go ścigać, ale dowódca uprzedził jego myśli.
-Jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy gonić za tą krową, osobiście utrącę głupi łeb. Dziewczyny, - zwrócił się do medyczek,
które już zajęły opatrywaniem się rannego - jak tam z nim?
-Kolejny dobry powód, żeby jak najszybciej stąd wyjść. - odparła Tiffany.
-Hej, szefie. Podaj mi mój miotacz ognia, a osobiście skarcę bydle za zuchwałość. - wtrącił słabym głosem leBlance. Jasona
zaskoczyło to, że Francuz zdołał zachować przytomność, ale powstrzymał się przed wypowiedzeniem tego głośno.
-Bydle skarcone. - odparł z wymuszonym uśmiechem. - Jak jesteś taki energiczny, to wstawaj i idziemy dalej.
Jean nie odpowiedział. Jego głowa, podtrzymywana przez Vanessę, nagle opadła bezwładnie.
-Chyba tymczasowo nie wstanie, wodzu. - zauważył Leddison. - Czy to znaczy, że Sam i Lester biorą się teraz za niego a ja
się mam sam doczołgać?
-Starszy szeregowy słusznie nadmienił. - dodał Goethke. - Mamy coraz mniej rąk do broni a coraz więcej rannych.
-To może mamy ich dobić, co? - warknął na Niemca Zakowsky. - Kapralu, pan chyba nigdy nie dostał od przełożonego w
gębę. Przed odlotem twierdził pan, że sprosta wszystkim moim oczekiwaniom a jak na razie jedyne co pan robi, to wkurwia
mnie swoimi tępymi komentarzami.
-Ależ, sir, ja tylko... - zaczął się tłumaczyć, ale Vanessa weszła mu w słowo.
-Szeregowi Barnes i Scully go poniosą a my dwie pomożemy starszemu szeregowemu Leddisonowi. Czy to pana zadowala,
herr kapral Goethke? Poza tym, mogę panu zagwarantować, że nikt nie będzie zajmował panem rąk zdatnych do broni, jeśli
panu przytrafiłoby się coś podobnego.
-Pierwsza propozycja zostaje zaakceptowana. - zawyrokował Roberts. - To drugie było niepotrzebne. Idziemy.
W związku z tym, że obecny korytarz był większy od poprzedniego, poruszali się w miarę szybko, nawet z dwójką ciężej
rannych. Opatrunki u obu z nich jak na razie nie przepuszczały krwi, potwierdzając klasę medyczek. Oddział zdołał przejść
około czterdziestu metrów krętych korytarzy w pół minuty. Po tym czasie ultralisk przypomniał o sobie. Za nimi rozległ się
dźwięk rozdzieranej stali i donośny ryk. Jasonem aż wzdrygnęło, zresztą pewnie tak jak i całą resztą.
-On tu próbuje wejść! - wrzasnął, mimo że było to oczywiste dla wszystkich. - Szukajcie jakiś węższych odnóg!
Niestety, znajdowali się akurat w tej części, gdzie ulokowana była obsługa magazynów i korytarze były dostosowane do
małych pojazdów transportowych. Jedyną możliwością schronienia się w niższym czy węższym miejscu było wskoczenie do
któregoś z pokoi, ale dla wszystkich było jasne, że wtedy stwór już by ich nie wypuścił, a gdyby go zaatakowali, prędzej czy
później rozerwałby ścianę, tak jak teraz robił to z korytarzem. Poruszali się więc najszybciej jak mogli, ale nasilający się hałas
jednoznacznie dawał do zrozumienia, że odległość między nimi a ultraliskiem nieuchronnie maleje.
-Co za pieprzony pech! - wrzasnął bezsilnie Poe, zamykający grupę. - Poruczniku, orientuje się pan, ile jeszcze zostało do
innej części pokładu, z niższym sufitem?
-Ze cztery razy tyle, co przeszliśmy. - odparł Roberts po chwili zastanowienia.
-Dogoni nas, nim tam dojdziemy. - mruknął Stephen ponuro. Roberts spojrzał na niego groźnie.
-Może nie, jeśli zamiast marnować energię na trzepanie jadaczką i oglądanie się co chwilę przez ramię, kapralu, zacznie pan
żwawiej przebierać nogami. Nikomu nie pomożesz w ten sposób, Poe.
Im bliżej byli wybawienia, tym bardziej mroził im krew w żyłach nasilający się jęk wyginanej stali. Po następnych trzech
zakrętach i prawie stu metrach wszyscy zdali sobie sprawę, że Stephen miał rację.
-Jest za blisko. - jęknęła Tiffany a łzy po raz kolejny zaświeciły jej w kącikach oczu.
-Proszę mi przerwać, jeśli powiem coś głupiego, kapitanie - odezwał się niepewnie Goethke - ale wydaje mi się, że oddział
dziewięciu ludzi wspieranych przez dwie medyczki jest w stanie pokonać tę cholerną krowę.
-Myślałem, że wszyscy to zauważyli, kapralu. - odezwał się Jason lekko karcącym tonem ale bez złości w głosie. - Ta krowa
jest za duża na zwykłego ultraliska. Podejrzewam, że to torrasque. Gdyby doszło do starcia, zabiłby co najmniej połowę z nas,
nim by padł. Stephen, nie widać go jeszcze? - odwrócił się do tyłu, w stronę Poego, i zamarł w bezruchu. Za medyczkami,
