...już za rok matura... (la la la :))
Właśnie zakończyłam kilkugodzinną sesję czytania zaległych (czyli wakacyjnych) ActionMagów. Ledwo widzę na oczy i już nie wiem o czym był który tekst :/. Będzie trzeba przeczytać jeszcze raz :). Taaak, tym właśnie zajmują się przyszli maturzyści... Jestem ciekawa ilu takich oblało maturę przez AM. Ja chyba nie będę pierwsza, prawda?
Ja nawet mam dobre chęci (tak, tak, wiem, co jest nimi wybrukowane :)), ale kiedy grzecznie przychodzę do domku i chcę się uczyć zaczyna mi burczeć w brzuszku :/. To jakaś dywersja! Kto tak zaprojektował to głupie mieszkanie, że do swojego pokoju muszę przejść przez kuchnię?! Jak wiadomo, młodzież ucząca się potrzebuje dużo witamin i składników odżywczych, więc zostaję w kuchni chwilę dłużej. Zresztą jedzenie jest takie fajne :)). Na ogół kiedy kończę swój niezwykle zdrowy posiłek (np. chleb z musztardą albo lody prosto z pudełka; albo to wszystko razem :))), dzwoni telefon. Muszę odebrać, bo rodzice w pracy a sekretarki nie posiadamy (ani automatycznej, ani żadnej innej). Dobrze, że to ja odebrałam, bo i tak do mnie. Koleżanka/kolega chce, żebym się z nią/nim przeszła/spotkała/pogadała. Oczywiście zapieram się wszystkimi kończynami tudzież jękami i wymówkami, ale po jakichś 20 sekundach ulegam... :) No cóż, to nie moja wina, że mam słaby charakter. Zresztą, przez cały dzień w szkole słuchałam o tym, jaka to katorga czeka mnie na maturze (od nauczycieli) i jaka będzie na maturze rzeźnia (od znajomych; co oni tam wiedzą :)), więc należy mi się chwila odpoczynku :).
No, wychodzę. Łażę, po moim mieście, bezproduktywnie tracąc czas przeznaczony na naukę kombinatoryki, ewentualnie koniugacji omownej biernej (to łacina, gdyby ktoś nie wiedział). Hmm, właściwie to nie tracę tego czasu bezproduktywnie – w końcu omawiam z koleżankami studniówkę. Zawsze uważałam, że studniówka to o wiele ważniejsze wydarzenie w życiu licealisty niż matura; w końcu będzie na zdjęciach i filmować będą, a matura, myk myk i po krzyku, nikt nie zauważy! No a do studniówki tyle przygotowań. Jestem w fazie denerwowania się, bo nie mam pojęcia, jaką chcę sukienkę. Tego typu problemy natury egzystencjalno – filozoficznej są tragedią dla przygotowujących-się-do-matury. Och, spędzają mi sen z powiek (tutaj omdlewające westchnienie autorki, zakończone pełnym boleści jękiem). Zresztą, sukienka to jeszcze pikuś w porównaniu z tym, co czeka mnie za parę miesięcy. Na razie się tym nie martwię, ale na początku grudnia zacznę rozpaczać - chłopa chcę!!! No, nie myślcie sobie, ja porządną dziewczyną jestem, ale faceta na studniówkę potrzebuję. I nie wiem jak daleko będę gotowa się posunąć, żeby sobie jakiegoś znaleźć (już ostrzę glany ;)). Facet wybitnie inteligentny być nie musi, żeby tylko na zdjęciach dobrze wychodził i był ode mnie wyższy, kiedy założę buty na siedmiocentymetrowym obcasie (PG, podrośnij ze 4 cm ;)). Jak widać, specjalnie wymagająca nie jestem, ale to i tak za wiele jak na facetów z mojego miasta (może casting urządzę ;)). A jeśli o sukienkę i faceta chodzi, to wkrótce może pojawić się jeszcze jeden problem – jeśli będę się obżerać takimi śmieciami jak dotąd, to żadna sukienka na mnie nie wejdzie a żaden facet nie będzie chciał się ze mną pokazać :/. Ale jedzenie jest takie fajne :)). No, na szczęście jeszcze nie widać po mnie tych litrów lodów i kilogramów słodyczy, więc się specjalnie nie martwię.
