Lawrence Watt-Evans - "Jednym Zaklęciem"

Akcja książki rozgrywa się, jak nakazuje przypuszczać intuicja, nie na naszym świecie bynajmniej, a w innym świecie, gdzie czarodzieje nie są wyrzutkami społeczeństwa tylko normalnymi ludźmi, którzy dzięki swemu darowi pełnią własny zawód. Na ogół jako czarodzieje-nauczyciele, czasami jako prestidigitatorzy, czyli tacy magicy, którzy dzięki swemu darowi modyfikowania temperatury chronią transporty mięsa przed popsuciem się, czasami jako czarnoksiężnicy, zabijający okrutne smoki albo przygotowujący napoje miłosne, czy takich tam. Świat niczego sobie; zapowiadający się ciekawie dla młodych, uzdolnionych i pełnych młodzieńczego wigoru młodzieńców.

Nasz bohater - Tobas (czasami Tobias) także postanowił być kimś w tym stylu; chciał umieć czarować; chciał mieć kupę kasy i żyć w dostatku. Niestety, swoje aspiracje musiał schować do pustego żołądka i szukać szczęścia u innego magika. Pierwszy, jak na ironię umarł nauczywszy Tobiasa jednego, jedniusieńkiego, niepotrzebnego zaklęcia, działającego jak najzwyczajniejsze w świecie zapałki.

Tak z grubsza przedstawia się fabuła. Myślę, że to powinno wystarczyć. Czas teraz na refleksje. Ogólnie rzecz biorąc książka bardzo mi się podobała. Nie mogę wręcz się doczekać, gdzie i kiedy mogę znaleźć kolejny tytuł Lawrenca Watt-Evansa pt. "Niedoczarowany miecz". Tytuł ciekawy, czyż nie? Muszę przyznać, że na początku, gdy jechałem sobie pociągiem i dla zabicia czasu zagłębiłem się w wir wydarzeń na stronnicach, byłem pewien, że znowu trafiłem na jakąś kozę (niepoczytną książkę). Jednak, kiedy znalazłem się gdzieś około 40 strony, szybko moje zdanie diametralnie zmieniłem. Resztę - 250 stron dokończyłem tego samego dnia. Oderwać się od czytania nie mogłem. O ile dobrze pamiętam, nic tego dnia prócz śniadania nie jadłem, nie grałem na komputerze, a o lekcjach przypomniałem sobie o 23.15. A było zadane, oj było!

Fakt ten najprościej wyjaśnić może styl pisania Lawrenca. Jeśliby się ktoś upierał, to powiem, że jest trochę nawet podobny do stylu Sapkowskiego i Marka Utkina, o którym zresztą również pisałem. Opisy co prawda do ultra mistrzowskich nie należą, ale za to autor rekompensuje nam to swoistego rodzaju humorem, niepowtarzalnym biegiem wydarzeń, i co tu dużo mówić, samym tematem. Byłbym zapomniał. Główny bohater - Tobias ma za zadanie zabić smoka aby zyskać pieniądze, królestwo, i olbrzymi, ale z lekka zapadający się, zamek. Czy i jak zabił - zależy od was. Od tego czy przeczytacie, czy, mmm..., czy użyjecie książki jako np. jednorazowych chusteczek do nosa.

Jedna tylko rzecz nie dawała mi przez jakiś czas spokoju. Nie jest to może wada, czy specjalny jakiś plus; miałem jakieś dziwne przeczucie... wydawało mis się bez przerwy, że autor musiał grać kiedyś w grę Heroes of Might and Magic IV. Rodzaje magów, stopnie, czary, umiejętności - wszystko jak malowane tam się właśnie znajdowało. Przez czas jakiś było to dla mnie podejrzane z lekka. Gdy zaś wyczytałem co będzie jeśli połączy się demonologię z czarnoksiężnictwem (co z tego wychodziło - niestety nie pamiętam, wiem bynajmniej, że to samo wychodziło w poczciwych "Herosach") myślałem, że mnie szlag trafi. Za dużo tych podobieństw. Zajrzałem więc na koniec, gdzie znajdowały się informacje o roku produkcji i takich tam. Widniało tam: "... Warszawa 1991 ... Skład wykonano w Milanówku... Wydrukowano w Czechosłowacji" (a zapakowano w Chinach?) W takim wypadku jest odwrotnie niż myślałem. To HoMM4 wzorowali się pewnie na utworach Watt-Evansa. Dobrze wiedzieć. Zatem każdy szanujący się wielbiciel tej gry również powinien zagłębić się w lekturze. [Oj - coś to naciągane :P - dop. Ted]

Co tu dużo mówić? Wszystkich, którzy uznają poligamię bardzo zachęcam do przeczytania, eee..., innych też, wszakże w tym wypadku różnica jest nieduża. Zaś sam nie mogę się doczekać znalezienia "Niedoczarowanego Miecza". Oby był to jak najdłuższy utwór; a nuż coś schudnę?

Peter_lin