Burtem i Lesterem niosącymi rannych był już tylko pusty korytarz. Rick jako pierwszy zwrócił uwagę na stojącego w miejscu
dowódcę.
-Co się stało, kapitanie? - spytał. Jason robiąc niewyraźną minę wskazał palcem w kierunku, z którego przyszli.
-Chyba ten kretyn postanowił zarobić dla nas trochę czasu. - stwierdził normalnym tonem, po czym dobitniej dodał. -
Zamierzam iść tam i zaciągnąć go z powrotem choćby za kołnierz. Jak wrócimy, macie być już za niebezpiecznym odcinkiem.
-No jasne, dowódco. - odparł Rick - Z tym, że chyba nikt z nas nie puści tam pana samego. Ja tam idę z panem i proszę nie
mówić, że to niesubordynacja, bo mam to w dupie. Wystarczy, że ranni razem ze swoimi pomocnikami wejdą na bezpieczny
odcinek. Reszta może pobiegać.
-Rick... - Zakowsky najwyraźniej planował dyskutować, ale dźwięk rozdzieranej stali nagle ucichł i został zastąpiony przez
wystrzał z dwururki. Jason zaczął biec w kierunku, z którego przyszli i przez ramię wydał polecenie:
-Rick, Tim i Hector za mną. Goethke z Burtem zapewniają ochronę uciekającej grupie.
Nikt nie zamierzał dyskutować tym razem. Zresztą Niemiec i Wilkins rozumieli, że ich C-10 nie przydadzą się specjalnie
przeciw tak dużemu celowi. Czwórka pod dowództwem Jasona biegła najszybciej jak mogła i cała reszta znikła im z oczu
niemal natychmiast. Natomiast nie widzieli nigdzie Poego. Usłyszeli za to po raz kolejny wystrzał z jego obrzyna.
-On zdawał sobie sprawę, że to samobójstwo. - stwierdził ponuro Zakowsky. - Nie mógł chyba myśleć, że uda mu się wygrać.
-Nie, Jason, nie mógł. - zgodził się z nim Roberts. - Wiedział, co robi. Ale nie marnuj energii na mówienie.
Po kolejnych kilku sekundach huk raz jeszcze rozdarł ciszę. Słyszeli go teraz o wiele głośniej.
-Musi być blisko. - zauważył Rick. Mieli dłonie zaciśnięte na broni na tyle mocno, że skóra na knykciach im pobielała i gdyby
nie pompowana do żył adrenalina, ból zmusiłby ich do rozluźnienia dłoni. Teraz żaden nie zauważał, że są na granicy
samookaleczenia. Koncentrowali się wyłącznie na kapralu, którego chcieli dosięgnąć przed kłami bestii. Każdy z nich nawet
niezależnie od drugiego odliczał w myślach sekundy do kolejnego wystrzału. "3... 2... 1... ". Ale pięć sekund minęło a nic nie
było słychać. Poe, od kiedy Zakowsky, jego najstarszy kamrat, go poznał, zawsze przeładowywał i wypalał w pięć sekund.
Jason czuł, że coś jest nie tak. Wolał nie dzielić się swoimi obawami z resztą, ale reszta także zdawała sobie z tego sprawę. Nie
przestawali biec, lecz Rick wyraził obawy wszystkich głośno.
-Cisza trwa za długo. - stwierdził. - Coś...
-Coś się stało? - zgadywał Hector. - Możliwe, ale wali mnie to. Dopóki nie przekonam się na własne oczy, nie uwierzę, że
kapral nie żyje. Może po prostu gdzieś się schronił.
Jakby los postanowił pozbawić go złudzeń, ponownie rozległ się jazgot metalu ulegającego naciskowi potężnych szabli
ultraliska. Przestali biec, ale zarazem nie cofali się. Po prostu stanęli w miejscu i opuścili broń w rękach.
-Kapitanie, wydaj rozkaz, bo mam mieszane uczucia. - zasugerował Roberts, ale Jason wzruszył tylko ramionami bezsilnie.
-A myślisz, Tim, że ja nie? - spytał retorycznie. - Rick może mieć rację i Hector może mieć rację. Skąd mam wiedzieć, jak
będzie słusznie?
W sekundę po tym, jak skończył mówić, został pozbawiony wyboru. Fioletowawy ultralisk wytoczył się zza rogu ze
straszliwą szybkością. W ciasnym tunelu wydawał się być jeszcze większy niż wcześniej. Musiał biec z łbem zwieszonym do
podłogi, bo sufit mu przeszkadzał, a mimo tego ocierał się o strop karkiem zrywając lampy, głośniki i całą resztę elektroniki.
Jego kły były niemal w całości wbite w ściany, tylko ich połączenie z czaszką wystawało na zewnątrz i tam dało się zauważyć
znaczne plamy krwi. Dziury po kulach Poego znajdywały się nad lewym okiem i w łapie, trzeciej nie było widać, ale chyba
żadna z nich nie dokonała niczego poza dodatkowym rozwścieczeniem bestii. Hector nie zastanawiał się. Pierwsza seria poszła
w stwora jeszcze nim obrócił się w ich stronę. Druga rozbrzmiała już z czterech karabinków. Przy akompaniamencie strzałów i
jęczącej stali bestia szarżowała prosto na czwórkę żołnierzy.

(...)

Ciąg Dlaszy Nastąpi...



(No to mamy i 3 część... Jak ja nie lubię opowiadań w odcinkach, a wy? ;D - dop. Don Alfredo)

Pjotrus
Pjotrus@wp.pl