Zez

A Sartre miał zeza... Kiedy widzę jego zdjęcie, zastanawiam się, co on mógł czuć, spoglądając w lustro każdego dnia. Czy nienawidził tych swoich nieszczęsnych oczu? Czy napawały go one jeszcze większym wstrętem i odrazą niż ta, której szukał w spojrzeniach innych? Czy budziła się w nim niechęć, tajona nienawiść do tych wszystkich tępych, pięknolicych i powabnych młodzieńców lub do tych piersiastych, prowincjonalnych panienek, które mijając go na ulicy, a nie wiedząc w swojej ignorancji o jego dziełach, o jego geniuszu, o jego filozofii, patrzyły z wyższością człowieka atrakcyjnego na starszego pana z zezem rozbieżnym?

Nietrudno wyobrazić mi sobie awersję, jaką zapewne czuł do luster, a zarazem tę masochistyczną potrzebę stawania przed nimi w chwilach, gdy nikt go nie widział i wpatrywania się w te znienawidzone oczy. Domyślam się, jak wielka musiała być jego niechęć do oglądania zrobionych mu zdjęć. Widzę go, jak ktoś pokazuje mu po raz pierwszy jakąś serię fotografii, które on przegląda z udawanym roztargnieniem, jednocześnie skupiając niemal całą swą uwagę na tym zezie, oceniając, jak bardzo jest on na danym ujęciu widoczny. Czuję również, jak przy tym rozbudza się w nim pogarda do samego siebie, jak na nowo ogarnia go poczucie brudu, wynikające z kolejny raz dobitnie docierającej do niego bolesnej świadomości, że to, co on czasem tylko ogląda z obrzydzeniem w lustrze lub na zdjęciach, inni widzą codziennie, bezustannie, bez jego kontroli i zgody na to. Cóż za bezbronność - nie móc ukryć przed ludźmi własnej twarzy; cóż za ból - wystawiać swoje szpetne oblicze na czyjeś pełne litości lub kpiące - ale zawsze oceniające - spojrzenie. Chęć, aby wszyscy oślepli, aby jakoś ukryć tę twarz, aby wreszcie inni nie mogli jej widzieć. Morderczy dysonans: świadomość wewnętrznej potęgi i zewnętrznej nędzy.

Jestem pewien, że nawet jeżeli żył wśród najbardziej delikatnych ludzi, którzy zdawali się nie zauważać jego oczywistego defektu, którzy nigdy nie zranili go ani słowem, ani gestem, on sam musiał czuć się gorszy, brudny, musiał karcić się odrazą, której nie doświadczał z zewnątrz. Ciekawe, czy miał masochistyczną skłonność do mówienia o swojej skazie, do wygłaszania żartobliwych, choć pełnych ukrytej goryczy uwag na jej temat. A może wręcz przeciwnie, może nigdy o tym nie napomykał, lub nawet hamował się przed używaniem słów "oko" lub "zez", a gdy uczynił to ktoś inny, zawsze doszukiwał się w tym jakiejś aluzji do siebie.

Mógłbym się założyć, że patrząc na ludzi, zawsze zwracał wielką uwagę na ich oczy, próbował dopatrzyć się i u nich jakiejś wady, najlepiej podobnej do swojej, lecz poczucie ulgi i ponurego zadowolenia budził w nim zapewne również widok jakiejś innej niedoskonałości. Właściwie nie lubił towarzystwa zezowatych, pomimo że znajdował w nich swoiste usprawiedliwienie, jakby myślał: "patrzcie! nie tylko ja! nie tylko ja!". Ale do podobnych sobie osób czuł - zamiast współczucia i zrozumienia - awersję, bo przypominały mu one o jego własnej ułomności, a swoim wyglądem powodowały u niego tę odruchową niechęć do ludzi szpetnych, co z kolei uświadamiało mu, jak inni patrzą na niego.

Ciekawe, czy ten zez miał wpływ na jego filozofię. Czy ten masochizm emocjonalny, to wzbudzanie w sobie wstrętu do samego siebie prowadziło do masochizmu filozoficznego? Czy chęć zniszczenia tego zdradliwego ciała zaowocowała wizją przejścia w totalny niebyt po śmierci? Czy poczucie głębokiej niesprawiedliwości w sferze cielesnej przełożyło się u niego na poczucie niesprawiedliwości w relacjach człowiek - wszechświat? Czy ból bezsilności wobec czegoś tak błahego jak własne ciało zrodził w nim poczucie bezradności w konfrontacji z rzeczami wielkimi: życiem, śmiercią, czasem? Czy z ukorzenia się przed potęgą własnej fizyczności wynikła niewiara w coś potężniejszego - w duszę?

To zabawne, jak taki mały szczegół wyglądu naszej "powłoki cielesnej" (a więc czegoś drugorzędnego, czegoś mniej istotnego od "duszy") może zatruć życie. To naprawdę pocieszne, że pryszcze, krzywe zęby, nadwaga, duży nos, wada wymowy, niski wzrost lub wyłupiaste oczy mogą stworzyć chorobliwie nieśmiałych i zahukanych ludzi, którzy większość czasu spędzają w kryjówce własnego pokoju, uciekając przed rzeczywistością w krainę wyobraźni, w literaturę, w gry komputerowe. Ale nie martwmy się. A nuż wszyscy zostaniemy genialnymi filozofami?

Phnom Penh
phnom@go2.pl