(Spostrzeżenie: może spalam to żarełko, kiedy zaraz po jedzeniu wychodzę połazić? Wniosek: więcej łazić-będzie można więcej jeść. :))
Tak tak, to o czym pisałam? Ze studniówką na razie większych problemów nie mam, ale chyba jeszcze w tym tygodniu się pojawią, bo bardzo sprytnie wrąbałam się w jej organizację. No cóż, czego się nie robi dla kilku zdjęć i parogodzinnej kasety video, której nikomu nie będzie się chciało oglądać...
Rozmyślanie i dyskusje na temat studniówki zajmują mi i moim koleżankom kilka godzin, więc do domku docieram, kiedy już jest ciemno (hmm, pewnie kiedy to czytacie, ciemno robi się o 15.00, ale na razie wracam sobie spokojnie ok. 20.00). A wtedy albo się okazuje, że zaraz zacznie się film, który chciałam obejrzeć od kilku lat (albo taki, w którym występuje Keanu Reeves ;)), albo w tv nie leci nic ciekawego (częściej obserwowany przypadek) i jestem zmuszona uruchomić komputer. Dokładnie, zmuszona! Przez mój wewnętrzny głos (a może to szatan?). Siadam i czytam, rzadziej coś piszę (na ogół to „coś” i tak ląduje w koszu). No i na net trzeba od czasu do czasu wpadać. Dzisiaj na przykład siedzę przed komputerem już jakieś cztery godziny, ale ponieważ nic mnie jeszcze nie boli, posiedzę jeszcze trochę :)). Rodzicom można zawsze powiedzieć, że piszę pracę na polski albo historię (ech, chyba nawet oni nie są tacy naiwni). Nawet nie narzekają specjalnie, troszkę na muzykę, chociaż jest bardzo miła dla ucha (coś jakby reggae + rock + ska). Ale jak nie chcą, to nie, drzwi zamknę ;). Chwilami się zastanawiam czy moi rodzice pamiętają, że ja zdaję w tym roku maturę... Może sobie w marcu przypomną :)). A na razie mam spokój. Od przyszłego tygodnia wybieram się na francuski (bez skojarzeń!; no dobra, pewnie nikt nie miał, a teraz wszyscy myślą, że jakaś głupia jestem...). Wolałabym włoski, ale w moim Ogromnym Mieście jest jedna kobitka od włoskiego i już nie ma gdzie mnie upchnąć. Buuu :`((, chlip chlip. A po francusku już umiem powiedzieć „że słi Poloneez” :). Ładnie, prawda? :) No tak, ale francuskiego na maturze i tak zdawać nie będę...
Właśnie mi przyszło do głowy, że czytając teksty w AMie mogę szlifować swój styl, wybierając i zapamiętując, co ciekawsze frazy, zwroty tudzież wyrażenia. Och, świetny pomysł, przynajmniej nie będę miała wyrzutów sumienia :)). (O rany, zrymowało się... Czy na maturze obniżają ocenę za głupawe rymy? Za kolokwializmy na pewno tak, a tych jakoś nie potrafię się oduczyć :/.)
Ojej, ale mam teraz radochę, chyba pójdę powiedzieć mamie, że przez ostatnie cztery godziny przygotowywałam się do matury z naszego pięknego, ojczystego języka polskiego :)). Tak tak, idę, trzymajcie się wszyscy maturzyści, przyszli i eks.
Czytajcie ActionMaga, ActionMag kształci! :)
zOsia...coraz bliżej... (la la la :))
...za pół roooku...