.::. Monolog .::.

Caleb

 

Dwie brzoskwinie leżą na moim biurku. Dwie cholerne brzoskwinie! Najchętniej wziąłbym je dzisiaj i wyrzucił przez okno. Żeby rozbiły się o chodnik niczym krople deszczu. Jednak wiem, że jutro mi się przydadzą. Może je zjem? A może je zasadzę. A gdybym je wyrzucił poczułbym tylko chwilową ulgę. Dałbym uspokojenie moim nerwom. Jak narkotyk zadziałałyby na moje ciało. Chwilowa ulga oraz szczęście, a później odczuwać tylko ból oraz chęć rozbicia dwudziestu takich brzoskwiń. To wszechobecne zło we mnie tkwiące chce abym to zrobił. Ja jednak wiem, że muszę walczyć ze swoim wewnętrznym podziałem. Moją prywatną oraz skrywaną, duchową schizofrenią. Lata wokół mnie niczym sęp nad pustynią i tylko czeka na odpowiedni moment. A kiedy w końcu wygra nic już więcej nie poczuję. Tylko kilkusekundowy ból oraz zdziwienie. Zadam sobie wtedy pytanie - czemu? Nagle poczuję jaką głupotę zrobiłem. Zrozumiem, iż zawsze byłem nędznym robakiem. Będę wiedział ile byłem warty. Przed moimi oczami pojawią się liczby podobne do tych z jednorękich bandytów, a wyskoczą tam tylko same zera. Ciekawe, co wygram za trzy zera? A może wyskoczy ich o wiele więcej. Wcale mnie to nie zdziwi. Jednak wiem, że tego nigdy nie zrobię. Nie chcę widzieć tych liczb, czuć pustkę. Muszę nadal siedzieć, chodzić, walczyć. Właśnie walczyć jak rycerz o swoje marzenia. Tylko z kim? Chyba sam ze sobą, ze swoimi umiejętnościami i możliwościami. Wojna z samym sobą... czy to nie brzmi śmiesznie? Śmiesznie to brzmi żyć. Poszukiwać przez całe swoje życie szklanych domów. Wychodzić pod własną Golgotę by tam skonać. Uschnąć jak kwiat na grobie, zniknąć jak setki "panów nikt". Nikt nawet by nie widział. Każdy odwróciłby głowię i poszedł we własną stronę. A ja nadal będę stał na swojej fatamorganie, w świecie fantazji i marzeń. I toczył swój głaz pod tą cholerną górę. Czemu zawsze on spada na dno kiedy jestem prawie na górze? Czemu nikt nie podejdzie i nie pomoże? Chyba sam będę musiał brnąć w jedynym słusznym kierunku - przed siebie. Mogę tylko obiecać samemu sobie, iż się postaram. Kiedy popatrzę na lustro za kilka lat będę wiedział, że mi się udało. Nie sprzedam duszy jak Faust, tylko dzięki sobie wygram swoje życie. Będę się starał nie być strasznym mieszczanem, mieszkającym w strasznym mieszkaniu. Będę się starał.

 

.:. Wyjście do AM .:.