Niemal cały dzisiejszy dzień spędziłem w łóżku. Wstałem z niego tylko kilka razy: za potrzebą do ubikacji, do kuchni po kilka butelek piwa i żeby zapłacić facetowi za pizzę, którą wcześniej zamówiłem przez telefon. Rodzice wyjechali na urlop, więc nie musiałem przed nimi udawać, że żyję. Mogłem godzinami leżeć pod kołdrą, wpatrując się w sufit.
Myślę czasem o śmierci. O tym, że ja kiedyś naprawdę umrę (zaskakuje mnie to za każdym razem). Wyobrażam sobie wtedy swoje uczucia w chwili, gdy boleśnie zrozumiem, że właśnie kończy się moje życie, że pozostało mi go jedynie trzydzieści sekund, że zaraz będę nieodwołalnie martwy. Spoglądam na zegarek i ogarnia mnie przerażenie. Próbuję wysilić wolę i przeżyć te pół minuty jak najpełniej, czerpiąc pełnymi garściami, jakbym chciał doświadczyć rzeczywistości "na zapas" przed czekającą mnie wiecznością niebytu. Staram się nasycić ten króciutki czas wielkimi myślami lub wspomnieniami najlepszych chwil, ale nie mogę się na tym skupić, bo ogarnia mnie nieznośna tęsknota za traconym życiem, strach. W panice wpatruję się w bezlitosny ruch wskazówki i myślę już tylko o tym, że ja nie chce umierać, że niczego tu nie dokonałem, że przegrałem. Zamiast odchodzić ze spokojem, z poczuciem spełnienia, powtarzam jedynie w myślach: "jeszcze nie, jeszcze nie, jesz..."
Tylko takie działanie miałoby sens, które mogłoby zapewnić człowiekowi nieśmiertelność. A ponieważ umrę niezależnie od tego, czy dziś wstanę z łóżka i pójdę na spotkanie ze znajomymi, po drodze ratując tonące w rzece dziecko, czy też spędzę cały dzień na bezczynnym leżeniu, uczciwiej i godniej wydaje mi się nie próbować, nie uczestniczyć w tej krzątaninie. Są jednak tacy, którzy wierzą, że istnieją osiągalne dla nas formy nieśmiertelności. Horacy pisząc swoje słynne non omnis moriar, miał nadzieję, że jego utwory przeżyją go i będą czytane przez następne pokolenia. Miał rację, ale co z tego? To jest rzecz, którą można pocieszać się za życia, którą można próbować zabić ten zrozumiały strach przed zapomnieniem, ale wątpię, aby jego prochy dziś odczuwały zadowolenie z faktu, że go cytuję. Mówi się też, że człowiek żyje, dopóki ktokolwiek o nim pamięta. Jeżeli jednak ktoś mnie wspomni kilka miesięcy po mojej śmierci, moim gnijącym zwłokom raczej nie zrobi się z tego powodu przyjemniej.
Czy będę wielki, czy mały - umrę. Czy będą mnie kochać, czy nienawidzić - sczeznę. Czy będę sławny, czy nieznany - skonam. Nieodwołalnie. Więc po co dziś wstawać z łóżka? Wszystkie ludzkie sprawy to błahostki. Tę wielka prawdę znałem już - choć nie zdawałem sobie z tego sprawy - w pierwszej klasie podstawówki. To wtedy nauczyłem się na pamięć z pozoru niewinnej rymowanki o warzywach, która okazała się mocno pesymistycznym i nihilistycznym wierszem. "Na straganie" Jana Brzechwy przywołuje rozmowy toczone przez pietruszkę, buraka, cebulę, marchewkę i tym podobne indywidua. Nagle wynika spór, który rozsądzić ma kapusta. Słowa, które wypowiada, okazują się jednak mieć o wiele większą moc. Prawda w nich zawarta jest tak bezlitosna i ostateczna, że potrafi zażegnać każdy konflikt, skończyć każdy spór, uciąć każdą dyskusję:
A kapusta rzecze smutnie:
"Moi drodzy, po co kłótnie,
Po co wasze swary głupie,
Wnet i tak zginiemy w zupie!"
"Wszyscy umrzemy" - powiedziała mi kapusta, gdy byłem w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Nie zważając na mój młody wiek, chciała uświadomić mi, że - pomimo tego, co mi się od zawsze podświadomie wydawało - wcale nie będę żył wiecznie. Próbowała mi również przekazać to, co później poznałem jako vanitas vanitatum. Dziś już rozumiem, że wszelkie nasze ambicje i marzenia nie mają sensu - wizja śmierci go ich pozbawia. Więc wy, ludzie, budujcie domy, kochajcie się, piszcie książki, zdobywajcie sławę i pieniądze, pnijcie się po szczeblach kariery, płódźcie dzieci, które będziecie uważać za przedłużenie waszego życia, a ja sobie poleżę. To jedyne w miarę honorowe wyjście z tej beznadziejnej sytuacji. Bo jakiekolwiek działanie oznaczałoby przystąpienie do gry, a więc jednocześnie zgodę na jej reguły.
"Uwierzyć, że działanie mogłoby zaspokoić albo że suma działań mogłaby równać się życiu, które byłoby godne tej nazwy jest złudzeniem moralisty. Już lepiej zrezygnować; rezygnacja z działania jest oczywistym protestem, a nie jego maską."
oczywiście: Julio Cortazar - "Gra w klasy"
Phnom Penh
phnom@go2.pl